1656. Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Historie zasłyszane, pamiętniki, legendy rodzinne. Z urwanych słów, z kilku strzępków opowieści, gdy się wsłuchasz wysnujesz obraz ich życia - zamglony, niewyraźny i jakiś taki bliski niezmiernie ...
* CO W DZIALE? - Opowiadania rodzinne, historie zasłyszane, fragmenty pamiętników, niepotwierdzone legendy, historie o duchach, historyjki o zwierzętach domowych, o pokojach, powozach, klombach kwiatowych w ogrodzie, figurkach itp. Wszystkie nawet drobne, beletrystyczne rodzinne zapisy z dawnych czasów. Opowiadania mogą mijać się z prawdą, być niesprawdzone, pisane stylem dowolnym.
* OPISY - Przy dłuższych opowiadaniach można na początku wprowadzić indeks osób, miejsc, lub wydarzeń.
* POMOC - Trudności proszę sygnalizować w dziale "Poradnia", na wszystkie odpowiemy, tworząc jednocześnie FAQ
* PISANIE - Bardzo prosimy umieszczać w tekście znaczniki do leksykonu, lub innych działów. np. znacznik [leks] odsyła do hasła w leksykonie. znacznik [leks=] prowadzi do hasła innego niż link (np. inna forma gramatyczna). Leksykon. Pozwoli to czytelnikom korzystać z szerzej informacji.

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

DOM
Był kiedyś w lasach Podlasia przy białej drodze na brzegu rzeki Bug dom modrzewiowy, chłodny w lecie, ciepły zimą.
W domu tym, klucz znajdował się zawsze w zamku.
- Każdy mógł otworzyć drzwi i wejść. Znajdował tam zawsze stół, nakryty, ogień w wielkim piecu z zielonego fajansu i łóżko na wypoczynek.
- I każdy tam usypiał snem spokojnym i głębokim przeżywając najpiękniejsze marzenia, jak w starych baśniach.
- A fale Bugu śpiewały mu długie pieśni, które śpiewały jeszcze Chany Jadźwingów.
- Ale pewnego dnia otworzył drzwi tego domu jakiś człowiek obcy.
- Ogrzał się do woli i spał dobrym snem, ale rankiem odchodząc wodą zalał ognisko, podsuszył kruche naczynia, zamknął drzwi, a klucze rzucił w fale Bugu. A później dom już pozostał czarny i zamknięty dla wszystkich.
- Wielu ludzi usiłowało go otworzyć i wielu szukało klucza i wszystko na próżno.
http://folklor2004.republika.pl/legendy.html
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

O POWSTANIU BIAŁEJ
Było to bardzo dawno temu. Nad rzeką Krzną znajdowała się osada. Mieszkała w niej dobra kobieta, która miała dobrego i walecznego męża. Bronił on prawa i sprawiedliwości. Byli szczęśliwym małżeństwem, oczekiwali na narodziny swojego pierworodnego dziecka. Pewnego dnia rozeszła się wieść, że nadciągają rozbójnicy. Mąż niewiasty stanął do walki, lecz został zabity. W tym czasie gdy trwały jeszcze walki przyszło na świat długo oczekiwane dziecko. Była to dziewczynka, którą nazwano Białą. Na drugi dzień zmarła również matka dziecka. Białą zaopiekowały się starsze kobiety. Dziewczynka wyrosła na piękną kobietę, bardzo podobna do matki z urody a do ojca z dzielności. Aby podziękować ojcu dziewczynki za bohaterską obronę, osadę nazwano Białą.
http://folklor2004.republika.pl/legendy.html
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

O POWSTANIU KAMIENNEJ BABY
Wiele lat temu pewna dziewczyna chciała wyjść za chłopaka, którego kochała. Niestety matka dziewczyny nie zgadzała się na ten związek. Wbrew nakazom matki młodzi wymknęli się aby potajemnie wziąć ślub. Gdy byli w drodze do kościoła matka dziewczyny wypowiedziała słowa: „Abyś ty nieposłuszna zamieniła się w kamień”. W tej chwili dziewczyna skamieniała, stała się kamienną babą, która z czasem chyli się ku ziemi. Gdy dotknie kamiennym czołem do ziemi i wszystkie córki będą przez rok słuchać swych matek, kamienna baba ożyje.
http://folklor2004.republika.pl/legendy.html
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

Legendy Suraża
Figura Chrystusa Króla Nazereńskiego: W ołtarzu głównym kościoła suraskiego umieszczona jest rzeźba szczególnie czczona przez miejscową społeczność. O licznych łaskach doznawanych za sprawą Chrystusa Nazareńskiego świadczyły liczne wota, opowieści ludzi, zwyczaj uroczystego odsłaniania i zasłaniania jej, gdy wszyscy klęcząc śpiewają pieśń: "O Jezu Nazareński podnieś ręce swoje, pobłogosław te dzieci, co przed Tobą stoją". Do dziś żywy jest zwyczaj ubierania postaci w strój liturgiczny. Z tego obyczaju wynika forma plastyczna figury, w której główną rolę odgrywają głowa i ręce. Wiązane sznurem ręce wyjmowane są z fałd tuniki. Bardzo realistycznie uformowana jest głowa, z wyraziście podkreślonymi oczyma, brwiami i zarostem. Wrażenie potęguje peruka z prawdziwych włosów, przyciśnięta cierniową koroną.
Historia Chrystusa Nazeranskiego z Suraża jest mało znana. Krążące legendy podają różne informacje, według niektórych miała przywędrować z Egiptu, o czym ma świadczyć oliwkowa karnacja skóry. Inni utrzymują, że wyłowiono rzeźbę z Narwi. Dość zgodnie wspomina się, że dawniej włosy stale rosły, tak, że trzeba je było przystrzygać. Dokonywały tego niewinne młode dziewczęta, te które przystępowały do I Komunii Św. Włosy jednak przestały rosnąć. Stało się to za sprawą pewnej cyganki, które wdrapawszy się na ołtarz dopuściła się profanacji, obcinając kosmyk włosów dla czarów, którymi się trudniła.
