1656. Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Historie zasłyszane, pamiętniki, legendy rodzinne. Z urwanych słów, z kilku strzępków opowieści, gdy się wsłuchasz wysnujesz obraz ich życia - zamglony, niewyraźny i jakiś taki bliski niezmiernie ...
* CO W DZIALE? - Opowiadania rodzinne, historie zasłyszane, fragmenty pamiętników, niepotwierdzone legendy, historie o duchach, historyjki o zwierzętach domowych, o pokojach, powozach, klombach kwiatowych w ogrodzie, figurkach itp. Wszystkie nawet drobne, beletrystyczne rodzinne zapisy z dawnych czasów. Opowiadania mogą mijać się z prawdą, być niesprawdzone, pisane stylem dowolnym.
* OPISY - Przy dłuższych opowiadaniach można na początku wprowadzić indeks osób, miejsc, lub wydarzeń.
* POMOC - Trudności proszę sygnalizować w dziale "Poradnia", na wszystkie odpowiemy, tworząc jednocześnie FAQ
* PISANIE - Bardzo prosimy umieszczać w tekście znaczniki do leksykonu, lub innych działów. np. znacznik [leks] odsyła do hasła w leksykonie. znacznik [leks=] prowadzi do hasła innego niż link (np. inna forma gramatyczna). Leksykon. Pozwoli to czytelnikom korzystać z szerzej informacji.

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 25.02.2009

O Pięknej Jegli
Królowej Szurpilskich Jezior
Nad ślicznymi jeziorami szurpilskimi, w chacie puszczańskiego bartnika, żyła kiedyś niezwykłej piękności dziewica - Jegla. Uroda jej był tak wielka, że imię Jegli znano nie tylko w rozległej krainie puszcz i jezior, ale i w najdalszych krańcach ziemi.
O wielkiej urodzie szurpilskiej dziewicy wiedzieli nawet książęta i królewicze z obcych krajów, którzy przez najprzedniejszych swatów składali jej dary i wyznawali miłość. Ale piękna Jegla nawet książęce i królewskie zaloty zbywała odmową... Wieść o wielkiej urodzie Jegli doszła także do boga jezior litewskich Żaltisa, który na dnie szurpilskiego jeziora miał swój kryształowy pałac. Przemieniony w pięknego węża, wypełznął Żaltis pewnego dnia na brzeg jeziora i zobaczył Jeglę kąpiącą się u brzegu.
Od tej chwili nie mógł już zaznać spokoju ni pocieszenia. Wszystkie powaby życia i uroki krain podwodnych straciły dla niego blask. Na nic mu były najbardziej dorodne nimfy, ondyny i rusałki, na nic cudne pałce ze złota i kryształów. Gdy czar urody dziewiczej padł na jego serce, o niczym innym myśleć nie potrafił.
Wreszcie zdecydował się posłać do chaty bartnika co najelokwentniejszych swatów.
- Idźcie i opowiedzcie jej, że jestem piękny i potężny, opowiedzcie o zaczarowanych podwodnych krainach i mej bezgranicznej miłości...
Swaci wypełnili zadanie jak najlepiej. W najwymowniejszych słowach odmalowali pięknej dziewczynie moc i urodę swego pana, a przede wszystkim jego wielką ku niej miłość . Z bijącym sercem słuchała Jegla tych wyznań i rozważała je długo.
- Dobrze - powiedział wreszcie. - Chcę się spotkać z Żaltisem nad brzegiem jeziora.
Kiedy nadeszła chwila, w której wybrańcy serca spojrzeli sobie w oczy - zrozumieli, że należą do siebie na wieki. Bóg Żaltis tchną w duszę Jegli nieśmiertelność i przemienił ją tak, iżby mogła przebywać w wodnym świecie.
Życie w kryształowych pałacach, na dnie najpiękniejszych jezior, płynęło jak złoty sen. Ukochany boski małżonek w lot spełniał wszystkie pragnienia i marzenia Jegli, prócz jednego tylko: chęci odwiedzenia domu lat dziecinnych , rodziny pozostawionej tam, w nadwodnej krainie...
A tęsknota była tak wielka, że Jegli nie radowały już ani cudne krainy podwodne, pełne dziwów i czarów, uroczych nimf, rusałek i ondyn, ani nawet miłość pięknego Żaltisa.
- Pozwól mi wypłynąć na ziemię - prosiła. - Na chwilę tylko. Zobaczę ojca, matkę, dom. Wrócę...
- A więc dobrze - zgodził się wielkoduszny Żaltis. - Tylko nie zabaw tam zbyt długo, bo ja tu będę umierał z tęsknoty.
Czule pożegnał małżonkę i troje najmilszych dzieci, które pozwolił jej zabrać z sobą. Umówili się że na spotkanie powrotne wyjdzie na brzeg jeziora, wywołany specjalnym hasłem z podwodnego pałacu. Gdy Jegla znalazła się na brzegu jeziora, ogarną ją drogi sercu urok puszczy, ślicznie rozkwieconych łąk, kołyszących się w słońcu trzcin. Zobaczyła swoją chatkę rodzinną i spiesznie weszła do niej. Niestety, nie zastała już ani rodziców, ani ukochanych sióstr. Samotne życie wiedli w niej tylko dwaj bracia. Poznali siostrę i uradowali się jej powrotem, potrzebowali bowiem ręki kobiecej do dom owego gospodarstwa...
Nie żałowała Jegla trudu, aby zaniedbaną od lat chatę na ludzkie mieszkanie przemienić i umilić braciom wspólnie spędzane dni. Jednak przecież do męża wrócić pora. Wyznaczyła Jegla dzień powrotu, ale bracia ani słyszeć o tym nie chcieli.
