1656. Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Historie zasłyszane, pamiętniki, legendy rodzinne. Z urwanych słów, z kilku strzępków opowieści, gdy się wsłuchasz wysnujesz obraz ich życia - zamglony, niewyraźny i jakiś taki bliski niezmiernie ...
* CO W DZIALE? - Opowiadania rodzinne, historie zasłyszane, fragmenty pamiętników, niepotwierdzone legendy, historie o duchach, historyjki o zwierzętach domowych, o pokojach, powozach, klombach kwiatowych w ogrodzie, figurkach itp. Wszystkie nawet drobne, beletrystyczne rodzinne zapisy z dawnych czasów. Opowiadania mogą mijać się z prawdą, być niesprawdzone, pisane stylem dowolnym.
* OPISY - Przy dłuższych opowiadaniach można na początku wprowadzić indeks osób, miejsc, lub wydarzeń.
* POMOC - Trudności proszę sygnalizować w dziale "Poradnia", na wszystkie odpowiemy, tworząc jednocześnie FAQ
* PISANIE - Bardzo prosimy umieszczać w tekście znaczniki do leksykonu, lub innych działów. np. znacznik [leks] odsyła do hasła w leksykonie. znacznik [leks=] prowadzi do hasła innego niż link (np. inna forma gramatyczna). Leksykon. Pozwoli to czytelnikom korzystać z szerzej informacji.

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

Bogini wiosny
Wieś Budy jest położona w Dolnym Basenie Biebrzy. Zupełnie się wyludniła, a pozostawione domy, jeszcze kryte słomą, zasiedlili przybysze z miast. W jednym z nich osiedlił się bibliofil warszawski nazwany potem Królem Biebrzy.
W sposób zygzakowaty układał się jego los po przybyciu do tej bagiennej krainy. Tutejszemu gospodarzowi zaginęła żona. Długo jej szukał bezskutecznie na bagnach, aż po kilku latach znaleziono w zaroślach jej czaszkę i kości. Rolnik wyjechał, a na jego miejscu osiedlił się właśnie człowiek ze stolicy. Trochę bezradny, trochę marzyciel intuicyjnie zapatrzony w tajemną gwiazdę Biebrzy. Gdy groziło mu już absolutne bankructwo, to przed zupełnym upadkiem uchroniła go bezgraniczna dobroć do wszystkiego, co żyje.
"Znalazłem to miejsce - zapisał w pamiętniku - przystanąłem. Tkwię w dziwnym bezruchu i obserwuję ciekawe człowieka z człowiekiem spotkania. Przyjeżdżają tu ludzie i odchodzą, by znów wrócić i wnet uciec. Tu jeszcze nikomu nic nie wyszło, a tymczasem ja miałem więcej szczęścia. Wcześniej uszczknąłem rąbek szkoły przetrwania i teraz jestem bogaty w czas, ciszę, przestrzeń i wolność oraz romantyczny brak pieniędzy".
W szczególności przybywają tu ludzie namiętni, w których ciele nie może się pomieścić niespokojny duch. Jeden z malarzy zawziął się właśnie na malowanie bogiń Biebrzy. Tu naprawdę błądzą jakieś idee, mary, pory dnia lub pory roku łatwo się personifikują, bez większych problemów można ubierać je w ciało... czyjeż, jak nie pięknych kobiet!
Portret Bogini Wiosny został powieszony w miejscu najgłówniejszym - w kuchni nad stołem. Patrzyła gdzieś w las, a pozostawał do oglądu jej profil, który podniecał niecierpliwość w czekaniu, kiedy się odwróci. Pijąc herbatę, piwo, wódkę gospodarz z malarzem nadawali jej różne imiona: Maria, Brygida, Jola, Agnieszka...
"Moja ty jedyna, w snach płynąca, dziewczęce piękno ukazująca wciąż! Urzekasz mnie tajemnicą swą. Tyś duszą mą, bo kocham cię i jestem z tobą - miodu kroplo! Myśli me chcą być z tobą, wchłaniają twe oblicze i samotności pragną naszej. Biegną przez wszystkie pory roku. Witaj więc boska wiosno! To ty przyszłaś by odejść. Jesteś piękna zbyt wielce, byś była dłużej niż moment..." - dalsza treść z pamiętnika.
Tak mijały miesiące.
I... stało się! Pewnego poranka przed bramą zawarczał dziwnie samochód. Gospodarza jakby coś szturchnęło, jakiś niepokój na nim osiadł i zaczai wypychać z domu kierując w stronę wjazdu. Wybiegi bez czapki, rozchełstana kurtka zwisała z ramion. Widział już z daleka wysiadającą dziewczynę. Niezdecydowanie rozglądała się dookoła idąc w jego stronę. Patrzył na jej usta uśmiechnięte na powitanie i na te znajome oczy ogromne, skrzące się jak meteory.
- Boże, Agnieszka! - wykrzyknął i rozciągając ramiona rzucił się na powitanie.
Potem trochę stremowani długo patrzyli na siebie. Jak niewiele było potrzeba czasu, namiętnego czasu, aby bogini z jego portretu odwróciła się. Nigdy nie wątpił, że to nastąpi. Jeszcze nigdy nikt nie ustalił alfabetu intuicji, przewidzeń, dziwnych układów, kiedy karta w grze raz idzie dobrze, a drugi raz kpiąc z nas odwraca się plecami. Wielki moment na początku nas oświetla, aby potem pozostawić smak popiołu. I aby znów wkrótce oświetlić.
Królowanie nad Biebrzą, to życie wśród takich momentów. To piętnowanie duszy. To... "romantyczny brak pieniędzy"!!! Cha-cha-cha...
Panie i panowie! Biebrzą jest piękna!
"Mgła jest miłością. Ona przysłania całe zło świata, czyniąc istnienie lepszym. Wypływa jakby z niebios. A ty, nic nieznaczący człeczyna, nagle wyrastasz ponad całe otoczenie. Stajesz się królem życia, swobody! Czarny las w oddali blednie, burozielone pola miękną w dotyku. Bezruch ciszy. Dosięga cię kres nieskończoności, czas urywa się, aby być z tobą. Farbowane słowa, - dzieła człowiecze milkną i odchodzą w nieobjętą dal". http://www.lomza.friko.pl/
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

Jak na wigilię Dzik rozmawiał ludzkim głosem
Muzyka Biebrzy. Jest poranna, istnieje w środku dnia. I wieczorem. I noc Biebrza ma swoją. I mgielne poranki są inne od inszych. Kiedy ciężkie konie zaczynają biegać po zagrodzie, tedy ziemia kołysze się, kolebie, jak guma, czujesz jak twoje nogi podrygują, niby na ruchomej podłodze. I pory roku Biebrza ma inne: ma swoją wiosnę, lato, jesień.
I zimę. Szczególnie piękna Biebrza jest zimą. Tedy pola, łąki, kobłąkowe łoziny słodko śpią pod białą pierzyną, a wokół tylko hula nikomu nieposłuszny i nieprzekupny biebrzański wiatr. To nie ten wiatr z kolorowej jesieni albo wiatr kwitnących sadów i łąk. Tedy wiatru jakby nie ma, tylko coś tam szmyrga w liściach. A na pierwszym miejscu jest zieleń i tony kwitnących pachnideł. Tak myślał Mikołaj Pająk ze wsi Klimaszewnica, patrząc na zaśnieżone dale. Po obciągnięciu z kolegą flachy jakowity wyszedł do stodoły po siano. Wprawdzie było za wcześnie karmić bydło na noc, ale jakoś nie mógł usiedzieć w domu, zaraz go żona goniła do przedświątecznych porządków, a na podwórku to czuł się prawie królem, mając jeszcze przed oczyma tak romantyczny krajobraz.
