28165. Pra-pradzieje czyli niezwykła historia moich pra-pradziadów

Historie zasłyszane, pamiętniki, legendy rodzinne. Z urwanych słów, z kilku strzępków opowieści, gdy się wsłuchasz wysnujesz obraz ich życia - zamglony, niewyraźny i jakiś taki bliski niezmiernie ...
* CO W DZIALE? - Opowiadania rodzinne, historie zasłyszane, fragmenty pamiętników, niepotwierdzone legendy, historie o duchach, historyjki o zwierzętach domowych, o pokojach, powozach, klombach kwiatowych w ogrodzie, figurkach itp. Wszystkie nawet drobne, beletrystyczne rodzinne zapisy z dawnych czasów. Opowiadania mogą mijać się z prawdą, być niesprawdzone, pisane stylem dowolnym.
* OPISY - Przy dłuższych opowiadaniach można na początku wprowadzić indeks osób, miejsc, lub wydarzeń.
* POMOC - Trudności proszę sygnalizować w dziale "Poradnia", na wszystkie odpowiemy, tworząc jednocześnie FAQ
* PISANIE - Bardzo prosimy umieszczać w tekście znaczniki do leksykonu, lub innych działów. np. znacznik [leks] odsyła do hasła w leksykonie. znacznik [leks=] prowadzi do hasła innego niż link (np. inna forma gramatyczna). Leksykon. Pozwoli to czytelnikom korzystać z szerzej informacji.

Pra-pradzieje czyli niezwykła historia moich pra-pradziadów

Postprzez kazan » 16.08.2015

"Wieś Baczki w powiecie węgrowskim.
We wsi zachował się dwór z XVIII wieku.
Podobno spotykali się w nim kiedyś masoni..."
– Ciekawe?
– Tak, ale jedźmy dalej.
– Jeszcze nie, proszę. Zostańcie, a opowiem Wam historię, której nie ma w przewodniku.

Dedykuję ją pamięci moich pra-pradziadów:

STANISŁAWA ŻELAZOWSKIEGO (7 V 1836-24 XI 1920)
i FRANCISZKA KAZAŃCZUKA (ur. 12 V 1837 - ?)

Lata 1843-1847

Musieli się znać, skoro mieszkali w takiej wiosce jak Baczki. Czy bawili się razem? No, nie wiem. Staś był synem szlachcica, a Franek chłopa. Szlachcic chodził po polu i poganiał tych, co na nim pracowali, bo na tym polegała praca ekonoma, a chłop, z innymi wyrobnikami, to pole obrabiał.
FERDYNAND ŻELAZOWSKI i ANDRZEJ KAZAŃCZUK
– tak się nazywali ci dwaj ojcowie.
Żona Ferdynanda, Józefa Salomea z Górskich, właśnie urodziła córkę, która pierwsze imię miała po matce, a drugie brzmiało: KAMILLA. Dziecko podawał do chrztu proboszcz ze Stoczka, ksiądz kanonik podlaski, Jan Lipka, razem ze szlachetnie urodzoną Teklą Czarnocką. Chrzciny przeniesiono z małej oficyny, którą zajmowali Żelazowscy, do dworu, aby godniej przyjąć kanonika. Dostojny gość jakoś nie zwrócił uwagi na pięcioramienną gwiazdę wolnomularską, przybitą ćwiekiem do drzwi wejściowych.
W tym czasie, mniej więcej, żona Andrzeja, Regina z Mielczarczuków, także powiła dziewczynkę, którą nazwano zwyczajnie Marianną. Jej rodzicami chrzestnymi byli Franciszek Fedorczyk i Katarzyna Zacharska. Ot, po prostu włościanie!
Wyrobnica niedługo po połogu wróciła do prac polowych. Wkrótce znowu zaszła w ciążę. A ekonomowa wciąż niedomagała... Następne dziecko urodziła Ferdynandowi już druga żona, Julia z Metelskich. Wydała na świat jedno, a miała ich od razu czworo, bo oprócz Stasia i Kamilki, po zmarłej Józefie pozostała jeszcze siedmioletnia Zosia.
Śmierć Józefy (5 I 1845), ślub Ferdynanda i Julii (3 VI 1846), narodziny Bonawentury (7 II 1847) – wszystkie te wydarzenia rozegrały się już nie w Baczkach, lecz w pobliskiej Kamionnej, gdzie Ferdynand był GORZELANYM. Kierowanie gorzelnią było dlań lepsze od użerania się z chłopami w polu... Cóż, kiedy rozchorował się jego stary ojciec, trzeba było zrezygnować z dobrej posady i wrócić do rodzinnego zaścianka.