- Zostań z nami! - namawiali. - Porzuć to podwodne życie i twego rybiego małżonka. Któż nam, jak nie ty, winien prowadzić dom i gospodarstwo?
Widząc, że wszelkie namowy nie odnoszą skutku, umyślili źli bracia okrutny podstęp: wywabią z jeziora Żaltisa, zamordują go i wówczas Jegla zmuszona będzie pozostać. Zbrodniczy pomysł wydawał się prosty. Ale jakże tu wywołać Żaltisa bez owego tajemnego hasła, na którego dźwięk ma się na brzegu pojawić? Prośbą i groźbą usiłowali wymusić hasło od siostry. Daremnie jednak. Wtedy w okrutnych sercach zrodziła się myśl, że łatwiej je będzie wydobyć z ust dzieci. Krzykiem, groźbą a nawet biciem sterroryzowali najmłodsze dziecko - dziewczynkę która podał im tajemne hasło. Teraz już zbrodniczy plan wykonają łatwo! Uzbrojeni w siekiery i widły, udali się okrutni bracia na brzeg jeziora i podali trzykrotnie umówiony znak. Ledwie wyrzekli słowa, z toni jeziornej wypłyną wspaniały wąż, ze złotą koroną na głowie.
- Aha, to bóg Żaltis! - zawołali i rzuciwszy się nań zarąbali go, a poćwiartowane ciało wrzucili do głębokiego dołu.
Zdawało się ślepym niegodziwcom, że o zbrodni ich nikt się nie dowie. Ale przecież patrzył na nią sam wielki Perkunas. Zaledwie posiekane szczątki Żaltisa stoczyły się na dno jamy, rozległ się w powietrzu do gromu podobny głos:
- Przeklinam was, okrutnicy, za niewinnie przelaną krew! Żeście mieli serca podobne do zimnych głazów, w dwa zimne głazy zamieniam was na wieki.
Był to głos wielkiego boga nad bogami - Perkunasa. W tej samej chwili zbliżyła się do brzegu Jegla z trojgiem dzieci. Stanąwszy na miejscu i ujrzawszy strugi krwi, przeraziła się. Daremnie wywoływała najukochańsze imię. Odpowiedzią było tylko dalekie echo i smutny plusk fal...
Domyśliła się zbrodni i łzy popłynęły z pięknych oczu. Nie ma już teraz dla niej miejsca na świecie. Nie chce już więcej żyć wśród złych ludzi, a do podwodnego królestwa dostęp zamknięty. Rozpacz rozdziera serce biednej Jegli. Ale ból jej widzi dobry Perkunas i tknięty współczuciem zamienia ją w piękny, smukły świerk. Dzieci zaś w inne drzewa: starszego syna w dąb, młodszego w jesion, a najmłodszą córeczkę - w wiecznie drżącą osikę.
Rosną te piękne drzewa do dziś i każdy je może nad szurpilskimi jeziorami obejrzeć Wielki głaz, w który zamieniony został okrutniejszy z braci, skrył się w gęstwinę grabów, aby go nie oglądały ludzkie oczy. Obok niego leży głaz mniejszy. To drugi brat Jegli, również srogo przez boga Perkunasa ukarany.http://www.dziecionline.pl/Suwalki/
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 25.02.2009

Powstanie Suwałk
Było to dawno, dawno, może trzysta, może czterysta, a może i więcej lat temu. Przez bagnisty gąszcz Puszczy Sudowskiej przedzierała się garstka nikomu nie znanych ludzi. Dniem polowali na zwierza lub zapuszczali sieci w jeziora i potoki w pogoni za żywnością, nocą na suchym wzniesieniu rozpalali ognisko, sporządzali pieczyste i czekali do rana, drzemiąc i czuwając na przemian. Może jako przestępcy przeciwko litewskiej władzy książęcej nadsłuchiwali przezornie, czy ucho ich nie usłyszy dalekich głosów pogoni? Może skazani na banicję ciągnęli bliżej puszcz mazowieckich, o których tyle słyszeli od giedymiowskich, może witoldowych rycerzy?
Dajmy wszakże spokój domysłom. Dość, że gromadka znużonych wędrowców, włóczęgów - zwanych po litewsku suwiłkaj - doszła do Czarnej Hańczy, zbadała okolicę i tu postanowiła zatrzymać się na zawsze. Kto wie, może nie milknące echo trojdenowskiego gana cze przykuło ich do miejsca, którym dobroduszny, a posępny drwal litewski umiał się zachwycić. Z hukiem padły pierwsze pnie drzewa budulcowego. Krzykiem sygnalizującym niebezpieczeństwo odpowiadało ptactwo błotne i lądowe. A ludzie rąbali zapamiętale. Wkrótce pierwsze prymitywne domki na kształt szałasów wynurzyły się jakby spod ziem i nad łagodnym brzegiem Czarnej Hańczy. W ten sposób suwiłkaj dali początek nowej osadzie, która od litewskiego brzmienia włóczęgów otrzymała nazwę Suwałk.
Po kilku wiekach, gdy już na wyspie wigierskiej mocno usadowili się kameduli, gdy zbudowali erem i doszli do wielkiej zamożności, postanowili założyć w swych odległych dobrach miasto. Ich wybór padł na niewielką wieś Suwałki. I tak stosownym dokumentem z 1715 roku, podpisanym przez przeora ojca Ildefonsa, z dotychczasowej wioski uczyniono miasto, nadając mu ziemię przywileje, prawa i obowiązki.http://www.dziecionline.pl/Suwalki/lege ... suwalk.htm
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 25.02.2009

Legenda o cudownym źródle.