I niespodziewanie, gdy ostrym wzrokiem stembował aż pod rzeką, "muzykalne" olszynki, łozinki, brzezinki, nagle zobaczył coś tam ruszającego się. Owy czarny punkt powoli, ale uparcie podążał w stronę wioski. Jego nieomylny wzrok mówił, że to zwierzę, bo na pewno nie człowiek. Ale dlaczego dzikie stworzenie dziś szło drogą ludzką? I do tego jeszcze przed zmierzchem? Odruchowo chciał biec po flintę. Ale się zatrzymał. Przecież dziś była wigilia, dzień szczególny. Czy zaraz musi robić zabijanie? E-e-e-e... trochę pokaszlał wstydliwie i znów zapuścił żurawia na śnieżną groblę, przez niego właściwie udeptaną.
I wkrótce wszystko się wyjaśniło. Albo raczej się skomplikowało. Owym ruchomym punktem okazał się być ogromny odyniec. Był już tego pewien. Ale szedł jak człowiek ludzkimi śladami. I szedł do wsi, a nie odwrotnie. Nogi stawiał dostojnie, wolno, trzymając pysk wysoko, jakby wnim coś niósł.
Chę... pytania te nagle Mikołajowi podnieciły wyobraźnię. Zaczął pocierać powieki, pomoczył śniegiem policzki, czoło, aby ostudzić podnietę alkoholową. Ale w białej dolinie nic się nie zmieniło, oczy powtórnie przekazały tą samą układankę. A może to chore zwierzę, zakażone wścieklizną - zaczął medytować.
- Ale to przecież nie lis albo jenot, wiedział z doświadczenia myśliwskiego, że u dzików szalonych chorób nie ma. Nie ma też na wigilię w lesie ludzi, którzy by spłoszyli zwierzę, kierując tu. A stworzenie szło dalej . Wśród przysadzistych łozin i kołkowych zagród owo dziczysko jakby wyszło pozować do rysunku. Niebo czyste, śnieg w zachodzącym słońcu skrzył się jak perły. Unikalny to był widok, takiego olbrzyma nie widział przez trzydzieści lat. Nagle Mikołaj, w tak bajecznej scenerii, zobaczył wigilię swojej babci: z wołem, osłem, owieczką, nawet dzikiem - kiedy to wszyscy uczestnicy rozmawiali ludzkim językiem. Wydało mu się, że nad tak piękną Biebrzą taki cud jest czymś normalnym, zwyczajnym.
Nawet Mikołaj zaczął nicować swoje uczynki, zaczął się kajać, że na pierwszym miejscu w jego życiu jest wódka i baby. Fe, koniec z rozpustą! Już chciał iść do domu, do żony i przysiąc, że od dziś będzie dobrym, przestanie pić i będzie tylko ją kochał. Może ten odyniec idzie dziś mu to powiedzieć? Bo o czymż mają rozmawiać zwierzęta z ludźmi?
A mówią też, że po śmierci dusze zmarłych przechodzą żyć w zwierzęta. Może to dusza jego ojca idzie na wigilię do swojej posiadłości? Bo skąd taki dzik ma wiedzieć, gdzie jest Pająka dom? Przecież dokładnie widać kierunek chodu zwierzęcia: nie poszedł drogą prostą na wieś, a skręcił w lewo, do jego posesji. Nagle zrobiło mu się gorąco. Boże, co co się tu dzieje!
A ta odległość zwierzęco-człowiecza wciąż się zmniejszała i zmniejsza. Już widział wyraźnie ogromniaste zwierzę, które uparcie parło do przodu. Objęło go dreszczem, jakby kto jemu zaczai posypywać grzbiet metalowymi kulkami. Tak naprawdę, to bajkę wigilijną można opowiadać, ale nie daj Boże mieć ją na podwórku! Nie, nie, nie ! - coś w nim jakby wykrzyknęło. Zaraz jego oczy spojrzały w kąt, czy w pobliżu nie stoi jaki bijeczek, bo kto wie, czy to idzie dobra dusza? Ta bestia była naprawdę ogromna! Łeb jak ceber, wagi ze dwieście kilo, kły wisiały jak szable, szczecina długa, wymięta. Mikołaj zaczął biegać truchtem po podwórku.
A może to jaki napad obmyślony przez diabła? Na początku siła nieczysta robi niby wigilijne cacy-cacy, a potem zarechocze na cały głos, porwie człowieka na grzbiet i powiezie na Czerwone Bagno! Według opowieści starszych ludzie, kiedyś zawsze tak bywało. Stworzenie dzikie i bez duszy ma żyć w lesie, a nie chodzić za człowiekiem. Taką hierarchię ustalił Bóg, a człowiek ma stać na jej straży nawet z... kołem. Tak, tak!.
Ręce jego coraz mocniej zaciskały się na grubym dębowiaku. Już między nim a zwierzakiem była odległość tylko sześciometrowa. Metr kolejny się ucinał... drugi... Już ta szkieletowa Godzilla prawie zakładała na niego kły... Odpadał kolejny metr... I... trach!... trach!!., trach!!! - Mikołaj walnął padlisku prosto w łeb, tylko echo poleciało gdzieś aż pod rzekę. Odynieć zamiotał się na nogach, najpierw padł na kolana, a potem zaczął walić się na śnieg. I w tym momencie Mikołaj posłyszał głos, lecący skądś z góry:
- Po co ty, Mikołaju, tak krzywdzisz zwierzęta?! - Były to słowa jego ojca, dobrze rozpoznał ten głos, nie miał wątpliwości.
W strachu dębowiak wysuwał mu się z rąk, nogi miękły. Oczy utkwił w pysk zwierzęcia czy ten dziwny głos, to nie stamtąd się wydobył? Ale paszcza olbrzyma była dziwnie zwarta, jeszcze na niej czerniła się jakaś obręcz. Od tej to paszczy nie mógł oderwać oczu, jak gwoździami one tam się przybiły. Nie obręcz była na pysku, a podwójny drut z wnyka zawinął mu się na ryju. I był to drut... jego roboty! Wygłodzone zwierzę dusiło się z zakneblowanym ryjem i szło ostatkiem sił do człowieka, nawet swego winowajcy, aby on go dobił?... Czy uratował?
Tak, to ostatnie pytanie już było krzykiem od ojca.
Dziś wigilia. Mikołajowi poleciały łzy ciurkiem po nieogolonych policzkach, jak woda z rozbitej szklanki. Padł na kolana przed zwierzęciem, a potem na nie się położył, szlochając. Ciało dzika było tak wychudzone, że nawet nie dawało odrobiny ciepła.
- Przepraszam, ciebie bracie!... - wyjąkał tylko.
I to chyba była najprawdziwsza wigilijna rozmowa człowieka za zwierzęciem. I była to też przepiękna muzyka Biebrzy. http://www.lomza.friko.pl/
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

Pobojna Góra
Pobojna Góra, po Twierdzy Osowieć jest drugim miejscem na linii biebrzańskiej pod względem pokładów tajemnych mocy. Położenie tego grądu wśród łąk, zarośli i lasów jest specyficzne, wyjątkowe. Wokół błotniste bezdroże, od północy puszcza Jamińska, od południa łuk Biebrzy, a od wschodu i zachodu otwarte łąki z ładnymi widokami. Sam grąd ma kwadrat 150 na 150 metrów z dwóch stron otoczony nasypem wysokości do pięciu metrów - niewątpliwie usypany ręką ludzką. Wygląda jak obwałowanie obronne od strony otwartej. O nazwie "Pobojna Góra" pisze się już w początkach XVII w. Historycy sądzą, że tam było prastare grodzisko. Miejscowa ludność tę nazwę wiąże z "potopem" szwedzkim. Podczas odwrotu prawdopodobnie tu wojska szwedzkie się zatrzymały i walczyły najdłużej.