http://suraz.podlaskie.w.interia.pl/legendy.htm
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

Legenda Białowieska
Dawno temu, gdy gościńcami wędrowali rycerze w zbrojach a ludzie podobni byli herosom, polować w białowieskich kniejach na grubego zwierza pewien litewski książe. Młodzieniec odznaczał się ogromną siłą fizyczną i jeszcze większą odwagą. Dość rzec, iż na niedźwiedzie wyruszał samotrzeć uzbrojony jedynie w drewnianą pikę zakończoną żelaznym grotem. Pewnej czerwcowej nocy myśliwy odpoczywał po udanych łowach nad rzeką Łutownią, gdy w promieniach wschodzącego księżyca ujrzał dziewczę przecudnej urody, zażywające kąpieli w nurtach puszczańskiej krynicy. Młodzi przypadli sobie do gustu i wkrótce zakwitła między nimi wielka miłość. Oksana nie widziała świata poza ukochanym a książę z zapałem znosił do jej chaty ubite żubry, niedźwiedzie, tury i jelenie, co w dawnych czasach było równie wielkim dowodem miłości jak dziś kosze czerwonych róż w środku zimy. Rzecz cała toczyła by się najpewniej utartym torem i całą opowieść można by zakończyć sakramentalnym "żyli długo i szczęśliwie", gdyby do sprawy nie wmieszała się pewna wiedźma posiadająca nie tylko znajomość zastosowania ziół wszelakich o czarodziejskim działaniu ale i przekazywaną z pokolenie na pokolenie tajemną wiedzę pozwalającą zaklinać rzecz jedną w drugą zgodnie z jej życzeniem. Ksantypa, bo tak właśnie miała wiedźma na imię, zamieszkiwała od niepamiętnych czasów polanę nad rzeką Łutownią, otoczoną kręgiem prastarych dębów. Sędziwa niewiasta trudniła się zbieraniem ziół, rzucaniem uroków, sporządzaniem wszelakich lekarstw i trucizn oraz innymi zajęciami właściwymi jej profesji. Ksantypa na ogół chwaliła sobie pustelniczy żywot, spokój leśnego zakątka oraz towarzystwo dzikiego zwierza licznie wówczas zamieszkującego białowieską krainę. Spokój jej runął jednak w gruzy w chwilę po spotkaniu polującego w kniei księcia. Stara wiedźma zapałała do młodzieńca uczuciem świeżym jak majowy wietrzyk i zarazem potężnym niczym zimowa nawałnica. Ksantypa ukazywała się księciu pod postacią a już to długonogiej łani czy sarny o załzawionych oczach by wkrótce przemienić się w hożą dziewoję z wydatnym, jędrnym biustem.
Innym razem objawiała się jako zwiewna rusałka, wabiąc nieczułego księcia śpiewem tak czystym i powabnym jak owoce malin zroszone poranną rosą. Wszelkie zabiegi podstarzałej czarownicy kończyły się jednak totalną klapą gdyż, jak wspomniano wcześniej, młodzieniec ów był beznadziejnie zakochany w Oksanie, dziewczynie młodej i wielce urodziwej. Po wyczerpaniu całego zasobu zaklęć i czarów Ksantypa dała za wygraną i najpewniej pozwoliła by kochankom zażywać doczesnego szczęścia gdyby nie fatalne spotkanie z młodym księciem w widłach Łutowni i Narewki. Myśliwy, ujrzawszy wówczas wiedźmę w jej naturalnej postaci pomarszczoną, przygarbioną, z kurzajkami na twarzy i krukiem na ramieniu, postanowił dołączyć Ksantypę do reszty zwierzyny, którą go knieja ostatnimi czasy obdarzyła. W zapalczywym gniewie wziął szeroki zamach, by ugodzić sędziwą niewiastę swą drewnianą dzidą prosto w serce. Ksantypa, choć już wiekowa, nie była jednak pozbawiona refleksu niezbędnego do przeżycia w Puszczy pełnej dzikiego zwierza. Zanim zimne ostrze dosięgło jej piersi, zdążyła wypowiedzieć odpowiednie zaklęcie i w mgnieniu oka zamieniła zapalczywego księcia w leśną mysz. Zagniewanej wiedźmie nie dość jednak było tej zemsty i by jeszcze bardziej ukontentować się swym zwycięstwem, przemieniła piękna Oksanę w puszczyka, który - jak wiadomo - by przeżyć, musi pożywiać się wszelkimi leśnymi i polnymi myszami. Od tamtych czasów każdy puszczyk ostrzega wszelkie myszy, norniki, piżmaki swym pohukiwaniem, by przypadkiem nie pożreć ukochanego księcia przemienionego w leśną mysz. Legenda głosi, iż zły czar pryśnie, gdy przez sto lat człowiek nie wytnie w Puszczy Białowieskiej ani jednego starego drzewa.
Czy pozostaje nam li tylko żywić nadzieję, iż Oksana i Piękny Książe staną się w jakiejś odległej przyszłości odpowiednikami biblijnego Adama i Ewy?
Tomasz Lippoman
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

Naznaczony Dzik
W dniu 27 września roku pańskiego 1752, król Polski August III Sas urządził w Puszczy Białowieskiej wielkie łowy. Do dziś dnia, w Parku Pałacowym w Białowieży, pomiędzy stawami stoi obelisk z piaskowca, upamiętniający tamto polowanie. Polowanie, które zresztą wedle dzisiejszych miar raczej należałoby określić rzezią. Ubito 42 żubry, 13 łosi, 2 sarny, nie licząc dzików. Tak stoi na pamiątkowym obelisku. Specjalnie sprowadzeni sascy jegrzy, przy pomocy blisko tysiąca ludzi liczącej nagonki, miesiącami napędzali zwierzęta do specjalnie przygotowanej w lesie zagrody, zwanej po dziś dzień Augustowskim Sadem. Wiele padło podczas naganiania do matni, jeszcze więcej oczekując miesiącami na przybycie królewskiego majestatu. Sas wraz z małżonką - Marią Józefą, która wedle współczesnych jej kronikarzy był brzydka jak "grzech śmiertelny", zasiedli w specjalnej altanie, pod którą przez wąskie przejście napędzano zwierzynę.
Jejmość samotrzeć ubiła połowę z 42 żubrów i wiele innych zwierząt, w przerwach delektując się francuskim romansem. O jednym z dzików, na grzbiecie którego widniał wyraźny czarny krzyż, zamierzam Wam opowiedzieć. August Sas, zwykły polować na zachód od Łaby, pierwszy raz spotkał się z tak osobliwie umaszczonym dzikiem. Gdy jegrzy wyjaśnili mu, że i w Białowieży zwierz taki jest osobliwością, począł się król rozpytywać wśród miejscowych, by ostatecznie od jednego z osaczników, Lecha Bajko, taką oto usłyszeć opowieść.
