1656. Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Historie zasłyszane, pamiętniki, legendy rodzinne. Z urwanych słów, z kilku strzępków opowieści, gdy się wsłuchasz wysnujesz obraz ich życia - zamglony, niewyraźny i jakiś taki bliski niezmiernie ...
* CO W DZIALE? - Opowiadania rodzinne, historie zasłyszane, fragmenty pamiętników, niepotwierdzone legendy, historie o duchach, historyjki o zwierzętach domowych, o pokojach, powozach, klombach kwiatowych w ogrodzie, figurkach itp. Wszystkie nawet drobne, beletrystyczne rodzinne zapisy z dawnych czasów. Opowiadania mogą mijać się z prawdą, być niesprawdzone, pisane stylem dowolnym.
* OPISY - Przy dłuższych opowiadaniach można na początku wprowadzić indeks osób, miejsc, lub wydarzeń.
* POMOC - Trudności proszę sygnalizować w dziale "Poradnia", na wszystkie odpowiemy, tworząc jednocześnie FAQ
* PISANIE - Bardzo prosimy umieszczać w tekście znaczniki do leksykonu, lub innych działów. np. znacznik [leks] odsyła do hasła w leksykonie. znacznik [leks=] prowadzi do hasła innego niż link (np. inna forma gramatyczna). Leksykon. Pozwoli to czytelnikom korzystać z szerzej informacji.

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

Piekielne wrota
Od zawsze - a nawet i dalej - ludzie wsadzali diabła do mokradeł. Dlaczego?
To nawet nie wiadomo. A że Bagna Biebrzańskie były zawsze bardziej bagienne od innych, to jest zrozumiałe, że czarci klan tu się rozrósł do rozmiarów super. Nawet do dziś przetrwała na Czerwonym Bagnie cała dzielnica pod nazwą Piekielne Wrota.
Dlatego mamy pełną podstawę pofantazjować, jak zza tych wrót całe zastępy kaduków, lucyferów, belzebubów, wiedźm i różnych tam kapusiów czarcich wyruszało w świat z instrukcjami odrabiać "mokrą" robotę; bractwo to gnało do przodu na kibitkach, miotłach, łopatach, no i nie wykluczone, że i na mercedesach lub odrzutowcach napędzanych paliwem torfowym.
Znawcy historii przedmiotu czarciego, to nawet ustalili, że tu się wyspecjalizowała czarcia robota na czterech poziomach wyobraźni poza rzeczywistej. Bo nawet byłoby niedorzecznością sądzić, aby w dobie komputerów i telewizji satelitarnej nasz pan Diaboli przemieszczał się po chatkach wciąż na jakimś sękatym kiju albo Czarna Dama - kochanka Lucyfera nie miała mercedesa. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że nowe fortele tu rozpracowywały całe rzesze specjalistów, jak i dokąd wyjść z wysychających łąk i ulokować się gdzieś w szczelinach miejskich bloków, na ambonach kościelnych, w kapturach zakonników, czy w willach biskupich lub biznesmeńskich; jak wsadzić macki w akcesoria miłosne, namieszać tam eidsu albo w szynki krowie napstrykać zarazków Creutzfeldta Jakoba.
Obecnie taki Diaboli siada na miękkim krześle, bierze pilota do ręki i przywołuje np. do oglądu czwarty poziom, ten najwyższy. Tedy nasze czarczydło idzie za człowiekiem albo siada mu na kołnierzu i jedzie. A ty go wcale nie widzisz. Facet tylko coś przełoży w twoim mózgu, abyś się zdenerwował i walnął policjanta w pysk. Albo napadł na bank. Najlepszym dowodem na to jest Czarna Dama, która przy zdobywaniu Twierdzy Osowieć wlazła nad chmurę trującego chloru i nic się jej nie stało. Na pierwszym poziomie, najniższym, działają jedynie ortodoksi i twardogłówcy, którzy nadal kąpią się w bajorach śmierdzącego błota, nie golą sierści i chodzą z ogonami. To wyłącznie oni wciąż kultywują profesję tak zwanego opętania.
A najbardziej chyba interesujący (z punktu widzenia człowieka) to jest poziom drugi, już w pełni nowoczesny, reformatorski. Dla odprężenia, więc popatrzymy na jedną ze scenek pomysłu pana Łucka - szefa departamentu czarciej ekumeny.
Pewnego wieczoru, gdy po deszczu w ogrodach zapachniało macierzanką, nasz pan Diaboli wyszedł na zwiadowczy spacer do szacownego miasteczka pod nazwą G., ponieważ dowiedział się, że tam wybudowano największą karczmę w starodawnym stylu.
Pierwszą postacią, jaką spotkał u bram karczemnych, był akurat anioł Gabriel, który również przyszedł na zwiady.
- Cześć, przyjacielu! Lucek jestem - powitał anioła z niewinnym uśmiechem.
- Gabryś.
Podali sobie ręce. Ale wysłannik Boga szybko cofnął prawicę, gdy spostrzegł u kolegi pazurkowate zakończenie palców, a na czole blizny po rogach. Zawołał:
- Kim ty jesteś, stworzenie! Czy przypadkiem nie jesteś diabłem?
- Eee...tego... Tak niby mnie kiedyś nazywano. Ale... Gabryś odskoczył i na bok i wyciągnął miecz z pochwy:
- Nie podchodź bliżej jak na dwa metry, bo utnę ci głowę!
- Przepraszam, ja... nie tego, ja, ja niewinny... Ja tu przyszedłem w dobrych zamiarach. Przysięgam. Wziąłem dziś ze sobą tylko dobre chęci i szukam wspólników. Tego... prawdę mówiąc, znudziła mi się nieustanna walka, chce się tak, no... jak by powiedzieć, trochę pofolgować. Eee...
Lucek jakoś tak stękał, jąkał się, eekał, klecił zdania niezdarnie, przy tym patrzył tak rozbrajająco i niewinnie, że Gabrysiowi oczęta zaczęły się rozszerzać, mięknąć, nawet powieki zapluskały; w dodatku macierzanki zapach dopadł też jego włosów nosowych i zagrał na nich rozkosznie. Schował miecz z powrotem do pochwy.
- No dobrze, dobrze. Gadaj, czego chcesz. Tylko się skracaj, bo ja nie mam czasu, muszę pilnować twoich nasłańców. Ostatnio mi kuszą coraz więcej dziewic nie tylko ze szkół średnich, ale i podstawowych.
- Gabrysiu, czy musisz mi o tym wspominać? Dałbyś za to głowę, że gdyby nie zło, to dobro pachniałoby tylko wonnościami? Jesteśmy z góry naładowani uprzedzeniami bez chęci pomacania się. A może tak usiądźmy przy stole, przerzućmy kamyczek po kamyczku, przyglądając się dokładnie, co który jest wart. To nie ode mnie zależy. Ja wykonuję tylko Jego rozkazy.
- Gabrysiu, nie zasłaniajmy się "jegami"; takim już bezradnikem to nie jesteś. Najłatwiej wymachiwać szabelką i nosić ładny błyszczący strój. Ale rozejrzyj się dokoła: wszystko, co najpiękniejsze w życiu, opiera się na zmaganiu dobra ze złem. Nie ma przysłowia, bajki, opowieści, piosenki, świętej księgi, aby tego motywu nie było. No i co ty nadal masz zamiar moje nasienie wyciąć do cna? A czy pomyślałaś, co będziesz robił sam, gdy wytniesz nas wpieniek? Komu będziesz potrzebny? Nikt tobie wtedy nie da złamanego grosza na życie, pójdziesz na "kuroniówkę". A niełatwo, pamiętaj, niełatwo zostawić miecz, błyszczący strój, tłumy poddanych i zamienić miejsce na ołtarzu na jakiś tam mizerny kramik z pizzą albo sex-shop. Pomyśl tylko: całe tony rycin, książek, rzeźb, filmów mają pójść na spalenie? Trzeba będzie największe arcydzieła poprzecinać na połowy powyrywać z nich kawałki z moimi podobiznami, które - przyznaję - nie wyglądają zbyt zachęcająco.
- Lucek, nie kuś mnie, bo gotów jestem uwierzyć w twój e brednie. Czy to nie znów kolejny podstęp?
- Gabrysiu, przysięgam, że mówię od serca. Sam doszedłem do tego, gdy ostatnio zacząłem rozsądnie myśleć, obserwować życie, a szczególnie wychodzić na spacery po deszczu na pachnące macierzanką ulice. Przychodziłeś tu kiedyś na przechadzkę?
- Nie.
- Szkoda. Wielka szkoda. To może chodź, przejdziemy w dół aż do Biebrzy.
- A my na pewno sami jesteśmy, nie ma tu przypadkiem twoich agentów? - zapytał Gabryś.
- Skądże! Jeszcze raz przysięgam! Odwal w końcu za siebie nieustępliwą podejrzliwość, będzie lżej żyć. Myślisz, że nasze słowa nic nie znaczą., a my żyjemy tylko łachuderstwami? Uważasz, że przez tysiące lat mogłaby istnieć jakaś społeczność oparta - przepraszam - na byle g...
- Eeeeeee - odchrząknął Gabryś.
- Eeeeeee - powtórzył Lucek.
I tak wolno, noga za nogą, nasi bohaterowie posuwali się do przodu lekko opierając się, jeden na szabli, drugi na widłach, dla podkreślenia swojej niezależności. Odległość między nimi - ta dwumetrowa - powoli się skracała, już mogli dotknąć się rękoma...
Tak na dobrą sprawę - zaczął już całkowicie spokojnie Gabryś - to nie sposób ci nie przyznać racji, coś w tym jest, co mówisz. Ale pamiętaj, że ja mam szefa, jestem pracownikiem mianowanym, rozumiesz mnie?