Ale Pobojna Góra słynie i z innych zagadek.
W pogodne i ciche noce, jeśli ktoś dobrze przycupnie i wyciszy się, to usłyszy dziwne odgłosy wydobywające się z głębi ziemi: ktoś rozmawia obcym językiem, czasem dojdzie głośne nawoływanie albo popłynie piękny rozczulający śpiew.
I również przedziwne sny tu miewa człowiek, gdy podejmie decyzję noclegowania w namiocie. Jeden pan, nauczyciel z Łodzi, opowiadał, jak od niego we śnie żądał jakiś głos zapłaty rublami za miejsce noclegowe. A gdy on zaczął tłumaczyć, że nie ma obcych pieniędzy, to mu upadł namiot. Po przebudzeniu stwierdził, że faktycznie namiot się rozbroił. Pary zakochanych to najczęściej miewają tu erotyczne sny. To stąd, z Pobojnej Góry, wyniosła się treść, że Biebrza jest najbardziej erotyczną rzeką w Polsce. Może dlatego, że hrabia Brzostowski swoją wielką miłość do Wiktorii Rymaszewskiej wyznał właśnie na tym grądzie, tak był urzeczony pięknymi widokami. Natomiast w zamierzchłej przeszłości, to tu przebywały galindskie kobiety z obciętymi piersiami - ze swoją wróżką Zarotą.
Siłę erotyczną tego miejsca potwierdzają również tutejsi mieszkańcy, których często zwodziły duchy zalotnych dziewic. I niejedna para stąd powróciła już zaręczona. Powtarzane legendy o Pobojnej Górze spowodowały sprowadzenie tu jasnowidza Klimuszki, który był znany z odkrywania skarbów i zwłok zaginionych osób. W swojej wizji potwierdził przebywanie zagadkowych bytów ludzkich i istnienie tajemnych przedmiotów. Ale z uwagi na odległość czasową nie był w stanie określić szczegółów.
Sam również doznałem tu wiele niesamowitych wrażeń. Żadne miejsce na całej Biebrzy nie pobudza tak moich sił witalnych, jak ten grąd. To tam najbardziej ładuje się język mojej wyobraźni i tam najczęściej poszukuję żywiołu nieskończoności. A miody pszczele jakie tam się zbiera! Wyjątkowe właściwości aromatyczne. I stamtąd też przywiozłem zagadkową wizję otrzymaną we śnie na nowe tysiąclecie. Wokół bajeczny krajobraz z laskami na obrzeżach, jak na biblijnym obrazku. Zza horyzontu prześwieca księżyc, a w dole, jak zagubiony szal, wywija się Biebrza. Może i to była dekoracja, ponieważ ja przygotowałem się do roli aktorskiej, siedząc na tronie, raczej drewnianym kufrze. Ubranie ze skóry dokładnie przylegało do ciała, na którym nie miałem nic, oprócz bawełnianej koszulki. Na pasku przy spodniach oraz przy mankietach kurtki błyszczały miedziane sprzączki.
I tak, siedząc na "kufrowym tronie" i w egzotycznej scenerii, uczyłem się tekstu, który miałem wygłosić przed niewidoczną publiką.
- Czy chcesz żyć długo i szczęśliwie? - stawiał banalne pytanie kobiecy głos.
Tak - odpowiadałem. Ale ja inaczej odpowiedzieć nie mogłem, bo za mną jakby stukała katarynkowa maszyna: tak... tak... tak...
To pocałuj mnie - rozkazywał ten głos.
Przepiękna pani, wodzirej kosmicznej urody, wówczas brała do ręki trupią czaszkę z dziurkami na oczy oraz wystającymi zębami i jakby podpływała do mnie. Ja przykładałem usta do białych zębów i z przyjemnością je całowałem, bo ja przecież takiej roli chciałem, nikt mnie do tego nie zmuszał. Na wargach czułem jakiś jałki smak, zalatywało trochę stęchlizną; ta czaszka jeszcze dobrze nie wyschła, a ja koniecznie paliłem się do gry.
- Czy chcesz żyć krótko i byle jak? - znów leciał banał, aż strach było słuchać takiego powtarzalniaka! A za mną nadal drobniła ucho ta sama katarynka: nie... nie... nie. To ja buch! oczywistą odpowiedź:
- Nie To pocałuj mnie.
Efemeryczna kobitka powtórnie brała czaszkę, zbliża prawie do moich warg, wypuczając białe zęby. Ja: plus - całowałem słodko, nawet z rozkoszą całowałem, trochę woniejący czerep człowieczy. A gdzieś, może spod ziemią., szumnie klaskała publiczność, skandując: " Niech żyje tron, niech żyje katarynka!..."
Dlaczego to nie mnie gawiedź biła brawo, a katarynce?...
Właśnie przebudziłem się z tą małą rozterką. Ale na ogół ze swej roli byłem zadowolony! Usta przecież złożyły pocałunek, wprawdzie udziwniony, ale mimo wszystko pocałunek. Wydawało mi się, że w tym to momencie nastąpił pełen przechył losu na moją stronę. Czy aktor zawsze powinien poszukiwać sensu swojej roboty? On jest wynajęty do gry... http://www.lomza.friko.pl/
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

Sum zwany Ślepcem
Sum, zwany Ślepcem, długo myślał przed wędrówką. Popłynie ostatni w górę rzeki za swoimi współbraćmi. Bez ustanku dawał im znaki na trwogę: woda robi się brudna, niesie obce zapachy i smak. Nawet czuł dziwne zawroty głowy, tracił orientację.
A tak chciało się żyć! Uwielbiał rzeczne przyciemnione dno, cichą toń wodną, poplątane korzenie drzew, w których czuł się bezpiecznie. Z jakąż rozkoszą ocierał brzuch o kamienie, właził w największe zarośla, aby potem wyskoczyć niespodziewanie, jak zygzak błyskawicy. Wokół przerażone ryby rozlatywały się na boki, a on pan tych wód, znów dostojnie wchodził do swojej kryjówki. Była to jego już czwarta wędrówka, do której się szykował. Ale teraz czuł przed nią dziwny strach. Wciąż zwlekał z opuszczeniem "domu" na Szerokiej Rzece, rzece jego ojców i braci. Znał tu każdy zakątek, każde zagłębienie, każdy wir i głębokie spokojne zakola. Życie tu nie sprawiało żadnego kłopotu, nawet prowadziło do lenistwa. Miał prawie pod nosem bazar pełen ślimaków, małż, żab, drobnych rybek. Wystarczyło tylko poleżeć w bezruchu, otworzyć szeroko paszczę i cmoknąć. Nigdy nie polował na małe kaczątka lub inne ptaki, zwyczajnie ignorował te skrzydlate stworzenia.
W końcu i on wyruszył w niewiadomą podróż, nawet nie wiedział jak daleką. Ile trzeba będzie znów mil przypłynąć, nim znajdzie czystą wodę i dobre miejsce na żerowanie? I ten trwożny niepokój osiadał na jego duszy - przerażał go. Może to była oznaka starości? A może to była ostatnia jego podróż?
