1656. Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Historie zasłyszane, pamiętniki, legendy rodzinne. Z urwanych słów, z kilku strzępków opowieści, gdy się wsłuchasz wysnujesz obraz ich życia - zamglony, niewyraźny i jakiś taki bliski niezmiernie ...
* CO W DZIALE? - Opowiadania rodzinne, historie zasłyszane, fragmenty pamiętników, niepotwierdzone legendy, historie o duchach, historyjki o zwierzętach domowych, o pokojach, powozach, klombach kwiatowych w ogrodzie, figurkach itp. Wszystkie nawet drobne, beletrystyczne rodzinne zapisy z dawnych czasów. Opowiadania mogą mijać się z prawdą, być niesprawdzone, pisane stylem dowolnym.
* OPISY - Przy dłuższych opowiadaniach można na początku wprowadzić indeks osób, miejsc, lub wydarzeń.
* POMOC - Trudności proszę sygnalizować w dziale "Poradnia", na wszystkie odpowiemy, tworząc jednocześnie FAQ
* PISANIE - Bardzo prosimy umieszczać w tekście znaczniki do leksykonu, lub innych działów. np. znacznik [leks] odsyła do hasła w leksykonie. znacznik [leks=] prowadzi do hasła innego niż link (np. inna forma gramatyczna). Leksykon. Pozwoli to czytelnikom korzystać z szerzej informacji.

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

Jaś Grajek i królowa Bona
Było to w jedną noc styczniową. Mróz, który od kilku tygodni się srożył i Narew grubym okrył lodem, sfolgował właśnie nad wieczorem, a leciutki śnieżek pokrył ziemię. Powietrze było zupełnie ciche, i tak łagodne, iż po siarczystych mrozach zdawało się ciepło jak na wiosnę. Księżyc, chociaż niepełny, przyświecał jasno, a w jego blasku zlodowaciałe drzewa i suche badyle polnych chwastów iskrzyły się jak gdyby ze srebra i brylantów samych złożone.
Mogło być około północy, gdy Jaśko wracał po lodzie zza Narwi do domu, bo jakoś tej niedzieli rychlej się skończyły niźli zwykle tany w karczmie, której grał właśnie. Był to sobie rześki dwudziestoletni parobczak, z rzemiosła swego pastuch bydła w Łomżycy, a z zamiłowania grajek. Chodząc ze stadem swoim przez lata całe ze skrzypkami nieodstępnymi, tak się doskonale wygrywać na nich wyuczył, że aż rozkosz było słuchać. To i też choć młody, poczynał już mieć sławę w okolicy, dziewki uśmiechały się do niego radziej niż do drugich parobków, a gdzie było wesele albo tany w pobliżu, trudno się obyło bez Jasia.
Otóż tedy powracał sobie po lodzie z karczmy do domu, a że mu jeszcze czmerało parę kieliszków w czuprynie, wygrywał sobie po drodze to wesołe, to rzewne piosneczki, jak mu która na myśl przychodziła. Właśnie przeszedłszy szczęśliwie przez rzekę mijał pagórek, na którym kiedyś stało zamczysko królowej Bony, gdy wtem stał się przed nim dziw, który go od stóp do głów przejął mrowiem. Tuż przed oczyma jego rozwarła się nagle jedna ściana pagórka i z ciemnego jej otworu ukazała się piękna pani, wystrojona jak na święto, cała od złota i klejnotów. Jaś, choć mu w głowie czmerało, widział, że to coś nie po ludzku się dzieje. Chciał się przeżegnać, ale mu smyczek przeszkodził, zawołał więc tylko na głos:
- Wszelki duch Pana Boga chwali!
- I ja go chwalę - pokornie i rzewnie odpowiedziała strojna pani - choć nim oglądać stanę się godną, wieki, wieki jeszcze miną! - z cichym dodając westchnieniem. Jaśko, skoro tylko pierwsze słowa jej posłyszał, uspokojony, że nie z diabłem ma do czynienia, nie dając na resztę uwagi, zdjął czym prędzej z głowy baranią czapkę i kłaniając się nią do nóg zaczął Prawić:
- A toć mi wybaczcie, Imościulu! żem się was wyląkł, gdyby czego złego... Ale dalibóg - bo i skąd się też Imość o tej porze tutaj wzięła?.. Albo pfu! czym ja pijany, czy co? - Czyć mi się to jeno widzi, że to my tutaj nad Narwią, w szczerym polu - a to ot, że niby zamkowa góra - hę?
- Dobrze ci się widzi, mój człowieku. Toć to jest zamkowa góra, a ja nieszczęsna ta królowa Bona, com na niej kiedyś mieszkała!...
- Ach, ciężko się nagrzeszyło, ciężko też pokutuję teraz! W zapadłym zamczysku moim dręczą mnie i poniewierają złe duchy, tylko ta jedna godzinka przed północą, o której za życia bywało pacierz mawiałam, wolna mi od mąk zostaje... Ale co ci o tym prawić! choćbyś chciał, pomóc mi nie zdołasz... Oto, uczyńże przynajmniej jedno, co możesz. Słyszałam, jakeś idąc ślicznie wygrywał piosneczki, zagrajże i mnie jedną, ze dwie jakie, to zapomnę choć na chwilkę o mojej niedoli. To mówiąc zjawisko niewieście spojrzało Jankowi w oczy tak miłosiernie prosząc, że chociaż dowiedziawszy się o jej godności rad był wziąć nogi za pas i drapnąć do domu, nie mógł się oprzeć milczącemu błaganiu i podstroiwszy skrzypce zaczął grać jej kwoli śliczną piosenkę:
Choćbyś ty jeździł we dnie i w nocy, Choćbyś wyjeździł koniowi oczy, Tak ja twoją nie będę!
Bona słuchała z zachwyceniem. Ach!, bo i któż by słuchać mógł bez niego tej cudnej mazowieckiej pieśni? - cóż dopiero ona nieboraczka, co od lat tylu nie znała innej muzyki, tylko wycia i śmiechy diable?
Jaś też grał, co się nazywa doskonale. Nie umiał ci on wyprawiać smyczkiem po strunach dziwnych skoków jak na przykład dzisiaj niejeden okrzyczany szarlatan, ale od pierwszego dotknięcia skrzypek tak się duszą całą wmyślił w piosnkę graną, że zapomniał o Bonie i strachu, o wszystkim wokoło siebie, wyśpiewując w głębi duszy słowa, których nutę wygrywał. Toteż jednostajna melodia piosenki z każdą zwrotką nabierała nowego wyrazu, ruchu i dźwięku, a kiedy przyszedł w myśli aż do tych słów dziewczyny:
A ja się stanę gwiazdką na niebie, Będę świeciła ludziom w potrzebie, Tak i ja twoją nie będę! Do nieporównanej odpowiedzi chłopca: A ja mam litość nad ubogiemi, To sproszę gwiazdkę z nieba do ziemi. Skrzypki Jasiowe tak czarującym odezwały się głosem, że aż Bonie z czarnych oczu trysnęły dwie jasne łez krynice i dwoma kroplistymi strumieniami z twarzy na wznoszące się piersi spadały.
- Dzięki ci, dzięki! - zawołała, kiedy skończył - za te łzy, któreśmi wycisnął. Ach, nie pojmujesz sam, ileś mi dobrego sprawił. Łzami tymi wyciekło z duszy mojej więcej złego, niżliby ogień czyśćcowy przez cały rok mógł strawić... Ale słyszysz? - oto północ bić zaczyna - muszę wracać na pokutę! Bywaj zdrów, a pamiętaj, jeśli kiedy będziesz potrzebował pomocy w jakiej potrzebie, przyjdź, zagraj tylko pod tą górą, a ja wynijdę do ciebie. Nie zapomnij tylko pory: w godzinę przed północą!
Wtem na wieży łomżyńskiej fary zegar uderzył dwunasty raz, Bona skoczyła w czarną czeluść pagórka, która się za nią zawarła, a Jaś posłyszał taki ryk i jęk, i brzęk łańcuchów, że zatykając uszy pobiegł wystraszony ku domowi, odmawiając z cicha pacierz za zbawienie pokutującej królowej. Słońce poczęło wyżej wzbijać się nad ziemię i ciepławy południowy wiatr powiewiewał po lesistych Polski płaszczyznach, niosąc na skrzydłach swych młodą wiosnę, otoczoną śpiewnymi chórami skowronków i szczebiotliwych jaskółek, ciągnącą za sobą długie wędrownego ptactwa sznury.
A w miarę, jak ten zgiełkliwy orszak niewidzialnej boginki przebiegał ponad niwami, topniały lody w brylantowe krople, i śnieg poczerniały rozpływał się w tysiące drobnych strumyków, brzmiących po kamykach we wtór świegotu wiosennego ptactwa. Bladozielone łąki stroiły się w pierwsze stokrotki, nagie jeszcze rosochate drzewa radośniejszą już przybierały barwę, zdało się że pod ich grubą, szorstką korą widać krążenie soków, a długie ich ramiona, poruszane wiatrem przelotnym nie przerażały już tym kościotrupim stężałych członków chrzęstem, lecz uginając się lekko, miłym, odzywały się szumem. Nawet posępna krzywo konarzysta sośnina, obwiana tchnieniem młodzieńczym wiosny, zdawała się odmładzać żywszą barwą i balsamiczną rozlewała wonność.
Jaś po raz pierwszy wygonił swoje bydełko na świeżą pastwę, na łąki bujne brzegiem lasu się ciągnące. Zachwycony pięknością Bożego świata, pochwycił nieodstępne skrzypki i zasiadłszy na próchniejącym pniaku starej jakiejś olchy, patrząc w jasnobłękitne niebo i słuchając tajemniczych głosów z głębin jego brzmiących, wylewał serdeczną muzyką przepełniające duszę błogie uczucia. Biedny Jaś, biedny poeta grajek zapomniał na śmierć, że był pastuchem dworskiego bydła. Przez przezroczyste niebo widział Boga w całej chwale i wszechmocy, otoczonego chórami aniołów, i zdało mu się, że sam stawszy się także aniołem wygrywał na swych skrzypkach chwałę Przedwiecznemu... Z marzenia tego zbudził go nagle okrutny Boćkowski kańczug, spadając mu gradem ciosów na plecy i ramiona.
- Ha! psia, chamska duszo, niegodziwa! - wrzasnął z konia gruby pan ekonom - tak to pasiesz pańskie bydło? Dam ja ci muzykę, złodzieju?... i grzmocił batogiem dalej.
Jaś, z bólu i strachu wypuściwszy skrzypki, zobaczył stado swoje rozpierzchnione po pastwisku i po bliskiej oziminie, po kępinach i zaroślach i uchodząc przed niemiłosiernym batogiem, pobiegł je zaganiać w gromadę. Rozperzony ekonom tymczasem grzmiał jeszcze długo, przeklęstwami i groźbami, aż przypomniawszy sobie o czymś innym pogalopował dalej. Po kilku godzinach znojnego biegania udało się Jaśkowi zegnać wreszcie do kupy wszystkie bydło rozpierzchnione: lecz gdy je zebrawszy wziął liczyć.
I zgrozo! - przekonał się, że” Czerwonej Łysej" nie dostawało, próżno jej dowoływał, próżno szukał w pobliskich zaroślach, a dalej odchodzić nie śmiał, żeby się wszystko nie rozeszło znowu. Co było robić? pognał przed czasem stado do domu, a zamknąwszy w oborze, sam odszedł, choćby noc całą szukać straconej jałówki. Ale nie potrzebował trudzić się zbyt daleko zaledwie przeszedł w pierwszy gęsty zagaj, znalazł poszarpaną świeżo skórę swojej zguby, rogi i kopyta. Czerwoną Łysą wilki zjadły! Jęknął Jaś na ten widok jak przybity i zdrętwiał cały, myśląc o karze jaka go czeka.