- No właśnie! To może załóżcie jaki związek zawodowy. U nas już są. Albo coś wymyślmy innego.
- Ale co?
- Mam pomysł! Na przykład: zorganizujemy na dzień dwudziestego pierwszego czerwca dwutysięcznego trzeciego roku okrągły stół. Przygotujemy do tego czasu odpowiednio ludzi, stworzymy oddolny nacisk. No co, stary!... Cha, cha, cha!
Lucek czule klepnął Gabrysia po ramieniu.
- Nie śmiej się tak głośno. Ludzie jeszcze pomyślą, że ktoś chodzi z królem Herodem nie w porę.
- Ale jak się nie cieszyć! Tylko tak pomyślał: gdyby przy okrągłym stole podpisano kartę pojednania, to wówczas całkiem inny stałby się świat. Zaniechano by walk na śmierć i życie, zachowując dotychczasowe włości i sfery wpływów. Wtedy z połowę moglibyśmy zredukować jak piekielnych, tak i niebieskich zastępów. Wystawilibyśmy na licytację mniej przydatnych diabłów, aniołów. Niemało byłoby chętnych do kupienia takich stworzeń! Kto nie chciałby mieć w swoim domku belzebubnika albo anieliczki, których można dotknąć ręką, wykąpać w wannie, ubrać w nowe ubranko. Hęę... A do pustych kas popłynęłyby pieniądze! Cha, cha, cha! Cha, cha, cha!
- Cha, cha, cha! Cha, cha, cha! Cha, cha, cha! Oj, tyLucy, Lucy, rozśmieszyłeś mnie do rozpuku. Cały się rozkleiłem. Czy przypadkiem nie masz w buteleczce płynu żurawinowego na orzeźwienie? Ze wszystkim mi wyschło w gardle.
- Oczywiście, że mam! Masz łyka.
Gabryś wziął butelkę, z wielkim apetytem przyłożył do ust, przechylił:
- Dziękuję... Ojojoj! Martwieję! To jakaś trucizna. Umieram...
- Gabrysiu, nic się nie stanie. To zaledwie ma czterdzieści pięć, bardzo słaby napój... Masz kanapkę, zrób gryzą. Zaraz przejdzie... A co, już dobrze?
- Trochę lepiej, przejaśnia mi się w oczach. O, już całkiem czuję się dobrze. To może... daj jeszcze jednego łyka, a resztę wylej, aby nas więcej nie kusiło.
- Jak Gabo tak sobie życzy, to proszę.
Po wypiciu dobrego hausta Gabryś oddał butelkę, a Lucek resztę zawartości wylał na ziemię.
W porządku - jakby zadowolony przytaknął Gabryś. - Teraz to możemy nawet zejść trochę na bok za krzaki i porozmawiać.
- Jak Gabo sobie życzy. Jestem do usług.
- Owszem, życzę. Ale pamiętaj, posiedzimy tylko pół godziny, na razie ja znam swoje, bez żadnych zobowiązań.
- Oczywiście. Ja też znam swoje. Za moje żurawinki to może mnie nauczysz z jednej "hosanny". Ani niebu, ani piekłu przez to nic nie ubędzie.
No i tak nasi znajomi Gabryś i Lucek zeszli na bok pod krzaczki łozinowe, trochę tam pośpiewali, trochę poskakali. A jak im rozochociło się, rozkręciło się w czubach od tej wesołości, to wtedy wiadomo już, co:
- Gabrysiu, a jaki tam u ciebie między nogami instrumencik się rusza?
- Gdzie?
- O, tu - Lucek delikatnie macnął przód Gabrysia.
- A, w tym miejscu. To zależy od potrzeby: raz wykładam klarnecik innym razem papużkę.
To może dziś załóż papużkę. Ja tam zbyt muzykalny nie jestem, nie lubię oblizywać klarnetowych ustników. Gabryś rozpiął szaty, coś tam pomanipulował i rzekł:
- Proszę. Już.
Lucek zerknął z zachwytem:
- Ho, ho, ho! Jakie piękne kosmate stworzenie!... Niu-niu-niu, dziubuńko moja, no otwórz dziobek, popiskaj trochę. A mówi coś ona? Powiedz: Lu-cy...Lu-cy... Lu-cy...
- Lu-czy... Lu-czy ... - wydobył się papużkowy glos.
- Cha, cha, cha! Naprawdę mówi! Jeszcze takich dziwów nie widziałem. A teraz znów powiedz: Ga-bryś... Ga-bryś...
- Gab-hy... Gab-hy...
- Boże, jakież ty masz cacka! Widzisz, nawet powiedziałem : "Boże". Po raz pierwszy to słowo wziąłem do ust.
TfuL. Zobacz, nie spalił mi się język?
- Nie, wszystko w porządku, a nawet nabrało piękniejszych kolorów.
To dobrze, cieszę się... A' propos papużki: dlaczego ma ona takie smutne oczki i cieniutki głosik?
- Bo jest głodna.
- Ojejku, szkoda mi bardzo tak miłego stworzonka, jeszcze wyzionie ducha. Może damy jej coś do jedzenia. A co ona najlepiej lubi?
- Nasionka z szyszek świerkowych.
Lucek przejawiając jeszcze większą radość zwrócił się do papużki:
- Lubisz szyszeczkę skubać, tak?
- Lu-be... lu-be... - znów powtórzył się głos papuzi.
- Bardzo dobrze! - wykrzyknął Lucek. - A ja mam przy sobie szyszkę. Dajmy jej, niech poskubie. Co? Tylko jedną masz? - trochę skrzywił się Gabryś. - Ona jest bardzo żarłoczna. Jedną szyszeczkę wyskubie w minutę.
- Nie szkodzi. Wprawdzie mam jedną, ale jaką! Wystarczy jej do rana. Macnij...
- Ojojojojojojojojoj... Chi, chi, chi! - zachichotał donośnie Gabryś, namacawszy szyszkę Lucka.
- Cha, cha, cha! Cha, cha, cha! - zawtórował mu radosny głos Lucka.
W tym miejscu nasza legenda musi się kończyć. Bo tam dalej naprawdę nie było żadnej sensacji. Papużka przez godzinę skubała apetycznie szyszeczkowe nasionka, oczy się jej rozjaśniły, głos się wzmocnił. I Gabryś był z tego zadowolony i Lucek też. I nam jakby się stało raźniej na duszy, pamiętając przy tym, że obracamy się w niezwykłej podlaskiej krainie, krainie Wołkowów, Redlińskich, hrabiego Brzostowskiego. I "Małego boga ziemi".
http://www.lomza.friko.pl/
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

Śnieżna sowa
Działo się to w roku 1940. Wojska radzieckie zajęły wschodnie tereny naszego kraju. Bojąc się napaści Niemców, bolszewicy wzdłuż Biebrzy od Lipska aż do Domurat zaczęli budować pas umocnień. Jeden z konstruktorów, młody oficer Oleko Noneszwili zakochał się w Marii Jasionowskiej. Był Gruzinem, pochodził z rodziny ziemiańskiej. Nie lubił bolszewików. Marii też się podobał, bo był piękny i miał tytuł inżyniera. Planowali wspólną ucieczkę do Kanady. Część pieniędzy wojskowych wymienili na złoto i ukryli w jednym z bunkrów. O tym schowku wiedzieli tylko: on i Maria. Duży to był skarb, można za niego było kupić ogromną fabrykę.
Już wszystko było przygotowane do ucieczki, młodzi wzięli ślub. I dosłownie na jeden dzień przed wyjazdem, wybuchła wojna. Niemcy o świcie zajęli tutejsze tereny, rozbili wojska sowieckie, a młody inżynier gdzieś zaginął, nawet nie zdążył pożegnać się z Marią. Maria rozpaczała całymi dniami, szukała go wszędzie, była z nim w ciąży. W końcu trafiła na ślad Oleka. Ktoś powiedział, że uwięziony jest w jednym z łagrów pod Grodnem; rozpoznali go tam ludzie, którzy wozili chleb głodującym żołnierzom.
Maria nabrała złota i pojechała. Przekupiła jednego ze strażników, który jej zezwolił na rozmowę z Olekiem. Gdy oznajmiła, że jest w ciąży, Oleko coś radosnego wykrzyknął, zaczął biec do drutów i w tym momencie padł strzał. Kula strażnika z bliskiej odległości trafiła prosto w otwarte usta. Maria, będąc świadkiem tak makabrycznego wydarzenia, wpadła w obłęd, chciała popełnić samobójstwo. Rodzice jej początkowo żałowali, traktując romans z Gruzinem jak przygodę, ale gdy się dowiedzieli o ciąży, również odwrócili się od niej.
I to wtedy zaczął nachodzić Marię, Kulawiec, chłopak z jej wsi, rówieśnik. Na pewno wywąchał złoto Marii. Zgodził się z nią ożenić, ale dziecka nie chciał. Było wprost nie do pomyślenia, aby mógł się wychowywać w wiejskim domu komunistyczny bękart. Maria nie miała wyjścia. Ciążę Marii rodzina utrzymywała w tajemnicy, uciskano jej brzuch pasami. Na tydzień przed porodem zamurowano ją w jednym z bunkrów w lesie, a ludziom oznajmiono, że wyjechała do krewnych w mieście. To był pomysł Kulawca, Kulawiec się nią opiekował, dostarczał pożywienie przez małe okienko, w czasie porodu miała ona usiąść na wiadro z wodą i utopić dziecko.