* * * We wsi Dowidowizna dwóch rybaków ciosało łódź. "A w dole tam jak jedwabisty szal leżała Biebrza". Woda już ustąpiła, ubiegłoroczne trzciny znaczyły tylko zakola, na podmokłych łąkach żółciły się dywany kaczeńców, przynosząc co roku żółty kolor powrotów. Antek skręcał papierosa z amerykańskiego tytoniu:
Wczoraj jakiś zwierz zwinął siatkę w kłąb, nawet powyrywał kołki, do których była przywiązana. Pośrodku miała dziurę, przez którą mógłby przeleźć duży pies.
- Sum - orzekł pewnie kolega, nie przestając ciapać siekierą smolistej deski; wokół unosił się zapach świerkowego drzewa. - Wrócił nad Biebrzę "Piłsudski"? (w tutejszym żargonie tak nazywano wąsate ryby). Pietruś na głęboczyźnie to wyholował takiego z szesnaście kilo. W łodzi był sam, aby go ujarzmić, to usiadł mu na grzbiet, a ten go jak nie majtnie ogniem, to tylko pluskot rozległ się echem - obaj z "dziadkiem" poszli za burtę.
Tak mówisz?... - Antek zapuścił palce w kudłate włosy. - W takim razie mój był ze dwa razy większy:
dziura półmetrowej średnicy, cała siatka zbita w kłąb, a olchę grubości końskiej nogi wyrwał z korzeniem.
- Mm... na starym Sumowie, to ponoć taki byk się zagnieździł, że kaczka to mu tylko kwaknie - ciągnął dalej kolega. - Jak uda mu się dobrze pysk rozdziawić, to i dwie cyraneczki zgarnie. Pietruś te wyczyny olbrzyma dokładnie podpatrzył.
To może zarzucimy tam na noc nową nylonowe.
- Głupiś! Co jemu znaczy taka drgawiczka! Na niego trzeba mieć harpuna z żelaza na linie holowniczej.
- Co poddajesz się? - Antek wsadził drugą piątkę palców w swoje kędziory. - Toż ty "Dawid", tak mówią na ciebie. A pamiętasz z Biblii jak Dawid sposobem rozwalił Goliata! Znasz Mietka Kobusa z miasta, płetwonurka? On załatwi za pięć minut największą bestię.
Ślepiec płynął w górę rzeki z dwoma niniejszymi współbraćmi. Płynęli bez odpoczynku. Pragnęli jak najszybciej uciec od zaraźliwej wody. Ślepiec też chciał zdążyć na dawne miejsce, które jeszcze pamiętał, przed pojawieniem się nad wodą pierwszych piorunów. Dopiero huk z nieba i spadający ogień go ożywiały. Tedy czuł w żyłach nową krew, uzyskiwała ona potrójną moc. Z nawałnicą i piorunami woda się podwajała, podrywała muł denny, zgarniała różne badyle roślin, wywalała drzewa. To był jego czas. Jego kalendarz życia dzielił się na: czas mętnej wody, czas piorunów, czas miłości i czas lenistwa. Tak dzielił swoje życie. Przeżył już sporo lat, uwalniał się z różnych pułapek, porozrywał dużo sieci, nosił w ciele odłamki żelaza, skóra mu stwardniała jak blacha. Chciał o tym opowiedzieć innym. I dlatego miał jedyne pragnienie, aby ten kto żyje nad wodą poznał jego język. Wówczas mu przekaże wielką tajemnicę życia.
Wschód słońca. Moment narodzin. Każdy dzień jest nowonarodzeniem. Dla człowieka, dla cielaczka pasącego się na łące. Dla małej kaczuszki. I dla naszego pięćdziesięcio-kilogramowego Ślepca. Wszyscy jesteśmy dziećmi słońca, bo pragniemy mieć kolejny nowy dzień. Kobus patrzył na to słońce, które wychylało się zza lasu. Blask tarczy miał lepiej oświetlić dno rzeki, rozjaśnić cień pod nawisami brzegów. Skafander zapiął dokładnie, pasek kuszy włożył na ramię, harpun naciągnął lewarem. Nie znali się ze Ślepcem. Każdy miał swój świat, swoje życie. I każdemu tak samo zaczynał się nowo narodzony dzień.
Tafla wodna błyszczała idealnie, jak szybka szkła. Czarny dziób łodzi, w której siedziało dwóch rybaków, wystawał z szuwarów. Kobus nabrawszy powietrza zanurkował pierwszy raz, drugi, trzeci. Z doświadczenia podwodnego dobrze znał miejsce przebywania dużych drapieżników. I już za trzecim razem zlokalizował suma. Ogromna bestia stała nieruchomo pod największym nawisem, wystawał jej tylko ogromny łeb. Spotkali się oczyma. Kobus nigdy nie widział u ryby tak małych oczu, które jakby go zaczęły niepokoić.
"Ślepiec?" - zadrwił. I nagle nie wiadomo czemu zadrżały mu ręce, mało nie wypadła kusza. Nie miał czasu na myślenie, zajmowanie się detalami. Należało szybko odpalać harpun. Wymierzył kuszę rybie prosto w brzuch. Ale brzuch ten był jakoś rozdęty, którego grot mógł nie przebić, za małe na bokach będą wypusty, tedy nie załapie się rękoma i nie wlezie na jego grzbiet. Ta kalkulacja mu przeleciała przez umysł szybko, jak błysk lasera. Musiała już być decyzja. Życie miał rozliczone matematycznie, że każda cząstka wiedziała co ma robić. Śmierć też jest matematyką! Ostatni namiar!... Spust!!!
Wokół zawirowała czerń podobna do smoły, prawie nic przed sobą nie widział. Ale udało mu się ręką chwycić za grot w ciele ryby, jednak był on za krótki, zaraz się wyślizgnął. I teraz stało się to najgorsze. Czuł, jak jego ciało wbijało się w wodę, wodę twardą, jak betonowy mur. Sum ciągnął go na środek rzeki za sznur grotowy który nieszczęśliwie uczepił się za zapięcie pod szyją. Dusił się. Szarpnął za sznur ręką, aby się uwolnić. Nic. Jego matematyczny umysł dalej już sam liczył zdarzenia, jak ustawiona maszynka, w którą nigdy nie wątpił. Dokładnie po roku od opisanego zdarzenia błotnistą drogę wiodącą od Dawidowizny w stronę Sumowa kołysał się mały fiacik. Dało się jechać tędy tylko dlatego, że przed wschodem słońca mróz ściął torfowe błota. Samochód zatrzymał się nad samą rzeką, z niego z trudem wydostawał się nasz kusznik Kobus. Wprawdzie udało mu się tedy ujść z życiem w walce z sumem, ale po długim leczeniu, został na trwale inwalidą. Bez czapki, wsparty na kuli, przeniósł oczy w stronę wschodzącego słońca. Rubinowa tarcza poprzecinana chmurkami przypominała trochę ogromny łeb Ślepca. Kobusowi wydawało się, że to była tam jego dusza. W kątach oczu zaszkliły się łzy. Duszę się miewa. Przychodzi ona do człowieka ze wschodem słońca. A potem odchodzi w inne miejsce, gdy ty jej nie masz jak przyjąć. Wówczas stajesz się pusty. http://www.lomza.friko.pl/
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

Diabelskie lusterko
Środkowa Biebrza ma swoisty urok. Centralnym jej punktem jest Pobojna Góra, za którą rośnie Puszcza Jamińska - kraina miodu, trochę dalej w dół Biebrzy, zaczyna się linia Piekielnych Wrót, zaś patrząc w górę rzeki, zobaczymy chałupy przysiółka Dwugły. Tu dawniej stały magazyny zbożowe, stąd tratwy ze zbożem i drzewem płynęły do Warszawy, Gdańska, a nawet za granicę. Stała tu też karczma, do której tłumnie schodzili się okoliczni chłopi aby popić i pogwarzyć o różnych sprawach. Stałym jej bywalcem był niejaki Świder ze wsi Ostrówek. I jemu to pewnego razu przydarzyła się niżej opisana przygoda. Nasz pan Diabłuś zza Piekielnych Wrót niemało się napracował, aby Świdra przerobić na swoje kopyto, choć na początku uważał, że to miał być najłatwiejszy materiał. Zamówił u najlepszych wyrobników bryczkę, ostrzygł sierść, ogolił się, poucinał rogi, a na głowę włożył stylowy kapelusz z dużym rondem. I przykrywając się szarą peleryną wyjechał stępa na drogę. Na zegarze była północ. W tym czasie akurat wracał z karczmy nasz bohater pod dobrym chmielem. Dziś przehulał nie tylko wszystkie pieniądze za sprzedane żyto, ale nawet oddał w zastaw dla Żyda buty i sam wracał do domu w skarpetach, przeklinając na głos siebie i cały świat.