- Boże mój, Boże! - wołał łamiąc ręce - cóż ja nieszczęśliwy mam począć?.. Albo mi się utopić, albo się powiesić!... Wtem przypomniał sobie Bonę i obietnicę, którą mu uczyniła. Tonący brzytwy się chwyta, a tak i Jaś, choć go mrowie przechodziło na samo wspomnienie zamkowej góry, odważył się i szedł szukać pomocy u pokutującej królowej. Stanął u zamkowej góry właśnie w sam czas, bo tylko co była jedenasta wybiła, przeżegnawszy się więc pobożnie i poleciwszy Panu Bogu, począł wygrywać na skrzypkach. Niezadługo otworzyła się przed nim, jak niegdyś ściana pagórka, i Bona w królewskim wyszła stroju.
- No, jak się miewasz, przyjacielu? - zapytała Janka. - Jakoś smutnie ci dziś z oczu patrzy, powiedzże, co ci się stało i jakiej chcesz pomocy?
- Ach, oświecona królowo? - rzekł grajek - stało mi się ciężkie nieszczęście. Zagapił się człowiek, pasąc bydło, a Czerwona Łysa tymczasem w las zalazła i wilcy ją zżarli! Poradź, pomóż, zlituj się, miłościwa pani! bo mi się chyba utopić przyjdzie.
- Nie rozpaczaj no tylko przed czasem, chętnie ci pomogę. Jałówki wprawdzie zjedzonej do życia nie wrócę, ale dam ci tyle pieniędzy, żebyś albo inną kupił, albo panu zapłacił. Ileż, myślisz, będzie ci trzeba?
- Ano Icek dawał panu za nią ośm talarów, ale pan nie chciał inaczej tylko dziesięć. Jeszcze sam zapowiedział:
- Pamiętaj Jasiek, możesz oddać Ickowi czerwoną, jak ci zapłaci dziesięć talarów. Ale Icek na moje nieszczęście nie przyszedł!
- Dobrze tedy - mówiła Bona - ja ci dam dziesięć talarów, a będziesz mógł powiedzieć, żeś bydlę sprzedał. Ale po pieniądze sam sobie musisz do lochu iść. Stoi tam jedna kadź talarów, to sobie odlicz, co ci ich potrzeba. Pamiętaj tylko, żebyś ani na włos nie brał więcej, bo byś popadł w moc złego, a na to ja nic bym nie mogła już pomóc.
Jasiowi nie było miło, że sam musi leźć w głąb góry, ale nie miał innego wyboru, zebrał całą odwagę do serca i poszedł. Czarnym, krętym korytarzem zaszedł do ogromnej piwnicy, w której od srebra, złota i drogich kamieni widno było gdyby w dzień. Pod jedną ścianą stała kadź szeroka, pełna pod wierzch bitych, błyszczących talarów. Jaś drżącą ręką. odliczył ich sobie dziesięć - i schowawszy je dobrze za nadra, pobiegł nie oglądając się na powrót. Wydostawszy się na wolne powietrze odetchnął, jakby się na świat na nowo narodził, a podziękowawszy serdecznie Bonie wrócił szczęśliwie do domu.
Bieda nigdy nie przychodzi sama. Jak się raz zacznie, to idzie jedna za drugą jak pacierze w różańcu. Wkrótce po stracie jałówki zdarzyło się Jaśkowi nowe, gorsze sto razy nieszczęście: zakochał się biedaczysko. Jeszczeć, że się zakochał, może by to i nie było tak źle bardzo, boć powiadają że to nawet czasem na dobre bywa, ale licho go skusiło zakochać się w Małgoli, córce młynarzowej z łomżyńskiego przedmieścia.
Taka panna młynarzówna dla ubogiego grajka wiejskiego jest tak w stosunku jak na przykład jaka hrabianka albo bogata dziedziczka względem niemajętnego artysty albo literata. Schlebiało jej to, że Jaś, dorodny chłopak i lubiony od tylu dziewek, był jej uniżonym służką, nawet nie szczędziła mu czułych spojrzeń i uśmiechów, ale Jaś, nie w ciemię bity, widział dobrze, że to wszystko kobieca obłuda, żeby go sto razy oddała za pierwszego lepszego wiercipiętę z miasta... Stary Grzegorz, gajowy, stryj jego, widząc, jak srodze się miłością swą martwił, mówił doń nieraz:
- Ej Jasiu, Jasiu! niechaj ty młynarzównej? Co ci za licho w łeb wlazło? Czy to nie masz tylu ślicznych dziewek, co za tobą przepadają, żeby się tamtej wpraszać? A gdyby cię nawet kochała, gdybyś się z nią i ożenił, choćby ci też i najlepszą żoną była, to wierz staremu, kością w gardle stanąłby ci tatuś i matusia, nadęci bracia i siostry, bo to wszystkie takie głupie, żeby się miało za coś lepszego od ciebie. Daj jej pokój, mówię tobie, ot wiesz co, wyswatam ci Wojciechową Jagnę albo Kaśkę po Jędrzeju?
Ale zakochanemu prawić, żeby dał pokój, to tak jakbyś choremu chciał odradzić, żeby nie miewał gorączki. Jaś wiedział tylko jedno: że bez Małgoli żyć nie może, a co dalej będzie, nie myślał. Od kłopotu i zmartwienia zaczął wreszcie chudnąć i blednąc.
Oho - pomyślał sobie - źle! Jak wychudnę i zblednieję, będzie jeszcze trudniej z dziewczyną. Cóż ja nieszczęsny mam począć? Ha! dziej się wola Boża! Pójdę na porady do Bony, czy co mi nie pomoże?
I w rzeczy Bona znalazła mu radę (bo ponoć za życia swego nieraz tego sama próbowała).
- Chcesz, żeby cię twoja dziewka kochała? Sposób łatwy na to rzekła - złap żywego nietoperza, włóż go w nowy garnek i obwiąż rzeszociskiem, a potem o północy zagrzeb w mrowisku. Tylko pamiętaj, odchodząc nie oglądać się, bo by ci się złe zdarzyć mogło. Nazajutrz idź do mrowiska, - a znajdziesz w garnku kościane widełki i grabki, którą dziewczynę zechcesz, żeby cię kochała, przyciągnij ją skrycie ku sobie grabkami, a nie będzie mogła żyć bez ciebie, która ci zaś niemiła, a wdzięczy się ku tobie, odepchnij ją jeno widełkami, to będziesz miał pokój od niej.
Uradowany Jaś złotą radą królowej odszedł, po tysiąc błogosławiąc ją razy. W kilka dni, złapawszy nietoperza, uczynił wedle jej nauki, a w niej długi czas stało się, że wszystkie dziewki, co za nim kiedyś szalały, teraz ani spojrzały na Jasia, Małgorzata zaś młynarzówna na śmierć się w nim rozkochała. Ale tu nie był koniec jego kłopotów. Kiedy przyszło do oświadczyn rodzice dziewczyny rozśmiali się mu w żywe oczy, że taki gołota chce posażnej ich córki, a choć kochająca Małgosia płakała i rozbijała się, prosząc u nóg ich, stary młynarz, jak kamień twardy, zaklął się, że jeśliby ją wydał kiedy za chłopa, to chyba tylko za gospodarza albo gospodarskiego jedynaka. Co mógł biedny Jaś poradzić? Musiał znosić cierpliwie wymówki stryjowe, że chciał leźć wyżej, niż podrósł, a co najgorsze, patrzeć na łzy i smutek swojej Małgoli. Gdy kilka tygodni tak przeszło, a nie było nadziei, żeby młynarz dał się zmiękczyć, Jasiek wspomniawszy sobie skarby niezmierne pod zamkową górą postanowił raz jeszcze udać się o pomoc obiecaną do Bony.
Podług zwyczaju Bona przyjęła Jasia łaskawie, pytając, czego by potrzebował.
- O wielmożna królowo! - począł Jaś kłaniając się do ziemi - a dyć to jeszcze nie koniec utrapieniu memu!... Prawdać, Małgola mnie kocha, choć by w ogień za mną wlecieć, ale cóż, kiedy jej ojcowie wyśmiali się jeno ze zalotów moich, a młynarz zaklął się, że nie wyda jej inak, jak za gospodarza. Cóż ja, biedny sierota, mam począć? Użalże się mnie ty, jasna pani! a do końca życia naszego będziem oboje co dzień prosić o pokój wieczny dla ciebie!...
- Z duszy serca miły Janku, jakom przyrzekła, chętnie ci pomogę odpowiedziała Bona. - Mów, jak wiele ci potrzeba, ale pamiętaj, mów prawdę, nie żądaj więcej nad słuszną potrzebę, bo łakomstwo ciężki grzech i nie zostaje bez kary.
- A niech mnie Bóg ciężko skarżę, jeśli choć o półgroszek za wiele powiem! Oto właśnie o granicę jeno od nas jest na sprzedaży gospodarstwo, po kołodzieju Jakubie, co w łcńskie lato utonął, za okrągłe czterysta talarów. Gospodarstwo jak z płatka wywinął, wszystkie porządeczki i bydełka śliczne, żebym je tylko mógł kupić, młynarz sam by mi się prosił z Małgola.
- Idźże, weź sobie z lochu te czterysta talarów, ale nie zapominaj, com cię ostrzegała: nie tykaj nic, ani na włos więcej, bo byś to drogo przepłacił. Tą rażą już bez takiej trwogi wszedł Jaś do piwnicy, gdzie stały skarby zaklęte, i odliczył swoje czterysta bitych. Odchodząc z nimi, obejrzał się ciekawie dokoła: mój Boże! co tu śliczności! nie na jedno wzięła ochota, ale przecież przemógł siebie i już był u samych drzwi korytarzowych, gdy wtem potknął się o coś na drodze. Przeklęte biesy, co skarbów tych pilnowały, uradziły się na Jasiową. zgubę i patrzcie! wiedziały psie wiary, czym skusić Mazura!... Schyliwszy się grajek zobaczył parę nowiusieńkich butów, z zawijanemi cholewami, wysmarowanych słoniną, że aż świeciły, z calowymi u obcasów podkówkami. Czego nie mogło srebro i złoto, tego dokazały buty, Jaś ułakomiony czął się namyślać, czyby je wziąć, czy nie brać?.. Popatrzył troskliwie po wszystkich kątach, czy gdzie nie siedzi jakie licho, zaczajone, ale nic nie było. - Ej pomyślał sobie - tylko aby przymierzę, czyby mi też były wraz?.. (położywszy miech z talarami na ziemi zrzucił swoje zszarzane chodaki, a nazuł nowe buty na nogi. Wtem na kościele w mieście poczęła bić dwunasta godzina i Bona wbiegła do podziemia.
- Spiesz! uchodź! zawołała - za chwilę zamknie się góra!...
Ale wystraszony Jaś, o wszystkim zapomniawszy, pobiegł wydostać się na świat żywy. - Szczęśliwej drogi w nowych butach! - zahuczał za nim z głębi okropny głos, zmieszany z, piekielnym śmiechem, od którego aż cała zatrzęsła się góra. Jasiowi włosy na głowie powstały, aż wtem poczuł nagle, że go w nogi pali, jakby je miał włożone w płonącym zarzewiu... Przerażony chciał zrzucić diabelskie buty, ale rozpalona smoła tak do ciała przylgnęła, że ich oderwać nie było rady... Rycząc i jęcząc od bólu, padł nieszczęśliwy grajek na ziemię, wijąc się jak wąż wśród piekielnych meczami.
