1534. Podania, legendy, opowieści cudowne z lat dawnych na Litwie

Opracowania na tematy historyczne lub genealogiczne. Całe książki, monografie lub skrypty - zapiski pracy. Wspólne prowadzenie poszukiwań online. Znajdziesz tu efekt prac, trwających nieraz lata wielu osób. Może i ty możesz coś dopisać?
* CO W DZIALE? - Opracowania na temat rodzin (dział- NOTATKI), bitew, genealogie rodzinne opisowe, artykuły przekrojowe, artykuły dot. pracy genealogicznej, historycznej, opisy herbów, statystyki itp.
* UZUPEŁNIENIA/DYSKUJA - Proszę używać odpowiedzi w celu dyskusji tematycznej, sygnalizowania błędów, uzupełnień.
* POMOC - Trudności proszę sygnalizować w dziale "Poradnia", na wszystkie odpowiemy, tworząc jednocześnie FAQ

Wilcza łapa

Postprzez wanka » 18.12.2008

Miejscowość w południowej stronie Wilna w bliskości Ponar przy kolei warszawskiej położona nosi dziwną nazwę Wilczej łapy. Tu, przy drodze pomiędzy szpitalem kolejowym, a plantem kolei żelaznej znajduje się znacznych rozmiarów kamień, na którym znać parę odcisków, jakby łap zwierzęcych. Do tego kamienia, od którego miejscowość nazwę swą otrzymała, przywiązane są następujące podania. Diabeł, przez władcę piekieł na ziemię na połów dusz ludzkich wysłany, błąkał się w okolicy Wilna, aż znużony usiadł na wielkim kamieniu. Ponieważ udało mu się sprowadzić z drogi cnoty pewną liczbę ludzi i pozyskać ich dla piekła, zaczął się pysznić i urągać Stwórcy, twierdząc, iż jest od Niego potężniejszym i mocniejszym. Usłyszał to Pan Bóg i zesłał Anioła, który rzekł do diabła:
– Ano pokaż swą moc i siądź i zmiażdż na proch kamień, na którym siedzisz. Diabeł pewny swej siły, zeskoczył z kamienia i wparł się weń łapą – a miał on łapy wilcze. Próżno jednak wysilał się i naprężał usiłując skruszyć kamień, aż ozór z pyska wywiesił,
ślepia mu z wielkiego natężenia na łeb wylazły i krwią nabiegły, a pot smrodliwy pokrył cielsko. Twardy głaz nie poddał się, tylko łapa nieco w niego się zagłębiła i pozostawiła odcisk. Zawstydził się bies, zafrasował i podkurczywszy ogon, jak niepyszny powlókł się do piekła.
Według innego podania, diabeł zobaczył pasącą się młodą kozę, a że był głodny, postanowił złapać ją i pożreć. Zamienił się tedy w wilka i rzucił się ku kozie, która zaczęła umykać. Na drodze leżał wielki kamień, którego koza nie mogła ominąć. Skorzystał z tego diabeł, zaczarował kamień i rozmiękczył, przypuszczając, że gdy gonione zwierzę wpadnie na miękki, jak ciasto głaz, ugrzęźnie w nim i da się schwytać. Ale omylił³ się w rachubie, bo lekka i zwinna koza jednym susem przesadziła kamień. Tylko tylną łapką dotknęła jego powierzchni, pozostawiając na niej odcisk kopytka. Wpadł też na kamień, goniący kozę diabeł i również odcisnął na nim ślad wilczej łapy.
Tymczasem koza zdołała umknąć, a diabeł pozostał z niczym.