Dawno, dawno temu, kiedy ziemie Suwalszczyzny porastały jeszcze gęste puszcze, istniało osiedle myśliwych. Byli to ludzie biedni, nie posiadający nic prócz tego, co zdobyli własną pracą. Ich domy były drewnianymi szałasami, w których chronili się latem od gorących promieni słońca, a zimą od mroźnych, świszczących wiatrów.
Wśród zgodnych myśliwych była rodzina szczególnie biedna i nieszczęśliwa. Ciążyła na ich rodzinie klątwa, którą z pokolenia na pokolenie zmazywać miała śmierć najstarszego syna. W tej rodzinie najstarszy syn żył jeszcze, ale nie chodził jak inni młodzieńcy do lasu na polowania, nie przesiadywał w łodzi łowiąc ryby. Chodził ciągle smutny i samotny. Matka jego czekała ciągle, kiedy umrze. Chociaż żal jej było syna, to większa żałość ściskała jej serce, gdy patrzyła, jak cierpi na nieznaną dolegliwość.
Pewnego razu na osiedlu zjawił się dziad pustelnik, który mieszkając w ostępach, znał tajemnice życia, nie znane nikomu innemu. Starzec, kiedy ujrzał smutnego młodzieńca, przypomniał sobie młode lata i żal tak wielki ogarnął jego serce za straconą młodością, że zaczął płakać, a łzy spadające na ziemię tworzyły coraz większe zagłębienie. Starzec jeszcze raz podniósł wzrok na młodzieńca, i rzekł mu, aby napił się wody ze Zdroju Przeszłości. Młodzieniec nie wiedział, gdzie jest taki zdrój, ale starzec zapewnił go, że serce samo mu go pokaże. Po tych słowach odszedł biedny dziad, nie wziąwszy nawet jałmużny. Nazajutrz, kiedy młodzieniec rankiem wyszedł z domu, ujrzał strumień i źródełko bijące opodal jego chaty. Pewien już był wtedy, że jest to cudowne Źródło Przeszłości, wskrzeszone łzami starca. Jeden łyk wody przywrócił chłopcu zdrowie i od tego czasu w rodzinie biednego myśliwego zapanowały szczęście i dostatek.
Ludzie, którzy byli świadkami cudownego uzdrowienia, nazwali osadę Studzieniczną od studni, którą młodzieniec wybudował na źródełku.
Źródło: Irena Prostko - Legendy z "Opowieści i pieśni znad Jegrzni"
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 25.02.2009

Kamienna córka
W lesie koło Jałowa, przy głównej drodze, leży duży pokryty mchem głaz. Nikt nie pamięta od kiedy tam leży, znana jest tylko tragiczna historia jego pochodzenia.
Dawno, dawno temu, nad jeziorem Pobondzie, stała drewniana chatka. Mieszkała w niej uboga wdowa z córeczką Elgą. Wdowa cały dzień ciężko pracowała u bogatych gospodarzy jako wyrobnica. Zbierała także jagody i grzyby w lesie. A wszystko po to, aby córce nic nie brakowało do życia.
Elga od najmłodszych lat była najładniej ubrana wśród rówieśniczek, jadła same najlepsze rzeczy. Matka niczego jej nie żałowała. Niestety wdzięczność córki z miłością matczyną nie szła w parze. Wręcz z każdym dniem Elga stawała się gorsza, opryskliwsza i bardziej leniwa. Żądała tylko coraz to nowych strojów i całymi godzinami przeglądała w toni jeziora, podziwiając swą urodę. Matka nie raz, choć na próżno, prosiła swą córkę o pomoc w pracy. Wyrodnej córki nic nie wzruszało - ani łzy ani upomnienia życzliwych sąsiadów. Elga ubierała się coraz strojniej i bawiła całymi nocami i dniami.
Przyszedł w końcu dzień kiedy chora, spracowana matka nie miała już siły podnieść się z łóżka. Prosiła córkę o pomoc, o podanie chociaż szklanki wody. Eldze obca była miłość i litość. Pozostawiła matkę samą sobie i poszła do lasu pleść wianki i stroić nimi głowę. Umierająca matka na próżno wołała imię córki...
Na polanie, gdzie Elga zbierała kwiaty, pojawił się siwobrody starzec. Oparł się na sękatym kiju i dłuższy czas przyglądał dziewczynie.
- Dlaczego nie zostałaś przy umierającej matce? - zapytał w pewnym momencie.
Elga tylko się roześmiała i zamrugała do niego figlarnie. Starzec się rozgniewał, aż echo poniosło po lesie jego głos:
- Elgo, matka nie żałowała dla ciebie swojego trudu. Bądź wiec przeklęta za twą niewdzięczność i brak miłości. Zamieniam cię w zimny głaz - taki, jakie było twoje serce. Będziesz kamieniem tak długo, aż woda wyżłobi na nim bruzdy, jakie łzy rozpaczy wyrzeźbiły na twarzy twej matki. Dopiero wówczas będziesz wolna.