Dawno temu, na zaproszenie Konrada Mazowieckiego, sprowadzono do Polski Zakon Krzyżacki. Rycerze Maryi mieli bronić przed Prusami północne rubieże Mazowsza, a później chrystianizować plemiona Bałtów. W praktyce jednak zajmowali się oni łupieżczymi wyprawami, szerzyli terror i pomnażali własny majątek. Podczas jednej z takich wypraw, czterech rycerzy w białych płaszczach z czarnym krzyżem zapuściło się do Puszczy Białowieskiej. Była to wówczas kraina odludna. W nielicznych przysiółkach można jednak było spotkać ostatnich Jaćwingów i nieco Mazowszan, którzy nad życie z roli przedkładali myślistwo i bartnictwo. Zakonni nasyciwszy się miejscowymi białogłowymi, dziczyzną, kołaczami i mocnymi miodami postanowili zrobić coś dla zbawienia miejscowej ludności. Okazja sama zdawała pchać się w ręce. Od jednego z pochwyconych języków, który zresztą dokonał żywota przebity mieczem, co było dla Krzyżaków, jak byśmy dziś powiedzieli, standardowym postępowaniem, rycerze dowiedzieli się, że nad rzeką Łutownią zamieszkuje samotnie stara guślarka - Ksantypa. Leciwa niewiasta wiodła była żywot pustelniczy, oddając cześć dawnym bogom, zbierając zioła, zgłębiając tajniki puszczy i wedle potrzeby zajmując się wróżbiarstwem, opatrywaniem ran, zamawianiem chorób, czyli najogólniej mówiąc pełniła funkcje miejscowego lekarza. Krzyżacy ruszyli do oddalonego o kilka staj uroczyska pełni zapału, którego nie ostudziły nawet znaki, które spotkali po drodze. Ani martwa sójka leżąca w poprzek leśnego duktu, ani wołanie puszczyka w samo południe, ani nawet widok świętego węża w złotej koronie nie ostudziły ich zapału. Przybyli nad Łutownię o zachodzie, poprzedzającym magiczną noc Kupały, podczas której, zgodnie z prastarymi słowiańskimi wierzeniami, czary mają szczególną moc. Przybyli z obnażonymi mieczami, by niezwłocznie wysłać Ksantypę wprost do królestwa Peruna. Niewiasta ta jednak, choć leciwa, nie była pozbawiona refleksu niezbędnego do przetrwania w kniei pełnej dzikiego zwierza. Zanim zimne ostrze dosięgły jej piersi, wymówiła odpowiednie zaklęcia i przemieniła rycerzy w cztery dziki, które na pamiątkę tego wydarzenie naznaczone zostały czarnymi krzyżami .Najstarsi ludzie w Białowieży nie pamiętają, kiedy ostatnio ubito dzika z krzyżem na grzbiecie. Wieść gminna jednak niesie, że jeszcze co najmniej jeden taki zwierz przemierza białowieskie knieje. Widziano go kilka lat temu w pobliżu Miejsca mocy . Mówi się także, że gdy zostanie on ubity, powrócą dawne bogi z Lasowidem na czele. Ile w tym prawdy trudno dociec, ale faktem jest, że dwa lata temu w osadzie Gruszki, naprzeciwko Nadleśnictwa Browsk, stanął drewniany posąg Lasowida.
Tomasz Lippoman
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

Krypno
Początki osady o nazwie Krypno związane są z kolonizacją puszczy królewskiej i sięgają XV w. W XVI w. dobra krypniańskie zostały przekazane przez króla Zygmunta Augusta I Radziwiłłom. Wielkie znaczenia dla rozwoje miejscowości miało położenie przy trakcie królewskim wiodącym z Krakowa przez Tykocin do Knyszyna, gdzie mieścił się zamek królewski, w którym rezydował król Zygmunt August ostatni z Jagiellonów podczas polowań w Puszczy Knyszyńskiej. Jak głosi miejscowa legenda: „na grubej lipie, pod którą była krypa przeznaczona do pojenia koni królewskich w czasie postoju, pojawił się obraz Matki Boskiej. Obraz trzykrotnie odnoszono do kościoła w Knyszynie i za każdym razem powracał w to samo miejsce. Od tego miejsca i wydarzenia prawdopodobnie pochodzi nazwa miejscowości: Krypka, Krypa, a na początku XVI w. Krypno. W pobliżu lipy, dla uświęcenia tego miejsca przez długie lata stała kapliczka, a następnie były wnoszone kolejne kościoły”. W dniu dzisiejszym stoi kościół, w którym zostały zachowane elementy legendy, a mianowicie chodzi o słynący łaskami namalowany na lipowej desce obraz Matki Boskiej Pocieszenia. Jest to jedna z najwcześniejszych kopii obrazu Matki Boskiej Śnieżnej z Bazyliki Santa Maria Maggiore w Rzymie, sprowadzona prawdopodobnie przez hetmana Jana Zamoyskiego do swojej kaplicy w pobliskim Knyszynie. W 1985 odbyła się uroczysta koronacja obrazu diademami papieskimi, co przyczyniło się do dalszej popularyzacji sanktuarium, będącego tradycyjnym miejscem pielgrzymek rodzin z terenu całej archidiecezji.
Parafia Krypno została erygowana przez biskupa wileńskiego Edwarda Roppa 1 stycznia 1905 roku. Obejmuje 19 wsi i około 4200 wiernych. Wcześniej Krypno należało do parafii Knyszyn. Jego powstanie datuje się na lata następujące po 1520 roku. Wtedy też wzniesiono tam kaplicę. W roku 1669 kaplica została rozebrana, gdyż wzniesiono drewniany kościół, który przetrwał aż do połowy XVIII wieku. Potem został wybudowany nowy kościół, który służył ludności przez ponad 100 lat, bowiem w latach 1881-1885 postawiono kościół murowany.Historia powstania tego ostatniego jest bardzo ciekawa, gdyż lata jego budowy przypadają na czasy rozbiorów. Wówczas na budowę kościoła należało uzyskać zgodę cara, o co nie było łatwo. Mimo takich trudności mieszkańcy wioski taką zgodę otrzymali a stało się to dzięki sprytowi i z pewnością za sprawą ingerencji Bożej. Otóż 1 marca 1881 zginął w Moskwie z rąk spiskowców car Aleksander II, ten sam, który zniósł pańszczyznę. Jego miejsce zajął syn Aleksander III. Z tych wydarzeń skorzystali parafianie Krypna. Wystosowali do nowego cara list, w którym oświadczyli, że pragną ku czci jego wielkiego ojca wybudować świątynię. Zobowiązali się też do wmurowania w ścianę tablicy pamiątkowej. Prośba mieszkańców Knyszyna została rozpatrzona pozytywnie niesłychanie szybko, gdyż jeszcze tego samego roku, car wydał potrzebne zezwolenie na budowę. Ten właśnie kościół do dzisiaj możemy oglądać w Krypnie. Obraz Matki Bożej znajduje się w ołtarzu głównym. Jest osadzony w złoconej, oryginalnej ramie. Jego wymiary wynoszą 97 x 63,5 cm. Jest namalowany techniką temperową na desce lipowej z podkładem kredowym. Według jednej z legend obraz ten został znaleziony w krypie (poidle dla koni). Miejscowe dziewczynki zaniosły go do Knyszyna. Gdy wróciły stamtąd zastały Obraz na poprzednim miejscu. Dziewczynki trzy razy nosiły obraz do kościoła w Knyszynie i za każdym razem obraz wracał do Krypna. Takie zjawisko zostało odczytane jako wola Boża, potwierdzona przez głos, który usłyszał miejscowy proboszcz "Ja w Knyszynie nie będę, a pozostanę na zawsze w Krypnie"
http://209.85.129.132/search?q=cache:vA ... =109&gl=pl
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

O Tykocinie
W grodzisku na lewym brzegu Narwi żyło plemię słowiańskie, którego potężnym władcą był Boguchwał. Miał on córkę imieniem Boginka. Była Bardzo ładną i majętną dziewczyną.