Rok 1848

„Działo się we wsi Korytnicy dnia dziewiątego listopada tysiąc osiemset czterdziestego ósmego roku, o godzinie piątej po południu. Stawili się Ferdynand Żelazowski lat trzydzieści osiem i Ludwik Żelazowski lat sześćdziesiąt mający, obydwa szlachta gospodarze we wsi Zalesiu zamieszkali i oświadczyli, że w Zalesiu dnia siódmego bieżącego miesiąca i roku umarł Antoni Żelazowski, syn niegdy zmarłych Wojciecha i Marianny małżonków Żelazowskich, wdowiec z pierwszego małżeństwa po Mariannie z Zaleskich, od lat szesnastu w Zalesiu zmarłej, z powtórnego zaś mąż owdowiałej żony, Zuzanny z Roguskich, w Zalesiu i urodzony, i zamieszkały przy synu szlachcic, lat siedemdziesiąt osiem liczący. Po przekonaniu się naocznie o zejściu Żelazowskiego akt ten przeczytany stawającym, z których pierwszy jest synem zmarłego, przez nas i pierwszego stawającego, Ferdynanda Żelazowskiego, podpisany został, drugi zaś stawający, Ludwik Żelazowski pisać nie umie.”

Ksiądz Ignacy Jemielitty, proboszcz korytnicki
Ferdynand Żelazowski



Lata 1853-1860

Żeniąc się z Julią, wziął żonę bez herbu, za to mającą aż trzech braci księży. „Kto ma księdza w rodzie, tego bieda nie ubodzie”. I w tym przypadku okazało się to prawdą! Jeden z jego ofiarnych szwagrów, ksiądz Piotr Metelski, proboszcz miński i kanonik kapituły podlaskiej, sprawił, że ekonom i gorzelany awansował na dzierżawcę dużego majątku. W Targówce, należącej do probostwa, przychodziły na świat kolejne dzieci Ferdynanda i Julii, zgodnie z uświęconą tradycją, mówiącą, że „co rok to prorok”, Kiedy 11 maja 1860 roku urodziła się tu Róża Natalia Żelazowska, jej matką chrzestną zgodziła się zostać sama hrabianka Jezierska!
Ferdynand miał jeszcze skrawek własnej ziemi, odziedziczonej po przodkach, którą przekazał pierworodnemu synowi – podówczas jeszcze młodzikowi. Było to niewielkie gospodarstwo koło Liwa, zwane szumnie „częścią na Zalesiu”.


Rok 1859

„Działo się we wsi Starawieś dnia dwudziestego ósmego lutego tysiąc osiemset pięćdziesiątego dziewiątego roku, o godzinie jedenastej przed południem...”

Działo się! Ale co? Wcale nie tak łatwo się tego dowiedzieć, bo pismo księdza Konstantego Jabłońskiego, sporządzającego akt, nie grzeszy starannością, a skan dokumentu pozostawia wiele do życzenia. Najpierw mowa jest o świadkach, którzy, jak się na końcu okaże, „pisać nie umieją”. Mniejsza z tym, jak się nazywają i ile mają lat. W metryce ślubu najważniejsi są mąż i żona. Nie bez kłopotu odczytuję fragment, który się do nich odnosi:

„...na dniu dzisiejszym zawarte zostało religijne małżeństwo, przez nas pobłogosławione, między Franciszkiem Kazańczukiem, młodzianem, włościaninem, wyrobnikiem, urodzonym we wsi Baczkach, synem Andrzeja i Reginy z Mielczarzów, małżonków Kazańczuków, wyrobników, niegdy we wsi Baczkach zamieszkałych, a teraz w Żulinie, lat dwadzieścia jeden mającym i miesięcy dziewięć, w kolonii Żulinie zamieszkałym, a Rozalią Zacharską, panną urodzoną w Wólce Paplińskiej, córką nieżyjącego Tomasza i żyjącej Anny z Czarnackich, włościanki, wyrobnicy, w Kalinowcu zamieszkałej, małżonków Zacharskich, lat siedemnaście i miesięcy sześć mającą, przy matce w Kalinowcu zostającą...”