Bibliografia (spis)
http://poetica.freehost.pl/podaniailegendy
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Bluźnierca ukarany

Postprzez wanka » 18.12.2008

Jezuici, wezwani do Wilna przy końcu XVI stulecia dla zwalczania gwałtownie szerzącej się reformy, posiedli kościół św. Jana i starali się pociągnąć lud, działając na jego wyobraźnię. W tym celu urządzali wspaniałe nabożeństwa, procesje, widowiska i dysputy publiczne.
Na zewnętrznej ścianie kościoła św. Jana, w miejscu, gdzie dziś znajduje się pomnik Chreptowiczów, jezuici ustawili w niszy figurę Matki Boskiej Loretańskiej, przed którą odprawiali uroczyste nabożeństwa. W roku 1668 wieczorem niszê, w której sta³a figura Najświętszej Panny, rzęsiście iluminowano lampkami kolorowymi i przybrano kwiatami. Ulicę Zamkowe zapełnił lud i klęcząc śpiewał razem z księżmi litaniê do Matki Boskiej. Nabożeństwo nie było jeszcze skończone, gdy środkiem klęczącego i rozmodlonego ludu zaczął się przeciskać szlachcic dysydent, ale szło mu to z wielką trudnością, ponieważ ścisk był wielki i ludzie klęczeli ramię przy ramieniu. Rozgniewany szlachcic stanął naprzeciwko figury Matki Boskiej, wsparł się w boki i, nie zdejmując czapki, zawołał na cały głos:
– Patrzcie na nich! Jak papiści czczą swego bałwana! Boże dobry, jak możesz ścierpieć to ich bałwochwalstwo? Nigdy w Wilnie takich rzeczy nie widziano i nie słyszano, a teraz bezwstydnie jakiejś lalce się kłaniają. Lud, oburzony takim naigrawaniem się ze świętości, omal nie rozszarpał bluźniercy, którego mocno poturbowanego ledwo uratowali księża. Czekała go jednak inna kara. Zbliżając się do swej kamienicy, szlachcic posłyszał krzyki rozpaczliwe i lament. Przeczuwając, iż stało się jakieś nieszczęście, wpadł do mieszkania i tu ujrzał zwłoki swego sześcioletniego ukochanego syna jedynaka, który w chwili, gdy ojciec bluźnił Najświętszej Pannie, wypadł oknem i o kamienie głowę rozbił. Nad ranem przycwałował konno ekonom z folwarku, należącego do szlachcica i oznajmił, że w nocy wilk wkradł się do owczarni i wszystkie owce wydusił. Ale nie skończyły się na tym nieszczęścia, bo oto tegoż dnia zachorowała szesnastoletnia córka szlachcica na jakąś dziwną chorobę, której medycy określić nie umieli i po kilku godzinach skonała na rękach zrozpaczonych rodziców. Nie zniósł tych ciosów bluźnierca i serce mu pękło.

Bibliografia (spis)
http://poetica.freehost.pl/podaniailegendy
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Duch w podziemiach kościoła oo. Dominikanów