I w jednej chwili postać śmiejącej się dziewczyny przemieniła się w zimny kamień, który po dziś dzień leży przy wspomnianej drodze...
http://forum.prusai.eu/
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 25.02.2009

Wizerunek Zbawiciela w trybunale lubelskim
W sali sądowej w Lublinie stał krzyż kamienny z wizerunkiem Zbawiciela, a nad nim był napis wielkimi złotymi literami: "Justitias vestras judicabo". Osobliwość tego wizerunku ta była, iż Chrystus Pan miał twarz odwróconą i rysów jej nie można było widzieć; jednakże snycerz nie był go tak wystawił, ale pewien wypadek stał się przyczyną tej zmiany:
Była wdowa szczupłego miana uciśniona procederem przez jakiegoś magnata. Jej sprawa była jak bursztyn czysta, ale magnat zobowiązawszy wszystkich członków trybunału zyskał dekret wbrew prawu i sumieniu. Gdy go ogłoszono, nieszczęśliwa wdowa wyrzekła na cały głos w izbie: — Żeby mię sądzili diabli, sprawiedliwszy byłby dekret. A że sumienie kłuło nieco deputatów, na roki jej nie pozwano i wszyscy udali, jakoby jej nie słyszeli, z czym się odezwała; i że to było pod koniec sesji, porozjeżdżali się marszałek i deputaci, tak duchowni, jako i świeccy; została się tylko kancelaria i pisarze trybunalscy. Aż tu zajeżdża przed trybunał mnóstwo karet, wysiadają jacyś panowie, jedni w kontuszach, drudzy w rokietach, z rogami na głowie i ogonami, które się spod sukien dobywały. I zaczynają iść po schodach, a przyszedłszy do sali trybunalskiej zajmują krzesła, jeden marszałka, drugi prezydenta, inni deputatów. Pomiarkowali się pisarze i kancelaria, że to byli diabli, i w wielkim strachu przy stołach swoich siedząc czekali, co z tego będzie. Wtem diabeł, co marszałkował, kazał wprowadzić sprawę tejże wdowy. Przystąpiło do kratek dwóch diabłów jurystów: jeden pro, drugi contra stawał, ale z dziwnym dowcipem i z wielką praw naszych znajomością. Po krótkim ustępie diabeł marszałek przy- wołał pisarza województwa wołyńskiego (bo ten interes był z Wołynia), ale prawdziwego pisarza, nie diabła, i kazał mu siąść za stołem i wziąć pióro. Zbliżył się pisarz wpół umarły z bojaźni i przymrużając oczy zaczął dekret pisać, jaki mu dyktowano. Dekret był zupełnie na stronę uciśnionej wdowy, a Pan Jezus na taką zgrozę, że diabli byli sprawiedliwsi niż trybunał przenajświętszą krwią Jego wykupiony i w którym tylu kapłanów zasiadało, zasmuconą twarz odwrócił i oblicza swego nie pokaże (jako miał o tym objawienie świątobliwy jeden bazylian lubelski), aż naród się pozbędzie zaprzedajności w sądach, łakomstwa w księżach i pijaństwa w szlachcie. Ów dekret diabli podpisali, a zamiast podpisów były wypalone łapki różnego kształtu i położywszy go na kobiercu, który pokrył stół trybunalski, zniknęli. Następnej sesji trybunał znalazł diabelski dekret, gdzie był położony; bo rozumie się, że nikt z kancelarii ruszyć go nie śmiał. Złożono go na wieczną pamięć w archiwach.

Lucjan Siemieński
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 25.02.2009

Brzezicki
Brzezicki z Lublina, był on straszny hulaka, pił gorzałkę z każdym, z kim się spotkał. Nigdy się nie wychmielił, nie wiedział, kiedy noc, kiedy dzień, nie zmieniał nawet bielizny i w jednej tylko opończy hulał po ulicy chodząc.
Razu jednego przyszli do niego diabli. Spał on jak zwyczajnie w sali; tamże był jakiś Rzepnicki jego krewny, który służył w chorągwi na swoim koniu, i sługa. Ostatni jako młody chłopczyk spał tęgo i nie wszystko słyszał, tylko koniec, a Rzepnicki z uwagi nic nie stracił i zgodnie z Brzezickim opowiadał rzecz następną:
O samej północy słyszą oni obadwa, jakoby wóz jechał na ulicy, podjeżdża pod dom. Wchodzi ktoś po wschodach prosto do sali i zatrzymuje się przy łóżku Brzezickiego. W wozie były cztery konie, ktoś z niego złazi i mówi do naszego hulaki:
— Przysłany jestem po ciebie, siadaj.
— Nie, diable — odpowiada przebiegły Brzezicki, nie tracąc męstwa — ja nie jeżdżę czwórką.
— Otóż masz i sześć koni. Patrzaj! Aż tu istotnie w wozie sześć koni przedziwnych. Chcąc z biedy się wyplątać, Brzezicki znów odpowiada:
— Powóz brzydki, nie masz azjatyckich dywanów. I wszystko było za machnięciem chustki od diabła. Tu już nie miał czym się wymówić. Diabeł nalega koniecznie, a on nie chce. Tymczasem przywięzuje do nóg łóżka postronek i ciągnie je razem z Brzezickim. Przestrach go opanował, krzyczy z całej mocy: — Chłopcze! Chłopcze! A w głowie chłopca ktoś stoi w bieli, nie puszcza go i mówi:
— Rzuć tego człowieka, on do piekła jedzie.
— Jakie ty życie prowadzisz? — mówił diabeł do Brzezickiego — patrzą j, oto są wszystkie twoje grzechy od samego urodzenia; oto wszystkie twoje ulubione zabawy. Teraz na sługę swego wołasz, a wczoraj czyż nie za toś go bił, że poszedł na nieszpory?
Tak przypomniawszy mu wszystkie jego nieprawości, bierze z powozu wędzonego karpia i dając Brzezickiemu mówi: — Jedz z swymi pułkownikami (to jest: z Poniatowskim, Umichowskim i Kresą). Ci ichmościowie, Bóg wie, jakiej wiary byli, każdy swoją miał. Tymczasem kur zapiał i wszystko zniknęło. Nasz junak ni żywy, ni martwy dnia się doczekał i jak tylko rozedniało, poszedł do księży bernardynów i nie wychodził z klasztoru dwa tygodnie: spowiadał się, przyjął komuniją — i wszystko było próżno. Dokąd się uda, zawsze mu diabeł przed oczyma w rozmaitych postaciach, to psem się przerzuci, to kotem. Nigdzie nie miał pokoju. Egzorcyzmy czytali nad nim kapłani i zarzekał się pić wódkę, nic nie pomagało; na koniec zaledwie upamiętał się w pół roku.