Ale czas porodu jakoś nie nadchodził. Kulawiec domyślił się, że coś tu jest nie w porządku. W nocy usłyszał płacz, dziecko żyło, Maria karmiła niemowlę, nie spiesząc się z wyjściem. Wtedy on, pijany, odmurował otwór i wpadł do środka. Jedni mówią, że zabił dziecko, inni twierdzą, że jakby doszedł z Marią do porozumienia: za ujawnienie miejsca skarbu zgodził się wywieźć niemowlę, gdzieś do miasta. A co naprawdę było między Kulawcem a Marią, to nikt dokładnie nie wiedział. Prawdopodobnie on również kochał Marię. Od dzieciństwa razem chodzili do szkoły, pasali na łąkach krowy, bawili się. Gotów jej był wszystko wybaczyć, ale bolszewickiego nasienia nie. A ona znów nie mogła się rozstać z wielką miłością do Oleka.
Widziano najpierw Marię, jak chodziła po polach półobłąkana, potem gdzieś zginęła. Dopiero po zimie znaleziono jej rozkładające ciało na Bagnach Biebrzańskich. Kulawiec od tamtej pory żył sam, kobiety go w ogóle nie interesowały. Tylko nocami przebywał na bagnach i polował na zwierzynę, zabijając wszystko, na co tylko natrafił. Mówili też, że odwiedzały go jakieś duchy. Niektórzy nawet widzieli, jak o północy przylatywała do bunkru postać podobna do sowy, miała na sobie ślubny welon i złotą koronę na głowie.
Wśród ludzi nad Biebrzą od dawna powtarzano wieść, że dusze dziewczyn zmarłych z miłości zamieniają się w śnieżne sowy i w każdą rocznicę śmierci przylatują tu, aby w stroju ślubnym spotkać się z oblubieńcem.
http://www.lomza.friko.pl/
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

Topielica
Tekla Jedlińska mieszkała na samym końcu wioski J. Dalej już nic nie było, tylko pola piaskowe i biebrzańskie łoziny - drzewa siedzące, kępiaste, podobne do przykucniętych kobiet z tłustymi zadami. Tekla odwrotnie, była kobietą szczupłą, chudą, bezdzietną. Owdowiała od piętnastu lat wiodła żywot samotny i ciężki. Na jej podwórku wałęsało się tylko kilka kotów, dwa kulawe psy i kilka rabych czubatych kur, jakich nikt we wsi nie miał. Ludzie do niej też zachodzili nieczęsto, a to z tego powodu, ponieważ ten i ów pobąkiwał, że zabrała mleko krowom; komuś tam na jej widok znarowił się koń, trzeba było mu wycierać portkami oczy, zaś Balbusiowa Kwiatocha za jej przyczyną, urodziła cielaka z dwiema głowami. Ba, a sąsiedzi to nawet widzieli jak kilka razy z jej domu wychodził przez komin diabeł. W końcu ciężki jej żywot dobiegi nie mniej ciężkiego końca. Bo zmarło się jej akurat w porę wiosennych rozlewisk, kiedy to spływająca woda po zimie tworzyła ogromne morze, zalewając łąki, pola i drogi. Przez prawie dwa tygodnie ludzie w ogóle nie mogli wydostać się z wioski za jakąkolwiek potrzebą. Nie było więc żadnej możliwości odwiezienia zwłok zmarłej na kościelny cmentarz. Do tego deszcz padał i padał dalej...
Nie pozostało nic innego, jak trumnę Tekli wieźć łodziami. Zaraz znalazło się dwóch młodych śmiałków, którzy za niewielką opłatą i garniec wina zobowiązali się odtransportować ciało zmarłej wodą na wieczny odpoczynek.
Po śpiewach i modłach trumnę ze zwłokami wstawiono do łodzi większej, którą poprowadził Antoni Zbiruć, a Paweł Zadura miał torować drogę czółnem mniejszym, bardziej sprawnym na zakrętach. Obaj mężczyźni byli zdrowej budowy, odważni, popłynęli więc dziarsko. Ale gdy tylko im wieś skryła się za lasem, a oni znaleźli się na bezkresie wód, zła sława Tekli napędziła i im strachu. Dla lepszej więc podniety, aby jak najdalej odgonić głupie myśli, szybko opróżnili galonik z winem. No i teraz jest całkiem zrozumiałe, że już nie trudno było o złapanie tak zwanego pecha.
Na drugim kilometrze pomylili nurt rzeczny, duża fala zniosła ich na bok, łódź Antka nagle uderzyła o jakiś pień, przeboczyła się a trumna ze zwłokami - jakby na czyjeś zamówienie - zaczęła zjeżdżać do wody. Gdyby wieko trumienne było dobrze przybite, to nic by się nie stało, a tak trumna się rozpadła i ciało Tekli szybko zaczęło się oddzielać od drewnianych połówek. A jeszcze jak przerażony Antek chciał wiosłem zatrzymać katastrofę, to i ze wszystkim ciało nieszczęśnicy wepchnął w nurt rzeczny. Antek w ogóle zbaraniał, nie wiedział, co robić. Ale jego kolega w błysk zdjął z siebie grubą kurtkę, i aby nie tracić cennych sekund w mig rzucił się do wody. Wiedział, że jeśli tej chwili nie wykorzysta, to będzie granda - zmarłej ciała nie znajdą do wiosny.
I nie mylił się. Był świetnym nurkiem, wino od wewnątrz też grzało, zaraz ciało topielicy zlokalizował. Złapał się za jej fartuch, ale na nieszczęście on się urwał, był źle zawiązany. Wtedy Paweł chwycił Teklę za ręce i zaczął brzuchem i nogami wypychać do góry. I wówczas poczuł, że to nie on, a topielica go trzyma za ramiona i chce wleźć mu na kark.
Paweł ze strachu prawie zdrętwiał. Ręce zrobiły mu się nieruchome, a nogi zupełnie obezwładnił spazmatyczny skurcz. Gdyby kolega nie pomógł, nie podłapał go hakiem wiosłowym, to nie ulegało wątpliwości, że pozostałby w objęciu Tekli do wiosny. Jakaś dziwna moc całkiem mu odjęła siłę i podwodną orientację, choć sam nigdy nie wierzył w żadne duchy i nie znał co to jest strach.
- Czemu nie wyciągnąłeś naszej babci, gdzie ona jest? - wyskoczył z pretensją Antek, gdy jego kolega siedząc w łodzi, wypluwał z ust strumienie wody.
- Du-si-ła mnie - wyjąkał.
- A nie mówiłem ci, stary, że to czarownica? Widziałem jak coś czarnego było uczepione twoich nóg i ciągnęło na dół. Myślałem, że i ja z wami pójdę na dno.
Paweł milczał. Teraz już wiedział, że to nie Tekla, a jakieś czarcie straszydło go holowało do wody. Przecież od dawna mówią, że domem diabła jest bagno i teraz nie miał wątpliwości, że dzisiejsze zamieszanie ukartował któryś z rogatych koleżków Tekli, czekający tu, aby odbić zakładniczkę. Na tym rzecznym łuku, zwanym Końska Szyja, ludzie nieraz słyszeli dziwny barani bekot i omijali to miejsce z daleka. Dziś miał na to niewątpliwe dowody.
Po krótkiej naradzie obaj jednogłośnie ustalili, że wracać do wsi nie mają po co, zbesztają ich ludzie. I niehonorowo. A o dalszym szukaniu zwłok już nie było mowy.
Dwie połowy trumny wyłowili z wody bez trudu, włożyli do środka kawałek dylaka, i okręcili prześcieradłem. Teraz waga mniej więcej odpowiadała ciężarowi zmarłej osoby. Jeszcze nakładali trochę trzcinowisk, aby drzewo przypadkiem nie stukało, kiedy ludzie będą zdejmować trumnę w kościele i na cmentarzu. Wieko zaś dobrze przybili gwoździami, i popłynęli dalej.
We wsi, pod kościelnym murem, już ich czekało kilka osób zaproszonych na pogrzeb. Paweł z Antkiem pomęczeni, przemoknięci przekazali im trumnę, a sami poszli na plebanię do księdza zdać sprawę.
- Proszę księdza - zaczął już na korytarzu Paweł, nie chcąc iść dalej, bo ciekło z jego ubrania - wieko trumny, którą transportowaliśmy łodziami, jest zabite czterema gwoździami, nie da się otworzyć żadnym sposobem.
- Dlaczego? - Ksiądz zatrzymał zdziwione oczy na przemoczonych przybyszach. Jeden z nich jeszcze miał podrapaną twarz, nie wątpił, że coś tu się zdarzyło naprawdę wyjątkowego.
- Bo tego, proszę księdza, nie wiemy czy ksiądz wie o tym, że pani Tekla była czarownicą, po drodze napadł diabeł, wykradł jej ciało, a my ledwie uszliśmy z życiem.
I mężczyzna najpierw wskazał ręką na podrapany nos i czoło, a potem rozpiął kurtkę pokazując mokre ubranie i buty.
- Jak to, nie ma w trumnie Tekli?
- No... tego, coś w tym rodzaju...
- I co ja mam teraz robić? Odprawić nabożeństwo do drewnianego pudła?
- My też nie wiemy - zbieduleni i przestraszeni chłopcy wzruszyli ramionami.
- Po prostu jesteście pijani i ciało Bogu ducha winnej kobiety wwaliliście do wody! - wrzasnął ksiądz.
- Przysięgamy na Boga i Świętego Wawrzyńca (św. Wawrzyniec był patronem ich kościoła), że nie mieliśmy w ustach ani kropli gorzałki i to była wyłączna robota rogatego.