Postprzez wanka » 18.12.2008

Jak tylko w roku 1863 przybył do Wilna Murawiow-Wieszatiel, niebawem więzienia wileńskie wypełniły się aresztowanymi patriotami, a gdy zabrakło w nich miejsca, obrócono na więzienia klasztory dominikanów, franciszkanów, bernardynów i inne. Najgorszym pod każdym względem było więzienie w klasztorze dominikanów, w którym mieściła się również komisja śledcza. Pod kościołem św. Ducha i klasztorem są obszerne podziemia, tworz¹ce istny labirynt. Nie wiadomo dla jakiej przyczyny Murawiow rozkazał, ażeby te sklepy grobowe były pilnie strzeżone, toteż przy wejściu do nich w dzień i w nocy stał na warcie żołnierz, zmieniając się co cztery godziny. Pewnego ranka gruchnęła po mieście wieść, że w podziemiach dominikańskich pojawił się duch. Wiadomość o widmie podawano z ust do ust z dodatkami i upiększeniami. W rzeczywistości rzecz się tak miała:
Młody żołnierz, stojąc w nocy na warcie u wejścia do podziemia, chciał zapalić papierosa, co mu się nie udawało z powodu wiatru. Wtedy wszedł w głąb korytarza i nagle w ciemności ujrzał o kilkanaście kroków przed sobą białą, powiewną postać ludzką, która poruszała się i zdawała się zbliżać ku niemu. Przerażony w najwyższym stopniu żołnierz porzucił karabin, pędem wybiegł z podziemia i stanąwszy przed oficerem dyżurnym, blady i trzęsący się ze strachu, opowiedział, że widział upiora. Był on przezroczysty, o strasznej twarzy. Widmo, wyszedłszy z trumny, posuwało się ku niemu i wyciągnęło ręce, chcąc go pochwycić. ¯Żołnierz dodał, iż raczej gotów jest poddać się najsroższej karze, niż pójść na wartę do lochów. Inni żołnierze również odmówili posłuszeństwa. Wtedy wartę zdjęto, zaś wejście do podziemia na głucho zamknięto. W roku 1908 miałem sposobność oglądania widma, które przed 45 laty tak nastraszyło żołdaka moskiewskiego. Gdy, badając podziemia pod kościołem św. Ducha, zagłębiłem się w korytarz boczny, przeciąg zgasił mi świecę i znalazłem się w ciemności, do której gdy się oczy przyzwyczaiły, ujrzałem przed sobą w pewnej odległości białawą, świecącą własnym światełkiem, postać ludzką. Wysmukła, sprawiała wrażenie przezroczystej, z lekka się chwiała i jakby drżała. Rysów twarzy, również jak i kończyn, rozróżniæ nie mogłem, widmo bowiem zdawało siê być okryte białym całunem. Bliższe badanie wykazało, że w murze korytarza jest wąska szpara pionowa, przez którą z zewnątrz przenika światło dzienne lub od latarni, znajdującej się na ulicy i, padając na przeciwległą ścianę, daje niejakie podobieństwo białawej i powiewnej postaci ludzkiej. Nie dziw, że żołnierz, wartujący w nocy w podziemiu, pełnym trumien, czaszek i kości ludzkich, czuł się nieswojsko i z łatwością przyjął za ducha odbicie światła na ścianie, a przestrach i wyobraźnia kazały mu zobaczyć okropną twarz, wyciągnięte ku niemu ręce i zbliżanie się widma.

Bibliografia (spis)
http://poetica.freehost.pl/podaniailegendy2.pdf
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Giełwany

Postprzez wanka » 07.01.2009

Legenda miejscowa głosiła że gdzie jest obecnie miasteczko był wielki las, w tym lesie zabłądziła jakaś pani ze swoją służącą, dążąc z Wiłkomierza do Wilna na Święto Narodzenia Matki Boskiej, a gdy błądzące zaskoczyła noc w lesie, musiały zanocować w nim przy wielkim kamieniu, na którym objawiła się Matka Boska i zostawiła ślad swej stopy. Na tem miejscu została wymurowana kaplica do dziś istniejąca i posiadająca tę cudowną stopę. Dopiero w późniejszym czasie został zbudowany drewniany kościół i wielki dwupiętrowy klasztor Franciszkański, który został zabrany 1872 r. i oddany dla parocha prawosławnego, w którego rękach stałemu ulega zniszczeniu.

Bibliografia (spis)
http://pawet.net/book/przewodnik/g.html
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Koziula wciąż straszy...

Postprzez wanka » 07.01.2009

Pewna pani mieszkająca w dawnej dworskiej siedzibie Poczobuta-Odlanickiego opowiedziała o niezwykłych wydarzeniach, które co jakiś czas mają tutaj miejsce. Ludzie podejrzewają nieczystą siłę, która zadomowiła się w tym miejscu w dawnych czasach i różne paskudztwa czyni. Wedle słów ludu czasów minionych, wszystko zaczęło się po tym, jak na miejscu wybudowanego później dworku miała stanąć świątynia. To przykazał ludziom anioł, który w tym miejscu ustawił świecący krzyż. Dziedzic polecenie przekazane przez świadków zbagatelizował. Nie był, nie widział i dom dla swojej rodziny na tym miejscu postawił.

Od tego momentu, a już 300 lat minęło, zaczęły się dziać rzeczy przykre. Jakie by wojsko nie maszerowało obok, obowiązkowo czerwonego koguta pod strzechę zapuszczą, złupią wszystko, lud uwiodą. A to morowe powietrze, a to zgraja łotrów gwałci i morduje okolicę. Jak widzimy, zamiast świątyni z aniołami, z łaski dziedzica zadomowił się w dworku Szatan.