I nagle posłyszał obok głośne:
- PyrrrrrL.
Podniósł przymglony wzrok. Nie mógł uwierzyć własnym oczom, co zobaczył. Stała przed nim elegancka bryczka, z bardzo eleganckim panem na koźle. Ów jegomość ukłonił mu się nisko, zapraszając uprzejmie do środka. Pan Świder, czując się śmiertelnie zmęczony, oczywiście nie mógł nie skorzystać z tak zachęcającej oferty. Z trudem zgramolił się na siedzenie, i jak tyko powóz ruszył, postanowił zaspokoić swoją ciekawość:
- Szanowny panie, czymż ja zasłużyłem na taką łaskę?
- O, niczym - rzecze mu stangret śpiewnym głosem. - Dobroczynność jest celem naszego stowarzyszenia. My akceptujemy każdą słabość człowieczą i naprawdę żałujemy, tych, którzy chodzą w skarpetach i marzną, im nogi.
- Panie Dobry nie rozumiem tego. Przed takim jak ja, to ludzie zamykają, domy, żona już połamała trzeci wałek na mnie, a tu słyszę, że istnieje jakaś łaska dla kiepskich.
- Właśnie. I szczególnie dla tych, którzy nie mają zamiaru się poprawiać. Naszemu bractwu na takich jednostkach bardzo zależy. My usiłujemy tworzyć nad nimi parasol ochronny.
- Ojejku, jak zrozumiałem, to ja już jestem zupełnie spisany na straty?
- Ależ nie. A po co masz się poprawiać? Jesteś urokliwym folklorem na tutejszej ziemi. Każdy człowiek musi mieć godność, nawet ten ostatni. Gdybyś nie pił, to nie miałbyś okazji przejechać się posrebrzanym kołowozem. A jeszcze gdybyś przyłożył łopatą w tyłek Marcie Balbinowej, której bydło tobie dewastuje ogrody, bo ona nie ma czasu pilnować, gdyż chodzi niby na modły, to nawet zagwarantujemy ci dożywotnią pensję palacza w naszej korporacji smołowniczej.
To w czymż rzecz! Już jutro, jak się rozwidni, to dla niej nałożę z pięć łopat na tłusty tyłek, to właściwie ja przez nią tak się męczę i muszę pić. I, panie Dobry, pan jest naprawdę za mną?
- Oczywiście. Tylko proszę ten dokument podpisać Pan w cylindrze wyjął papier, pióro gęsie pomoczył w atrament koloru czerwonego i położył przed Świdrem.
Tym rażeni pasażer trochę się stremował, podnosząc oczy na woźnicę, aby dobrze mu się przyjrzeć. - A właściwie to kim pan jest i co jest zapisane na tym papierze, który mam podpisać.
- Oczywiście nie ukrywam tego, że jestem mieszkańcem zza Piekielnych Wrót. A podpis twój jest nam potrzebny po to, aby mieć pełne zezwolenie na trwałe przestawienie "klepek" mózgowych w twojej głowie. Bo chyba zdajesz sobie sprawę z tego, że w przyrodzie musi istnieć równowaga pomiędzy tym, co się buduje i tym, co się rozwala. Inaczej konstrukcja świata - i tak już zwichnięta - może runąć.
Po tych słowach Świder dokładniej przyjrzał się postaci "Dobrego" jegomościa. Bez większego trudu zauważył na jego czole blizny po rogach, ślady na ciele po zgolonej sierści oraz złożony w ósemeczkę ogon przyczepiony do kieszonki na piersiach. Odruchowo wykrzywiły mu się usta w sylabę "oj", nawet chciał wznieść okrzyk o wsparcie, skierowany do Anioła Gabryjela. Ale że mina woźnicy nie była zbyt zaczepna zaś on, pijaczek, stał się jakby komuś potrzebny, a jeszcze propozycja, że nie musi się wcale poprawiać, była bardzo nęcąca - więc zaczął drążyć sprawę dalej:
- Znaczy się, że mam okazję rozmawiać z panem tak by powiedzieć... Diabolim?
- Tego... nie sprzeczajmy się o szyld. Załóżmy, że tak.
- Eee... wszystko jest niby w porządku, tylko tego... może niech mi pan odpowie, dlaczego wasz wizerunek został ustalony tak odrażająco? Proszę dotknąć moich rąk, one same już drżą na widok "piekielnej" postaci. Nawet dziś, jak widzę, pan sam się maskuje.
- Właśnie! - wykrzyknął woźnica podniecony i zaczął czegoś szukać na siedzeniu. Po chwili otworzył skórzaną dyplomatkę i wyjął z niej okrągłe lustro w miedzianej oprawie, ustawiając w stronę twarzy Świdra. - Proszę się przyjrzeć w nim dokładnie. Aby było widniej, to ja zaraz zapalę świecę. I teraz Świder zobaczył w lusterku ogromne straszydło z rogami, sierścią i ogonem. Przerażony złapał się za lusterkową ramę, zaglądając na drugą stronę, czy to nie jest jaka podróba. Nie. Wszystko było w porządku. A postać lusterkowa obracała się dokładnie tak, jak on obracał głową. Teraz wszystko w nim zadrżało. Chciał wyskakiwać z bryczki, ale bał się, że ta postać z lusterka pociągnie się za nim. A on przecież chce być wolnym człowiekiem!
- Eeee... tego... - Świder zaczął się znów jąkać - Przecież to nie ja tam jestem, a to pan Dia...Diaboli.
- Nie? To jest lusterko twojej duszy. Jestem wzorcem twego chcenia. Po co tam nosisz takie straszydło? Szybko wyrzuć. To nie ja, a tyś je stworzył. I pamiętaj, co jest najgorsze, że uciec od swojej chimery nie ma gdzie, będzie za tobą łaziła wszędzie. Jaki nosisz obraz w sobie, takim jesteś.
W tym momencie przerażenie Świdra doszło zenitu. Odruchowo chwycił za kijek leżący na kozłach i walnął z całej siły w diabelskie lustro. Gdy szkło rozpadło się na drobniutkie kawałki, to zrobiła się dziwna rzecz. Nasz bohater nagle zobaczył, że siedzi wśród bagiennych mokradeł na kępie, a wokół rosną łozy, turzyca i błyszczy woda.