Lucjan Siemieński
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 25.02.2009

Pierścień orlicy
z okolic Mikołajek
Siedzi na przyzbie chaty matka, w oczach jej blask ciepły migoce, gdy patrzy na syna, na jego smagłe, silne ramiona, połyskujące w słońcu, gdy unosi siekierę do góry i mocno uderzy nią w gruby pień drzewa. Szczapy lecą na boki, stos drew coraz większy.
- Matko - woła donośnie syn - matko, nie martwcie się, na całą zimę drew wam wystarczy, choćby i mnie czasem w domu nie było!
Dzielny jest Mikołaj, jak orzeł młody taki mocny i odważny. Jak topola wyrósł smukły, a mocny jak niedźwiedź w borze. Niestraszna mu ni burza na jeziorze, ni dziki zwierz. Łzy wzruszenia po twarzy zmarszczonej płyną, nie ociera ich stara matka, bo nie gorzkie to łzy, lecz tęcza w nich szczęściem rozbłyska.
Syn siekierę w pień wbił, przy matce siada.
- Matko, jutro do boru idę, na Niedźwiedzią Polanę. Barcie już pełne miodu, pszczoły nie próżnowały, lato piękne tego roku. Miodu ci, matko, przyniosę.
Nazajutrz ruszył Mikołaj w drogę. Do Niedźwiedziej Polany nie było blisko. Szedł najpierw brzegiem jeziora, połyskiwało w słońcu jak srebrna łuska ryby. W szuwarach słychać było trzepot skrzydeł, krzyk łysek i kurek wodnych. Błękitne ważki unosiły się nad sitowiem.
"Nie ma na świecie drugiego takiego jeziora" - myślał Mikołaj. "Hej, piękne te nasze Śniardwy jak żadne! I ogromne - w pochmurne dni brzegu drugiego nie dojrzeć".
Doszedł do jarzębiny; obok w szuwarach lekko kołysała się łódź rybacka.
Odwiązał łódź od pala, mocno wiosłem odepchnął i popłynął. Równo, miarowo uderzały wiosła o srebrzystą wodę, płynął do przeciwległego brzegu, a różne myśli przewijały się przez głowę. Gdyby tak kiedy z niedźwiedziem oko w oko stanąć albo orła bielika napotkać!
Gdy do drugiego brzegu jeziora dopłynął, powitał go szum starego boru, brzęk pszczół leśnych, zapach kwiatów i leśnej żywicy. Paproć dawała wilgoć i chłód - jakby wachlarze zielone rozpościerały się nad ziemią. Znalazł się na Niedźwiedziej Polanie. Tu nad drzewami słychać było brzęczenie tysiąca ruchliwych leśnych pszczół.
Rozpalił spróchniałe kawałki drewna, aby okurzyć małe pracowite mieszkanki największej dziupli. Dzban gliniany do miodu i nóż przygotował, kiedy nagle usłyszał jęk, a potem mocny ostry krzyk ptaka.
Serce mu zabiło. Nie mylił się! Gdzieś niedaleko krzyczał orzeł bielik, to jego mocne, niecierpliwe krakanie!
Przez gąszcza podszycia leśnego przedzierał się niecierpliwie w stronę, skąd dochodził głos. Z daleka ujrzał ogromnego ptaka leżącego na ziemi. Potężne skrzydła spoczywały bezwładnie rozpięte na igliwiu. Podszedł blisko. Przed nim leżał król ptaków orzeł bielik, orzeł, którego niełatwo spotkać w kniei. Głowa bezwładnie opadła na bok. Nagle rozległo się głośne, rozpaczliwe krakanie.
Spojrzał w górę, nad nim krążyła ogromna orlica. Widział połyskujące w słońcu jej piękne jasnoszare pióra. Orlica zniżyła lot. Odezwała się ludzkim głosem:
- Pomóż nam, człowieku. Widzisz tę sosnę wysoką jak maszt? Orzeł ma skrzydła złamane, a na wierzchu sosny jest gniazdo. Opatrz rany orła i zanieś go do jego gniazda.
Mikołaj ochłonął ze zdumienia. Zdjął koszulę, podarł ją na strzępy, obandażował skrzydła orła. Orzeł leżał dysząc ciężko. Mikołaj owiązał go sznurem, który miał w torbie, i z trudem włożył swój ciężar na plecy. Orzeł krakał ochryple. A tu tymczasem wiatr zawodził w gąszczu drzew, zaczął padać deszcz. Jak z ciężkim ptakiem wspiąć się na wysoką sosnę? Wiatr szarpał bezkarnie nagie ramiona Mikołaja, deszcz smagał ostrymi igiełkami. Pień drzewa był śliski. Ale Mikołaj wyrósł wśród surowej przyrody. Piął się ku górze po mokrym pniu drzewa. Ciężki, bezwładny król ptaków zwisał mu przez plecy.
Orlica niespokojnie krążyła nad nim. Pot i deszcz zalewały oczy i twarz Mikołaja, wicher ostrymi gałęziami bił po ramionach. Wreszcie dotarł do wierzchołka drzewa i ciężar swój złożył w dużym, mocnym gnieździe. Odetchnął.
Orlica usiadła na gałęzi obok gniazda.
- Dziękuję ci, człowieku, za pomoc. Weź ode mnie ten pierścień. Z żelaza jest, nie ze złota, ale moc jego trwalsza niż złoto i żelazo.