I obaj padli przed księdzem na kolana. W końcu, po dłuższej, szczerej i dokładnej rozmowie, wszyscy doszli do wspólnego przekonania, że trzeba robić swoje. Pogrzeb opłacony, stypa przygotowana, a ksiądz nie mógł spamiętać, kiedy ostatnio Tekla była w spowiedzi, jak również i w kościele. Przy tym Paweł zobowiązał się, że jak tylko woda z łąk zejdzie, odszuka zgubione zwłoki i zakopie w grobie. I wszystko dalej poszło jak trzeba. Odprawiono nabożeństwo, trumnę zakopano w dole, a ksiądz napomniał chłopców, aby dalej czartów nie gniewano, szukając zwłok.
Ale z wiosną, kiedy już prawie zazieleniły się drzewa, Pawłowi we śnie pojawiła się Tekla. Na głowie miała czarną. chustkę, a na sobie czarne ubranie. Nie miała tylko wyszywanego fartucha. On zaś czuł straszny wstyd, chował się za węgieł chałupy, jakby czuł że ona przyszła do niego po urwany fartuch. Ale topielica, uśmiechając się łagodnie, tylko mu się poskarżyła, że jej ciężko leżeć w rowie za Końską Szyją, a przecież on zobowiązał się przed księdzem jej pomóc.
I rzeczywiście. Już tego dnia Paweł z kolegą odnaleźli rozkładające się zwłoki Tekli we wskazanym miejscu i opowiedzieli ludziom o wprost makabrycznym wydarzeniu podczas rozlewisk. Dowiedziawszy się o tym ksiądz, też zgodził się odprawić po raz drugi nabożeństwo. Na kazaniu powiedział, że dusza kobiety po tak niesamowitym błądzeniu, w końcu przekonała się, że z Bogiem lżej żyć i powróciła na łono chrześcijan
http://www.lomza.friko.pl/
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

Ukryty skarb
Twierdza Osowieć wśród wielu tajemnic, skrywa też niejedną, związaną z mniejszym lub większym skarbem. Przez przeszło sto lat przewinęło się tu dziesiątki tysięcy żołnierzy i innych osób. Była ona milczącym świadkiem dwóch wojen światowych i walk w 1920 r. Każdy przysłowiowy metr ziemi na terenie tej warowni jest przeorany pociskami i splamiony krwią ludzi w mundurach. Ginęli oni w większości bezimiennie. Wiemy tylko, że byli to między innymi Rosjanie, Niemcy, Polacy, Francuzi, Białorusini, Ukraińcy, a nawet Włosi.
Niżej opisane zdarzenie miało miejsce podczas pierwszej wojny światowej, w sierpniu 1915 roku. Po prawie rocznej, dzielnej obronie twierdzy, załoga rosyjska otrzymała rozkaz jej opuszczenia. Ewakuacja odbywała się głównie szosą prowadzącą do Grodna. Część żołnierzy miała za zadanie przedostania się w głąb Rosji linią kolejową prowadzącą przez Białystok. Niektórym nawet - udało się. Niestety, w krótkim czasie Niemcy opanowali okolice Knyszyna. Została odcięta dogodna droga ucieczki. Los sprawił, że w tym czasie w rejonie miasteczka przebywał jeden z pułków broniących wcześniej Osowca. Został on zmuszony przez wojska niemieckie do odwrotu. W grupie uchodzących z tego miejsca znalazł się pewien rosyjski żołnierz, który wiózł bryczką czterech oficerów sprawujących pieczę nad kasą pułku. Jechali okrężną trasą, wybierając przeważnie leśne bezdroża. Przez dłuższy czas ich podróż przebiegała bez większych problemów. Dopiero parę kilometrów za Laskowcem dało się słyszeć odgłosy przybliżającego się frontu. Kanonada artyleryjska wywołała zdenerwowanie wśród oficerów. Zaczęli coś do siebie szeptać. Po krótkiej naradzie podjęli, jednomyślną decyzję. Zsadzili woźnicę i nakazali mu czekać w przydrożnych krzakach. Sami odjechali w kierunku lasu. W międzyczasie szrapnele poczęły rozrywać się coraz bliżej. Woźnica nie wiedział co ma robić. Na szczęście po kilkunastu minutach ujrzał ponownie przełożonych. Wracali już bez skrzyni. Nie dane było mu, jednak dalej z nimi podróżować. Na jego oczach jeden z pocisków trafił w bryczkę, do której weszli oficerowie - wszyscy zginęli gwałtowną śmiercią. On sam jeszcze długo błąkał się po bagnach, aż wreszcie dotarł do swoich. Tam zdał relację z przebiegu zdarzenia. O mały włos nie oskarżono go o kradzież rubli. Jednakże udało się mu wyjść z tej opresji cało.
Minęło wiele lat. Za okupacji sowieckiej i zaraz po drugiej wojnie światowej okoliczni mieszkańcy wiosek często widywali żołnierzy, którzy czegoś tu szukali. Nikt nawet nie domyślał się prawdziwego powodu. Tłumaczyli to kolejną akcją przeciwko polskim partyzantom. Z czasem nastał całkowity spokój. Jednak na początku lat sześćdziesiątych znowu zaczęli się pojawiać obcy. Stało się to za sprawą pogłoski o skarbie, którą rozpowszechnił jeden z mieszkańców wsi. Jego wiedza oparta była na informacji uzyskanej od pewnego Rosjanina, który mieszkał przez kilka dni w jego domu. Być może nie doszłoby do wyjawienia sekretu, gdyby nie przypadek. Zdarzyło się to podczas suto zaprawianej kolacji. Ów obcokrajowiec wycierając usta, wyciągnął z kieszeni chusteczkę. Nie spostrzegł nawet, że coś upadło na ziemię. Była to kartka ze szkicem drogi i pobliskiego terenu. Zaciekawiło to gospodarza. Długo nad tym zastanawiał się, aż zebrał się na odwagę i zapytał wprost o powód posiadania takiego rysunku. Wtedy dopiero usłyszał historię o kasie pułkowej. Było w niej tyle autentyczności, że od razu zgłosił swój akces do poszukiwań. Szukali przede wszystkim w charakterystycznych punktach. Wiedzieli, że kasa została zakopana z pełnym przemyśleniem. Ich zdaniem musiał tam znajdować się odpowiedni znak rozpoznawczy, choćby jakiś duży kamień, drzewo, czy coś podobnego. Niestety czas zrobił swoje. Ślady stały się nieczytelne. Z tego też powodu, po kilku dniach zaniechali dalszego kopania. Miejsce ukrycia skarbu, pomimo wielu późniejszych prób zlokalizowania jest do dziś owiane tajemnicą.
Jedynym argumentem przemawiającym za jego istnieniem są resztki rozbitej bryczki oraz śladowe informacje na ten temat znajdujące się w archiwach rosyjskich. Wiadomo tylko, że w kasie były złote ruble, a cała skrzynia ważyła dwa pudy, czyli 32,76 kg. Nawet jeśli skarb tkwi gdzieś w ziemi, to i tak tylko przypadek zapewne sprawi, że ktoś go odnajdzie.
http://www.lomza.friko.pl/
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

Tunel śmierci
Na terenie Fortu Centralnego, w schronie pogotowia numer 25, tuż za stanowiskiem strzeleckim, znajduje się podziemny tunel, fachowo zwany poterną. Liczy on sobie tylko pięćdziesiąt metrów długości. W sumie nic nadzwyczajnego. Jednak w przeciwieństwie do kilkudziesięciu jemu podobnych tylko on jest owiany ponurą legendą. By ją poznać należy się cofnąć do czasów, gdy w Twierdzy Osowieć stacjonowały oddziały carskie...
Pewnej ponurej listopadowej nocy 1912 roku ścianami schronu wstrząsnął huk wystrzału pistoletowego. W jednej z wnęk tunelu odebrał sobie życie rosyjski oficer. Nastąpiła chwila strasznego zamieszania. Po czym wszczęto alarm. Żołnierzom przybyłym na miejsce tragedii ukazał się straszny widok. Ich przełożony, w randze lejtnanta leżał na wznak, rozrzuciwszy ręce, z dziurą w skroni, a głowa spoczywała w kałuży krwi. Patrzyli na niego zdziwieni i przerażeni.
Komisja śledcza badająca zdarzenie zataiła prawdę, zaś świadków skutecznie zmusiła do milczenia. Z treści sporządzonego raportu niezbicie wynikało, że przyczyną zgonu był nieszczęśliwy wypadek. Bynajmniej nie chodziło tu o zatuszowanie samobójstwa. Zaistniał jeszcze jeden ważny powód. Mianowicie, w trakcie prowadzonego dochodzenia ustalono, że ów lejtnant od pewnego czasu zabiegał o względy polskiej szlachcianki, która mieszkała w pobliżu Goniądza. Oświadczyny zostały odrzucone z powodu jego narodowości. I właśnie ów fakt zadecydował o takim wyniku śledztwa. W ten sposób uniknięto skandalu o podłożu delikatnej natury politycznej, nie licującego w żaden sposób z honorem oficera rosyjskiego. Trzy dni po tym tragicznym wydarzeniu odprawiono w garnizonowej cerkwi Sw. Liturgię i tak zwane "otpiewanije". Tłum wiernych, w tym dostojnicy wojskowi i rzesze żołnierzy oddały cześć należną zmarłemu. Trumna ze zwłokami spoczęła w mogile na cmentarzu prawosławnym, umiejscowionym w obrębie Fortu Szwedzkiego. Zaraz potem zaczął padać deszcz, który w niczym nie przypominał jesiennego. Zdawać się mogło, że jest to majowy kapuśniaczek. Prawie nikt nie zwrócił na to uwagi. Tylko sztabskapitan, który jako jeden z nielicznych znał prawdę o zmarłym odebrał ten deszcz jako znak stamtąd.