Długo nie mógł dojść do siebie. I dopiero po godzinie, jak się zaczęło rozwidniać, ruszył w stronę swojej wsi. Nad nim wstawał przepiękny biebrzański poranek. Czajki kwiliły, tańczyły bataliony, rycyki w duetach zataczały śpiewnie koła. Cała kopuła niebieska aż rozsadzała się od tiurlulukania skowronkowego, nie mogąc pomieścić ich śpiewu. Trzepoczące skrzydełkami ptaszki wisiały, jak na sznureczkach, jak bombki choinkowe i ile miały tylko sil tak radowały się wstającym porankiem. Ich podniebnym szaleństwom nie było końca. Tak chyba wyglądał raj pierwszych ludzi.
Nasz pan Świder zdjął czapkę i wziął ją do ręki. Nigdy tak mu się nie szło lekko do domu, jak dziś. Nawet zaczęła go poszturchiwać dziwna myśl, że dla tego "pewniaka", który go tak zwodził przez połowę nocy, to mu na złość przestanie pić wódkę! http://www.lomza.friko.pl/
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 18.02.2009

Duma Jaćwinga
1264 r. po zwycięskiej bitwie nad Jaćwingami książę Leszek - dowódca boju - kazał odszukać Kumata. Ale nigdzie jego nie było. Przyprowadzono tylko młodego chłopca, który, według relacji jeńców, miał być synem jaćwieskiego wodza.
- Nazywasz się Skirmut i jesteś synem Kumata? - zapytał książę.
- Tak. Jestem synem naszego wodza.
- Jakie masz życzenie?
- Chcę, abyście mnie zabili, tak jak ojca.
Po chwili wojowie przynieśli ciało zabitego Kumata. Skirmut padł na zwłoki ojca i zaczął przerażająco szlochać, aż echo leciało po zagajnikach. Wydawało się, że to płacze dumna Jatwież, którą sąsiedzi zawzięli się złożyć do grobu.
Książę Leszek nie przeszkadzał chłopcu w pożegnaniu z ojcem. Gdy się Skirmut wypłakał podszedł bliżej, pogłaskał go po włosach i, aby jeszcze bardziej zdobyć przyjaźń chłopca, rozkazał pogrzebać Kumata według jaćwieskiego zwyczaju.
Po zakończeniu walk Skirmuta zabrano do niewoli. Najpierw przebywał w Łęczycy, a potem przywieziono do Wizny. Tu, na pograniczu z Jatwieżą, mógł przydać się Mazowszanom do targów i rozgrywek politycznych. Chłopak był posłuszny, pilny, szybko się przysposabiał do rzemiosła wojskowego. Jego wychowawcy nawet nabrali pewności, że zupełnie zapomniał o swoim pochodzeniu. A największy na niego miał wpływ Zbirut, z którym Skirmut najbardziej się związał, nawet nazywał go ojcem, ponieważ okazało się, że matką Zbiruta była jaćwieska branka.
Pewnego razu, gdy obaj polowali w puszczy, żubr zranił śmiertelnie Zbiruta. Skirmut, opatrując jego rany i widząc nadchodzącą śmierć zapytał:
- Ojcze, dlaczego służyłeś tak wiernie obcym ludziom? Przecież masz w żyłach krew naszą, jaćwieska. Wtedy Zbirut ostatkiem sił podniósł się na deskach i odrzekł:
- Daj mi kubeł gorącej wody z kostką miodu.
Gdy Skirmut wykonał polecenie, wówczas Zbirut kazał postawić naczynie pośrodku stołu, a po bokach położył trzy krążki z uciętego drzewa służące za podstawki. Włożony do wody miód rozpuszczał się momentalnie, prawie nie podnosząc cieczy.
- Miód to my, Jaćwingowie - przemówił Zbirut - a wokół: Mazowszanie, Litwini i Krzyżanoścy Nie ma nam innego wyjścia, jak się rozpłynąć. Kurhany to zbyt wysoka cena.
Po tych słowach Zbirut położył się na pryczę i zaczął zamykać oczy. Skirmut przerażony skoczył do przyjaciela, porwał go w ramiona, zatrząsł raz, drugi. Poczuł ogromną grozę, która wypełniała szałas, jakieś ostre pazury go łapały za gardło. Uciekaj! - jakby coś jęknęło. Odruchowo rzucił się do drzwi, ale w nich stał na czatach groźny strażnik. Serce mu biło jak młotem. Teraz poczuł w sobie prawdziwy zew puszczy, zobaczył wojów jaćwieskich pędzących wichrem do ataku na czele z ojcem. Tam jego miejsce!
Skirmut chwilę stał jakby w paraliżu, potem schylił się nad martwym ciałem Zbiruta i pocałował w usta. Już po raz drugi całował zimne usta swoich najbliższych. Tedy na grobie ojca zaprzysiągł zemstę. Co ma robić?
Po tygodniu od tego zdarzenia w wiznieńskim grodzie ogłoszono alarm - nagle zginął Skirmut. Jak potem ustalono, jeden ze strażników przywiązał go pod końskim brzuchem, zasłonił po bokach zwisającą derką i obaj bez przeszkód wyjechali na zewnątrz przez główną bramę. Dopiero w puszczy Skirmut ze swoim mazowieckim przyjacielem poczuli się prawdziwie wolnymi ludźmi. Mazowszanin odpiął od pasa bukłak z miodem i podał koledze.
Wolność!
Skirmut jeszcze w pełni nie mógł uświadomić, co się stało. Wokół pachniało ziemią, na jeziorze pękały lody, śpiewały ptaki - budziła się wiosna. Zobaczył korowód nagich dziewczyn idących ze śpiewem w stronę świętego gaju.
Narodziny wiosny były zawsze największym ich świętem. Teraz obydwaj zwarli się w uścisku i zaśpiewali na cały głos:
Syta druhna, syta, zjadła zasiek żyta, pięcioro pokosy, pieczeń za trzy grosze. Hu-ha...hu-ha... hu-ha!... Syta druhna, pękata, zjadła byka, miał trzy lata. War piwa wypiła I jeszcze się swarzyła Hu-ha... hu-ha... hu-ha...
Echo pieśni niosło się daleko, daleko po dolinach. Oto siła ich bogów: lauks (ziemia), dagis (święto narodzin) i alu (bukłak z miodem). Oto duma Jaćwinga!
- Dziękuję ci serdecznie za pomoc - Skirmut długo trzymał przyjaciela w objęciu. - Całe życie będę ci za to wdzięczny. Do zobaczenia!
Minęło 20 lat. Nieustanne napady krzyżackie wyniszczyły krainę Sambów, Natangów, Bartów, Galindów, Jaćwingów. Potem jeszcze watahy Tatarów wypalały do cna wsie i grody tubylczej ludności. W końcu wielka ich armia stanęła u wrót Wizny. Mazowszanie broniąc zaciekle swego grodu, oczekiwali na pomoc z zewnątrz, a szczególnie od polskiego króla. I w pewnym momencie zobaczyli dziwny oddział wojsk stojący w lesie jakby w oczekiwaniu na rozkazy. Wysłano na zwiady doświadczonego woja Grzebka, który wprost nie mógł uwierzyć własnym oczom, kogo zobaczył. Był to jego dawny druh Skirmut ze swoim wojskiem - przybyli na pomoc. Ogromnej radości teraz nie mogli obaj pomieścić w sobie. Kiedy Skirmut obejmował ramiona przyjaciela i całował jego gorące usta, grały mu w duszy słowa z "testamentu drugiego ojca" o miodzie i trzech krążkach z uciętej brzozy. http://www.lomza.friko.pl/
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 25.02.2009

Legenda o Nettcie
Bardzo dawno temu, gdy nie było na świecie ani nas, ani naszych rodziców, dzisiejsze wschodnie obszary Polski porastał bór niezmierzony. Szybko skrzydłe orły i sokoły, szybujące wysoko na niebie, widział z góry tylko szeroko rozlane morze świerków, sosen zielonych i małe polanki zalane słońcem. Barwa drzew była tak ciemna, że prawie czarna. Nad lasem wisiało niebo, raz świetliste jak pióra kraski, innym razem zaś nachmurzone straszył swą burością.