Trzy razy tylko możesz tej mocy użyć w dobrej sprawie. Pierścień ten tylko dobremu człowiekowi służyć może, a ty na niego zasługujesz. Niech przyniesie ci szczęście i radość.
- Niechże będzie - rzekł Mikołaj. - Największa to jednak uciecha, żem orła bielika tak z bliska ujrzał, a radość, żem wam dopomógł.
Żegnajcie!
Powrót do domu był trudny. Burza rozszalała się na dobre, jezioro huczało, ogromne fale zakrywały łódź. Niebo raz po raz przecinały błyskawice. Czuł się bezradny w walce z żywiołem. Łódź raz unosiła się wysoko na grzbietach fal, to znów nagle spadała jakby w wielką przepaść miedzy fale. Ale powoli burza zaczęła się uciszać i Mikołaj znalazł się wreszcie na lądzie.
Zabłysło słońce. Mikołaj ruszył w stronę wsi. I nagle z daleka ujrzał ogromny słup dymu i ognia: jeden, drugi, trzeci... To jego wieś się paliła. Rzucił się jak oszalały, biegł bez tchu. Słychać już krzyki, płacz. Skoczył Mikołaj jak żbik między ogień. Nie zważając na płomienie i walące się belki wyniósł z ognia dwoje dzieci. Znów skoczył w ogień. Ludzie z przerażeniem patrzyli, jak nikł im z oczu i znów wyrastał. W blasku ognia połyskiwały tylko jego potężne nagie ramiona.
Wieś jednak spaliła się doszczętnie. Spłonął i dom Mikołaja, ale on nawet o swoim nie myślał. Tak serce ściskało mu się na płacz dzieci i ludzką rozpacz.
Robił, co mógł, ale miał tylko dwie ręce. Spojrzał na ręce i nagle drgnął. Zapomniał zupełnie o darze orlicy. Na serdecznym palcu połyskiwał żelazny pierścień. Czy mógł znaleźć w nim radę?
- Orlico, w imię twoje, dopomóż mojej wsi! - wyszeptał.
Zerwał się wicher, ciemność zaległa świat. A gdy wyjrzało słońce, wieś stała znów jak dawniej, tylko piękniejsza i dostojniejsza. Znów w ogródkach kwitły złote nagietki, wysmukłe malwy. Chata jego stała jak dawniej wśród starych jabłoni, tylko nowa strzecha połyskiwała jak szczere złoto. Spostrzegł matkę na progu chaty.
- Synu - wołała - synu, co to było? Ten ogień, ten jęk? Czy to zły sen? I co to się teraz stało? Nie sen to, bo do tej chwili serce mi bije - z trwogi o wszystkich, a najbardziej o ciebie. Tak dzielnie walczyłeś z ogniem.
- Nie czyniłem nic, prócz tego co wszyscy. Zwyczajnie.
- Synu, a to co widzę teraz? Przecież znów stoi wieś i ludzie ze zdumienia przemówić nie mogą.
Usiadł Mikołaj koło matki i opowiedział jej wszystko, co się jemu wydarzyło.
- Pierścień orlicy to uczynił, matko. Tylko trzy razy mogę użyć jego mocy. Ale nikt o tym nie wie.
Mijał czas. Życie toczyło się we wsi zwykłym trybem, jezioro dawało ryby, pole zboże, las pełne wory orzechów, kosze grzybów i jagód.
Znów echo niosło w ogrody i łąki melodie starych pieśni.
Minęło kilka lat. Mikołaj jeździł na połowy, ryby wędził, woził do miasta na kiermasz. W czasie tych podróży wiele widział i wiele się uczył. Ale nigdzie nie wydawało mu się piękniej niż nad jego jeziorem. Pewnego razu, gdy wracał z dalszej podróży, na horyzoncie ujrzał dym. Wiatr z daleka przynosił jakby jęki ludzkie i szczęk oręża. To wróg napadł na cichy jego kraj. Straszne słowo "wojna" zmroziło mu serce.
Ludzie rzucali domostwa, dobytek, ciągnęli w stronę grodu. Gród przygotowywał się do obrony, spiesznie zniesiono olbrzymie kamienie, drewniane belki. Wróg był tuż tuż. Nie wszyscy zdążyli schronić się za mury. Mikołaj przedzierał się przez lasy sobie tylko znanymi dróżkami i widział kobiety, dzieci powiązane sznurami. Pędzono je w niewole. Wsie paliły się, dymy pożarów snuły się po polach. Pierścień orlicy! Czy pomoże mu? Użyje jego mocy po raz drugi.
- Orlico, w imię twoje, niech wróg zostanie pobity! Pomóż, orlico, jeńców ocalić i wrócić pokój na nasze jeziora.
Spełnił pierścień orlicy prośbę Mikołaja. Pobito wroga, odebrano jeńców. Zapanowała znów cisza nad mazurską ziemią.
Mikołaj wrócił do swej rodzinnej wsi, do swej matki. Ona jedna wiedziała, że stało się to za mocą pierścienia orlicy i szlachetnego serca Mikołaja.
Znów płynęło życie spokojne i pracowite.
- Synku - mówi raz matka, gdy wrócił do domu z jeziora. - Przysłano po ciebie z grodu. Mówią, że tak umiesz ryby wędzić, że w smaku żadne im nierówne. Pan kazał ci przynieść ryby.
- Mogę mu zanieść, niech tam kosztuje.
Mikołaj przygotował wielki kosz najwspanialszych ryb. Ruszył z nimi do grodu. Pan przyjął go łaskawie, dał mu pieniądz złoty, i kazał częściej z towarem przychodzić. Wracał Mikołaj pogwizdując, schodził z górki lekko z pustym koszem, gdy nagle ujrzał dziewczynę.