Z rankiem nazajutrz ludzie przechodzący w pole znaleźli Jasia grajka omdlałego przy zamkowej górze. Z przestrachem zobaczyli, że obie nogi po kolana na węgiel były spalone i rozsypały się całkiem, kiedy go z ziemi pod nosili. Zanieśli biedaka do Łomży do szpitala, gdzie go doktorzy ocucili i pomału do zdrowia przyprowadzili. Ale na całe życie zostawszy kaleką, musiał potem czołgając się na czworakach od wsi do wsi, żebrać kawałka chleba, śpiewając przy swoich skrzypkach pode drzwiami u ludzi, nieszczęśliwa zaś Małgosia, od żalu i zgryzoty w rychłe Bogu ducha oddała.
http://www.lomza.friko.pl/
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

O górze zamkowej
Ćwierć mili może od Łomży, idąc w górę rzeki, tuż nad brzegiem pośród innych nadrzecznych wzgórz znajduje się pagórek oddzielnie stojący, niezbyt wielki, zamkową górą zwany, ślady murów kamiennych, w ziemi tkwiące, stwierdzają nazwę.
Podobnie jak niemal o wszystkich starych zamczyskach i zgliszczach ich w Mazowszu, tak i o tu stojącym niegdyś powiada się, że w królowej Bony własnością. O końcu zaś jego następne są powieści: Wladnąca tu niegdyś księżna czy królowa (podług niektórych właśnie Bona) miała jedynego syna, który bez jej woli poślubił ubogą sierotę. Rozgniewana tym matka synową straciła, syna zaś, przywiązawszy go na dzikim koniu, z zamku wygnać kazała. Koń przepłynąwszy Narew tułał się długo z młodym księciem, aż go zaniósł do jednej wsi wśród lasu leżącej. Ludzie schwyciwszy konia zdjęli z niego panicza poranionego, a opatrzywszy, głodnego marchwią, jako najlepszym jadłem, jakie mieli, nakarmili. Książę, przyszedłszy do siebie, zebrał łudzi z tej i z pobliskich wsi, uzbrojonych, jako mogli, i szedł z nimi zdobywać zamek ojcowski. Zdobył go i zburzył, a po ucieczce matki sam panem zostawszy przyzwał ku sobie mieszkańców onej wioski, co go od śmierci wybawili.
- Co to była za potrawa, którąście mnie posilili? - spytał jako pan taki oczywiście nie wiedząc nic o tak prostej strawie.
- Marchew - odpowiedzieli chłopi. Odtąd wieś ta cała do was należy, nazywać się ma Marchwiny, wy zaś wszyscy szlachta Marchwińskimi - zawyrokował książę. Wieś ta ma dotąd istnieć za Narwią, jako osada drobnej szlachty tego nazwiska.
* * *
Druga wersja od powyższej różni się zakończeniem, podług niej bowiem oblężona w zamku matka, nie chcąc się synowi poddać, zaklęła się i wraz z zamkiem w ziemię przepadła. To ostatnie zakończenie lepiej niż pierwsze przystaje do dalszego o zamkowej górze szczegółu, że w niej niezmierne skarby pod strażą złych duchów kryć się mają. Można by je z zaklęcia uwolnić i wziąć, gdyby księża z fary łomżyńskiej, w uroczystej procesji przyszedłszy, odprawili mszę na górze, warunek jednak, że tak wybrać się z kościoła trzeba, żeby za niczym, co do nabożeństwa należy, nie wracać.
Dwakroć przedsięwzięło duchowieństwo tameczne spełnić to zadanie, ale za każdym razem jakiejś drobnostki zapomniano. Raz trzeci wreszcie wybrano się już we wszelkiej zupełności i procesja doszła już pod sama górę. Wtem, nie wiedzieć skąd, z góry pokazała się świnia w ornat ubrana i koziołkując przez łeb, na dół spadła. Wszyscy obecni i nawet celebrujący w śmiech. Wtedy z głębi góry dał się słyszeć głos:
- Takie to wasze nabożeństwa, że jedna świnia je przerwała?.... I wy chcecie z diabłem wojować? Na to przerażeni i istotnie upokorzeni księża wrócili z niczym do fary i nikt już więcej o dobyciu skarbów nie myśli. Między gminem tutejszym wreszcie utrzymuje się mniemanie (w wielu miejscach tak u nas, jak i za granicami pospolite), że lochy w górze zamkowej zawarte łączą się pod ziemią z kościołem farnym w Łomży, budową dla starożytności i składu swego uderzają wyobraźnię.
http://www.lomza.friko.pl/
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

Baśń o złej królowej i zaczarowanych skarbach
Bardzo dawno temu wśród nieprzeniknionych puszcz i lasów pełnych dzikich zwierząt i różnego ptactwa, na wzgórzu wznoszącym się nad brzegiem Narwi koło Starej Łomży stał warowny zamek. W zamku tym mieszkał stary i mądry król z piękną królową i młodziutką królewną. Król umierając władzę nad krajem pozostawił swojej żonie. Królowa przybyła do Polski z dalekich krain, zza siedmiu gór i siedmiu rzek. Była podstępna i zła. Znała się na czarach i tajemnych sztuczkach. Królowa dawała śmiecie wiejskim dziewczętom za posługi w zamku i nie pozwalała oglądać się za siebie. Te, które posłuchały ostrzeżenia, po powrocie do domu znajdowały pieniądze, inne zaś żaby i węże. Na przeciwległych wzgórzach, gdzie obecnie jest wieś Kalinowo, stał zamek brata złej królowej. Powodowana zazdrością kazała przywiązać go do zaczarowanego, dzikiego konia. Odważny wieśniak z Siemienia uratował księcia, za co został sowicie wynagrodzony. Leczył księcia siemieniem i odtąd wieś nazywa się Siemień. Lud nie kochał złej królowej i za ten postępek zburzył się i zażądał, by zrzekła się władzy na korzyść swego brata.
Królowa rozgniewała się bardzo i postanowiła wrócić do swego kraju, za siedem gór i siedem rzek. Córkajedynaczka nie chciała jechać razem z matką, ponieważ przywiązana była do swoich poddanych. Za to wyrodna matka przeklęła ją i zamek wraz ze skarbami zapadł się pod ziemię. Nikt nie mógł odwalić kamienia leżącego na wejściu do podziemia, ponieważ strzegły go złe moce. Dopiero młody, szlachetny rycerz postanowił oswobodzić królewnę. Nikogo nigdy nie skrzywdził, nie pragnął bogactw i dlatego odwalił kamień i wszedł do lochów. Znalazł śpiącą królewnę, wyniósł ją i złożył na wonnej trawie. Królewna ożyła i z wdzięcznością spojrzała na swego wybawcę. W sercu rycerza powstała chęć bogactw, po które wrócił do ruin zamku. I stała się rzecz straszna. Za karę sklepienia zamku runęły na rycerza, a królewna z żalu i smutku rozwiała się we mgle razem z baśnią. Lud twierdzi, że u podnóża góry płynęły i płyną po dziś dzień łzy pięknej i dobrej królewny.
http://www.lomza.friko.pl/
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

Baśń o księciu i królewnie
W bardzo dawnych czasach, w miejscu, gdzie obecnie jest wieś Stara Łomża, stał zamek, w którym mieszkała królowa z młodziutką królewną. Pewien młody książę został oczarowany pięknością królewny i pokochał ją ponad życie. Królowa-matka nie chciała jednak zgodzić się na małżeństwo i dlatego odważny młodzieniec porwał ukochaną i chciał ją wywieźć w swoje strony. Niestety zła matka przeklęła córkę i jej narzeczonego, a za uciekającymi wysłała pościg. Księcia ujęto i zabito, a królewna umarła z żalu i tęsknoty. W miejscu, gdzie zginął książę rosną białe lilie, a z góry zwanej Górą Królowej Bony wypływa strumyk - łzy królewny, które są tak gorące, że woda nigdy nie zamarza. Duch zaś królowej za swój zły czyn pokutuje w postaci żaby. Ten tylko może wybawić królowę, kto ją bez lęku i obrzydzenia pocałuje. Pewnego razu próbowały uczynić to dwie dziewczynki, ale przerażone wyglądem żaby odwróciły się od niej ze wstrętem. Jeszcze dziś ropucha wychodzi na brzeg strumyka, siada na kamieniu i smutnym wzrokiem wpatruje się w szemrzące wody. Czeka i czeka, ale nadaremnie na swego wybawcę.
http://www.lomza.friko.pl/
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

Legenda o wyspie Kępa
W odległości jednego kilometra od Starej Łomży znajduje się na Narwi wyspa, tak zwana Kępa. Podanie mówi, że w tych miejscach rozegrała się wielka bitwa ze Szwedami, którzy cofając się ku rzece wpadli w zasadzkę. Most z podpiłowanymi przez Polaków balami runął, a nieprzyjaciel trupami zasłał rzekę i jej brzegi. W miejscu zaś przeprawy z ciał poległych powstała wyspa nazwana Kępą.
Starzy ludzie - rybacy twierdzą, że na dnie rzeki znajdują się kule kamienne i pieniądze, a woda rokrocznie wyrzucała i do dziś wyrzuca kości ze szkieletów ludzkich.
Wśród okolicznej ludności zachowało się również podanie, że w czasie potopu szwedzkiego w lochach kościoła św. Wawrzyńca zostały ukryte cenne dokumenty. W pobliskim zaś bagnie zatopiono jakąś kamienną tablicę z wyrytymi na niej napisami odnoszącymi się do najdawniejszych dziejów Łomży.
http://www.lomza.friko.pl/
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

Legenda o Czerwonym Borze
Dawno już temu, dawno Podlasie i Mazowsze łupili okrutni najeźdźcy. Gdzie stopę stawi pohaniec, tam śmierć, tam łuny, tam zagrody w gruzach, tam rzeki krwią płyną, tam pustka, pustynia. Książęta mazowieccy, jako włodarze tych leśnych obszarów, mężnie odpieraj ą ciosy, toczą bój krwawy, zacięty, z którego nikt żywy nie wychodzi.
Tysiące trupów, jak kłosy żytnie, ścielą olbrzymie pobojowisko. Grzebać nie ma komu. Gniją ce ciała zatruwają powietrze, śmierć niosąc po okolicznych siołach i grodach. Jak walczyć z zarazą i jak życie ratować nielicznych niedobitków? Nie umie nikt na to zaradzić. Wreszcie ktoś bór podpala. Jak żmije syczą ogniste języki, skaczą z gałęzi na gałąź, z korony na koronę, niszczą doszczętnie lasy i stosy trupów gnijących. Olbrzymia łuna szkarłatna zalewa puszczę, siejąc po kraju bojaźń i trwogę.
Zielone przed chwilą stropy wyniosłych modrzewi i sosen w czerwony bór się zamieniają i odtąd ognista puszcza Czerwonym Borem się zowie. http://www.lomza.friko.pl/
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

Dlaczego Dobry Las jest Dobrym Lasem
Nawet najstarsi Kurpie mieszkający w Dobrym Lesie niedaleko Nowogrodu zapytani, dlaczego ich wieś nosi taką niezwyczajną nazwę, najpierw długo grzebią w pamięci, a następnie odpowiadają z wahaniem:
- Ano, bo kiedyś, kiedy jeszcze wszędzie szumiała gęsta puszcza, pewnikiem znajdował się tutaj dobry las. I łownego ptactwa, i łownej zwierzyny było w nim mnóstwo. Ludziska wiele pożytku mogli mieć wtenczas ze swojego boru i dlatego tak go sobie nazwali. Znaczy się z wdzięczności za życie łatwiejsze i dostatniejsze niźli gdzie indziej.