Nieszczęsny dziedzic, aby uwolnić się od mocy szatańskiej, jednego syna do klasztoru w Grodnie odesłał, jednak nic to nie pomogło. Syn, choć i był uważany za bardzo pobożnego mnicha, pogrążył się w naukach. A Koziula (widziano go w postaci kozła i stąd wzięło się jego imię) czyni paskudztwa aż do trzeciego wyboru Baćki na prezydenta Białorusi. Kiedy były konie, to ogony i grzywy im zaplatał, owce z chlewa wyganiał, krowę doił. Za czasów bolszewickich jego paskudne wyczyny nie zbladły, bo mógł komin zatknąć lub sażę (drobny pył węglowy) zapalić, zrobić w kurniku martwy porządek, a jakąś starą bronę na dach wciągnąć. Pewnego razu podpitego traktorzystę z miejscowego kołchozu przez całą noc po łąkach i chmyźniaku wodził i tak wystraszył i wymęczył, że ten więcej kropli do gęby nie wziął. A babom potem nieraz w sercach szły przekleństwa na wymoczonych w wódce mężów, przywoływały do pomocy Koziulę, żeby w końcu zabrał moczymordy do siebie.
Pytanie, jak obronić były majątek dziedzica Poczobuta-Odlanickiego od Koziuli pozostaje od kilku wieków bez odpowiedzi i bez nadziei, że rozwiązanie znajdą przyszłe pokolenia.

Bibliografia (spis)
http://kresy24.pl/showArticles/article_id/68/
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Zagadkowy cudzoziemiec