Digitalizacja części zbiorów Archiwum Państwowego w Siedlcach sprawiła, że wreszcie dowiedziałem się, kim byli rodzice Franciszka Kazańczuka, jakie nosili imiona, w jakich wioskach żyli. Andrzej przeniósł się z Baczków do Żulina, a Franciszek z Żulina do Kalinowca. Wieś ta nie była bynajmniej ostatnim przystankiem na drodze jego życia. W porównaniu ze mną, od pięćdziesięciu lat mieszkającym w Centrum Warszawy, moi przodkowie prowadzili życie nomadów. Dlatego też tak trudno jest mi nadążyć za ich drabiniastym wozem, którym przewozili z miejsca na miejsce swój skromny dobytek.
Odległość między Baczkami a Żulinem wynosi 16,3 kilometra. Dziś można ją pokonać w ciągu 17 minut – samochodem, drogą DK 62. Trasa prowadzi przez: Kamionnę, Twarogi, Kalinowiec i Gruszczyno. Powinienem może, zanim do Mediolanu czy Madrytu, wybrać się w podróż wspomnianym szlakiem. Zobaczyłbym kilka starych dworów, a potem rozejrzałbym się po polach, nie takich samych wprawdzie, co kiedyś, bo nie pracują już na nich moi przodkowie, ale przecież niezmiennie TYCH SAMYCH.

Rok 1863

„Dobrze, dobrze panie bracie! Przewyborny ten nasz plan! Nie ma niewiast w naszej chacie. Vivat semper wolny stan!”. W domu, opuszczonym przez Ferdynanda i Julię, też nie było żadnej niewiasty. Młodemu Żelazowskiemu odpowiadało życie kawalerskie. Przez niemal dziesięć lat, odkąd został dziedzicem części Zalesia, był wolny i swobodny "jako ptak". Aliści w końcu, niczym kawalerowie ze „Strasznego dworu”, skapitulował przed Amorem. Oświadczył się Antoninie Wąsowskiej z Sulek. Rodzice panny, Tomasz, podobno potomek rycerskiego rodu Awdańców, i Felicjanna z Zaleskich, do konkurenta córki nie zgłosili zastrzeżeń. Cóż, nie miał dużego majątku, no ale umiał się podpisać, uczony był, do szkół chodził... Ponadto wystarczyło zajrzeć do starych papierów, by przekonać się o tym, że i w jego żyłach płynęła krew starodawnych rycerzy. Choć wcale nie trzeba było tego robić, bo w okolicy, zamieszkałej przez drobną szlachtę, która od pokoleń siedziała na swoich „częściach”, dobrze wiedziano, kto był kim.
Ślub odbył się w Czerwonce Liwskiej. Do początku XX wieku stał tam drewniany kościół, przypominający stodołę. Porównanie to nie jest do końca trafne, bo żadna stodoła nie ma na dachu sygnaturki, a w środku ołtarzy w stylu barokowym. Przed jednym z nich, tym głównym, stanęli dwudziestosiedmioletni Stanisław i dziewiętnastoletnia Antonina. Nie wiem, jak wtedy wyglądali, bo na fotografiach, jakie po nich pozostały, są już starzy. O niej mówiono, że za młodu była śliczna. O jego urodzie nic się nie mówiło. Przekazy rodzinne temat ten zupełnie przemilczają. Ja wyobrażam sobie wąsatego blondyna, niezbyt wysokiego, który poszedł do ślubu w powstańczej czamarze. Działo się to bowiem pamiętnego roku 1863.
Sukienna czamara w kolorze ciemnogranatowym, z czarnymi pętlicami.
Dawni kronikarze, nawet jeśli nie byli pewni jakiegoś detalu, sami go do opowieści dodawali, bo bez szczegółów żadna historia nie mogła się obyć. Biorąc z nich przykład, będę opowiadał dalej.
W ołtarzu majaczą jakieś niewyraźne postacie. Można w nich przecież rozpoznać świętego Stanisława i cudem wskrzeszonego Piotrowina. Tego drugiego prawie w ogóle na płótnie nie widać. Panna młoda w sukni białej, haftowanej, skrojonej wedle zaściankowej mody, przysięga oblubieńcowi, że go nie opuści aż do śmierci. On ślubuje jej to samo.
Wiem, jako narrator wszechwiedzący, że nie złamali tej przysięgi, choć szczęśliwego stadła nie stworzyli. Lecz wtedy w Czerwonce nie mogli oderwać od siebie oczu, tak byli zakochani. Po nocy poślubnej on wrócił do powstania. A ona? Pewnie płakała. Lub może powstrzymywała łzy, tłumacząc sobie, że tak być powinno i tak być musi.