Po drugiej stronie rzeki, wśród dzikich puszcz i kniei żył władca Jaćwingów, równie potężny. Zwał się Jocem.Od niepamiętnych czasów te dwa ludy toczyły ciężkie boje. Joc organizował grabieżcze wyprawy na statecznych Słowian niszcząc ich domostwa, porywając dobytek. Nie mogli, więc zaznać spokoju praprzodkowie dzisiejszych mieszkańców Tykocina. Joc posiadał syna, zwanego Jurem. Był on postawnym, odważnym młodzieńcem. Jego pasją były polowania.Pewnego pięknego poranka, gdy ścigał dorodną łanię nie wiedząc, kiedy znalazł się nad słowiańskim grodem. Nad rzeką ujrzał piękną Boginkę, córkę Boguchwała. Bardzo mu się podobała. Chciał nawet ją porwać. Niestety osobista ochrona Boginki, zwana strażą przyboczną przegoniła go gradem strzał. Jur musiał ratować się ucieczką. Jednak myśl o Bogince nie dawała mu spokoju. Nie potrafił o niej zapomnieć. Ojciec Jura widząc rozpacz syna postanowił słać swaty.Przybyli posłańcy Jura do Boguchwała z wozami pełnymi darów. Rozmowy trwały długo, lecz Boguchwał nie wyraził zgody twierdząc, że jego córka żoną poganina nigdy nie zostanie. Taka była wola ojca.Jur gdy usłyszał o odmowie, nie mógł dojść do siebie. Chodził po komnatach ciągle krzycząc, iż Boginkę weźmie siłą, a z grodziska TYKO – CIŃ, TYKO – CIŃ, TYKO – CIŃ zostanie.( w języku jaćwingów oznacza to – tylko cień. )Postanowił zorganizować wielką wyprawę na gród Boguchwała. Gdy się Boguchwał dowiedział o planach Jura powiedział swoim poddanym – Już ja mu zrobię tyko – ciń, pokażę, na całe życie popamięta.Jur zbroił swoje wojska, a Boguchwał fortyfikował gród, a także przygotowywał zasadzkę na rzece.W chwili, gdy wojska jaćwieskie stanęły nad brzegiem rzeki, w miejscu bardzo płytkim, Jur rozkazał ją zasypać. Kiedy jeden z wojów zameldował, że Narew „nie ciece” Jur podjął wyprawę. I następnie wpadł w zasadzkę. Bój trwał od świtu do wieczora. Wśród tumanów kurzu, jęków, krzyków i szczęku oręża szale zwycięstwa chyliły się to na jedną, to na drugą stronę. Ostateczne zwycięstwo przypadło Boguchwałowi. Dla uczczenia zwycięstwa, a także ku przestrodze ewentualnych odwetów, nazwał Boguchwał swój gród Tykocinem, zaś Joca i Jura kazał pochować na szczycie wzgórza niedaleko grodu. Rozkazał by w ciągu nocy usypano na ich mogiłach kurhan. Tak powstała wieś Nieciece ( od „nie ciece” ponieważ w tym miejscu był gród na Narwi, który Jur kazał zasypać)Chcecie to wierzcie, a nie, to nie, ale Tykocina istnieje do dziś, a mieszkańcy wsi Nieciece nazywają wzgórze znajdujące się między Tykocinem niecieczami Jocą Górą.[Akcja między wiekiem XI a XIV, gdy tereny na północ zamieszkiwali Jaćwingowie, a gród, Tykocina był warownią strzegącą północnych terenów Mazowsza.]
http://209.85.129.132/search?q=cache:_J ... =113&gl=pl
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

O Cerkwi w Dubiczach Cerkiewnych
Dubicze Cerkiewne - stara wieś podlaska leżąca na skraju Puszczy Białowieskiej. Od początku swego istnienia wieś związana była ze wschodnim kręgiem kulturowym oraz obrządkiem prawosławnym. Już sama nazwa wsi wskazuje na to, ze jest tam cerkiew. Drewniana cerkiew p.w. Opieki Matki Boskiej wybudowana w latach 1946 - 1953, konsekracja w 1955 r. Konstrukcja zrębowa, szalowana, nawa na planie kwadratu, ałtarz (prezbiterium) zamknięty trójbocznie, nad pritworem (kruchta) góruje dzwonnica. Pierwsza świątynia została założona w 1553 r. co potwierdza przywilej Zygmunta II Augusta. Obecna cerkiew (na fundamentach poprzedniej: z 1729 r., spalonej w 1941 r.) wzniesiona została dzięki ofiarności miejscowej ludności. Wśród miejscowej ludności żywa jest legenda, że od powstania wsi Dubicze istniała tu cerkiew, co potwierdza przywilej króla Zygmunta II z 1553 roku. Starsi mieszkańcy wskazują, że pierwotnie cerkiew była zlokalizowana około kilometra na południowy wschód, obecnie na terenie Ośr. Wyp. Bachmaty. Obok cerkwi przebiegał trakt carski z Bielska Podlaskiego do Kamieńca i dlatego po dzień dzisiejszy nazywany on jest gościńcem Kamienieckim.
Jak głosi legenda cerkiew Piotra i Pawła spaliła się. W czasie pożaru tej świątyni, ikona niesiona wiatrem, upadła na samym końcu wsi Dubicze ( od strony Grabowca). Ludno¶ć uznała to miejsce za opatrznościowe do lokalizacji nowej cerkwi p.w. Opieki P.M.P. Kiedy zbudowano nową cerkiew, dokładnie nie wiadomo. Było to po roku 1717. Jedno ze żródeł podaje 1729 rok. Mikołaj Panifiluk datuje budowę tej cerkwi na lata 1760-70.Inna legenda głosi, że pierwsza cerkiew nie spłonęła lecz została wchłonięta w ziemię, za grzechy parafian. W dzień „Piotra i Pawła” , który wg. kalendarza przypada 12.07., można w południe pój¶ć na owe wzgórze, przyłożyć ucho do ziemi aby usłyszeć bicie dzwonów cerkiewnych. Na miejscu starej cerkwi stoi kamienny krzyż z wyrytą datą 1902r. Stanowi on pamiątkę po byłej cerkwi.