Mała i chuda niosła na nosidłach dwa ogromne wiadra wody.
Podszedł bliżej i zobaczył twarz tak brzydką, że aż zadrżał. Dziewczyna spojrzała na jego smutno, chciała usunąć się z drogi i zachwiała się. Widać była bardzo zmęczona.
- Daj, pomogę ci - rzekł Mikołaj.
- Pomożecie? Ale nie, dziękuję za waszą dobroć. Ludzie śmiać się z was będą, że takiej brzyduli pomagacie.
Mikołaj w milczeniu wziął wiadra od dziewczyny i zaniósł pod sam gród. Tu dziewczyna zatrzymała go.
- Nie nieście dalej, nie trzeba, aby ojciec ujrzał, że mi ktoś pomaga. Mówi, że swoją brzydotą przynoszę mu wstyd. Dlatego daje mi najcięższą pracę.
Zapłakała cichutko i uniosła swój ciężar z wysiłkiem.
Odtąd często Mikołaj przynosił wędzone ryby do grodu. Potem czekał na dziewczynę u stóp wzgórza, aby pomóc jej zanieść wodę z jeziora.
Pewnego razu spotkał dziewczynę tak pobitą i posiniaczoną, że serce w nim zadrżało. Siedziała w przydrożnym rowie i ocierała zakrwawione nogi listkami babki i podbiału.
- Co ci się stało? - zapytał.
- Dzieci obrzuciły mnie kamieniami - zapłakała. - Tyle ludzi cieszy się słońcem, a dla mnie ono nie świeci. Kocham swego ojca, ale moja brzydota budzi w nim wstręt. Psy nawet wyją na mój widok. Tylko ty jeden...
Zapłakała rzewnie.
Ze smutkiem tak wielkim patrzyła na niego, że usiadł obok dziewczyny.
- Jak ci na imię?
- Dziewanna - choć niczym dziewanny nie przypominam.
- Słuchaj, Dziewanno, gdy wrócisz do ojca, podejdź do niego blisko.
- Uderzy mnie.
- Nie bój się. Podejdź i patrz mu w oczy. Uwierz mi.
- Jeśli mi każesz, uczynię to, choć bardzo się boję.
Kiedy zaniósł dziewczynie wodę, czekał ukryty za drzewami, aż zniknie mu z oczu. Wtedy dotknął żelaznego pierścienia.
- W imię twoje, orlico, niech pierścień spełni to, czego żądam. Niech Dziewanna stanie się piękna i szczęśliwa.
- Ostatnie to życzenie, które może ci się spełnić - rozległ się nagle głos. - Czy dla siebie nic nie pragniesz w życiu? Nie pragniesz skarbów, złota, dostatków? Nie chcesz władzy?
To był głos orlicy. - Gdzie ona była? Wokół ani szelestu skrzydeł, ani żadnego nawet cienia. Czy to pierścień przemówił?
- Nie pragnę niczego, jedynie tego, o co proszę. Niczym nie cieszyłbym się, gdybym wiedział, że mogłem ocalić tę biedną, dobrą dziewczynę i nie uczyniłem tego, bo myślałem tylko o sobie. Spełń moją prośbę, pierścieniu, w imię orlicy proszę cię.
- Dobrze. Spełni ci się twoje życzenie, szlachetny człowieku.
Mikołaj poczuł się lekko, jakby mu ktoś skrzydła przypiął do ramion. Pierścień nie miał już mocy, ale on w sercu dziwną czuł moc i radość.
Minęło dni niewiele, kiedy przysłano po niego z grodu. Nałowił kosz pięknych ryb i poszedł. "Nie spotkam już teraz Dziewanny" pomyślał. Kiedy wszedł na dziedziniec, w oknie ujrzał piękną dziewczynę. Skinęła ku niemu ręką i uśmiechnęła się radośnie. Kto to może być? Zobaczył ją za chwilę z bliska. Była olśniewająco piękna.
- To ja, to ja Dziewanna... Mój przyjacielu, stało się coś, o czym nie umiem opowiedzieć. Czy mnie nie poznajesz? To ja, dawna brzydula. Uśmiechnij się do mnie, proszę.
- Cóż to, z rybakiem prostym wdajesz się w rozmowy - zagrzmiał nad nimi głos.
To pan grodu stał nad nimi - wyniosły i srogi.
- Ojcze, kto był dobry dla biednej brzydkiej dziewczyny, ten na zawsze zostanie jej ukochanym przyjacielem. Wierzę, że dzięki niemu stała się tak wielka odmiana.
Niedługo potem odbyło się huczne wesele rybaka Mikołaja z Dziewanną. Bolał srodze w swej dumie pan grodziska, że córkę zwykłemu rybakowi za żonę dać musi, ale jakaś moc czuwała nad nimi i nie zdołał się jej sprzeciwić.
Stara baśń mówi, że gdy Mikołaj i Dziewanna jechali do ślubu, para potężnych orłów krążyła nad ich głowami.
Żyli młodzi podobno długo i szczęśliwie, kochani i szanowani przez ludzi. I podobno Mikołajki noszą nazwę na pamiątkę szlachetnego rybaka Mikołaja, który mocy pierścienia użył dla dobra innych.