Postprzez wanka » 10.01.2009

Latem roku 1845 ludność wileńska była ogromnie poruszona i zaciekawiona następującym zdarzeniem zagadkowym. Pewnego wczesnego poranka, nabożni, udający się na mszę do kościoła św. Jana, zobaczyli siedzącego przy drzwiach kościelnych obłąkanego zakrystiana tego kościoła, chociaż w przeddzień wieczorem był on zupełnie zdrów. Nieszczęśliwy, oglądając się i uśmiechając bezmyślnie, bawił się starymi monetami złotymi, których kilkanaście walało się po ziemi. Nikt nie mógł zgadnąć, co spowodowało nagłe obłąkanie i skąd się wzięły złote pieniądze, ale dla wszystkich było jasne, że istnieje jakiś tajemniczy związek pomiędzy tymi ostatnimi a chorobą zakrystiana. Pojawiło się przypuszczenie, że musiał on znaleźć skarb w jednej z kryjówek, których sporo miały podziemia kościoła; i że został czymś nastraszony. Dano znać policji, która rozpoczęła dochodzenie. Monety złote, przeważnie polskie, pochodziły z XVI i XVII wieku, chociaż było pomiędzy nimi kilka monet obcych państw. Obejrzano starannie kościół i podziemia, ale nie znaleziono nic takiego, co by dopomóc mogło w rozwiązaniu zagadki. Jedno nie ulegało wątpliwości, mianowicie, że w nocy zakrystian stoczył z kimś walkę, o czym świadczyły liczne sińce i draśnięcia na twarzy i na rękach, a także odzież pomięta i miejscami porwana. Od obłąkanego nie można było niczego się dopytać, ponieważ nie odpowiadał na pytania, zdając się ich nie słyszeć, coś niezrozumiale mruczał, trwożliwie się oglądał i chwilami zrywał się i, jak wściekły, rzucał się na ludzi. Musiano go skrępować, po czym odwieziono do szpitala dla obłąkanych oo. bonifratrów. Żona zakrystiana z płaczem opowiedziała, że wieczorem dnia wczorajszego przyszedł do nich jakiś nieznajomy prawdopodobnie cudzoziemiec, ponieważ z trudnością można było zrozumieć, co mówił. Wyprowadził on męża do przyległego pokoju i tam o czymś po cichu się naradzali. O godzinie 11 przed północą zakrystian wyszedł z mieszkania i już nie wrócił. W owym czasie Wilno nie było tak rozległym i tak zaludnionym, jak dziś, miastem i liczyło niespełna 40 tysięcy mieszkańców. Całe życie skupiało się na rynku około ratusza, gdzie, zwłaszcza w rannych godzinach, zbierały się tłumy ludzi, należących do wszystkich warstw społeczeństwa. Tam dzielono się nowinami, powtarzano sobie plotki. W dniu, w którym znaleziono nieszczęśliwego zakrystiana, rynek był szczególnie ożywiony, a tłum podniecony. Wszechstronnie omawiano zagadkowe zdarzenie i każdy miał coś do powiedzenia i do podzielenia się z innymi swymi domysłami. Ale niebawem ogólną uwagę zwrócił na się służący z hotelu "Italia", znajdującego się naprzeciwko ratusza. Ten opowiedział, że wczoraj rano zajął pokój w hotelu pewien cudzoziemiec, jak się zdaje, Włoch. Spędził on dzień cały w mieście i wróciwszy do hotelu wieczorem, zamknął się w swoim pokoju. Nie wiadomo co tam robił, ale słychać było szelest papierów. Późno wieczorem gość zawołał służącego, uregulował rachunek, obdarzył służbę i wyszedł na miasto, wziąwszy ze sobą niewielką walizkę ręczną. Według opisu był to niewątpliwie ten sam człowiek, który przychodził do zakrystiana i uprowadził go ze sobą. Wiele osób spotykało nieznajomego w mieście; jedni widzieli go w jadłodajni Jodki, gdzie jadł makarony, ktoś zetknął się z nim w sklepie, gdy kupował kosztowne cygara; widziano go również w kościele św. Jana, który cudzoziemiec zdawał się szczegółowo oglądać i jakby mierzył krokami. Słowem, każdy krok cudzoziemca był już wiadomy, tylko pozostało nie wyjaśnionym, co się z nim stało. Nie wątpiono ani na chwilę, że cudzoziemiec wiedział o skrytce kościelnej, zawierającej skarb, że przekupił zakrystiana, przy pomocy którego zawładnął złotem i że chciał go zamordować, jako niepożądanego świadka. Policja zbadała świadków, dokonała oględzin kościoła i jego podziemi, oraz pokoju, zajmowanego przez cudzoziemca w hotelu "Italia", ale znalazła tam tylko zmiętą starą gazetę włoską i w piecu trochę popiołu po spalonych papierach. Tegoż dnia przywieziono do policji jakiegoś nieznanego człowieka, pijanego do nieprzytomności, którego znaleziono rano za rogatką na Pohulance. Wezwany lekarz ocucił pijanego i ten zeznał, że jest dorożkarzem i że wczoraj umówił się z jakimś Niemcem, iż go do Trok odwiezie. Stosownie do umowy, około godziny pierwszej w nocy czekał na początku ulicy Dominikańskiej na nieznajomego, który wreszcie nadszedł ulicą Świętojańską od strony kościoła św. Jana. Niósł on walizkę ręczną tak ciężką, iż z trudnością ją dźwigał. Wspólnymi siłami