http://www.dubicze-cerkiewne.pl/turystyka_c.htm
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

O jeleniu, który wskoczył do łomżyńskiego herbu
Stary Sieciej wyszedł przed budę bartniczą, żeby dorzucić nieco drew do ognia, pykającego w jamie wygrzebanej w piasku. W samą porę. Albowiem płomyki zaczęły szybko przygasać, zaś od pobliskich rozlewisk i wądołów pozostawionych jeszcze wiosną przez kapryśną Narew nadciągała wieczorna wilgoć, a wraz z nią i ziąb przenikający do szpiku kości. Zaledwie bartnik zawrócił w stronę szałasu, jego rękawów uczepiło się dwóch zuchowatych wyrostków. Byli to Cieszko i Zdzieszko, jedyni synowie Siecieja, urwipołcie i psotnicy dobrze znani w okolicznych borach. Bliźniacy, jak przystało na bartnikowych synów, podobni byli do siebie niczym dwie kapki lipcowego miodu Przymilając się i zagadując nakłonili chłopcy rodzica, aby przysiadł razem z nimi na chwilę w cieple. Przy ognisku coraz weselej trzaskającym, co i raz sypiącym iskrami z jałowcowego chrustu.- Tatku, jakże to było w onej straszliwej bitwie pod Grunwaldem? - pierwszy zagadnął ojca Cieszko.- Do północki daleko, do rana jeszcze dalej, wyspać się przeto zdążymy. Tatku kochany, opowiedzcie nam przed snem, jako żeście prali zbójeckich Krzyżaków, o których pleban w Łomży powiada, że są z piekła rodem.- Jako prałem krzyżackie nasienie? Zwyczajnie, synkowie - Sieciej uśmiechnął się do wojennych wspomnień sprzed ośmiu lat, po czym machnął niecierpliwie ręką, jak gdyby chciał opędzić się przed atakiem natrętnego komara.- Lepiej wyspalibyście się przed jutrzejszymi łowami na grubego zwierza. Bo o czym tu gadać? Kazali iść, to poszedłem. Kazali bić juchę Krzyżaka, to biłem. Zwyczajnie.- Tatku, wuj Jaroch powiadali niedawno, iżeście pod Grunwaldową osadą wzięli w pień jakowegoś ważnego komtura. Ponoć samego głównego wodza z zamku w Nidzicy. Okrutnego zbója z wielgachnym mieczem, tarczą herbową i z ogromnym czubem pawich piór na hełmie. Wielkiego i strasznego niby Herod. Powiadajcie nam, tatku kochany, jako żeście przemogli w boju onego Heroda? - czym prędzej poparł brata Zdzieszko.- A co go miałem nie przemóc, skoro zbój sam wlazł mi pod rękę? Sieciej roześmiał się cichutko i dorzucił: - A w ręku akurat dzierżyłem maczugę. Miał pecha plugawiec.- Lecz jakże to było? - zawołali chłopcy jednym głosem.- Powiadajcie, tatku.- Jak było? Mówiłem już, synkowie. Zwyczajnie. Jako w każdej bitwie. Najprzód kum Jaroch obalił zbójowi na ziemię konisko, waląc je drągiem po goleniach, a kiedy Krzyżak zsunął się z siodła i mieczem zamiarował zadźgać kuma niczym wieprzka, skoczyłem sąsiadowi z pomocą. I tak gruchnąłem krzyżackie nasienie z tyłu przed łeb maczugą, aże hełm rozleciał mu się kiejby popękany gliniany garnek. Nie zdzierżył solidnego puszczackiego ciosu. Zwyczajnie.- I co było później? - zawołali znowu bliźniacy.- Powiadajcie, tatku kochany. Sieciej wzruszył ramionami.- Później już nic nie było. Okazało się jeno, że krzyżacki łeb twardszy jest od żelaza. Komtur wyżył. Pognano go potem w niewolę do zanikowych lochów w Płocku albo i w Warszawie. Zaś kumowi Jarochowi i mnie król Jagiełło złożył podziękowanie za wielkie staranie pod Grunwaldem. No i za te kilkanaście łbów, któreśmy roztrzaskali w boju kiedy Litwa zaczęła się cofać ku moczarom przed knechtami i plugawym rycerstwem zakonu.- Podziękował? Sam król? - bliźniacy byli wniebowzięci. - A jakimi słowy, tatku?- Cóżeście się tak mnie dziś uczepili, jako rzep suczego ogona? Przecie powiadam, że król mi dziękował. Nie kto inny, ale Władysław Jagiełło, pan nasz najmiłościwszy. A jako dziękował? Gadałem już, synkowie. Zwyczajnie.- Tatku kochany, a jakże król miłościwy wygląda? Wielki jest? I pewnie cały w złotej zbroi? A koronę to chyba ma z samiuśkich brylantów? Bartnik popatrzył uważnie na swoich chłopców i zrazu nie odpowiedział. Potem uśmiechnął się tajemniczo i wyznał:- Poczekajcie do jutra, leśne bąki. O świcie król wraz z orszakiem przybędzie z Łomży do nas na polowanie. Ślubowałem panu wójtowi, że poprowadzę łowiecką drużynę w Diabelską Dąbrowę, tam gdzie i o tęgiego tura łatwo, i o mocarnego żubra nietrudno. Będziecie mieć szczęście, obaczycie monarchę. A może i świeżutkim miodem poczęstujecie majestat, jako przystało na prawdziwych gospodarzy tego boru.- Oj, tatku kochany! Uszczęśliwieni chłopcy rzucili się na wyścigi ściskać i całować ojca. Sieciej zaburczał udając powagę i otrząsnął się niczym stary niedźwiedź, a następnie dźwignął się na nogi i wskazał na bartniczą budę.- Pora spać, leśne bąki - rzekł stanowczo.- Rano trza wstawać jeszcze przed dzięciołami. Jeśli chcecie pójść ze mną na umówione miejsce. a później wędrować z królewskimi ludźmi po naszej Zagajnicy, musicie wypocząć i sił nabrać przed jutrzejszymi trudami. Nie zapomnijcie, synkowie, przed snem przepatrzeć chodaki. Wszakże wy iść będziecie pieszo, podczas gdy orszak królewski podąży na koniach, zacnych i wypoczętych. Sprawdzonych i w boju, i w pościgu za wrogiem.- Ależ, tatku, co wy mówicie? Niby nie wiecie, że puszczacy nawykli do biegania po lesie? Ze zdrowym śmiałkiem w borowej głuszy żaden rumak nie wygra gonitwy. A my, choć jeszcze młodzi, prawdziwiśmy puszczacy. Ze zdrowiutkim sercem i zdrowymi nogami.Bartnik Sieciej odgarnął znad czoła pobielone przez czas kosmyki.- Ech, uparciście obydwaj niby kozioł smolarza Sągniewa spod Kolna - westchnął głośno.