Akt ślubu Stanisława i Antoniny

Działo się we wsi Czerwonce dnia trzynastego lipca tysiąc osiemset sześćdziesiątego trzeciego roku o godzinie siódmej po południu. Wiadomo czynimy, że w przytomności świadków, Grzegorza Zalewskiego, szlachcica dziedzica z Sulk, lat dwadzieścia cztery i Aleksandra Wąsowskiego, szlachcica dziedzica z Wąsosza, lat trzydzieści dwa mających, na dniu dzisiejszym zawarte zostało religijne małżeństwo między Stanisławem Żelazowskim, młodzianem szlachcicem dziedzicem w Zalesiu zamieszkałym, zrodzonym z Ferdynanda i nieżyjącej Józefy z Górskich, małżonków Żelazowskich, lat dwadzieścia sześć mającym a panną Antoniną Wąsowską, córką Tomasza i Felicjanny z Zaleskich, małżonków Wąsowskich, szlachty dziedziców w Sulkach zamieszkałych, tamże zrodzoną, lat dziewiętnaście mającą i przy rodzicach zostającą. Małżeństwo to poprzedziły trzy zapowiedzi w dniach dwudziestym pierwszym, dwudziestym ósmym czerwca i piątym lipca roku bieżącego w kościołach parafialnych czerwonkowskim i korytnickim ogłoszone. Zezwolenie obecnego aktowi małżeństwa ojca nowo zaślubionej ustnie było oświadczone. Małżonkowie nowi oświadczają, iż nie zawarli umowy przedślubnej. Obrzęd ten religijny dopełniony został przez podpisanego proboszcza. Akt ten stawającym i świadkom przeczytany przez nas i stawającego podpisany został, stawająca i świadkowie pisać nie umieją.

Ksiądz Jozafat Paśniczek, proboszcz czerwonkowski, utrzymujący Akta Stanu Cywilnego
Stanisław Żelazowski