Gdy noc nastała i w twierdzy zapadła cisza przerywana tylko zmianami warty, coś niepostrzeżenie wtargnęło do tunelu. Zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Z początku zgasł acetylen w lampkach karbidowych. Później dało się odczuć przenikliwe zimno. I jakby tego było jeszcze za mało, pełniący dyżur żołnierze usłyszeli szlochanie i ciężkie westchnienia. Jednak prawdziwa sensacja wybuchła nazajutrz, kiedy to jeden z oficerów odkrył na ścianie dość zagadkowy napis, wykonany czerwoną farbą. Po przetłumaczeniu na język polski treść jego brzmiała następująco:
- "Chryste, daj wieczny odpoczynek duszy sługi Twego wraz ze świętymi Twymi, tam gdzie nie ma chorób ani trosk, ani smutku, lecz niekończące się życie".
Autora tego napisu nie znaleziono. Okoliczności te wywołały zrozumiały niepokój. Powstały na ten temat różne spekulacje. Ucięli je dopiero prawosławni duchowni. W stosownym czasie, zgodnie z przyjętymi zasadami odprawili panichidę za zmarłego i wyświęcili podziemny korytarz, tym samym kładąc kres doczesnym i nadprzyrodzonym zjawiskom.
Wraz z odejściem z Twierdzy Osowieć żołnierzy rosyjskich, odeszła w zapomnienie wyżej opisana historia. Natrafiłem na jej ślad kilkanaście lat temu, podczas wertowania pewnego pamiętnika. Pomimo wojen i trudnych czasów powojennych, obiekt, w którym rozegrał się dramat, zachował się w bardzo dobrym stanie. Co prawda, nie uświadczysz już w nim pełniących służbę żołnierzy, lecz jest coś innego...
Obecnie schron pogotowia dla większości osób kojarzy się długim i ciemnym korytarzem, nazywanym tunelem śmierci. Tylko wtajemniczeni wiedzą, że należy przejść go po omacku - z jakiego powodu? - o tym amatorzy mocnych przeżyć mogą się przekonać w trakcie zwiedzania. http://www.lomza.friko.pl/
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

O królu Brzoście, jego trzech córkach i czarowniku Batalionie
Dawno, dawno temu na obszarze wsi Brzostowo, znajdowało się Królestwo, a nad rzeką Biebrzą stał piękny pałac króla Brzosta. Władca ów był w podeszłym wieku i miał trzy córki. Były to królewny urodziwe i mądre. Najstarsza miała na imię Esmeralda, a dwie młodsze: Ruta i Burzynia. Jedynym problemem, który dręczył starego władcę była myśl, że nie miał następcy tronu. W końcu postanowił przekazać tron jednej ze swoich córek. Ale której?Król długo myślał nad niełatwym problemem, wreszcie postanowił udać się do wielkiego czarownika Bataliona po poradę. Mieszkał on w sąsiednim królestwie Radziów - królestwie słynącym z mądrych ludzi, do których wszyscy się zjeżdżali po dobre rady. Nazajutrz o świcie stary władca kazał osiodłać konia. Gdy służba to uczyniła, król Brzost dosiadł zwierzęcia i pędem podążył w stronę siedziby wielkiego maga. Spotkawszy się z czarownikiem, król zapytał, w jaki sposób można rozstrzygnąć, która z jego córek zostanie przyszłą królową. Batalion zaś odpowiedział mu:Córki swe królu na próbę wystaw. I ręki do tego swej nie przystaw. Królować będzie najlepsza dla poddanych, Jedna z cór twych ukochanych! Król podziękował magowi za dobrą radę i dał mu dwa kawałki torfu, by się w ten sposób odpłacić. Nazajutrz ranek zaczął się pogodnie. Słońce świeciło jasno, a siostry obudziły się wcześnie. Wiedziały, że stoi przed nimi ważne zadanie, które zaważy na ich przyszłości. Wyszedłszy nad brzeg Biebrzy zniecierpliwione czekały na swojego ojca. Król zaraz się zjawił przedstawiając córkom decyzję taką, jaką dał Batalion. I odszedł. Odtąd siostry były zdane tylko na siebie. Wyruszyły w drogę. Ruta była bardzo zmęczona i nie chciało jej się dalej iść. Zauważywszy powóz stojący nad rzeką, postanowiła go pożyczyć. Wsiadłszy szybko popędziła konia, zostawiając dwie siostry przy drodze. Goniąc nagle zauważyła chatę, a obok siedzącego przy naprawianiu sieci rybaka. Udała, że go nie widzi i weszła do starego domu. Znalazłszy tam bryłką złota zabrała ją i szybko wróciła do pałacu ojca. Tymczasem Esmeralda i Burzynia również dotarły do tej chaty. Zobaczywszy starszego człowieka przy sieciach Esmeralda rzekła do siostry: Pomożemy temu biedakowi siostrzyczko, On nie ma, co jeść i w co się ubrać.Na to Burzynia odpowiedziała:Eee, lepiej wezmę coś z chaty i szybko wracam do taty.Dziewczyna znalazła w domu sztabkę srebra i zabrała ją ze sobą. Tymczasem Esmeralda rozmawiała z rybakiem:Człowieku w nędzy, Dam ci ubranie czyste I trochę pieniędzy.Na to starzec odrzekł:Dziękuję panienko. Masz tu dwa kawałki torfu, Popatrz, jakie piękne!Esmeralda wziąwszy otrzymany dar udała się do zamku ojca, by dowiedzieć się, która z jej sióstr zostanie królową. Była prawie pewna, że ona nią nie będzie. Przecież nie ma nic cennego.W domu czekali na nią król, siostry i Batalion. Wszystkie trzy córki złożyły swe dary. Pierwsza złoto, druga srebro, a trzecia dwa kawałki torfu. Następnie król zapytał:
Skąd macie podarunki te? Ruta i Burzynia rzekły:Zabrałyśmy od poddanych je.Król spytał:A ty Esmeraldo, od kogo?Esmeralda:
Dał mi to rybak stary, Miał podarek tylko taki.A król tedy odrzekł:Dostałaś najcenniejszy prezent. Nie jest nim torf, a ludzka przyjaźń.
Już w dniu następnym król Brzost przekazał rządy w królestwie Esmeraldzie a pozostałe dwie córki Batalion zaczarował, zamieniając w kwiaty pod nazwą: ruta i burzynia. Legenda głosi, że Esmeralda długo, długo panowała nad Biebrzą, w krainie znanej z wybornych miodów i pysznego mleka. A siostry jej pojawiały się co roku w postaci przepięknych kwiatów napełniając kolorami i zapachem tutejsze pola i ogrody. Dziś pamięć o królu Brzeście i jego gospodarnej córce Esmeraldzie została jedynie w nazwie wsi Brzostowo. Przelatujące tędy ptaki też śpiewają:Zielona ruta zakwitła w lesie, Leciutki wietrzyk zapach jej niesie Rankiem pośród traw i pól, A polewa ją deszczyk z chmur.A w południe, gdy słońce mocno grzeje, Wtedy wiatr cichnie, już nie wieje. Słychać we wsi jak kogut pieje. Owady gwarzą w słońcu majowym Roznosząc wieści o historii minionej. Że na łące rośnie burzynia maleńka. Jest piękna, świetlista, tajemna. A gdy północ nastaje i robi się mgliście Z burzynii miodny dar wytryska! Dopiero o świcie jej listki kładą się spać, Czekając na słońce i pszczelą brać. Od czasów panowania Esmeraldy nie znalazł się żaden władca, godny władania Bagnami Biebrzańskimi. Na miejscu największego zbiorowiska kwiatów ruty, powstała wieś pod nazwą Rutkowskie, a na obszarze kwietnym burzynii rozbudował się Burzyn. Natomiast królestwo mądrych Radziów dało zaczątek nazwie miejscowości Radziłów. Zaś grajkowie króla Brzosta osiedlili się na krańcach królestwa zakładając osadę Grajewo. A batalion nadal przylatuje co roku do biebrzańskiej krainy, czarując kolorem i perfekcją tańca. Przypomina, abyśmy nie roztrwonili unikalnego skarbca, jaki nam został po legendarnych królestwach. http://www.lomza.friko.pl/
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

Klątwa Kozaka
W górze, pod niebem skowronek zawodził swoje miłosne tęskne pieśni. Mały szary ptaszek - dawny mieszkaniec azjatyckich stepów. U nas zadomowił się wtedy, gdy człowiek wykarczował wielkie obszary lasów i powstały rozległe przestrzenie. Poczuł się wolny jak u siebie na bezdrzewnych obszarach. Dlatego śpiewa wlocie. Unosi się w górę wysoko, koncertuje, a potem opada na ziemię. I tak w kółko. A przecież mógłby usiąść na drzewo, jak czynią to inne ptaki i wywodzić swoje trele, które pomagają mu znaleźć towarzyszkę życia. On tak nie czyni. W jego pierwotnych stepach, drzewa były rzadkością. W nowej ojczyźnie zachował stare obyczaje. Nie przystosował się. Może nawet nie polubił lasów tak, jak my - ludzie mieszkający tu od zarania dziejów. W dole, na ziemi, błotnistą drogą prowadzącą z Jastrzębnej do Lipska jechał konno człowiek - pobratymiec skowronka. Minął niewielką wieś z rzadka rozrzuconymi zagrodami, następnie skraj puszczy.
Jego oblicze rozjaśniło się i na ustach pojawił się uśmiech, gdy znalazł się na rozległych bagnistych łąkach. On też pochodził ze stepów, jak ten skowronek fruwający w górze i kochał wolne przestrzenie. Był to Kozak wracający z wielkiej wojny (1914 -1920). Po lewej stronie drogi bagniste łąki porosłe krzakami opierały się o skraj puszczy. Po prawej ręce ogromne obszary łąk, a dalej w dolinie, szeroko rozlana Biebrza. Jej brzegi zarosły trzciną, miętą nadwodną, tatarakiem, kosaćcem żółtym i inną roślinnością. Na łąkach rdest, rzeżucha, szelęźnik włochaty i wszędobylski szczaw. Gdzieniegdzie zielone kępy drzew.