Trzeba przyznać, iż w tych kurpiowskich domysłach tkwi ziarno prawdy. Niestety, ziarno to dziś stanowczo za mało. O przeszłości Dobrego Lasu pod Nowogrodem powinno się wiedzieć znacznie więcej, bo naprawdę warto. Wszystko zaczęło się w początkach XIII stulecia, kiedy książę Konrad Mazowiecki sprowadził z Palestyny zakon rycerski pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny, aby dopomógł tu w podboju ziem graniczących z Mazowszem. Ziem zamieszkiwanych przez krnąbrne i zuchwałe plemiona Prusów, żyjące nadto w pogaństwie, bez świętej wiary.
Wielu trudnych spraw i tragicznych wydarzeń nie przewidział wtedy nieszczęsny władca Mazowsza. Gdyby przewidział je choć w części, nigdy by rycerzy teutońskich na słowiańskie ziemie nie wzywał. Nie przypuszczał, ale bo też i przewidzieć było nie sposób, iż święty zakon już na ów czas knuł w wielkiej tajemnicy swoje plany nie mające nic wspólnego z chrześcijańskim miłosierdziem. Plany podstępne, a przy tym okrutne i grabieżcze.
Zaledwie zakon ów osiadł na, wydzielonej tu przez księcia ziemi chełmińskiej, natychmiast sfałszował umowę zawartą z Konradem, tak by stała się podstawą do zorganizowania własnego państwa. Po czym za pomocą miecza, ognia i szubienic począł nawracać na wiarę chrześcijańską plemiona Prusów, Jadźwingów, Żmudzinów i Litwinów. Korzystając z prawa zwycięstwa zajmował podbite tereny i ustanawiał na nich swoje komturie, natomiast rodowitych mieszkańców albo mordował, albo zamieniał w niewolników. Niestety, wkrótce zakonowi rycerskiemu spod wezwania Najświętszej Maryi Panny i tego było mało. Wilczy apetyt wzmagał się w miarę wzrostu zbrojnej potęgi zakonu.
Niewiele lat upłynęło, gdy z obrońców i sojuszników księcia Konrada zakon rycerzy noszących na lewym ramieniu białe płaszcze z czarnym krzyżem stał się pierwszym wrogiem również i Mazowsza. Coraz częściej i coraz głębiej zapuszczały się w bory mazowieckie oddziały rycerzy krzyżackich na ciężkich koniach zakutych w zbroje oraz pieszych knechtów i pachołków. A gdzie się pojawiały, wszędzie niosły śmierć i pożogę. Dla mieszkańców Kolna, Nowogrodu, a także i Łomży istnym nieszczęściem było zamczysko zbudowane przez Krzyżaków w niedalekim Szczytnie. Komtur tamtejszej twierdzy co i raz wyprawiał się lasami na mazowiecką stronę, by nieoczekiwanie wyłonić się ze swoimi zbirami przed wsią albo nawet i grodem i z wrzaskiem wojennym atakować spokojne siedlisko. A potem z łupami i jeńcami znikać szybko w ostępach. Zanim książęce rycerstwo zorganizowało pogoń, Krzyżaków witały trąby triumfalne z murów twierdzy w Szczytnie.
Łomża należała już wtedy do grodów warownych. Miała też silny zameczek na wzgórzu nad samą Narwią. I załogę niezbyt może liczną, za to czujną, wyśmienicie wyćwiczoną i bitną. W znacznie gorszej sytuacji znajdowali się mieszkańcy Nowogrodu. Rzemieślniczej osady położonej głębiej w lasach i nieco bliżej krzyżackiej twierdzy. Któregoś dnia tuż przed zachodem słońca do Nowogrodu wpadł na puszczańskim koniku smolarz z boru wołając:
- Białe płaszcze z czarnym krzyżem znowu w lesie! Przed północą tu będą. Krwawy komtur ze Szczytna ich wiedzie. Ratuj się, kto cało chce unieść głowę!
Na wieść straszliwą niewiasty podniosły babski lament. Natomiast mężczyźni wybiegli zaraz z domów i ciasno otoczyli smolarza. Pojawił się również i wójt książęcy.
- Sławko, a dużo ich lezie przez puszczę? - zapytał żywo. - Może warto zbirom stawić czoło tutaj? Z wałów, zza wysokiego ostrokołu powitalibyśmy ich gęsto strzałami. Każdy z naszych jest przecież wcale niezgorszym łucznikiem. Strzał zaś i łuków mamy pod dostatkiem. Kobiety przy gotuj ą nam wrzątek w dzbanach i roztopią smołę. Czy sądzisz, że dotrwamy w obronie, dopóki pomoc rycerska nie nadejdzie z Łomży? Zaraz pchnę do grodu gońca na najszybszym koniku.
- O pomoc słać trzeba, panie wójcie. I to nie zwlekając - przytaknął smolarz. Przede wszystkim po to, by ukarać zbójców krzyżowych za podstępny napad.
- Przemko, bierz mojego Siwka i gnaj do Łomży na złamanie karku.
Nie zdążył jeszcze młodzik zniknąć na koniu za wrotami, gdy wójt powtórzył pytanie:
- Ilu Krzyżaków na nas idzie? Myślisz, że zdołamy się skutecznie obronić za palisadą?
Sławko pokręcił głową.
- Nie sądzę, panie wójcie - odpowiedział. - Więcej tu ciągnie krzyżackiego robactwa ze Szczytna, niźli mrówek bywa w leśnym kopcu. Zakuci są od nóg po łby w żelazne blachy. Strzały z łuków, nawet te najcelniejsze, nijakiej krzywdy pancerzom wyrządzić nie mogą. Poza tym myślę sobie, że zbóje napadną na osadę pośrodku dzisiejszej nocy, przy gwiazdach, licząc, że idą na śpiących. W nocnych ciemnościach zaś, wiecie to nie gorzej ode mnie, panie wójcie, najlepszy łucznik ślepy jest niczym stare krecisko.
- Co więc nam radzisz, Sławko?
- Moja rada szczera, panie wójcie. I chyba jedyna - smolarz popatrzył ludziom prosto w oczy. - Uchodzić trza z chałup, póki jeszcze pora. Wraz z dobytkiem kryć się zaraz w puszczy. I siedzieć cicho w norach pod krzakami nikiej borowe myszy. O świcie komtur na pewno wyśle szpiegów do lasu, aby odszukali zbiegów. Wściekły będzie, że ludziska uszli mu z majątkiem i trzodą. Aby go trochę ułagodzić, każcie koniecznie, panie wójcie, pozostawić w chlewie kilka wieprzaków. Nażrą się zbójeccy rycerze do syta, to z pewnością staną się leniwsi. A wiadomo, syty pies nie kąsa tak jak głodny.
Wójt nie namyślając się długo przyznał rację dzielnemu smolarzowi.
- Słusznie radzisz, Sławko. Tak właśnie postąpimy. Pozostawimy Krzyżakom siedem tłustych świń na pożarcie. I gromadkę kur.
I jeszcze parę beczułek łomżyńskiego piwa. W jamie za studnią pozostawimy też w ukryciu Józika od Rudników. Pachołek to co prawda młody, gołowąs, ale prześcipny wielce i odważny jak się patrzy. Nie strachający ani piekielnego diabła, ani żelaznego rycerza z czarnym krzyżem. Gdyby łotry objedli się i przysnęli mocno po piwie, przyczołgałby się do nas. Wówczas powrócilibyśmy tutaj po cichutku i sprawili zbójom krwawą łaźnię.
- Dobrze miarkujecie, panie wójcie. Zróbcie, jako żeście rzekli. A teraz bywajcie - smolarz pociągnął konika za uzdę. - Na mnie najwyższa pora. Żonę z dzieciskami i krewniaków wraz z dobytkiem muszę zabrać co rychlej do boru i ukryć w bezpiecznym miejscu. Potem wrócę do was. Gdzie zalegniecie z wojami, panie wójcie?
- W jarze pod Borutowym Dębem. Albo w szuwarach nad Wiedźmowym Bagienkiem. Tam nas szukaj.
W osadzie nie było na co dłużej czekać - Wszyscy, mężczyźni, kobiety i dzieci, najprędzej jak tylko mogli, opuszczali obejścia i wraz z dobytkiem śpieszyli w las. Jedni mieli tam zawczasu przygotowane kryjówki w starych dziuplach, inni jamy wyryte wśród gęstych zarośli i zamaskowane z wierzchu krzakami jałowca lub kłującego głogu. Jeszcze inni liczyli na gniazda z tataraku uwite w moczarowym sitowiu.
Smolarz Sławko pośród nowogrodzian mógłby uchodzić za człeka umiejącego czytać w myślach innych. Zamiary krwawego komtura ze Szczytna przewidział bowiem akuratnie.
Krzyżacy zaatakowali Nowogród, kiedy już było dobrze po północy. Wpierw podeszli ostrożnie i bezszelestnie pod same wrota, po czym z bojowym wrzaskiem wdarli się błyskawicznie do środka, gotowi mordować każdego, kto wyskoczy z pościeli i pochwyci za oręż.
Napastnikom odpowiedziała martwa cisza. W osadzie nawet samotny pies nie zaszczekał. Poganiani przez rycerzy knechci i pachołkowie rzucili się do gorączkowych poszukiwań. Przetrząsnęli chałupy po kolei od piwnic po stryszki. Nadaremnie. Nigdzie nie napotkali żywego ducha. Oczywiście, jeśli nie liczyć kilku kotów miauczących przeraźliwie ze strachu oraz kilku wieprzków pozostawionych nie wiedzieć czemu w największym chlewiku. O bogatych łupach trudno było marzyć. Wszystko, co przedstawiało jakąś większą wartość, poznikało z zabudowań bez śladu.
Widząc fiasko wyprawy komtur wpadł w furię. - Ktoś musiał tych nędzników uprzedzić! Ktoś musiał wyjawić im nasze tajne plany ryczał na całe gardło, aż gęsta piana wystąpiła mu na gębie niczym u wściekłego wilka. - Może te leśne krety mają swojego szpiega w Szczytnie? A może to sprawka włóczących się wszędzie Cyganów? Srogie śledztwo przeprowadzę zaraz po powrocie. Na mękach w katowskiej komnacie nawet niemowa i głuchy przyzna się do winy. A teraz ruszcie mi się żwawo, łby zakute w żelazo. Natychmiast rozstawić wokół straże. Kto wie, czy te przeklęte Mazury nie spróbują powrócić tu nocą z toporami. Rodzona babka przyśni się temu, kogo przyłapię na drzemce. O świcie spróbujemy odszukać w puszczy i zbiegłych ludzi, i ukryte bydło. Ani myślę wracać do zamku z pustymi wozami.
Wójtowa pułapka nie powiodła się. Józik od Rudników pozostawio ny w kryjówce za studnią nie zdołał wyczołgać się z osady. Zresztą nie miał po co. Komtur co prawda kazał zarżnąć wieprzki i upiec nad ogniskiem, ale beczułki z piwem od razu wziął pod klucz. Nikomu z rycerzy nie wydał ni fyka. Nie dziwota zatem, iż krzyżackie straże czuwały na wałach trzeźwe i wściekle. I że na czas dostrzegły wójtową drużynę skradającą się od lasu.