Lata 1880-1894

Cudem uniknął Sybiru, jednak swoje odsiedział w Cytadeli. Kilkanaście lat później, kiedy zakładał nowe gospodarstwo, na czterech włókach odłączonych od dóbr zadłużonej wdowy, kazał wyryć na drewnianym krzyżu, postawionym blisko domu, datę 1863, ale dyskretnie z tyłu, by zbytnio nie rzucała się w oczy.
Miejsce, do którego się przeniósł, określają dokładnie stare dokumenty jego rodziny, szczęśliwie zachowane: Фольварк Порембы, гмины Рудзенко, Радиминского уезда, Варшавской губерни. W parafii Dobre – dodam od siebie.
Kamilla Jaźwińska, właścicielka rozległych dóbr, przyparta do muru przez Towarzystwo Kredytowe Ziemskie, musiała sprzedać Poręby, choć w rękach jej familii pozostawały od stu niemal lat. Nabywców nie trzeba było długo szukać. Przedsiębiorczy panowie Lewi Gutgeld i Mendel Blajsztein od razu wyłożyli gotówkę. To od nich kupił Stanisław swoją część folwarku: od wierzby i grabu do drogi za lasem, co dokładnie oznaczono na mapie z napisem: ”Żelazówek”. Targowano się, ale tylko troszkę, tak pro forma, gdyż transakcja szybko doszła do skutku. I oni zarobili, i on skorzystał, bo pod Liwem miał grunta poszatkowane, a tu w jednym kawałku.
Z Żydami był zawsze za pan brat. W Dobrem mieszkał arendarz Abram, który jak tylko zobaczył na rynku bryczkę Żelazowskiego, wybiegał z oberży ze słowami – Padam do nóg, panu dziedzicowi. – Dziedzicem był wciąż tylko cząstkowym, ale lubił, gdy się do niego w ten sposób zwracano. Sięgał zatem do pugilaresu po srebrnego rubla. A każdego 8 maja, w dniu swoich imienin, sprowadzał z Węgrowa kapelę żydowską.
– O są już muzykanci! Wchodźcie, wchodźcie do salonu!
Kto posiadał cztery włóki gruntu, ten nie mieszkał w chacie, lecz w dworku. Drewniany dom Stanisława miał ganek z kolumienkami i pięć pokoi. Największym był salon, który liczył jakieś pięćdziesiąt metrów kwadratowych czyli wystarczająco dużo, by pomieścić i Żydów w chałatach, i pary tańczące mazura, i miłośników gry w preferansa, skupionych wokół czereśniowego stolika.
Wiadomość o parcelacji folwarku Poręby przyciągnęła w te okolice kilku kontrahentów, a wśród nich... Franciszka Kazańczuka. Za drugim razem przyjechał z sakiewką wypchaną rublami. Gutgeld i Blajsztein zaproponowali mu dwie włóki. Zażądali za nie... Narzekał, że Żydzi chcą go obedrzeć ze skóry. Targował się z nimi zajadle. W końcu zapłacił. Zajrzał potem do sakiewki: niewiele w niej pozostało, zaledwie na czepek dla żony.
Został gospodarzem jak się patrzy! W Porębach postawił drewniany dom, nawet spory, do którego kazał dobudować ganek. Można go było na nim zobaczyć w letnie wieczory przy samowarze oraz jego żonę Rozalię w koronkowym czepku.
Mówiono o Franciszku: KAZANA PÓŁ PANA. Nosił się z pańska, podkręcał wąsa, z „dziedzicem” Żelazowskim chodził na polowania, bywał w jego domu, grywał z nim w karty, rozmawiał o gospodarstwie... Nie wiadomo, czy ci dwaj kompani w dzieciństwie się kolegowali, może nawet nie, zbyt wiele ich wtedy dzieliło, ale teraz byli przyjaciółmi.
Oczkiem w głowie Franciszka był jego starszy syn. Wincenty urodził się w Kalinowcu, lecz dorastał w Porębach. Nie wyrósł na ładnego kawalera. Po wsi krążyły złośliwe wierszyki, wyszydzające jego wygląd: mały wzrost i duży nos. Ów sławny nos Wicka Kazany przykuł raz uwagę pewnej parafianki, modlącej się w kościele.
– MOS NOS TO MOS! – miała powiedzieć. Powtórzyła to ze trzy razy, aż wreszcie się zreflektowała – Aaa... co mi tam do twojego nosa! Zdrowaś Maryjo, łaski pełna...
Tyle razy o tym opowiadał. Ludzie pękali ze śmiechu. Kpiarz z niego był i kawalarz, ale zawsze pobożny. Znowu poszedł z różańcem do kościoła. Po powrocie do domu zebrało mu się na żarty.
– Wiecie, matko, co mi się dzisiaj przydarzyło?
– Co takiego?
– Jakżem kichnął, to się kobita w kościele przewróciła.
– O la Boga, z takim kichaniem!
– Posłuchajcie, matko – rzekł innego dnia – chcę się ożenić.
– A z kimże to?
– Z Edmundą!
– Coo??!!
Tym razem nie żartował.
Wybranka Wincentego urodziła się w Zalesiu, lecz dorastała w Porębach. Wyrosła na ładną pannę, o czym się można przekonać, patrząc na jej fotografię z 1893 roku, wykonaną w atelier „Conrad” przy ulicy Erywańskiej w Warszawie. Niewielkie zdjęcie, formatu wizytowego, przedstawia dwudziestoletnią dziewczynę, ubraną w jasną suknię modnego kroju. Zdobi ją jedwabna róża i złota, zapewne, broszka.
Edmunda Józefa była jedną z córek Stanisława Żelazowskiego. Ponieważ miał ich aż sześć, a włók tylko cztery, nie mógł o wykształcenie swoich dziewcząt zadbać należycie. Ale pilnował, by nosiły rękawiczki i kapelusze. Jeśli tego nie czyniły, gniewał się, mówiąc, że wyglądają jak służące. Często jeździł z nimi do majątku swojej siostry, Zofii Witowskiej. Dwór w Laskowiźnie był dla nich szkołą dobrych manier. Gdy siadano do stołu, ciotka patrzyła im ciągle na ręce, zaprzątnięta bez reszty kwestią właściwego operowania sztućcami. Operowały, jak umiały...
Niespodziewane oświadczyny Wincentego wprawiły Żelazowskiego w zakłopotanie. Na razie nie powiedział ani „tak”, ani „nie”. Sprawa wymagała zastanowienia. Więc się zastanawiał. Długo. Od wieków panny Żelazowskie wychodziły za Jaczewskich, Roguskich, Wielądków... No, nie za Kazańczuków! Mówią, że Kazana to pół pana! Pięknie, choć powinien być całym panem, skoro chce się żenić z jego córką. Nie, niepodobna, żeby poszła za niego!
Podjął ostatnią próbę wyswatania jej z wdowcem Mroczkiem. Dobre nazwisko, a i majątek niezgorszy. A to że stary... Nie chciała nawet o tym słyszeć. Wincenty albo nikt! Wszystko jej się w nim podobało. Uwielbiała jego dowcipy i to, jak śpiewał, idąc za pługiem! Głos miał chłop jak dzwon! A nos, z którego szydziła cała wieś, jej wydawał się piękny!
Doprowadziła wreszcie do tego, że ojciec zaczął doceniać zalety młodego Kazańczuka: pracowity, pobożny, syn gospodarza, w dodatku jego przyjaciela... Zresztą nawet lubił tego chłopaka, którego znał od dzieciństwa. Dobrze, niechże już idzie za niego, skoro tego chce! Dał im błogosławieństwo i krowę w posagu.
Posagowa krowa wróciła wkrótce do obory Żelazowskiego. Wincenty zamieszkał u teścia. Pracował w jego gospodarstwie. Pilnował parobków. Był kimś w rodzaju... ekonoma.
Jego dzieci wychowywały się w szlacheckim domu.