- Nie przegadam was, leśne bąki, i dlatego rozprawiać z wami dłużej ani myślę. Kto jutro ze mną zamiaruje pokłonić się do kolan najmiłościwszemu królowi, ten niechaj już teraz legnie na wilczych skórach i odpocznie należycie. Kto zaś zaśpi rano, ten niech pójdzie sobie nad strugę chwytać chude płotki lub piskorze. Bo ja czekać na śpiocha nie zamierzam. Nie da się zaprzeczyć, iż ojcowskie argumenty przemówiły do młodzieńczej wyobraźni. Radośnie pohukując bliźniacy momentalnie zniknęli wewnątrz szałasu. Zaledwie Sieciej wetknął rzepę w żar i przysypał starannie piaskiem, ażeby upiekła się i utrzymała ciepło do świtania, z budy dobiegło jego uszu chrapanie na dwa głosy. Nim gwiazdy na niebie pojaśniały na dobre, na polanie u Siedmiu Diabelskich Dębów pojawił się orszak rycerski z pachołkami i wozami zdążającymi z tyłu. Nie zwlekając sprawnie rozbito obozowisko, ustawiono fury ze spyżą, rozpalono ogień i zaczęto czekać na przewodnika.Długo nie czekano. Po kwadransie z boru wyszedł Sieciej z dwoma wyrostkami. Widząc ludzi gotowych do drogi, kazał bliźniakom stanąć z boku i nie wadzić nikomu, a sam skierował się ku ognisku. Cieszko i Zdzieszko poczęli wypatrywać króla. Wielkiego rycerza w złotej zbroi, w złotej koronie i ze złotym mieczem u boku. Na próżno. Władysława Jagiełły pośród rycerstwa chyba nie było. Pierwszy nie wytrzymał Zdzieszko. Podszedł bliżej i trącił delikatnie w łokieć jakiegoś starszego z wojów, o obliczu pooranym zmarszczkami i włosie dobrze siwym, a ubranego w zwyczajny kożuszek i futrzaną czapkę. Panie rycerzu, nie wiecie, gdzie tu król? - zapytał grzecznie półgłosem. - Pozieramy z bratem, pozieramy, ale jakoś nadaremnie.- Czyj jesteś, wilczku?- Obajśmy z Cieszkiem synowie bartnika Siecieja. Tego samego, któren dopomógł królowi wygrać pod Grunwaldem okrutną bitwę z krzyżacką gadziną.Stary rycerz ożywił się. Pewnie także walczył na Grunwaldowym polu, bo zaraz zagadnął:- A gdzież wasz dzielny ojciec? Ów bartnik Sieciej, co to dopomógł polskiemu monarsze zetrzeć w pył i proch potęgę krzyżowego zakonu- Tam pod dębem, panie rycerzu. Gada z onym siwiutkim człekiem w szkarłatnym kołpaku z orlim piórem. Z wielkim panem zapewne, lecz przecież nie z królem.
- Nagabnięty spojrzał w tamtą stronę i potwierdził:- Nie inaczej. Ojciec wasz rozprawia z księciem Januszem, panem na Mazowszu. - Panie rycerzu, zabyliście? - Zdzieszko pociągnął rycerza niemoc no za rękaw. Pytałem was o króla, aleście mi nic nie odrzekli. Czyżby nasz pan najmiłościwszy nie przybył na łowy? Czyżby niemoc jakowaś paskud na nie wypuściła go z łoża?- Dlaczego nie ma króla? - także i Cieszko nie krył rozczarowania - A tatko powiadali, że król Władysław Jagiełło nade wszystkie pałacowe igrce i zabawy ceni sobie polowanie na dzikiego zwierza na futra, żubra albo i niedźwiedzia. - Król zdrów jest. Wiem to doskonale, wilczku. Wiem również, iże jest tutaj. Cieszko obrócił się na jednej nodze dookoła.- Prawdę mówicie, panie rycerzu? - zawołał. - Nie łżecie aby? A dlaczego nie widać go nigdzie?- Rozpoznałbyś swego monarchę?- No pewnie.- Hm, a po czymże to, wilczku?- Bo wielki jest, panie rycerzu. Największy z królów, ł piękny jest jak z kościelnego obrazu. I w zbroi caluśkiej ze szczerego złota. I w koronie z brylantów, pereł i inszych drogocenności.
Stary rycerz uśmiechnął się rozbawiony.W tej samej chwili zbliżył się do niego rycerz w bobrowym kołpaku, ze złotym łańcuchem na szyi. Zeskoczył z konia i pochylił głowę.- Wasza królewska miłość, gotowiśmy do drogi - oznajmił. - Kiedy każecie wyruszać?- Dajcie sygnał, Bożywoju. Już pora.- To... to wyście, panie rycerzu, są naszym królem? - Zdzieszko, gdyby teraz mógł, zapadłby się ze wstydu pod ziemię. Albo skryłby si? w borsuczej jamie. Ale że nie mógł, jąkając się pytał dalej: - Toście są, panie rycerzu, najmiłościwiej nam panującym Władysławem Jagiełłą? Tym prawdziwym? Nie cyganicie aby? - Jak śmiesz, kpie, zwracać się w ten sposób do monarchy - woj w bobrowym kołpaku wyciągnął rękę, by pochwycić Zdzieszka za kołnierz.- Poniechajcie go, Bożywoju. On to przecież z nieświadomości powstrzymał król Władysław rycerza i zwrócił się do chłopca: - Jam jest, wilczku. Rozczarowanyś? Zapamiętaj. Prawdziwa wielkość nie we wzroście się kryje. Ani w potędze złota i klejnotów. A o lico podobne do kościelnych malunków trudno, kiedy siedemdziesiąt bez mała roków przygnięcie człekowi ramiona. Już z konia Jagiełło skinął na Zdzieszka.- Dołączaj wraz z Cieszkiem do naszej drużyny. Chciałbym popatrzeć, jako w borowej dziczy spisują się Sieciejowe wilczęta.Władysław Jagiełło w siodle trzymał się znakomicie. Mimo znacznego wieku pędził jak zrośnięty z koniem. Czerstwa cera nabierała rumieńców, zdrowych i świeżych. Pewnie od porannego wiatru, a także i od tego, że król nie pijał ni piwa, ni wina nawet w młodości.Niewiele czasu upłynęło, gdy Sieciej śpieszący na przedzie podniósł wysoko rękę. Znak, iż przed królewskim orszakiem ciągnęła się Diabelska Dąbrowa. Łowy na grubego zwierza mogły się rozpocząć. Trudno zliczyć wszystkie dziki i niedźwiedzie, łosie, tury oraz żubry, jakie padły w owych dniach od rycerskich oszczepów. Nie one jednakże przeszły do historii. W kronikach królewskich skrybów zachowały się słowa o jeleniu. O jeleniu niezwykłym, monarszym. O jeleniu, który wskoczył do łomżyńskiego herbu...Pierwszy tydzień łowów zleciał wszystkim tak szybko, jakby doba myśliwska liczyła zaledwie pół zwyczajnej doby Przez calutki ten czas szczęście czuwało nad Jagiełłowym orszakiem. Od zacnych trofeów zwożonych z puszczy na polanę mogło się zakręcić w najtrzeźwiejszej głowie. Co dnia wozy pełne mięsiwa i futer odprawiano do Łomży, na dwór myśliwski mazowieckich książąt.