Droga - pożal się Boże! Raczej bezdroże. Wyżłobione głęboko koleiny, pełno wyboi i kałuż, często wymoszczonych drągowiną, aby dało się przejść suchą nogą, czy przejechać żelaźniakiem. Właśnie tędy przejeżdżał nasz znajomy Kozak. Niemłody już był, ale trzymał się krzepko. Carski żołnierz zaprawiony w bojach i trudach. W swoim pięćdziesięcioletnim życiu z niejednego pieca chleb jadł. Włosy wystające spod czapki przyprószone siwizną, sumiasty wąs i zawadiacki uśmiech. Ciągnął na stepy do swoich. Jeszcze choć raz chciał zanurzyć się w Donie, swej ukochanej wielkiej rzece. Tymczasem pod nosem nucił tęskne i żałosne dumki stepowe.
Na rozległych łąkach poczuł się rześko. Uprzykrzyła mu się jazda przez puszczę. Ta nie stanowiła dla niego żadnego przytuliska. Ciemna głusza. W dzień jeszcze dało się wytrzymać. Ale już noc w lesie to rzecz wątpliwej przyjemności. Drzewa jak upiory, krzaki - to prawie zaczajone wiedźmy. A w ogóle nie wiadomo, co czai się w tych ciemnościach. Stepowy człowiek kochał równiny, widną przestrzeń i szerokie nad sobą niebo.
I chociaż nogi konia grzęzły w błocie i torfowym podłożu, jemu to nie przeszkadzało. Do wojny zraził się też ogromnie. To car, to inni wielcy wkładali mu do głowy, że musi bronić ojczyzny. A jaka tu jego ojczyzna w Warszawie? Ludzie mówią innym językiem i mają inną wiarę. Coś nie tak. Na stare lata zrozumiał, że wszystkim nie można wierzyć. Z bojów wyszedł cało. Dlatego, gdy nadarzyła się okazja, opuścił kamratów z jazdy kozackiej. Zapragnął być z bliskimi, głowę na wieczny spoczynek złożyć w rodzinnej ziemi. Po drodze zatrzymał się w jakimś majątku. Opiekował się końmi. W tym fachu nie miał sobie równych.
Mówił zawsze : - Kozak na koniu się rodzi!
Za służbę dostał trochę grosza i wyruszył w podróż. Jechał wierzchem, szedł pieszo przy koniu, popasał, odpoczywał i w lecie dotarł nad Biebrzę. Jego koń też młodością nie grzeszył, więc musiał go szanować i dbać więcej niż o siebie. Sam żywił się tym, co znalazł, co w drodze dostał od dobrych ludzi. Wiózł trochę jakiegoś dobytku w worku przewieszonym przez koński grzbiet za siodłem. Nocował tam, gdzie zastał go wieczór. Pod stogiem siana w trawie na łące, wśród zbóż na polu to znowu w jakiejś opuszczonej szopie. Biedny, ale wolny od trudów wojaczki miał zamiar na zimę dotrzeć do swoich.
- Czy go poznają, po tylu latach nieobecności ?
Los jednak lubi płatać figle. Było to w samo południe. Z nieba lał się żar. Podróżny postanowił odpocząć. Konia puścił wolno na łąkę, sam legł na trawie przy drodze. Nad głową płynęły lekkie białe chmurki. To one wiodły go pod rodzinny dach.
- Czy żyje jeszcze matka ? Czy czeka ?
Nagle z tych marzeń wyrwało go bolesne rżenie konia. Gdy jeździec podnosił się z trawy, jego wierzchowiec ukląkł na przednie nogi, potem przewrócił się na bok i wyciągnął w bólu kopyta. Łbem rzucał na wszystkie strony, ciężko dyszał, wreszcie zamknął oczy. Najwierniejszy przyjaciel odszedł ze służby! Kozaka ogarnęła rozpacz wielka jak jego Don. Z oczu rzuciły się strugi łez. Dawno, bardzo dawno niespotykane zjawisko w jego twardym życiu.
- Co teraz z nim się stanie ?
Wtedy zobaczył ją. Była okręcona na przedniej lewej nodze. Ogromnych rozmiarów zygzakowata żmija. Z niewielkiej ranki na podudziu wypływała jeszcze krew.
- Dlaczego to zrobiła ? Zawsze swym trującym jadem porażała myszy, krety, żaby. Co się stało ? Może koń ją nadepnął?
Kozak tego nie wiedział. Wyraźnie teraz widział zygzaki na jej grzbiecie i długi, rozdwojony na końcu język oraz wyodrębniony z reszty ciała sercowaty łeb. Wówczas jego rozpacz przerodziła się w okrutny gniew. Zaczął rzucać przekleństwa na wszystkie gady. Jego klątwa rozpętała piekło na polach. Przez drogę z prawej na lewą stronę pełzły jaszczurki, skakały żaby, przesuwały się beznogie padalce, gniewosze, nawet zaskrońce, eskulapy, dwumetrowej długości. No i oczywiście najjadowitsze żmije. Przerażający widok.
Ludzie przez kilka dni omijali tę drogę z daleka. A zdesperowany Kozak pożegnał przyjaciela, z ziemi podniósł swój podróżny wór i poszedł przed siebie, nic z gadów nie robiąc. Może ufał swojemu zaklęciu? Odtąd po lewej stronie drogi, gdzie padł koń, w krzakach i na bielaszkach pełno było gadów. Ludzie zachodzili tam niechętnie, nie paśli bydła, nie kosili trawy. A bagno w stronę Biebrzy było czyste i nikt nie widział tam żadnego gada. Przeogromna musiała być siła klątwy! Niedaleko uszedł Kozak. Oto za rzeką zatrzymał się w prawosławnej wiosce Jałowo. Spotkał tu swójaków, którzy mówili podobnym jak on językim i taką samą wyznawali wiarę.
Użyczyli mu gościny, to i został, służąc pomocą, gdy coś dolegało wiejskim koniom. Jakoż wkrótce pożegnał się z tym światem. Nie wiemy, gdzie znalazł miejsce wiecznego spoczynku, ani jakie miał nazwisko. Nad Biebrzą zostawił okrutne przekleństwo. Jego klątwa nad gadami wisi do tej pory. Opowieści o tym wydarzeniu można jeszcze dziś usłyszeć od starych ludzi.
http://www.lomza.friko.pl/
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

Czarna Dama
Legenda związana z Czarną. Damą zrodziła się podczas pierwszej wojny światowej. Wtedy to wojska niemieckie po zwycięstwie nad Rosjanami pod Tannenbergiem otrzymały rozkaz ścigania rozbitego przeciwnika oraz zdobycia Twierdzy Osowieć. By tego dokonać imały się różnych sposobów. Z początku, lekceważąc jej zdolności obronne ośmielili się forsować z marszu. Następnie użyli do niszczenia umocnień ogromnej ilości dział, włącznie z tak zwanymi "Grubymi Bertami". Jednak bez sukcesu. I właśnie za tą przyczyną szóstego sierpnia 1915 roku Niemcy postanowili zaatakować twierdzę za pomocą gazów bojowych. A trzeba wiedzieć, że w tym okresie maski przeciwgazowe były bardzo prymitywne, nieskuteczne. Przykładowo, żołnierze rosyjscy posiadali na swoim wyposażeniu tylko specjalne paski muślinowe, wypełnione watą. Użycie ich w trakcie walki było bardzo trudne, ponieważ należało je przetrzymywać ręką, w celu uzyskania mocniejszego przylegania do ust i nosa.
Z chwilą, gdy wiatr powiał w kierunku broniących się Rosjan, żołnierze niemieccy wypuścili chlor z trzydziestu baterii gazowych, liczących kilka tysięcy butli stalowych. W kilka minut utworzyła się ogromna chmura szerokości kilku kilometrów i wysokości kilkunastu metrów. Pchana siłą wiatru dotarła do pierwszych okopów, a później przeszła nad wszystkimi budowlami wojskowymi, które były rozmieszczone na terenie czterech wydzielonych obszarów, zwanych fortami. W wyniku działania chloru uległo śmiertelnemu zatruciu przeszło tysiąc żołnierzy rosyjskich. Gazy te o strasznej sile niszczenia spaliły również napotkaną po drodze roślinność. Na szczęście dla obrońców, z czasem trująca mgła zaczęła wytracać swój impet, przechodząc nad bagnami, rzeką, i kanałami odwadniającymi. Mimo to i tak zginęłoby Rosjan o wiele więcej, gdyby nie zdecydowali się samowolnie uciec z pola walki. Oczywiście takie zachowanie nie służyło skutecznemu odparciu niemieckiego ataku. Dlatego też nastąpiła zdecydowana reakcja dowódców, którzy szybko uporządkowali szyki obronne i zmusili żołnierzy do ponownego zajęcia stanowisk w okopach. Zapewne współcześni historycy niechlubne zachowanie rosyjskich żołnierzy wytłumaczą demoralizacją wywołaną śmiertelnym działaniem gazu. Będzie to jednak tylko połowiczna prawda, gdyż faktycznie panika wybuchła z innego powodu. Stało się tak za sprawą czarnej zjawy, która krążyła w oparach gazu. Tym widziadłem okazała się Czarna Dama. To właśnie ona wybierała ofiary, a następnie pozbawiała życia, dusząc za gardło. Stąd, nie ma co się dziwić, że w relacjach z pola walki pojawiły się opisy trupów z szeroko rozwartymi oczami, wyrażającymi paniczny przestracha. Prawda wyszła na jaw dopiero podczas doraźnego sądu polowego. Przesłuchiwani, właśnie tym tłumaczyli swoją dezercję z pola walki. Jeden z nich - opisał owe tajemnicze widmo. Jego zdaniem było to monstrum przypominające wyglądem kobietę, o szerokości kilku metrów i długości około stu, które miało na sobie jakby czarną pelerynę. Oczywiście nikt z przełożonych nie dał temu wiary.