Ostrzelani z cokołów nowogrodzianie musieli wycofać się pod osło nę boru. Rankiem w jarze pod Borutowym Dębem doszło do śmiertelnego starcia. Patrol złożony z sześciu knechtów padł pod ciosami mazowieckich toporów, lecz zgiełk bitewny ściągnął do jaru kilkunastu konnych oraz całą sforę pieszych. Wójt i jego ludzie oddaliby tam pewnie życie, gdyby nie smolarz Sławko, który powiódł ich w bagna. Zakuci w ciężkie blachy Krzyżacy nie odważyli się ścigać zbiegów po moczarowisku ustępującym niebezpiecznie pod nogami.
Przetrząsanie zarośli przez knechtów dla wielu z nowogrodzian za kończyło się tragicznie. Wkrótce wozy pełne dobytku, a także niewiast młodzików i dzieci powiązanych sznurami, potoczyły się w kierunku Szczytna. Krzyżacy triumfowali. Wojowie z drużyny książęcej, przybyli z Łomży na odsiecz, wraz z ocalałymi z najazdu nowogrodzianami natychmiast popędzili za rabusia mi, rycerzami spod wezwania Najświętszej Maryi Panny. Niestety, przed granicą dopaść ich nie zdołali. Po wygaszeniu pożarów i pogrzebaniu zabitych mieszkańcy Nowo grodu zgromadzili się na targowym placyku, aby wysłuchać swojego wójta.
- Trzykrotnie zbóje ze Szczytna napadają na nas zdradziecko, trzy krotnie kryjemy się, gdzie kto może, i wszystko nadaremnie. Za każdym razem ponosimy straszliwe ofiary. Tak dalej być nie może. Musimy temu zaradzić. Zwłaszcza że na pomoc książęcą trudno liczyć o każdej godzinie. Abyśmy sami mogli walczyć z czarnymi krzyżami, abyśmy mogli szarpać ich zza każdego krzaka, nie dając zbirom ani chwili spokoju w Puszczy Zagajnicy, musimy być pewni losu naszych matek, żon i dzieci. W tym celu trzeba znaleźć dla nich prawdziwie bezpieczną kryjówkę. Taką, której przeklęte krzyżackie knechty nigdy odkryć nie zdołają.
- Jestem dokładnie tego samego zdania co i wy, panie wójcie - po parł go dzielny smolarz. - Co więcej, ja chyba znalazłem odpowiednie miejsce, łysinę pośród boru godzącą się na takie właśnie schronienie. - Gdzie, Sławko? Czy aby nie za daleko? A czy miejsca wystarczy tam dla całej osady? I czy zmieści się tam nasze bydełko? - ze wszystkich stron posypały się pytania. - To kawałek drogi, niestety. Za to luzu tam dosyć. I dla kobiet, i dla dzieci, i dla wszelkiego majątku. Mówię o gęstym lesie pośród niedostęp nych mokradeł Wiedźmowego Topieliska. Można tam dotrzeć brodząc Pisą. u samego brzegu. Wędrowanie rzeką ma i dodatkową zaletę: krzyżowe zbóje nie wytropią uchodzących, nawet gdyby pogonili za nimi z tresowanymi brytanami. Po wodzie żaden pies nie poprowadzi, nie wyczuje śladu.
Kiedy po dwóch miesiącach Krzyżacy znowu wtargnęli do Nowo grodu, nie zastali w chałupach żywej duszy. Chlewy i kurniki zionęły pustką. Nikogo też nie było w dotychczasowych kryjówkach w okolicznych chaszczach. Opędzając się nieustannie przed borowymi łucznikami na podobieństwo niedźwiedzia oganiającego się przed łowiecką sforą, rycerze i knechty musieli zawrócić w kierunku granicy, tym razem nie uwożąc ani jeńców, ani łupu. Kolejna wyprawa również zakończyła się klęską Krzyżaków. W leśnych potyczkach stracili kilkunastu ludzi, w zamian zaś nie zyskali nawet chudego wołu.
I za jednym, i za drugim razem, niewiasty i dzieci nowogrodzian wraz z całym dobytkiem znajdowali bezpieczne schronienie w Dobrym Lesie nad Pisą. Cyganie wędrujący od Szczytna do Łomży opowiadali nieco póź niej na nowogrodzkim ryneczku, że po ostatniej nieudanej wyprawie komtur krzyżacki ze złości rozpękł się przed zamkową fosą na siedemdziesiąt jeden kawałków niczym smok wawelski. Może to i prawda, bo nikt nigdy więcej już o nim nie słyszał. W Puszczy-Zagajnicy pojawiali się potem krzyżaccy komturowie, choć inni, lecz również zbójeccy. No, ale to już należy do zupełnie innej opowieści, na którą, być może, również przyjdzie pora.
Z czasem część nowogrodzian przestała powracać do swej osady, na stałe pozostała w dobrym, bezpiecznym lesie. A wieś, która powstała na owej polanie, do dziś nosi tę wdzięczną nazwę. Oto dlaczego dobry las stal się Dobrym Lasem.
http://www.lomza.friko.pl/
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

Zbójeckie dzieje Pysznego Janka z Czerwonego Boru

Od podpalenia puszczy przez Janka Sierotę po najeździe Jadźwingów minęło dwieście, trzysta, czterysta, a może nawet i pięćset lat i ludziska pomaleńku zaczęli zapominać o tamtej straszliwej zarazie i o pożarze oraz o nazwie boru zrodzonej od czerwonej łuny. Coraz rzadziej mawiano o borze, że jest czerwony i krwawy, za to coraz częściej, że jest niezwykle grzybiasty. Bo faktycznie, równie dorodnych borowików, rydzów i maślaków w innych lasach nie widywano. A przynajmniej nie w takich ilościach. Tutaj na grzybobranie można byłoby przychodzić z sierpem albo i kosą. Nikt spośród spokojnych mieszkańców królewskiej Zagajnicy, bartników, rudników czy smolarzy, nie przewidywał nawet w najgorszych przeczuciach, że straszliwa nazwa Czerwonego Boru wkrótce znowu się odrodzi...
Zaledwie sznur jeźdźców uzbrojonych po zęby i wozów krytych płótnem na pałąkach zniknął pomiędzy drzewami, zezowaty Onufry wy lazł z leśnej budy i zbliżył się do śladów odciśniętych wyraźnie w wilgotnym piasku.
- Ani chybi wozy pełne są bogactwa - mruknął pod nosem pochylając się nisko.
Może wiozą srebro, złoto i insze drogocenności? Gdyby były puste, koła nie ryłyby się równie głęboko. Narachowałem siedem wozów. Wiel kich i bardzo pilnie strzeżonych. Pięciu zbrojnych pomykało na przedzie. Z tuzin ich zdążało przy furach, nie licząc woźniców oraz kilku kupców. No i jeszcze pięciu z mieczami i łukami w tylnej straży. Tak, tak, trza dać znać komu należy o skarbach wędrujących przez naszą puszczę.
Onufry jeszcze raz obejrzał ślady, potem rozejrzał się bacznie dookoła, aż wreszcie gwizdnął cichutko na psa i nie wracając do bartniczej budy skręcił gwałtownie w stronę ciemniejącej z boku dąbrowy. Tymczasem wyprawa kupiecka podążała uparcie naprzód. Przez bory, o których nie najlepiej wyrażano się w Królewcu, starano się jechać ostrożnie, przypatrując lękliwie każdemu gęstszemu zagajnikowi, każdej kępie świerczyny czy jałowca. Nie raz i nie dwa płoszono dzika umykającego w popłochu spod leszczyny, albo i niedźwiedzia mruczącego gniewnie na intruzów zakłócających mu zasłużoną drzemkę wśród zarośli. Na szczęście dziki zwierz to nie zbój. A na rozbójników dotychczas nie natrafiono.
W pewnej chwili jeden z pachołków przedniej straży zawrócił konia i pogalopował ku wozom. Zatrzymał się nie przy pierwszym, ale dopiero przy trzecim wozie, na którym obok woźnicy siedział mąż otyły, z potrójnym podbródkiem, w lisim kołpaku na głowie, w atłasowym kaftanie na ramionach i w takichże pludrach. - Panie szlachetny! - zawołał. - Pół mili przed nami widać obszerną polanę w sam raz godzącą się na nocleg. Najwyższa pora rozbić obozowisko i solidnie wypocząć. Tu nie o nas chodzi i nie o nasze puste brzuchy, lecz o zdrożone koniska. Spójrzcie, panie, na te idące przy dyszlach. Led wie powłóczą nogami ciągnąc fury przez cały dzień, od wczesnego świtu. I to po ciężkim terenie, po leśnych piachach i bagiennych trawach. Padną bydlątka, jeśli im odzipnąć nie pozwolimy. I nie damy nażreć się do syta. Jeśli zaś padną, to kogo jutro zaprzęgniemy do wozów?
- Zgoda, Hansi. Niechaj będzie, jak radzisz - grubas w atłasowych szatach kiwnął głową i mlasnął przy tym głośno. - Dalej nie jedziemy. Na najbliższej polanie zatrzymujemy się do rana. Chyba od godziny i ja również przysłuchuję się muzyce moich próżnych kiszek. Czas pomyśleć o gotowanym jadle. I o gorących napojach.
Pośrodku przestronnej łysiny wozy ustawiono w ciasnym kręgu. Konie spętano i puszczono na trawę. Wokół rozstawiono zbrojne posterun ki. Niewiele czasu upłynęło, gdy od ogniska zapachniało smakowicie grochem i wędzonką. - Jeszcze z pół godziny i człek dorwie się wreszcie do pełnej miski - westchnął z ulgą Hansi i wymownie postukał palcem w łyżkę sterczącą zza cholewy wysokiego buta.
- Bacz, aby kto inny nie sprzątnął ci sprzed nosa apetycznej porcji. Zdaje się, że będziemy mieć gości. Pewnikiem też głodnych. Popatrz tam.Hansi odwrócił głowę i zerknął niespokojnie w kierunku pokazywanym. Z boru po przeciwnej stronie wyjechało trzech jeźdźców. Dwóch pozostało na skraju lasu, trzeci natomiast zbliżał się powoli do obozowiska królewskich kupców. Kiedy był już całkiem blisko, nie zsiadając z konia zawołał:
- Rycerz Janko z Zielonych Mokradeł prosi waszmość o gościnę. I o chwilę szczerej pogawędki. I o nocleg spokojny przy waszym ognisku.
Kupcy nie namyślali się długo. Trzech jeźdźców obawiać się nie musieli. Poprosili przybyszów, aby wzięli udział w ich skromnej uczcie. Rycerz Janko, mąż słusznego wzrostu, z szerokimi ramionami, czarnobrody i czarnobrewy, ze śmiałym spojrzeniem, wywodził się nie z byle jakiego rodu. Szlachetne urodzenie i szkoły, które ukończył w pacholęcym i młodzieńczym wieku, sprawiły, iż gawędziarzem był zaiste przednim. Jego niezwykłych opowieści z dalekiego świata i z pobliskich borów kupcy słuchali z otwartymi gębami.
Herr Gott, a nie boicie się, panie rycerzu, jeździć jeno we trzech po tych borach? zagadnął go kupiec w lisiej czapie. Czy się boję? He,he,he! Wolne żarty. Uczucia strachu nie znam odparł mu kruczobrody i wzruszył drwiąco ramionami. Zresztą, czegóż to miałbym obawiać się w spokojnej królewskiej Zagajnicy? Wilków? Tych dzikich kundli, których boją się jedynie króliki i tchórzliwe zające?
- Znam zwierzęta gorsze od wilków westchnął głośno tłuścioch. Leśni rozbójnicy podobno stokroć straszniejsi są od najdzikszych bestii. Wędrując bez odpowiedniego orszaku narażasz się zbytecznie. Żywot łacno stracić w tej przeokropnej puszczy.