W podłomżyńskich lasach przypominających nieco bory litewskie nad Wilią i Niemnem, a przez to i spędzone w nich lata młodzieńcze Władysław Jagiełło czuł się znakomicie, jak chyba nigdzie poza Litwą. Prawie nie schodził z konia. Dopiero o zmierzchu zasiadał przy ognisku, aby powieczerzać i pogawędzić z towarzyszami. Cieszko i Zdzieszko po raz pierwszy w żywocie mogli napatrzeć się i nasłuchać dziwów, o jakich dotąd w borach nawet nie śnili. Przychodziło in to o tyle łatwiej, iż wkrótce strali się ulubieńcami wszystkich. Nie dziwota. Wychowani przez ojca w szacunku do pracy i w życzliwości wobec innych, bliźniacy starali się być użyteczni na każdym kroku. Dopomagali królewskiej wyprawie, jak tylko potrafili. Na lada skinienie służyli rycerzom za przewodników, dla obozowych kucharzy wyciągali ze strug łokciowe jazgorze i okonie tłuste niby wieprzki, zbierali prawdziwki i rydze, a także dziki czosnek oraz aromatyczne zioła na przyprawy do mięsiw, zaś przed nocnym spoczynkiem czyścili z zapałem broń i bogatą uprząż.No i korzystali z każdej okazji, ażeby posłuchać ciekawych opowieści wielkich rycerzy, ale i wpominków dworzan oraz co znaczniejszych pachołków. Choćby takich jak te oto. - Nie pierwszy raz towarzyszę najmiłościwszemu królowi w łowiekiej przygodzie - pochwalił się Kazko, giermek pana Cichosza z Psiej Góry i sprawdził czubkiem noża płat sarniny zawieszony nad ogniskiem, czy już upieczony. - Monarcha nasz jest nadzwyczajnego zdrowia. Nie imają się go najsroższe mrozy, nie dokuczliwe mu też upały ani wichry, ani deszcze Od maleńkości hartowany bywał w niewygodach. Surowe wychowanie dał mu bowiem jego rodzic Olgierd, kniaź Litwy człek niezwyczajnie mądry i przezorny, a polityk przy tym, że ho ho! Mało kto potrafi trzymać Krzyżaka na końcu miecza jako onże właśnie.- A niby co w tym dziwnego? Kniaź mądry i wielki to i króla mądrego i wielkiego zrodził, Kaziejku - zaciągnął po swojemu Wigunt, stary Litwin od dziesiątków lat czuwający nad Jagiełłowym orężem.
- O tak, tak. Wielki nasz król. Z każdym rokiem większy. - Kazko z Psiej Góry przytaknął skwapliwie. - Inny w jego leciech wolałby siedzieć na miękkich skórach w komnatach wawelskich, z biskupem krakowskim, panem Oleśnickim, albo nawet i z samym prymasem Mikołajem Trąbą w harcaby grać, niźli w niewygodzie na rumaku i z oszczepem w garści ścigać się z brodatym żubrem.- Wielki król to i wielki myśliwiec, Kaziejku - zauważył znowu Litwin. - A trzecia żona to zawszeć już trzecia. Każda żagiew wypala się z czasem.- Nie równaj królewskiego serca z suchą żagwią, litewski niedźwiedziu - tym razem Kazko zaprotestował i naburmuszony dodał: - Powiadają na Wawelu, że po zmarłej Jadwidze, a potem i Annie, Elżbieta jest prawdziwym umiłowaniem Jagiełły. Największym.- A czyja mówię, że nie, Kaziejku? - Wigunt uśmiechnął się dobrodusznie i wyciągnął rękę do giermka z Psiej Górki.- Gadałem jeno, że król nasz nadal jeszcze przedkłada łowy nad insze dworskie zabawy.- A bo też i przyznać trzeba sprawiedliwie, że mimo nienadzwyczajnego wzrostu i niezbyt tęgiej budowy król Jagiełło ramię silne ma jako i sam Zawisza Czarny z Czarnkowa - odezwał się powoli Żelisz. Wszyscy zamilkli i spojrzeli na doświadczonego woja. Wiedzieli, iż Żelisz gęby otwierać darmo nie lubił, lecz gdy już otworzył, to jakby strzałą mierzył do celu. - A i we władaniu bronią mało kto mu dorówna. Onegdaj, widziałem na własne ślepie, król dopędził umykającego tura i w pełnym galopie cisnął weń oszczepem. Trafił, że lepiej nie można. Zwierz dziki zwalił się na ziemię niby rażony piorunem.- Pan mój, książę Janusz, starszy jest od nąjmiłościwszego monarchy o równe dziesięć roków przypomniał druhom Macko, dworzanin z mazowieckiego zamku, korzystając z chwili ciszy. I zaraz dodał: - Przedstawcie sobie, siedemdziesiąt osiem lat na karku dźwiga, a takoż całymi dniami nie złazi z siodła i pomyka po lasach. - Z siodła nie złazi, bo towarzyszy najjaśniejszemu panu. Nie godzi się inaczej. Wszakże bory książęce wokoło i on tutaj gospodarzem choć równocześnie i sługą królewskim - zauważył śpiewnym głosem Litwin. I wnet dorzucił z dobrodusznym uśmiechem: - No, ale z oszczepem za turem czy brodatym żubrem twój pan już się nie wypuszcza? Nie zaprzeczysz, iż prawdę szczerą gadam, Maciejku? Macko wzruszył ramionami.- Wiem jeno - rzekł - że jutro książę Janusz kazał sobie przygotować kuszę, zapas bełtów oraz oszczep wyostrzyć jak należy. Pewnikiem się więc wypuści i za jakowymś grubszym zwierzem.- Rano się okaże, co książę mazowiecki czyni. A teraz spać pora wszystkim. - rozmowę giermków przy ognisku przerwał pan Cichosz z Psiej Góry, który akurat nadszedł i usłyszał ostatnie zdanie. - Przed świtaniem wyprawiamy się za Skrodę i Pisę. Bartnik Sieciej powiadał, że w tamtejszej kniei trzy albo cztery gniazda niedźwiedzia się kryją. Kiedy król Jagiełło to usłyszał, zaraz zapragnął spotkania z kosmatym. Jutro zatem idziemy na niedźwiedzia. Sprzeciwiać się słowom pana Cichosza nikt nie śmiał. Zwłaszcza, że wolę królewską powtarzały. Zerwano się czym prędzej na nogi, wygaszono starannie ogniska i pospieszono na spoczynek. Kto mógł, krył się w szałasach wystawionych wcześniej, pozostali wyciągali się na ciepłych jelenich, wilczych lub niedźwiedzich skórach, zwyczajnie pod gwiaździstym niebem. Dla rycerskiego stanu nie była to wszakże pierwszyzna. Wkrótce nad obozowiskiem unosiły się jeno resztki dymów i dawały się słyszeć niegłośne nawoływania straży rozstawionej skrajem lasu. Przedpołudnie zastało orszak królewski nad Pisą, szeroką w tym miejscu na pół strzału z kuszy. Zaraz za rzeką wjechano w wysokopienny bór z chojarami sięgającymi nieba. Potem znaleziono się w