Zjawa ta objawiła się ponownie po siedemnastu dniach, pomagając wojskom niemieckim w ostatecznym wejściu do twierdzy. Prawdopodobnie za sprawą Czarnej Damy, jeszcze dwukrotnie podczas drugiej wojny światowej pojawiały się w Twierdzy Osowieć niemieckie mundury, niosąc za każdym razem, pożogę i śmierć. Z czasem wszyscy zapomnieli o owej tajemniczej postaci. Dopiero w 1992 roku podczas realizowania reportażu przypomniano o tej legendzie. Powodem tego było zdjęcie wykonane przy śluzie, tuż obok schronu, zwanego przez znawców tematu - blokhauzem. Na nim według zamierzenia fotoreportera miała znajdować się dziennikarka, a gdzieś w tle miał widnieć ów historyczny obiekt wojskowy. Stało się jednak inaczej, gdyż po wywołaniu zdjęcia okazało się, że jest na nim jeszcze ktoś inny. Tym kimś była Czarna Dama.
To odkrycie wyjaśnia wiele powojennych zagadek. Zapewne to z inspiracji Czarnej Damy w tajemniczy sposób zniknęła świątynia i setki innych carskich budowli. W niej także należy upatrywać sprawczynię nieszczęśliwych zdarzeń, które przytrafiły się osobom usiłującym spenetrować podziemne lochy Twierdzy Osowieć .http://www.lomza.friko.pl/
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

Legenda o powstaniu Lipska
Starym Gościńcem z Krakowa prowadzącym przez Puszczę Perstuńską na daleką Ruś i na Litwę jechał konno podróżny. Widać było, że odbył już daleką drogę. Twarz piękna, ale ciemna, osmagana wiatrem. Ubiór też poszarzał od słońca i deszczu. Objuczony koń niósł na sobie ładowne torby i strudzonego jeźdźca. Nad jego głową szumiała prastara puszcza. A w niej różnorodne drzewa: wiekowe wysmukłe sosny, brodate świerki, potężne dęby, twarde rozłożyste jesiony, graby, wiązy, białe brzozy. I mnóstwo miododajnych pachnących lip. Dlatego ostęp na skraju Puszczy Nowodworskiej i Perstuńskiej nazwano Lipsko. Nieprzebyte gęstwiny kryły w sobie wiele tajemnic i stanowiły bezpieczne mieszkanie dla żubrów, łosi, jeleni, turów, niedźwiedzi, dzikowi różnego gatunku pomniejszej zwierzyny. Tym samym szlakiem leciały stada ptaków. Jak w każdą wiosnę wracały zza mórz, aby tu założyć swoje gniazda i wyhodować dzieci - młode pokolenie.
Nasz znajomy podróżny miał chyba takie same marzenia. Czy się spełnią ? Na grubym konarze drzewa siedział orzeł królewski i swoim bystrym okiem spoglądał raz do góry, na swoich mniejszych współbraci, to na dół na jadącego człowieka. Zapewne dziwił się , że ktoś zakłóca mu spokój i wtargnął na jego terytorium. Rano podróżny oglądał taniec tokujących cietrzewi. Ten widok zachwycił go, tak cudownego zjawiska jeszcze w życiu nie oglądał. W puszczy poczuł się szczęśliwy. Uroczysko Lipsko rozciągało się pomiędzy dwiema rzekami: uroczym leśnym potokiem zwanym Wołkuszanką i dziką wielką Biebrzą płynącą w bagnistej dolinie. To właśnie na początku szesnastego wieku tutaj rozpoczął się napływ ludności i rozwinęło się osadnictwo. Tym bardziej, że tędy prowadził jedyny puszczański szlak zwany często "Wielką Drogą".
Szukając miejsca na swoje gniazdo podróżny, rozglądał się na wszystkie strony. Pochodził z Mazowsza i dotąd trudnił się wojaczką. Brał udział w różnych wyprawach, różnych bitwach. Z Prusami, z Tatarami, z Turkami. To prawda, że zwiedził pół świata ale i trudu niemało włożył. W ostatniej ciężkiej i krwawej bitwie postanowił:
- Jeżeli żywy wyjdę, broń złożę i zacznę wieść osiadły tryb życia. Tylko mi, Boże pozwól wrócić do swoich, na rodzinne Mazowsze.
Wrócił, rozejrzał się. W domu gospodarzył brat z rodziną. Nic tu po nim. Zaczął zajmować się ciesielką, robić koła, beczki. A jako niespokojny duch nie mógł usiedzieć na miejscu. Matuś serdecznie cieszyła się z powrotu syna i chciała aby się ustabilizował i żył wśród swoich. A on tymczasem, za uczciwie zarobiony grosz, kupił trochę narzędzi i zapakował je na konia. Posmutniały oczy matki, kiedy zobaczyła go gotowego do drogi. Po twarzy popłynęły łzy. Rozstanie. Myślała, że będzie podporą jej starości, a on wybrał inny los. Jej ukochany Stańko wyruszał w świat szukać szczęścia. Trudne były te ostatnie chwile. Stańko do nóg matczynych upadł, a spracowane ręce do ust przycisnął. Ona objęła jego głowę i długo nie chciała z rąk wypuścić. Wreszcie nakreśliła na czole znak krzyża świętego i dała swoje matczyne błogosławieństwo:
- Jedź z Bogiem, a gdy ci będzie źle, wracaj!
Jeszcze tylko jakowyś niewielki pakunek pod rękę mu wsunęła. Gdy rozwinął i zobaczył matczyny dar, rozczulił się i ucieszył serdecznie. Był tam obrazek Bożej Matki, obrus przez nią utkany i lniany ręcznik. I na ręczniku i na obrusie matka kiedyś wyszyła zielonymi i żółtymi nićmi mazowieckie dziewanny. Przycisnął do serca ten matczyny dar jak skarb najdroższy. Próg chaty ucałował, na konia wsiadł i pojechał. Jeszcze się odwrócił i spojrzał. Stała przed progiem i ręką machała na pożegnanie. A on skierował się na północny-wschód, wiedział że tam rosną ogromne lasy. Rozumował tak:
W lesie osiądę aby w pobliżu mieć materiał na beczki, na koła, na dom. Tam z głodu nie zginę".
W dodatku ciągnął go ku sobie majestat prastarej puszczy. Zawsze zachwycał go widok drzew w blasku słońca i w deszczu, w cieniu nocy i bieli śniegu. Taką już miał romantyczną duszę. Z lasu wyjechał na dość wysoki grąd. Za nim bagno i rzeka. Wtedy zdecydował:
Tu stanie moje domostwo!
Las da budulec, mięso i słodki miód. Rzeka, ryby. A gdy jeszcze na wzniesieniu zobaczył kępę drzew, a wśród nich kwitnące lipy, na których cichutko brzęczały pszczoły, to znikły wszelkie wątpliwości. Został.
Zbudował szałas, na lipie zawiesił obrazek Matki Bożej i tak zaczął nowe życie. Wkrótce znad Niemna przyszła rodzina jaćwieska, której przodków dawno temu spod Szurpił wygnali Krzyżacy. Potem kilku Litwinów. Ale najwięcej osadników przyjechało z dalekiej Rusi. Zaludniło się wzgórze pomiędzy leśnym ostępem Lipsko a Biebrzą. I wtedy oczywistym stało się że osada nazwie się : Lipsk nad Biebrzą. I co najciekawsze: chociaż osadnicy mówili różnymi językami, to stanowili jedno. Pomagali sobie w trudnym życiu pionierskim.
Po pewnym czasie Mazur Stańko upatrzył sobie Nastkę - córkę Wąski Gawryluka, co z Rusi tu przybył. Młodzi przylgnęli do siebie. I nieraz widziano ich, jak siedzieli na ogromnym głazie pod lipą. Stańko nigdy nie odpoczywał. A teraz jeszcze bardziej zakasał rękawy. I wkrótce wśród zieloności drzew zabłyszczały sosnowe ściany domu. Gdy przyszły jesienne szarugi, dom był gotowy. Wtedy zasłał stół matczynym obrusem, w kącie izby zawiesił trójkątną półkę, rozwiesił na niej ręcznik z dziewannami i postawił obraz Matki Boskiej. Właśnie przez okno padały ostatnie promienie zachodzącego słońca. Obraz lśnił, a świeże sosnowe ściany utkane mchem, zaświeciły złotem. Jakaś jasność nieziemska oblała całą chałupę...
I wtedy twardy Mazur Stańko nie wytrzymał, padł na kolana i cicho szeptał:
- Matko moja ziemska z Mazowsza i Niebieska Panienko! Zbudowałem dom!
Z oczu popłynęły łzy radości. Płakał jak dziecko. Na podłodze na klęczkach spędził noc. Tu powitał świt nowego dnia.