Po niedługim jednak czasie człowiek, jako że jest to istota lubiąca tajemnice i trudności na swojej drodze spotykać zaczął powoli zakłócać spokój dziewiczej głuszy. Na polanach budowano drewniane chatynki, zakładano leśne osady, karczowano lasy.
W jednej z takich osad, zamieszkałej przez potomków pierwszych karczowników, pośród innych ludzi mieszkała stara wdowa z córką Nettą, która nie więcej niż szesnaście wiosen liczyć sobie mogła. Młódka lubił ponad wszystko zwierzęta i ptaki. Wychowała nawet małego jelonka, który za sprawą rysia przez matkę osierocony został i błąkał się bezbronny po lesie. Z biegiem czasu jelonek wyrósł i wypiękniał. Często przybiegał do leśnej chaty lub też oprowadzał młodziutką Nettę po zielonym królestwie spokoju.
Dziewczyna krasą swą i dobrym sercem cieszyła starą wdowę, która zawsze mogła liczyć na pomoc córki. To właśnie ona zaopatrywała matkę i samotne kobiety w żywność. Strzelać, bowiem z łuku i jeździć konno umiał tak, że z każdym młodzianem konkurować mogła.
Nauczył ją tego ojciec, który upragnionym synem przez matkę obdarzony nie został a umierając na zakaźną chorobę zabrał ze sobą do grobu trzy starsze córki. Najmłodsza jednak nie zawiodła jego nadziei.
Lasy otaczające chatę kryły w sobie wiele tajemnic. Nocą słychać było ciężkie posapywanie majestatycznych żubrów, ciche kroki łosi przeprowadzających przez bagna swoje małe. Czasem krzyknął puszczyk, przebiegło stado saren lub ciężko stąpał zaspany bury niedźwiedź. Na ową zwierzynę, wielce cenioną przez bogatych mężów, wyruszały całe hordy myśliwych z różnych stron kraju.
Pewnego razu w strony te zawitał król Zygmunt August ze swoją świtą. I chociaż król trofeów przeróżnych miał po wielu polowaniach niezmiernie dużo, w czasie wyprawy tej postanowił zdobyć niedźwiedzie chrapy. Zapędził się więc za niedźwiedziem. Strzał i groty włóczni miękko wbijały się w ciało osaczonego przez myśliwych drapieżnika. Rozjuszony niedźwiedź z furią zaatakował króla. Królewski koń, wystraszony nagłym natarciem, skoczył zrzucają swego jeźdźca na wydeptaną trawę. Nagle strzał wbił się boleśnie w ziejące czerwonością oko drapieżcy. Ten nie wiedząc, kto zadał mu ranę, z furią ruszył na młodego chłopaka, wychodzącego zza drzew. Młodzik włócznią zamierzył się na niedźwiedzia. Cios ten zakończył życie leśnego rozbójnika. Córka wdowy, bo ona to, przebrana za chłopca, uratowała dwór z opresji, zaprowadziła króla do swego domostwa, gdzie troskliwa matka opatrzyła ziołami jego potłuczenia. Zainteresowany życiem w puszczy król oglądał leśne gospodarstwa. Dowiedział się wówczas o dziewczęcej dobroci, odwadze, zręczności, a widząc niezwyczajną urodę Netty, zapragnął sprowadzić ją do swego zamku. Dziewczyna chciał jednak pozostać ze starą, chorą matką.
Aby odwdzięczyć się za oddane zasługi, król nazwał maleńką osadę Zygmuntowem. Rzeka płynąca niedaleko leśnej chatki została nazwana imieniem córki wdowy. Netta zaś jak dawniej biegał po lesie za srebrnorogim jeleniem. Widywała ją tam często siedząca na gałązce wilga, gdy złote słońce malowało swoimi promykami jej puszyste pióra.
Dziś - choć od dawna nie żyje ani wdowa, ani jej córka, ani żaden mieszkaniec leśnej osady - rzeka Netta płynie spokojnie przez piękną krainę i jak dawniej cieszy delikatnym pluskiem błękitnych fal uszy tych, którzy kochają przyrodę i zawarte w niej piękno.
Zaś legenda, chociaż minęły wieki, została i żyć będzie tak długo, jak długo będą szumieć potężne świerki w Puszczy Augustowskiej. http://www.dziecionline.pl/Suwalki/okolice/okolice.htm
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 25.02.2009

Historia Sanktuarium w Studzienicznej
Działo się to ponad dwa wieki temu, niedaleko Augustowa, w dawnej Puszczy Perstuńskiej, w miejscu połączenia się dwóch jezior: Białego i Studzienicznego. Na bezludnej wyspie, odwiedzanej chyba tylko przez przypadkowych myśliwych i rybaków, osiedlił się Wincenty Morawski, był pułkownik wojsk polskich, zasłużony na wielu polach bitew. Tu, w głuchej puszczy, szukał spokoju po burzach życiowych. Postanowił zamienić oręż na różaniec i usunąć się w cień. Zamieszkał w pustelni, by resztę swych dni poświęcić modlitwie.
Zrazu wiódł życie samotne, bogobojne, ciche, w kontakcie z przyrodą i Bogiem. Brodząc po puszczy, poznawał różne zioła i ich właściwości; nauczył się odróżniać rośliny trujące od kojących ból i leczących choroby. Często wypróbowywał je na sobie.
Mimo oddalenia od świata, jego pobożność zaczęła interesować mieszkających w okolicy ludzi. Tym bardziej że pustelnik miał dobre i czułe na niedolę bliźnich serce i nie skąpił potrzebującym rady, pomocy czy leków. Jeden czy drugi, wyleczony, rozgłaszał z wdzięczności sławę lekarza pustelnika. Zaczęli odwiedzać go mieszkańcy coraz dalszych okolic, a starzec nie odmawiał nikomu. W zamian ludzie znosili na jego ręce różne ofiary Bogu.
Pustelnik zawiesił na dębie przyniesiony z Rzymu obraz Matki Boskiej, który wkrótce zasłyną cudami. Obok dębu wykopał studzienkę. Woda z niej miała właściwości lecznicze; pomagała w rozmaitych cierpieniach, zwłaszcza w chorobach oczu. Od niej to jezioro nosi nazwę Studzieniczne, a założoną później wieś- Studzieniczna.
Po jakimś czasie postanowił Morawski uczynić to miejsce bardziej godnym. Z zebranych ofiar wystawiła wyspie mniejszej - jak lud mówi: na grądziku - kaplicę poświęconą Matce Boskiej. A w kilkanaście lat później dziedzic Solistówki, Stanisław Karwowski, zakupił za sto tynfów stary kościółek w Augustowie i przy pomocy wiernych przeniósł go na wyspę większą. Odtąd ludzie z całej okolicy, a nawet z dalszych stron, gromadzili się w dni świąteczne w obu świątyniach.