Źródło: Legendy województw: białostockiego, łomżyńskiego, suwalskiego, zebrała: Walentyna Niewińska, Białystok 1995
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 25.02.2009

Dusza towarzysza chorągwi Radziwiłłowskiej
Albrecht Radziwiłł, mąż wielce pobożny, wysłał był swoją chorągiew do obozu przeciw nieprzyjaciołom ojczyzny; ta, mężnie się ucierając, w pień była wycięta. Nie wiedział jeszcze o tym książę Albrecht, aż gdy się modli niedaleko kominka, stawa przy nim jeden z pobitych towarzyszy, a nie śmiejąc mu przeszkadzać do modlitwy, drewka tylko na ogień przykładał. Obejrzy się książę i poznawszy go pyta, co by tu robił? Odpowiedział on: — Żeśmy wszyscy na placu legli, to nasze szczęście, że wszyscy do nieba należymy; atoli jeszcze sprawiedliwości boskiej wypłacić się musimy; ty, byłeś chciał, możesz nam dać pomoc: będziesz zaś miał ten znak pewny, że potrzebujemy jeszcze twego ratunku, gdy zapuściwszy sieć w staw pobliższy pałacowi, tak lgnąć będzie, że aż z trudnością wyciągną — i zniknął.
Wylał się zatem na dobre uczynki Albrecht za ich dusze, osobliwie na msze i jałmużny, i gdy w staw zapuścić kazał niewód, a więznął; znowu i po drugi raz czynił za nich dobrze; dopiero za trzecią rażą, gdy sieć wolno przeszła, zrozumiał, że i oni prze- szli na wolność synów boskich.
Lucjan Siemieński
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 24.03.2009

Wiry Wigry
Książę litewski -Władysław Jagiełło po zaślubinach królowej Jadwigi został królem polskim. Tym samym pogańska Litwa została wprowadzona do narodu chrześcijańskiego.Pewnego dnia wracając z Litwy ,postanowił po przybyciu do puszczy Uhoł ,zapolować na zwierzynę. Idąc tropem zwierzyny natrafili na wyspę otoczoną ogromnym jeziorem, z lądem łączył tylko wąziutki ,bagnisty przesmyk.Jednak ciekawość i chęć łowiecka wzięła górę i przeprawiono się na wyspę pełną rozmaitej zwierzyny. Król był wielce rad ,bo nigdy nie widział takiej ilości żubrów, łosi. jeleni i dzików. Zmęczeni polowaniem urządzili sobie ucztę, myśliwi opowiadali królowi ozakamarkach wyspy i o dziwnym odkryciu. Mianowicie na najwyższym wzniesieniu wyspy znajdowała się chatka ,bardzo zadbana zogródkiem pełnym kwiatów i warzyw, a zamiszkiwana była przez dwóch pustelników. Jagiełło zaciekawiony udał się do pustelnków, podziwiał ich odwagę i zaofiarował im swą pomoc i opiekę. Pustelnicy wytłumaczyli królowi ,że jest im dobrze na tej ziemi, nie obawiają sie niczego a dzikie zwierzęta się z nimi oswoiły. Jeden ze starców dodał Każda piędż tej ziemi na której mieszkamy ,jest dla nas matką i kościołem, bo nas żywi i rozwesela w życiu doczesnym, a gdy umrzemy ,zasili się naszymi popiołami. A Bóg wszędzie obecny czuwanad nami swą opatrznością.Ich słowa bardzo spodobały się królowi ale poradził aby znależli sobie towarzystwo i zbudowali tu kościół z klasztorem. Swoją obiecaną pomoc ponowił. Nastepnie wyruszył w podróż do Krakowa, po drodze często powtarzał słowo wiraj, co znaczyło ''mężowie''. Postanowiono wyspę ,którą opuścili nazwać Wiry, którą ludzie po czasie nazwali Wigry, od wyspy nazwano też otaczające nią jezioro. Pomysł króla Władysława Jagiełły został zrealizowany dopiero po trzech wiekach i to kameduli wigierscy go wypełnili. http://www.forum.suwalki.pl/index.php?topic=135.msg2506
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania,legendy,opowieści cudowne z lat dawnych na Podlasiu

Postprzez wanka » 24.03.2009

Babiki
Wydarzyło się ,to bardzo dawno temu, legenda mówi, że na początku XVI w. Przy granicy z obecną Białorusią mieszkało około stu
mieszkańców a osada nazywała się Babiki, które założył litewski bojar Vladauskas Milenkow. Był ,to człowiek postawny i odważnego
charakteru. Podobno sam wyprawiał się na wielkiego zwierza. Milenkow posiadał długą brodę ,którą co jakiś czas jedynie przycinał.
Mężczyżni w tamtych czasach często nosili długi zarost, po prostu nie znano żyletek, które wynaleziono dopiero na początku XXw.
Milenkow zatem jak pozostali bojarzy golił brodę nie często aż do pewnego dnia. Pewnego wiosennego dnia do wioski przybył jasnowłosy mężczyzna ,barczysty, niebieskooki,w sile wieku .Ku ogólnemu zdziwieniu przybysz był gładko ogolony i delikatnie mówiąc'' nie capiący''. Przywędrował z odległej północy jak wtedy mówiono z kraju barbarzyńców. Z kraju Celtów ,gdzie wynaleziono mydło. Nie dziwmy się ,że mieszkańcy Puszczy Knyszyńskiej nie znali tego wynalazku, przecież starożytni Grecy i Rzymianie ,korzystający chętnie z łaźni, też nie znali mydła aż dotarło do nich z cywilizowanej Europy. Nie wiadomo jak wynalazek mydła stał się popularny w Babikach, ale w XVI w miejscowość ta stała się lokalną stolicą higieny. Wyrabiano tu mydło ,mieszając wołowy łój ze spopielonym piołunem. Używano go na co dzień i od święta i sprzedawano go sąsiadom. Pachniało w Babikach ,jak nigdzie indziej...Tu też bojarzy zapoczątkowali zwyczaj regularnego golenia się , zmiękczając zarost wynalazkiem z Północy..http://www.forum.suwalki.pl/index.php?topic=135.msg2506
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Opowiadania