Wykluczone, kupcze odpowiedział czarnobrody tonem stanowczym, nie znoszącym sprzeciwu. To nigdy stać się nie może. Nigdy. Kupiec podniósł wysoko brwi. A niby dlaczego, panie rycerzu? Po prostu dlatego, że jestem nieśmiertelny odrzekł znowu kruczobrody z powagą. - Coś... coś rzekł, panie rycerzu? Czy... czy dobrze cię słyszałem? kupiec w lisiej czapie zająknął się i ze zdumienia, a trochę i z przestrachu omal nie wypuścił z rąk miski z wędzonką na murawę.
- Dobrześ słyszał, królewiecki antałeczku sadła potwierdził czarnobrody i nawet się przy tym nie uśmiechnął. - Rzekłem wyraźnie, że jestem nieśmiertelny. I jest to szczera prawda. Nie należę bowiem do zwyczajnych ludzi, których pobyt na tym marnym świecie wyznaczony jest przez dni, tygodnie, miesiące i lata. Żyłem wiecznie i wiecznie zyc będę. przez kamrata. Wiedz, iż bogom nieśmiertelnym jestem równy. A tej z kosą mogą obawiac się inni, lecz nie ja. Pora, abyś poznał moją tajemnicę, kupcze.
Ten dziwny człowiek chyba naprawdę wierzy w to, co gada - pomyślał sobie tłuścioch spoglądając na gościa z nie ukrywanym lękiem. Tylko czyż może być nieśmiertelny? Straszliwa pycha gnieździ się w jego sercu. A może to wcale nie pycha? Może on zwyczajnie szalony? Więcej kupiec pomyśleć nie zdążył, gdyż nagle poczuł na brzuchu ostrze rycerskiego miecza.
- Siedź spokojnie, jeśli nie chcesz, abym nadział cię na mój rożen, pasibrzuchu - usłyszał głos kruczobrodego - i każ swoim ludziom odrzucić broń. Widzisz te ruchome krzaki przesuwające się ze wszystkich stron ku obozowisku? Siedemdziesięciu wojowników otoczyło obóz i idzie tu z mieczami. Poddajcie się, jesteście bez szans.
Dopiero teraz królewieccy kupcy zorientowali się kto to wtargnął podstępnie do ich obozu. Pyszny Janko, o którym tyle słyszeli i w Królewcu, i w drodze, w Nidzicy, w Kolnie i ostatnio w Łomży. Rycerz, który przed wieloma laty porzucił rodzinne gniazdo i przeniósł się do puszczy, gdzie zgromadził wokół siebie bandę zuchwałych opryszków. Pyszny Janko uważając się za istotę nieśmiertelną, równą dawnym i obecnym bogom. Zimne dreszcze przebiegły nieszczęsnym wędrowcom po plecach. Widząc, iż nie mają żadnych szans w nierównej walce, złożyli broń. Zdali się na łaskę i niełaskę pysznego Janka z Zielonych Mokradeł.
- Słusznie czynicie. I bardzo roztropnie - czarnobrody uśmiechnął się szeroko. - Macie szczęście, że jadłem dziś waszą wieczerzę. Gdyby nie to, żeście mnie gościli z całego serca, oddalibyście teraz życie. Z przebitymi gardłami wrzucilibyśmy was do strugi węgorzom i piskorzom na pociechę. Jednakże tak się nie stanie. Za dobro i ja dobrem wam odpłacę. Wyjątkowo. Bo jestem dzisiaj w wyśmienitym nastroju. Majątki wam co prawda odbiorę, ale w zamian daruję coś stokroć cenniejszego. Życie.
Na znak dany przez Pysznego Janka banda rzuciła się z wrzaskiem na bezbronnych kupców i pachołków obdzierając ich z kaftanów, portek i butów. W samych jeno koszulkach wypędziła potem nieszczęsnych na trzęsawiska bez dna. Z kupieckich pachołków ocalał zaledwie jeden. Ten, który na chwilę przed napadem za własną potrzebą wlazł na moment w gęste krzaki. On to właśnie dotarł z okrutną wieścią na dwór królewskiego namiestnika. Wojewoda nieraz wysyłał drużyny rycerskie, aby uwolniły bory od straszliwego zbója. Niestety, dotąd bez powodzenia. Albo wojowie nie mogli odnaleźć przebiegłego rozbójnika i powracali z niczym, albo natrafili na zbója i jego łotrzyków i wtenczas nie wracali wcale. Natomiast Pyszny Janko nadal zbójował bezkarnie w Puszczy - Zagajnicy.
Na wieść o kolejnym łotrowskim wyczynie leśnego zbója na czele rycerskiej drużyny stanął najstarszy z synów wojewody. Młodzian dzielny u królewskiego boku zaprawiony w bojach z Turczynem. W stalowym pancerzu i w złocistym hełmie przyozdobionym czubem orlich piór wyglądał niczym bóg zwycięstwa. Jednakże i tym razem po rycerskiej drużynie ślad wszelki zaginął. Z boru nie powrócił nikt. Dopiero po miesiącu, albo i po dwóch, syn smolarza z Zagajnicy dwunastoletni Przemko przybiegł na dwór wojewody z czarną nowiną.
- Panie szlachetny, okropną rzecz widziałem w lesie! - wołał już od bramy.
- Siedziałem akurat pod krzakiem i łapałem okonie w strudze, gdy raptem ujrzałem Pysznego Janka i jego kamratów pędzących na koniach z rannym danielem. Na szczęście zbóje mnie nie zauważyli. Herszt bandy miał na głowie złoty hełm z czubem orlich piór. Taki samiuśki, jaki nosił nasz wojewodzie.
Straszliwa wiadomość błyskawicznie obiegła zamek i podgrodzie. Kto żyw, chwytał za broń i śpieszył w wielkim gniewie na zamkowy dziedziniec. Wkrótce przybyli tu też z bliższych i dalszych dworów, halabardnicy ze straży miejskich Kolna, Nowogrodu i Łomży, rzeźnicy ostrołęccy z ciężkimi toporami i mistrzowie płatnerscy z mieczami, a także zbrojni w kusze i lekkie haki.
Kiedy wojowie wymaszerowali ku nieprzebytym borom ciągnącym się na południe od Łomży, nad zamkową bramą pojawił się orzeł. Zatoczył nad rycerstwem trzy kręgi i odfrunął w stronę, kędy płynął Orz.
- Spójrzcie, oto nasz młodziutki wojewodzie - wykrzyknął któryś z puszczaków. Na pewno wskazuje nam drogę do kryjówki zbójów. Wreszcie sprawiedliwości stanie się zadość. Pomścimy śmierć setek albo i tysięcy niewinnych istot. Bracia, pośpieszajmy wszyscy za lotem orła.
Stało się, jak przewidział doświadczony puszczak. Orzeł doprowadził rycerskie drużyny do wyśmienicie zamaskowanej kryjówki pośród gęstych ostępów. Zanim zbóje zorientowali się, tkwili już w pułapce. Wojowie szczelnym pierścieniem otoczyli masyw leśny kryjący zbirów.
Jeden ze smolarzy podczołgał się w kierunku łotrowskiego siedliska. - Poddajcie się! - zawołał. - Jesteście osaczeni. Żywa mysz nie wymknie się z naszego pierścienia. Jeżeli chcecie ocalić własne żywoty, zdajcie się na łaskę naszego wodza. Nie po was tutaj przybyliśmy, lecz po głów? waszego herszta. Na Pysznego Janka przyszedł wreszcie kres. Kat z ostrym toporem czeka na niego na zamkowym dziedzińcu. Wydajcie nam Pysznego Janka, łotra nad łotrami.
- Poddać się? Cha, cha! A niby dlaczego? Macie nas za głupców? - wiatr przyniósł od zbójeckich umocnień szyderczy śmiech Pysznego Janka.
- Nie po to obdzieraliśmy bogatych kupców do golusieńka, nie po to przetrząsaliśmy dwory szlacheckie, nie po to ogałacaliśmy plebanie z drogocenności, aby teraz z dobrej woli oddać nagromadzone skarby waszemu wojewodzie czy księciu. Mają oni wszakże dość własnego złota. Na moją głowę także nie liczcie, bo nigdy jej nie dostaniecie. Czyżbyście nie wiedzie li, bezmózgie barany, że jestem nieśmiertelny?
Walka z rozbójnikami ciągnęła się siedem dni i siedem nocy. W okrutnym boju ginęli i zbóje, i wojowie oraz puszczacy. Rzeczki i strugi wypływające z boru poczerwieniały od krwi.
Po tygodniu z rozbójników nie ocalał nikt. Nikt, poza ich hersztem. Pysznemu Jankowi jakimś cudem udało się wyrwać z okrążenia i pod osłoną nocnych ciemności zbiec na moczary. Tam, na niedostępnej wysepce wśród zdradliwych trzęsawisk, z zapasem strzał mógł bronić się zza osłony z bierwion całymi miesiącami.
- Nie pójdziemy przez bagna po łotra. Dość ofiar - zdecydowała starszyzna. - Rozstawiamy posterunki dookoła i poczekamy, aż sam wylezie z mokrej nory.
Jednakże Pyszny Janko wysepki pośród trzęsawisk nigdy nie opu ścił. Książęcy skryba zapisał potem w zamkowych kronikach, że herszt puszczańskich rozbójników, Pyszny Janko uważający się za istotę nieśmier telną, wyzionął ducha na moczarach zwyczajnie z głodu. Innego zdania byli puszczacy. Jeszcze długo, długo po tamtych wydarzeniach sędziwi smolarze, bartnicy, łowcy i rudnicy zapewniali każdego, kto zechciał ich słuchać, iż po Pysznego Janka przyleciał wówczas cały tabun diabłów i porwał zbója do piekła. A jako że był nieśmiertelny, żyje tam do dzisiaj. Tyle że w kociołku z gotującą się nieustannie smołą.
Jedno jest pewne: od strug i rzeczułek poczerwieniałych od krwi ofiar owej straszliwej bitwy bór nad Orzem ponownie zaczęto nazywać Czerwonym Borem. Po latach dokładnie w tamtym miejscu powstała też niewielka wioska. Czerwony Bór się nazywa. http://www.lomza.friko.pl/
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

Niezwykła historia o Białym Rycerzu z Małego Płocka
Chyba nie ma w Polsce człowieka, i to od pierwszoklasisty poczynając, a na siwobrodym staruszku kończąc, który nie słyszałby czegoś o Płocku, nadwiślanym porcie, mieście wielkiej chemii, z olbrzymimi za kładami rafineryjnymi i petrochemicznymi, dawnej stolicy Mazowsza, niegdysiejszej siedziby mazowieckich książąt. Jednak z pewnością niewielu jest wśród nas takich, którzy wiedzieliby cokolwiek o innym Płocku, o Małym Płocku, czyli stareńkiej wiosce kurpiowskiej, położonej przy trakcie wiodącym z Łomży do Kolna.
Co wspólnego może mieć mazowiecki przemysłowy Płock z chłopskim Małym Płockiem na Kurpiowszczyźnie? Poza samą nazwą, oczywiście. Przede wszystkim to, że niegdyś zarówno Płock jak i Mały Płock były warowniami. Tylko że Płock był silnym grodem obronnym, zaś Mały Płock zaledwie gródkiem warownym, punktem obronnym, niewielkim rozmiarami, za to słynącym na całą puszczę z wielkiego męstwa swej załogi.