Pustelnika po śmierci pochowano pod wielkim ołtarzem w kościele. Za ołtarzem umieszczono jego portret. Stary dąb został ścięty przez Rosjan, a obraz przeniesiony do kaplicy. Obraz Matki Boskiej Studzienicznej nosili na swoim sztandarze powstańcy Wawra-Ramotowskiego.Tamtych świątyń dziś już nie ma. Obecne pochodzą z lat późniejszych. Ale tradycje odpustowe - głównie w Zielone Święta - oraz wiara w cudowny obraz Matki Boskiej i leczniczą moc wody ze studzienki pozostały.http://www.dziecionline.pl/Suwalki/okolice/okolice.htm
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 25.02.2009

Jak powstał Augustów
Przed kilkoma wiekami, w miejscach gdzie dzisiaj tętnią życiem miasta, rozciągała się ogromna puszcza pełna zwierzyny. Niejeden możny pan ze swoją świtą wyruszał na łowy i cicha wówczas puszcza napełniała się życiem, zgiełkiem i gwarem ludzkich głosów.
Dnia pewnego przybył na polowanie król Zygmunt August ze swoją świtą a ponieważ był zapalonym myśliwym, pogonił za zranionym zwierzęciem i zabłądził w puszczy.
Zapadał zmrok. Koń i jeździec byli już u kresu sił. Wtem zupełnie niespodziewanie natknęli się na malutką chałupkę, w której mieszkał ubogi chłop ze swoją rodziną. Króla przyjęto z iście staropolską gościnnością. Długo tej nocy płonęło łuczywo w ubogiej chacie. Gorąca strawa i mocny miód usposobił chłopa do zwierzeń, skarżył się więc na swoją niedolę i niedostatek, w jakim żyje. Król słuchał go w smutnej zadumie, a wczesnym rankiem, żegnając gościnnego człowieka, obiecał że jeszcze wróci w te strony i ulży jego niedoli.
Nie upłynęła godzina od wyjazdu możnego pana, kiedy dał się słyszeć tętent koni. Zląkł się chłop, a wybiegłszy przed chatę ujrzał jeźdźców na koniach. Na zapytanie, czy nie widział czasem zbłąkanego myśliwego, odpowiedział:
- A był tu jakiś, ino już se pojechał.
- A czy wiesz, chłopie, kogo gościłeś u siebie? Samego króla!
Chłop ze wzruszenia i strachu padł na kolana i zaczął się żegnać. Jeźdźcy tymczasem spytali o kierunek, w którym udał się król, wspięli konie i odjechali.
Długo nie mógł ochłonąć z wrażenia ubogi chłop, ale z czasem zapomniał o owym zdarzeniu. Jakież było jego zdumienie, kiedy któregoś dnia zapukano do jego skromnego mieszkania, po czym w drzwiach staną ów myśliwy, którego nazywano królem.
Od tego czasu stał się on częstym gościem ubogiej chatki, a w kilka lat później wyrosły w okolicy pierwsze domy. Tak narodziło się nowe miasto, które nazwał swoim imieniem - Augustów. .http://www.dziecionline.pl/Suwalki/okolice/okolice.htm
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 25.02.2009

Święte Miejsce
Dwa kilometry na lewo od drogi ze Szczerby do Raczek, nad jeziorem Jałowe i rzeką Rospudą, znajduje się niezwykle uroczy, a przy tym bardzo tajemniczy zakątek, zwany Świętym Miejscem. Jest to niewielka polana, okolona wzgórkami, porośniętymi sosnowo-świerkowym, wysokopiennym lasem. Z pobliskiego wzgórza wypływa źródło, którego zimna i smaczna woda ma podobno cudowną moc. Ludzie wierzą, że po obmyciu się i napiciu leczy ona różne dolegliwości, tak zewnętrzne, jak i wewnętrzne. Szczególną wagę zwracają stojące na tle majestatycznych świerków krzyże drewniane i kamienne. Jeden z nich zbity jest z bali drewnianych, w kilku miejscach nadpalony, z drobnymi monetami wetkniętymi w spękania.
Dziwna rzecz, że nikt nigdy tego miejsca nie poświęcał ani nie nadawał mu odpustów kościelnych, a mimo to jest ono święte tak z nazwy, jak i związanych z nim tradycji, zwyczajów i obrzędów, sięgających jeszcze czasów pogańskich. Zwłaszcza na świętego Jana odbywał się tu dorocznie wielki odpust z udziałem licznej rzeszy pątników, przybywających nieraz z bardzo odległych stron. W płynącym obok krzyżów strumyku obmywali się cierpiący na rozmaite choroby, pili wodę i zabierali do butelek. Kąpały się w nim także zdrowe dzieci, które zostawiały potem koszule w rzece, ażeby w przyszłości choroba ich ominęła, żeby już teraz odpłynęła z wodą. A cierpiący na bóle gardła i głowy obwiązywali chustkami krzyże w ich dolnej części; "zostawiali" - jak mówią starsi ludzie - w ten sposób chorobę.
Pod krzyżami składano ofiary w postaci darów naturalnych, a więc płótno, len, świece, wosk, miód, chleb, jaja, ser itp.; a pieniądze rzucano do skarbonki. Wszystko to zabierała później służba kościelna z pobliskiej Janówki.
Dawno, dawno, bardzo dawno temu, a może jeszcze wcześniej, tak że najstarsi nawet ludzie tego nie pamiętają, pasła jakaś staruszka krowy w pobliżu polany. Słynęła z pobożności, życzliwego dla wszystkich serca i ogromnej pracowitości. Któregoś dnia, jak zwykle, przyprowadziła krowy na swoje miejsce. Krowy się pasły, a ona zajęła się zbieraniem ziół w lesie.
Nagle spostrzegła, że wokół dzieje się coś dziwnego. Cała polana zalana został wielką niesamowitą oślepiającą jasnością, która ogarnęła bór, rzekę, łączkę i rosnący nie opodal dąb. I wówczas to objawił się staruszce święty Jan.
Wystraszona, czym prędzej przypędziła krowy do domu. O wszystkim opowiedziała swoim najbliższym. Ci zaraz udali się do miejscowego proboszcza, aby powiedzieć mu o niecodziennym zjawisku . Razem z księdzem poszli na łączkę, gdzie znaleźli figurkę świętego Jana. Uznano to za cud, a polankę nazwano Świętym Miejscem . Ze starego, pamiętającego jeszcze czasy pogańskie, obalonego podczas owej Światłości dębu zrobiono krzyż, który potem czczony był najwięcej.
Wiele lat temu, jeszcze za panowania carskiego, mieszkał w pobliskich Kuriankach leśniczy Rosjanin, któremu nie podobały się stojące na polanie krzyże. Wezwał więc swoich parobków i nakazał im, aby je pościnali i wrzucili do płynącej obok Rospudy. Gdy słudzy spełnili jego polecenie i spuścili krzyż do wody, stało się coś dziwnego. Nie popłynęły one z prądem rzeki, lecz trzymały się mocno brzegu. Wówczas rozwścieczony leśniczy rozkazał siłą odepchnąć je od brzegu. Nadaremnie jednak, bo krzyże nadal trzymały się Świętego Miejsca. Rosjanin dał za wygraną, a miejscowa ludność ustawiła krzyże na dawnych miejscach.http://www.dziecionline.pl/Suwalki/lege ... iejsce.htm
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Opowiadania



cron