Lata 1903-1919

Przestrzeń, której granice wyznaczały: otomana, Immaculata, komoda, kryształowe lustro, Najświętsze Serce Jezusa i pomalowane na biało drzwi, anektował od czasu do czasu Miecio, pięcioletni wnuczek Stanisława Żelazowskiego. Albo bawił się pod stołem ołowianymi żołnierzykami. Albo skakał na jednej nodze i piąstką uderzając w podniesione kolano, wołał: „A ja będę panem, a ja będę panem...” Albo kłusował po dywanie na drewnianym koniku z dziecięcą szabelką... Na początku wojny polsko-bolszewickiej, kiedy mógł już wsiąść na prawdziwego konia i wziąć do ręki dorosłą szablę, został żołnierzem 5 pułku ułanów stacjonujących w pobliskim Mińsku. W książeczce wojskowej Mieczysława Henryka Kazańczuka napisano: „Rok urodzenia: 1898. Rok wstąpienia do wojska: 1919. Rysopis: szatyn, oczy piwne, brwi ciemne, twarz owalna”. Był moim dziadkiem, który, gdyby żył dziewięć lat dłużej, doczekałby moich urodzin.


Upalny sierpień 2015

Mariusz Kazańczuk
kazan
Zaawansowany
Zaawansowany

Re: Pra-pradzieje czyli niezwykła historia moich pra-pradzia

Postprzez kazan » 05.08.2019

W ostatnich dniach wpadł mi w ręce ciekawy dokument: akt małżeństwa moich pra-pra-pradziadków Kazańczuków. Andrzej Kazańczuk (1793-1870), syn Antoniego i Ewy z Morozów, i Regina Mielczarczukówna (1804-1876), córka Józefa i Urszuli z Poziemskich, pobrali się w Kamionnie 10 listopada 1823 roku. Oboje mieszkali we wsi Baczki, gdzie utrzymywali się "z wyrobku". Panna młoda, która miała wtedy 19 lat, pochodziła z rodziny miejscowej, a pan młody, wówczas trzydziestoletni, był przybyszem z ziemi bielskiej leżącej na Podlasiu, poza granicami Królestwa Kongresowego. Urodził się w parafii Wyszki, a jego rodzice, mieszkający we wsi Szczepany, byli spolonizowanym Rusinami wyznania rzymskokatolickiego.
kazan
Zaawansowany
Zaawansowany


Powrót do Opowiadania