W czasach, kiedy Mazowsze nękane było przez wojenne wyprawy, Jadźwingów, Litwinów, a zwłaszcza podstępnych i okrutnych Krzyżaków, książę mazowiecki wezwał na swój dwór w Płocku rycerza Pomścibora I rozkazał:
- Wybierz najdzielniejszych z wojów, Pomściborze, i ruszaj wraz z nimi w głąb puszczy, ku granicy dzielącej nasze księstwo od ziem pogańskich Prusów i arcyłotrowskich Krzyżaków. Wzdłuż granicy z dokuczliwym sąsiadem umyśliłem sobie wznieść łańcuch warowni strzegących spokojnych wiosek przed najazdem wroga. Jednym z naczelników obronnego gródka ciebie wyznaczam, Pomściborze. Warownię wzniesiesz z ziemi i dębowych pali gdzieś w okolicy rzeki, którą puszczacy nazywają Pisą. Bacz jeno, by miejsca tego można było bronić nie tylko orężnie. Niechaj dostępu do twojego gniazda wzbraniają również dzikie zarośla, woda albo zdradliwe trzęsawiska. Wiem, że niełatwe miesiące i lata przed tobą, Po mściborze, lecz pamiętaj, ufam ci jako własnemu synowi.
Rycerz pochylił głowę z szacunkiem. Milczał dłuższą chwilkę, po czym oświadczył:
- Znam w borach doskonałe miejsce godzące się na warowny gródek. Aż za Pisą płynie Skroda, zaś u jej dopływu zwanego przez ludzi puszczy Cetną, w niewielkim suchym zakolu chronionym przez bagna da się usypać wały ziemne i wzmocnić je ponadto wysokim ostrokołem. którego nie ugryzie ani grzeszny diabeł, ani grzeszny Krzyżak.
Książę uśmiechnął się.
- Niechaj będzie, jak postanowiłeś, Pomściborze. Stawiaj warownię nad Skroda. Już przy wyjściu z komnaty rycerz zatrzymał się na moment i powiedział:
- Mam jeszcze dwa pytania, książę. Pytania, które zarazem są i moimi prośbami.
- Mów śmiało. Słucham.
- Czy pozwolisz mi, książę, poza drużyną wiernych wojów i garścią czeladzi, zabrać do granicznej warowni także i małżonkę? I czy zgodzisz się, abym na cześć książęcego Płocka nazwał mój gródek Małym Płockiem?
- Zgoda i na jedno, i na drugie, Pomściborze. Miejsce żony winno być przy mężu - książę skinął dłonią. - A teraz nie zwlekaj, szykuj się do drogi. Kupcy wędrujący od Krzyżaków dostarczyli nam niewesołych wieści. Pora śpieszyć się z gotowaniem obrony.
Trzy dni później bramy Płocka opuścił skromny orszak. Na czele drużyny wojowników podążał rycerz w białej zbroi, dosiadający śnieżno białego rumaka. Na końcu gromadki toczyły się cztery wozy ciągnione przez woły, a wyładowane bronią, najpotrzebniejszym domowym sprzętem, to porami do zwalania drzew oraz rydlami do sypania wałów. Natychmiast po przybyciu na miejsce zabrano się do roboty. Dzielny Pomścibor dawał przykład innym. Od rana do zmierzchu on, jego wojowie i czeladź w pocie czoła układali kamienie i przesypywali ziemię rydla mi. Z pomocą pracującym pośpieszyli mieszkańcy borowej wioski leżącej w pobliżu. Kilkunastu puszczaków, kobiet i mężczyzn, z własnej ochoty dopomagało rycerskiej drużynie.
Wkrótce usypano wysoki szaniec, na którym ustawiono solidną dębową palisadę. Wokół ziemnego wału wykopano fosę z wodą doprowa dzoną z rzeki. Wewnątrz wzniesiono cztery niewielkie, lecz masywne budynki. Jeden dla Pomścibora i jego najbliższych oraz jako zbrojownię i lamus drugi dla rycerstwa, trzeci i czwarty zaś dla czeladzi. Pośrodku placu wydrążono głęboką studnię na wypadek, gdyby wróg przez dłuższy czas zamierzał trzymać grodek w oblężeniu. Wjazd zabezpieczono rozbieranym mostkiem i bramą z dębowych pali. wzmocnioną żelaznymi sztabami przezornie przywiezionymi z Płocka. Niezbyt wiele wody upłynęło i w Cetnie, i w Skrodzie, gdy o białym rycerzu i jego wiernej drużynie usłyszano w nadgranicznych borach. Dzielny rycerz na śnieżnobiałym rumaku zawsze pojawiał się tam, gdzie był najbardziej potrzebny. A wówczas biada zachłannym Krzyżakom, pogańskim Prusakom, Jadźwingom czy Litwinom, którzy chcieli grabić spokojne leśne osady.
Pomścibor wobec wroga był jak orzeł drący wilki na strzępy. Albo jak sęp oczyszczający książęcą Zagajnicę z cuchnącej padliny. Wiele zastępów krzyżackich do tej pory bezkarnie wyprawiających się ze Szczytna na mazowiecką stronę z pustymi wozami po łupy, nagle poczęło ginąć bez śladu w borach. Tylko czasami pokiereszowane niedobitki pojawiały się na dziedzińcu Szczytnowskiego Zamczyska z przerażającymi opowieściami o białym rycerzu wyłaniającym się spod ziemi, wyłażącym z bagien lub spadających z obłoków z mieczem większym od największego z puszczańskich dębów.
- Biały rycerz na białym wierzchowcu silniejszym od dziesięciu żubrów? Biały rycerz fruwający ponad lasami i trzęsawiskami? Ejże.
Komtur krzyżacki w smoki latające z mieczami w powietrzu nie wierzył. Ze słów zbiegów, a także z donosów szpiegów wysyłanych w prze braniu do mazowieckiej Zagajnicy, domyślił się prawdy. A że duszę miał niczym jadowita żmija, uknuł plan zemsty podstępnej i okrutnej, jak na prawdziwego Krzyżaka przy stało. Pewnego popołudnia wezwał starszyznę zakonną na naradę do swojej komnaty. Kiedy wszyscy zasiedli na ławach wokół biesiadnego stołu, rzekł:
- Od roku pozwalamy Pomściborowi, wojowi mazowieckiego księcia, aby napadał i grabił nasze spokojne oddziały, niosące dzikiemu ludowi wiarę i Boże słowo. Pora z tym skończyć. Wymyśliłem wyśmienity sposób na Pomścibora. Porwiemy mu żonę, którą ponoć miłuje nade wszystko. Kiedy białogłowa ta znajdzie się w naszych lochach pod zamkową wieżą, będziemy łotra mieć w garści. Zobaczycie, z okrutnego wilka przemienimy go w dobrze ułożonego kundla jedzącego z pańskiej ręki. Tobie, bracie mój - komtur wskazał na Zygfryda siedzącego naprzeciwko - powierzam dowództwo nad tajemną wyprawą. Moje szpiegi co i raz donoszą, że ową białogłowe można łacno po chwycić w sosnowym lesie po tamtej stronie Skrody, dokąd z młódkami i kilkoma zbrojnymi pachołkami często wychodzi na grzyby. Świadków wyrżnijcie na miejscu, zagrzebiecie pod mchem i zatrzecie wszelkie ślady. Jeno ją samą, całą i zdrową, dostawicie w sekrecie do Szczyt na. No a wówczas zatańczymy sobie z przeklętym Pomściborem nie gorzej niźli Cygan z tresowanym niedźwiedziem.
Komtur ze Szczytna szpiegom swoim darmo nie płacił. W borach nad Skrodą wszystko odbyło się dokładnie tak, jak przepowiedzieli komturowi przebierańcy. Zygfryd i jego ludzie wytropili gromadkę zbierającą grzyby i napadli ją znienacka. Pachołków osłaniających mieczami swoją panią wymordowali do ostatniego, ją samą zaś związali rzemieniami, zawinęli w wilcze skoóry i z owym niezwyczajnym łupem pośpieszyli w kierunku granicy. Jednakże nie uszli daleko. W ciemnej Dąbrowie tuż za Pisą nie oczekiwanie dostali się w zasadzkę. Kilkunastu śmiałków ze straszliwym wyciem spadło na nich z konarów, i rozbiło w pył zbójecką bandę. Zabrało broń i uwolniło nieszczęsną brankę. Łotrów krzyżackich pozostawiło wilkom na uciechę. Tym razem żywa noga nie uszła z leśnej pułapki.
Komtur w Szczytnie czekał cierpliwie miesiąc, czekał dwa miesiące, czekał trzy, lecz powrotu brata Zygfryda i jego drużyny się nie doczekał. Pełen najgorszych obaw wysłał więc na mazowiecką stronę trzech najsprytniejszych swoich szpiegów ażeby spróbować wywęszyć, co też mogło przytrafić się niezwyciężonemu dotąd i przebiegłemu jak lis krzyżowemu rycerzowi.
Po czterdziestu dniach do Szczytna powrócił szpieg przebrany za grajka wędrującego od dworu do dworu, od wesela do wesela. Zaledwie przybysz stanął przed komturem, oświadczył z ponurą miną:
- Panie mój, spotkałem w mazowieckich borach dwóch puszczaków wybierających miód z pszczelich dziupli. Leśni ludzie powiadali, że czarownice z bagien wzięły sobie naszych rycerzy za mężów. Pokochały ich ponoć wielką miłością i ani na krok nie puszczają ich teraz od siebie. Moczarowe nocznice i wodne strzygi najwidoczniej nasypały rycerzom do wina diabelskiego ziela. Skoro biedacy zapomnieli o Bożym świecie i nie myślą o powrocie między ludzi. Nie ujrzymy ich już nigdy w Szczytnie, panie mój.
- Głupiś jako ciżma z lewej nogi - zirytował się komtur czerwieniejąc gwałtownie na gębie. - Gdybyś, baranie, miał choć odrobinę oleju pod czerepem, wiedziałbyś, iż moczarowe wiedźmy i diabelskie strzygi nie mają nijakiego dostępu do rycerzy z zakonu spod znaku Najświętszej Maryi Panny.
Po dalszych dwóch tygodniach do wrót krzyżackiego zamku załomotał szpieg przebrany w żydowski chałat i takąż myckę. Na widok komtura sfałszowany Żyd padł na brzuch i bijąc czołem o kamienną posadzkę zawołał:
- Panie mój, w przydrożnej karczmie nad Pisą zaprzyjaźniłem się z tamtejszymi smolarzami, bardziej podobnymi do diabłów niźli do ludzi! Oni to przy piwie wyjawili mi straszliwą tajemnicę. Naszą drużynę porwały najprawdziwsze czarty. Krzyżaccy rycerze służą podobno teraz w piekle za Belzebubowych pomocników. Smołę warzą, ognia strzegą, by nie wygasł pod kociołkami, w których smażą się dusze najbardziej zatwardziałych grzesznic i grzeszników.
- Głupiś jak ciżma z prawej nogi - zirytował się znowu komtur i jeszcze bardziej poczerwieniał na gębie. - Mój brat nie strachał się nikogo ani na tym, ani na tamtym świecie. Nie ma takiego diabła w Lucyperowej służbie, z którym by sobie nie poradził.
Minęły kolejne dwa tygodnie i nad fosą zamkową pojawił się trzeci z komturowych szpiegów, rudzielec przebrany w sukienkę wędrownego klechy. Ten nie rzekł nic, jeno z zawiniątka wydobył i położył na ławie przed dowódcą zamczyska czaszkę oczyszczoną dokumentnie przez leśne mrówki oraz srebrną zapinkę z trzema perłami, jaką nosił brat komturowy pod brodą. Na posadzkę zaś cisnął pierzastą strzałę z łuku. Dopiero wtenczas ukląkł na jedno kolano i otworzył usta: - Od tej strzały zginął twój, niezwyciężony Zygfryd, jeden z najwaleczniejszych rycerzy naszego świętego zakonu. A strzała ta, co z jej kształtu i grotu jasno wynika, zrobiona została w mazowieckim warsztacie, w Łomży, w Ciechanowie albo Płocku. Z ręki książęcego łucznika zginął brat twój, panie wielki. Na leśnej polanie pośród moczarowych kęp z walecznej drużyny zakonnych braci pozostały jedynie gołe kości i kupa pogiętego żelastwa.