chaszczach, których ludzka stopa pewnikiem dotychczas nie deptała.Z niepokojem rozglądano się dookoła. Niejednemu z giermków włos unosił czapkę. Nie, nie kosmatego zwierza się tu obawiano, lecz duchów paskudnych, diabłów leśnych i bagiennych czarownic, mających ulubione siedliska w takiej właśnie dzikiej i ponurej głuszy. Tymczasem bartnik Sieciej szedł borem niczym imci wójt ulicami Łomży. Nie zmylił drogi ani razu. Wreszcie dał znak, aby pozłażono z koni. Na kosmatego najlepiej iść na własnych nogach.Pierwszego niedźwiedzia osaczono w barłogu. Skoczył ku niemu Jagiełło z oszczepem, powstrzymując gniewnym okrzykiem Cichosza z Psiej Górki i Mszczuja z Dobrołąki, którzy z toporami zamierzali ubezpieczać monarchę z obydwu boków. A kto wie, może nawet chcieli i wyprzedzić go w ataku? Pozbawiony szans ucieczki zwierz ryknął wściekle i zwrócił się ku królowi. Wyciągnął łapy i już, już sięgał Jagiełłowego kołpaka, gdy raptem nadział się na oszczep. Ostry grot pchnięty pewną ręką wbił się między żebra. Kosmaty runął martwy u stóp króla.Niedługo potem ubito jeszcze trzy niedźwiedzie. Dwie samki i samca olbrzyma, większego i od konia, i od wołu. Dobry nastrój monarchy udzielił się pozostałym. Cieszono się głośno, podziwiano męstwo Władysława Jagiełły i jego ramię niby wykute z prawdziwej stali. Zapewne radowano by się jeszcze długo, gdyby nagle nie okazało się, że pośród rycerstwa zabrakło Janusza, pana na Mazowszu. - Gdzie nasz gospodarz? - zaniepokoił się król Władysław. Nie spotkało goli coś niedobrego?Gdzież książę Janusz? - zaczęto wołać na wszystkie strony.- Kto widział mazowieckiego księcia? Hop, hop! Odezwijcie się, mości książę! Ponieważ jedyną odpowiedziąna wołanie był pracowity stukot dzięciołów niosący się z góry, czym prędzej rozdzielono się na kilkuosobowe grupy i pośpieszono na poszukiwanie zaginionego dostojnika. Najwięcej szczęścia miał Zdzieszko podążający wraz z panem Mszczujem z Dobrołąki i jego giermkami. Już po kilkudziesięciu krokach usłyszał coś, co nakazało mu ruszyć biegiem. Wojowie bez słowa sięgnęli po topory i oszczepy i popędzili za chłopcem. Zdążyli w samą porę.Na konarze dębu siedział stary książę z nożem przygotowanym do ciosu. Olbrzymi niedźwiedź pomrukując gniewnie i czepiając się wszystkimi czterema łapami usiłował wdrapać się na górę. Na widok zbrojnych kosmaty zeskoczył na ziemię i z wrzaskiem bezradnej wściekłości sturlał się do głębokiego jaru. Trzask łamanego jałowca wyznaczył szlak jego ucieczki.Nie pogoniono za zwierzem. Zajęto się panem na Mazowszu, zawieszonym między niebem a ziemią. Zdjęty z dębu, książę sapał ciężko przez dłuższą chwilę, a dopiero potem w krótkich zdaniach opowiedział swą przygodę. Zrzucony przez przerażonego konia i pozbawiony oszczepu musiał szukać schronienia na dębie. Gdyby nie przytomność umysłu i kryjówka na tęgim konarze, nie żyłby już, rozszarpany przez okrutną bestię. Jednakże to nie koniec przygód. Zaledwie połączono się z pozostałymi grupami i już konno wyruszono w drogę powrotną, ze świerkowego zagajnika wypadł jeleń. Piękny okaz rogacza o rozłożystym wieńcu na głowie, jaki nieczęsto spotyka się w borze. Widząc orszak konny jeleń przystanął na moment. Zawahał się. I to go zgubiło. Jagiełło wyszarpnął oszczep z ręki giermka i cisnął z całej siły. Trafił. Rogacz zwalił się na murawę.Niemal w tym samym momencie ze świerczyny rozległ się ryk innego jelenia. Samca zwycięzcy oznajmiającego puszczy, kto tu jest prawdziwym władcą stada.Aj tamci musi być sztuka. Marzenie, jęknął z zachwytem pan Cichosz z Psiej Góry i sięgnął po oszczep. Pozostańcie tutaj. Ja się z nim zmierzę - monarcha skierował rumaka w stronę zagajnika, lecz ruszyć nie zdążył, albowiem Cieszko jednym susem przyskoczył do konia i uwiesił się cugli. Panie najmiłościwszy, na Boga. nie jedźcie sami - rzucił półgłosem.- Tam zasadzka. Ptaki w świerczynie zamilkły na amen. W zagajniku ktoś obcy być musi. Jelenia skrzydlate się nie lękną. Ludzie tamże są i głos rogacza naśladująudanie. Łotry jakoweś, bo po cóż by się kryli? A może to Krzyżaki ze Szczytna? Lub wyprawa z Malborka? Do granicy stąd, jakby kamieniem cisnąć.Na dyskretny znak króla Władysława połowa drużyny skręciła powolutku w las i zataczając półkole od tyłu dotarła do zagajnika. Kiedy w powietrzu rozległ się umówiony krzyk orła, z obu stron popędzono galopem. Po krótkiej, lecz krwawej walce dziesięciu Krzyżaków legło bez ducha. - Żywot zawdzięczam ci, wilczku. Władysław Jagiełło przycisnął bliźniaka serdecznie do piersi. Jakże ci się odwdzięczę?- Nie mnie, miłościwy królu, ale jeleniowi wdzięczność winniście. Gdyby nie zwierz ów, nie spostrzegłbym braku ptactwa w świerczynie i nigdy nie odgadłbym plugawej zasadzki gotowanej przez komturowych zbójów. - Skromnyś, wilczku, lecz to ci się jeno chwali - Jagiełło jeszcze raz uścisnął młodzika. - Niechaj pycha nigdy nie zapuści korzeni w twoim sercu. A że wdzięczność długi nakazuje spłacać, zabieram cię do Krakowa. W szkołach uczyć się będziesz. Później powrócisz tu, aby w moim imieniu doradzać i pomagać leśnym ludziom. - Ja zaś, najmiłościwszy panie - dodał książę Janusz - dla wspomnienia waszego pobytu w mazowieckich borach jeszcze dziś Łomży prawa miejskie nadam. I herb ustanowię, ażeby we wdzięcznej pamięci wydarzenia te po wsze czasy zachować się mogły, bo przecież powinny.Pan na Mazowszu słowa dotrzymał.Od tamtej pory Łomża jest nie leśną osadą, ale miastem.I herb piękny posiada. Z królewskim jeleniem w skoku i z kilkoma żołędziami. Te ostatnie dorzucił stary książę na pamiątkę owego dębu, który ocalił mu życie.
http://www.lomza.friko.pl/
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Opowiadania



cron