Po ślubie do nowego domu, wprowadził Nastkę. A gdy jego ulubiona klacz doczekała się źrebięcia, to poczuł się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Najmował się potem do budowy domów i jego rodzina nie zaznała głodu. A osada Lipsk rozrastała się w wieś, a potem w wójtostwo .Wreszcie w roku 1580 król Stefan Batory nadał prawa miejskie i herb - łódź z żaglem. Chciał, aby powstał tu wielki rzeczny port przeładunkowy. A Stańko cieszył się gromadką wnucząt... Czasami też zachodził do miodosytni i wychylał kwaterkę przedniego miodu. Uśmiechał się spod wąsa i chwalił się:
- Ja tu byłem pierwszy!
Współbiesiadnicy nie zaprzeczali i z szacunkiem mówili o jego pracowitości i uczciwym życiu.
http://www.lomza.friko.pl/
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

Chrzciny we wsi
Niewielka nadbiebrzańska wieś Szuszalewo. Po obu stronach podpartej płotami drogi rozsiadły się chaty. Wśród zagród domostwo Pietrusia. Może trochę większe od innych i z daleka widoczne - po tej wierzbie rosochatej z ogromnym bocianim gniazdem.
Co roku na wiosnę przylatywała bociania para, aby tu wychować swoje potomstwo. Czasem w marcu, ale najczęściej w kwietniu gospodarzy witał wesoły klekot boćków. Z ich przylotu cieszyli się wszyscy. Ale najbardziej dzieci. Wybiegały z domu, klaskały w ręce, śmiały im się oczy. Podniósłszy główki do góry wołały:
Bocian, bocian długie cyby, Weź klomelkę, idź na ryby.
A przecież wiadomo, że nie tylko ryby są przysmakiem tych wielkich ptaków. Przede wszystkim żaby, jaszczurki, dżdżownice i różne owady, to ich pożywienie. Innym znów razem prosiły:
Bocian, bocian kiszka, Przynieś nam braciszka!
Wtedy ojciec wpadał w straszny gniew. Szukał dziażki. Próbował nawet zdejmować pas z brzucha. Bał się tylko, że spadną spodnie. Babka natomiast odpasywała fartuch i trokami machała w stronę wnucząt. Skąd u nich tyle zacietrzewienia? Po 34 dniach w gnieździe wykluwały się małe bocianięta. Dzieci tylko na to czekały i koniecznie chciały pisklęta policzyć. Czasem było ich czworo albo pięcioro. Najczęściej dwoje. Po dwóch miesiącach młode opuszczały gniazdo i razem z rodzicami leciały na bagienne, nadbiebrzańskie łąki po smakowite żaby. Rodzina Pietrusia nie wyobrażała sobie życia bez bocianów. W dodatku były to ptaki bardzo pracowite. Co roku przynosiły dziecko. Stąd wypływało to zdenerwowanie dorosłych. Patrzyła na to świekra Weronki i pod nosem burczała:
- Boże, mój Boże! Najświętsa Panienko! Ludzie na stronach zyjo i wbijajo się w majątki. A nase tylko w dzieci!
I chociaż nad życie kochała te pyzate buziulki, to ciągle myślała, jak je wyżywić i trzewików nakupić. Koszulki szyła sama z lnianego płótna, albo i z pacześniny. Spodnie i paltka nosił jeden po drugim. Nawet kopańki nie trzeba było wynosić do świeronka. Miała swoje stałe miejsce na ławie przy piecu i w niej Weronka kąpała swoje kolejne pociechy.
Gdy w odwiedki przychodziła druga babcia, starała się udobruchać swachnę. Na dowód swoich racji mówiła:
- Dzieci to Boża rosa. Kogo Pan Bóg stwozy, tego nie umorzy!
Ale świekra obstawała przy swoim i do synowej miała okrutny żal, że z bocianami tak często gada.
- Za liśnio tych dzieci, za liśnio - powtarzała. Często wychodziła na przyzbę i gdy nikt nie słyszał, sama rozprawiała się z ptakami: - Kys, ptasyska, a kys! Lećta do Antosiowej, co za biełaskami żyje i swoich dziecków nie ma. A miłuje je tak okrutnie, ze jak spotka jakoweś na pastwisku, to tak ksepko psytula, as popiskuje.
Tyle wskórała, że ostatniego, a z kolei dziesiątego, bocian nie przyniósł. Po prostu go we wsi nie było. Do ciepłych krajów za wody poleciał.
Jesień tego roku była krótka. Jeszcze na bagnach gospodarze grabili otawę, a już dało się słyszeć klangor zbierających się do odlotu żurawi. Na bielaszkach znowu sejmik bociani zapowiadał rychłe pożegnanie. Czajki i jaskółki już dawno odleciały. Pietruś oparł się na grabisku, otarł pot z czoła i rzekł:
-I siulaki na niebie w krąg nie latają i kur nie straszą! Już to Boża zwierzyna wie najlepiej. Pewnie wkrótce przyjdzie zimno.
Już w październiku spadł pierwszy śnieg i wciąż tylko go przybywało. Raz padał drobny i gęsty. Kiedy indziej w powietrzu latały płaty jak chrabąszcze i obieliły cały świat. Przyszły mrozy, zadymki, że tylko w chacie siedzieć i drwa do pieca podkładać. A do Pietrusiów, nie zważając na zimnisko, zaraz po Godach dzieciak przybył. Chłopiec niebrzydki i oczki miał wesolutkie. Trudna rada, dziecko trzeba ochrzcić. A kościół daleko, aż w miasteczku. Będzie może 6 wiorst. Już i kumów w wiosce niełatwo znaleźć, bo wszyscy do chrztu trzymali starsze dzieci. Z trudem wybrano. Antosiowa zostanie matką chrzestną, a ojcem szwagier sołtysa. Chrzciny wyznaczyli na Matki Boskiej Gromnicznej, bo Ona wtedy ze świecą chodzi i wszystkie złe moce przepędza. Raniutko przyjechali sankami kumowie, przywieźli ubiory kupione specjalnie na tę okazję. Puchowy bet, kocyki, pieluszki i koszulki. Szybko zjedli śniadanie. Była przepyszna kapusta na kumpiaku i kartofle. Również kwaterka gorzałki, by nie zmarznąć w drodze. Matka chrzestna ubrała dziecko. Zawiązała w becik, otuliła kocem. Jeszcze tylko kożuchy, wełniane płachty na nogi i w drogę. Jadą. Minęli krzyż, co stał na końcu wioski przy drodze. Przeżegnali się nabożnie. Płozy skrzypią po twardym jak lód śniegu. Konie raźno parskają. Na ich chrapach i grzywach pojawił się szron. Dzwonki dzwonią, melodię echo niesie po niekończącej się bieli. Po jednej stronie aż w głąb puszczy, a po drugiej do Biebrzy. Od tej srebrzystej poświaty, aż ślozy pociekły po twarzach podróżnych. Minęli jedną wieś i drugą. Wszędzie z kominów walił dym. Ludzie palili w piecach, by ogrzać mieszkania. Na szybach mróz pomalował diamentowe kwiaty. Zimnisko, aż koty beczały. Podróżni zakrywali twarze wełnianymi szalami, by nie odmrozić policzków. Dziecko, na szczęście, spało otulone wielką chustką. Gdy wjechali na wzgórze, dało się widzieć wieże kościoła w miasteczku. W tej bieli zdawało się, że sięgają aż do nieba.
Wreszcie dotarli na miejsce. Ksiądz dobrodziej zaprosił do ciepłej izby, aby ogrzeli się po podróży. Raptem podniósł się taki krzyk, że gospodyni księdzowa do góry podskoczyła. Myślała, że pożar jaki wybuchł, albo i co gorszego.
- O Jezusie Nazareński! O Najświętsza Panienko! - lamentowała matka dziecka.
Wszystkim dech zaparło ze strachu. Nie mogli zorientować się, o co te okropne wrzaski.
Chwila ciszy... A potem znowu:
-Toż to wy wzięli łońskiego Joziaczka, a latosi w domu został na leżance przy piecu. Tamten miał się nazywać Pietrek, jak jego ojciec.
Wtedy w izbie zawrzało. To dlaczego, ty Weronka, sama nie spojrzała?
- Bo nie miała ja czasu. Ale gdzie ty - ojciec był?
Ja nic nie widział. A zresztę ja nawet w gminie u wójta nie dam rady spamiętać wszystkich imion, nie mówiąc o datach urodzenia.
Pokój zadrżał od śmiechu. Najgłośniej śmiał się ksiądz dobrodziej. Gdy już się uspokoiło, proboszcz powiedział:
- Dobrze, że metryka nie zrobiona. Za tydzień przywieziecie to najmłodsze dziecko i wtedy zostanie ochrzczone.
Z niczym wrócili do domu. Tylko daremnie tak zmarźli. A teściowa od progu:
- Ach, wy lelaki wierutne! Ja zaodras zobacyła, ze Pietrek został w domu, jak tylko zacoł pisceć na leżance przy piecu. Gapy jedne!
W następną niedzielę chrzest odbył się bez większych przygód. Potem poczęstunek. Misy mięsa, zimnina, kapusta z kumpiakiem, kindziuk, który na tę okazję czekał w okraśniku. Mocny chrzan, antał piwa i drożdżowe bułki upieczone w łachaniach. Również gorzałka.
Gdy wychylono po kilka kieliszków, rozległy się okrzyki:
Jak kum kumy nie wykumiaczy, dzieciak nieba nie zobaczy.
Musiał więc chrzestny uściskać chrzestną matkę i wręczyć całe torby cukierków, aby mogła uraczyć nimi wszystkie dzieci i biesiadników.
Jeszcze długo w tę mroźną noc słychać było gwar przy biesiadnych stołach. A Pietrek słodko spał sobie w kołysce uplecionej z łoziny i zawieszonej na belce u powały. Niech zdrowi balują. A ty Pietrusiu, rośnij jak te drożdżowe bułki w łachaniach.
http://www.lomza.friko.pl/
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Opowiadania