Komtur wrzasnął głosem tak straszliwym, że nie tylko rycerze i knechci, ale również i myszy w zamkowych norach potruchlały z przerażenia.
Domyślam się, kto wciągnął walecznych rycerzy w podstępną zasadzkę! To ten przeklęty Pomścibor z Małego Płocka! Woje Pomścibora nigdy nie stają do otwartej walki z nami, lecz skradają się wśród borów i kąsają znienacka niczym wściekle wilki. Klnę się na głowę wielkiego mistrza zakonu, iż nie zaznam spokoju, dopóki nie zetrę z powierzchni ziemi tego wilczego legowiska. Ej, skrybo, gotuj pismo do sąsiedniej komturii. Niechaj bracia zakonni przybywają mi natychmiast z pomocą. Pora nieść krwawą zemstę Pomściborowi!
Jeszcze tego samego dnia traktami wiodącymi do Nidzicy i do Piszu pogalopowali komturowi posłańcy. Wkrótce potem nadgraniczna puszcza wchłonęła potężny oddział krzyżackich jeźdźców zakutych w stalowe zbroje, a także trzy hufce pieszych knechtów dźwigających tarcza, topory i miecze. Po przeprawieniu się mostem przez Wałpuszę, Krzyżacy przecięli brodem Rozogę, Pisę oraz Skrodę i lasami podeszli pod Mały Płock. Długie dwa tygodnie wojowie Pomścibora odpierali ataki Krzyżaków. I pewnie doczekaliby się odsieczy z Łomży, z Ciechanowa, albo nawet i z samego Płocka, gdyby nie niespodziewana zdrada.
Którejś nocy jeden z czeladzi - ryży i piegowaty, pewnikiem z niemieckiego ojca - podał wartownikom zatrute piwo, sam zaś odsunął zasuwy głównej bramy. Krzyżacy bez przeszkód wtargnęli do środka i wymordowali dzielną załogę. Jedynie Pomścibor zdążył wskoczyć na śnieżnobiałego rumaka, który potężnym susem ponad ostrokołem wyniósł swego pana na niedostępne moczary. Zanim knechci naciągnęli łuki, biały rycerz zniknął w oparach bagiennych. Do Krzyżackich uszu dotarł jeno jego krzyk:
- Wkrótce pomszczę moich braci! W wielkiej bitwie poniesiecie straszliwą klęskę, z której zakon już się nie podźwignie. A okopu tego bronić będę przed wrogiem jeszcze przez całe stulecia. Po odejściu Krzyżaków puszczacy pochowali dzielnych obrońców gródka na cmentarzyku przylegającym do fosy. Czekali też na powrót białego rycerza. Ale się nie doczekali. Ziemne umocnienia Małego Płocka przetrwały z tamtych czasów aż do dzisiaj. Przetrwały również wyraźne ślady fosy broniącej niegdyś dostępu do gródka. Wewnątrz, pośrodku placu widać także rumowisko kamieni. Najstarsi mieszkańcy wioski pamiętają, że kiedyś była tam studnia, do której jeszcze jako dzieci zabawiając się wrzucali kamienie. Sędziwi mieszkańcy wspominają też dziedzica, który wbrew przestrogom małopłocczan kazał zaorać porosły zielskiem teren byłego cmentarzyka, ażeby posadzić tam kartofle czy posiać grykę. Ponieważ nikt z miejscowych nie chciał nająć się do owej roboty, trzeba było oracza sprowadzić specjalnie w tym celu aż zza Łomży. Kiedy chłop ujrzał, iż ziemia za pługiem wyłania się czerwona i krwawa, porzucił i kobyłkę i wrzeszcząc z przerażenia uciekł, dokąd go oczy poniosły. Od tamtej pory nikt więcej nie usiłuje już ani zaorywać cmentarzyka, ani nawet kosić na nim trawy. Wszystko, co tu opowiedzieliśmy, można byłoby zaliczyć do bajań ludowych Kurpiowszczyzny, gdyby nie jeszcze jeden fakt.
Oto często o północy w świetle księżyca pojawia się na okopie dawnego gródka biały rycerz na śnieżnobiałym wierzchowcu. To wszakże nie kto inny, jak sam Pomścibor dotrzymujący słowa danego swoim druhom przed wiekami. Tak przynajmniej zapewniają nas świadkowie, siwobrodzi mieszkańcy Małego Płocka. A ludziom doświadczonym i o siwych włosach wierzyć przecież trzeba.
http://www.lomza.friko.pl/
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

O Królowej Drzew
Dawno temu, na ziemiach zamieszkanych dziś przez Szwedów i Norwegów, nie było jeszcze ludzi. Mieszkali tam herosi wielcy jak drzewa, gnomy, krasnale i wiele innych magicznych stworów. Nad całą tą dziką i piękną krainą gór, skał i jezior niepodzielnie panował bóg Thor.Pewnego razu Thor wędrując przez świerkową puszczę spotkał nad brzegiem turkusowego jeziora piękną nimfę Soroya. Hoża dziewoja nieświadoma (a może i świadoma, kto ją tam wie), że jest obserwowana, pochylała się nad taflą wody podziwiając swoje odbicie. Naga, w księżyca poświacie, urzekła boga piękną twarzą, modrymi oczami, włosami spływającymi niczym krople majowego deszczu na alabastrowe ramiona, stromymi jędrnymi piersiami i całą resztą swej wielce ponętnej postaci. Piorunującego wrażenia dopełniał śpiew dziewczyny, słodki niczym malina moroszka do dziś porastające podmokle tereny Norwegii. Dziki bóg postanowił posiąść nimfę bez zwłoki, tak jak to czynił wcześniej z innymi boginkami. Ta jednak, zamiast mu ulec, rzuciła się do ucieczki. A że pędziła jak wiatr po polu czy spłoszony zając, nieco już leciwy władca nie mógł jej dogonić. Zmęczony Thor po trzech dniach pogoni dał za wygraną i spoczął pod górą Trollheimen, której zbocza i jaskinie, jak sama nazwa wskazuje, były licznie zamieszkiwane przez złośliwe trole. Przywódca plemienia zwany Troll Bjorn, czyli Trol Niedźwiedź, miał z Thorem stare porachunki, a tu okazja sama do niego przyszła. Szczegółów tej rozmowy nie znajdziemy nawet w najstarszych skandynawskich sagach. Wiadomym jest jednak, że Troll Bjorn doradził Thorowi małżeństwo z szybkonogą Soroyą. Tym razem dziewczyna nie odmówiła. Z początku żyli nawet zgodnie i szczęśliwie, z czasem jednak młoda żona zaczęła utyskiwać na nudę tej odludnej krainy. Jak wiadomo stary mąż zawsze ulega młodej i pięknej żonie, więc i tym razem tak się stało. Thor po raz pierwszy przyjął zaproszenie na Olimp, gdzie młodożeńcy mieli całkiem dobre entre przybywając na grzbiecie zionącego ogniem smoka Hornavena. Na Olimpie, jak to na Olimpie, bale, uczty i intrygi. O ile Thor nie czuł się mocny w żadnej z tych dyscyplin, to jego młoda i piękna połowica już po kilku dniach poczuła się tam jak Bliźniak w Sejmie. Soroya tak bardzo rozsmakowała się w imprezowaniu, że postanowiła wcale nie wracać do swojej północnej ojczyzny. Gdy do cna wyczerpany nieustannymi tańcami i libacjami Thor postawił ultimatum, postanowiła uśpić go na długie lata. By wprowadzić w życie swój niecny plan Soroya wdała się w potajemny romans z Bachusem, który to uwarzył dla Thora wino tak mocne, że ten zaledwie po jednym pucharku usnął na siedemdziesiąt lat. O tym, co wyczyniała hoża dziewka milczą nawet mity greckie. Wiadomo jednak, że romansowała, z kim się tylko dało, balowała bez umiaru i tak bardzo intrygowała, że gdy mąż wreszcie się przebudził, nikt nie chciał jej pomóc w przedłużeniu pobytu.
Zawstydzony Thor natychmiast po powrocie do świata jawy zabrał wiarołomną żonę i dosiadłszy smoka Hornavena powrócił na północ. Tam jednak w międzyczasie trole zawiązały koalicję z gnomami, krasnalami i herosami, by pozbyć się surowego władcy. Osłabiony chybionym małżeństwem Thor zaraz po powrocie musiał stoczyć bój z przeważającymi siłami wroga. Pokonany uciekł na południe pod postacią góry skał, lodu i kamieni, którą my zwiemy lodowcem. Rozżalony i zdetronizowany władca miażdżył wszystko, co stało na jego drodze. Puszcze łamały się jak zapałki. Na szlaku wędrówki pozostawała tylko goła ziemia. Z czasem stracił jednak impet i zatrzymał się gdzieś tam, gdzie dzisiaj płynie rzeka Bug. Obejrzawszy się po raz pierwszy za siebie dostrzegł ogrom zniszczenia. Zapłakał nad sobą i zniszczoną krainą. Spłynęły łzami Bug, Narew, Wieprz, Nurzec, Biebrza i inne rzeki. Chociaż wody ożywiły nieco krajobraz, wokół była głucha cisza i martwota, bowiem drzewa zostały całkiem zmiażdżone przez lądolód. Thor ruszył na północ, by wezwać na pomoc Królową Drzew - pramatkę wszystkich puszcz. Wędrując w stronę domu często odpoczywał. Tak powstały jeziora nazwane dziś Mazurskimi czy Suwalskimi. Tam zaś, gdzie czekał na władcę zaklęty w skałę smok Hornaven powstało jezioro Wigry, które jest, jak mówią miejscowi, siedem razy proste i wielce przypomina kształtem smoka. Po powrocie na północ Thor z łatwością odzyskał władzę. Trole pobiły się bowiem z gnomami, te zaś zostały zdziesiątkowane przez herosów. Wszędzie panował głód i bezprawie. Lud zatęsknił za silną władzą i bez oporów poddał się autorytarnym rządom władcy, który powrócił. Wkrótce po zaprowadzeniu porządku Thor wezwał do siebie Królową Drzew i rozkazał jej udać się na południe i zasiać nowe puszcze. Królowa Drzew wygląda jak wierzba i rodzi nasiona z pozoru identyczne, jednak każde z nich kiełkuje w drzewo właściwego rodzaju w zależności od tego, na jaką glebę padnie. Królowa ruszyła nie zwlekając, siejąc po drodze: wierzby, lipy, dęby, sosny, świerki i wszelkie inne gatunki drzew i krzewów, jakie porastały nasze dawne puszcze. Wędrowała długo i powoli, bo drzewa nie są sprinterami, a poza tym na drodze wędrówki napotykała liczne jeziora i rzeki. Gdy, po kilkuset latach, dotarła do miejsca, które dziś zwiemy Puszczą Białowieską postanowiła odpocząć. Tam właśnie wydała najokazalsze potomstwo, które do dziś wśród polskich drzew wydaje najdorodniejszy owoc. Matka Drzew nadal tam jest. Wiadomym jest jednak, że jeśli zostanie ścięta ręką ludzką - zginą wszystkie lasy, które zasadziła na długim szlaku swojej wędrówki.
Tomasz Lippoman
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Opowiadania