i z niemałym wysiłkiem ulokowali walizkę w dorożce. Nie dojeżdżając rogatek na Pohulance pasażer kazał stanąć przed jakąś garkuchnią, gdzie sam przekąsił i obficie uczęstował dorożkarza, któremu na odjezdnym dał do wypicia szklankę wódki. Gdy minęli rogatkę, woźnica poczuł się niedobrze, stracił przytomność i już więcej nic nie pamiętał. W kieszeni jego znaleziono kilkanaście monet złotych, ale koń i bryczka zniknęły. Uruchomiono całą policję, rozesłano na wszystkie strony gońców, ale zagadkowy cudzoziemiec jak w wodę wpadł i wszelkie poszukiwania pozostały bezowocnymi. Minęło kilka tygodni i powoli zaczęto zapominać o zdarzeniu, gdy do policji dano znać, że beznadziejnie chory zakrystian ma się gorzej i prawdopodobnie wkrótce umrze, ale odzyskał przytomność i mówi do rzeczy. Niezwłocznie został wydelegowany do szpitala agent policyjny i oto, co mu umierający opowiedział: Gdy zakrystian wszedł bocznym wejściem do kościoła w towarzystwie cudzoziemca, ten ostatni zawiązał mu szczelnie oczy opaską, którą wyjął z kieszeni, obrócił go kilka razy na miejscu, po czym długo wodził po kościele, zawracając w różne strony, wreszcie stanął i zaczął coś robić. Słychać było lekkie skrzypienie, potem przytłumiony stuk. Wtedy nieznajomy ujął towarzysza za rękę i obaj zaczęli zstępować w dół. Czuć było chłód i wilgoć. Dość długo szli jakimś podziemnym przejściem, zmieniając kierunek, aż cudzoziemiec zawołał "basta", zatrzymał się i zdjął opaskę z oczu zakrystiana. Znajdowali się w podziemnym korytarzu przed żelaznymi drzwiami. Latarka nieznajomego rzucała słabe światło, przy którym można było dostrzec zamykającą drzwi żelazną sztabę z wiszącą przy niej sporą kłódką, którą gdy wspólnymi siłami rozpiłowali i z niemałym trudem otworzyli drzwi, znaleźli się w niewielkiej, sklepionej i ciemnej izbie. Przy jednej ścianie stała duża skrzynia żelazna, którą cudzoziemiec otworzył kluczem i podniósł wieko. Skrzynia była po brzegi wypełniona złotymi monetami, klejnotami, pierścieniami i medalionami. Na widok tych skarbów szał ogarnął zakrystiana. Z nożem, w który się zaopatrzył na wszelki wypadek, rzucił się na towarzysza, ten jednak silnym uderzeniem pięści w twarz zwalił go z nóg i po krótkiej walce obezwładniwszy, związał. Zapewniwszy sobie w ten sposób bezpieczeństwo, cudzoziemiec napełnił przyniesioną walizkę i kieszenie złotem i klejnotami, włożył kilkanaście monet do kieszeni zakrystiana, po czym znowu zawiązał mu oczy, wyprowadził do kościoła, zachowując te same, co przedtem ostrożności i obróciwszy go kilka razy na miejscu zdjął opaskę z oczu i dał do powąchania jakiś mocny płyn. Wraz potem zakrystian stracił przytomność i już nic nie wie i nie pamięta z tego, co się działo potem. I znowu wyznaczona komisja zbadała kościół, ale i tym razem nic nie wykryła. Upływał rok za rokiem, nadeszły czasy powstaniowe, gdy kraj cały był w ogniu, gdy nie było rodziny w Wilnie, która by nie opłakiwała swych członków, poległych w polu, straconych na placu Łukiskim, albo wywiezionych na Sybir. Nie dziw, że zagadkowa sprawa cudzoziemca i zakrystiana została zapomniana. Tylko niekiedy starzy ludzie opowiadali o niej dzieciom, jako o bajce. Badacze Wilna wiedzą, że pod kościołem św. Jana istnieje istny labirynt sklepów i korytarzy, które pod ziemią idą w rozmaitych kierunkach i nawet przechodzą pod kamienice, położone po przeciwległej stronie ulic Świętojańskiej i Zamkowej. W roku I886 na dziedzińcu uniwersyteckim (wówczas pierwszego gimnazjum) około facjaty kościoła, pomiędzy nią a bramą, zapadła się ziemia i otworzyło się wejście do podziemia. Niebawem kilku uczniów urządziło "wycieczkę naukową". Zaopatrzywszy się w świeczki łojowe, tak zwane "szabasówki", na sznurach spuścili się do lochu, ale niestety bawili tam bardzo krótko, ponieważ niezwłocznie zostali przez pedlów i woźnych wydobyci na powierzchnię ziemi i za ciekawość ukarani kozą. Otwór tegoż dnia zamurowano. Uczestnicy wycieczki opowiadali, iż znaleźli się w korytarzu sklepionym, którego wysokość i szerokość wynosiła około 2 metrów. Korytarz szedł wzdłuż kapitalnej ściany kościoła, zaś w końcu jego były drzwi żelazne o 2 czy 3 sztabach z wiszącymi przy nich wielkimi kłódkami. Zarówno drzwi, jak sztaby i kłódki były pokryte rdzą i pleśnią, świadczącą, że od dziesiątków, a może setek lat drzwi nie były otwierane. Nikt, nawet woźny Wiktor nic o tym lochu nie wiedział, chociaż służył w gimnazjum prawie od początku jego istnienia. Co to za korytarz podziemny, dokąd prowadzi i co się znajduje za drzwiami tajemniczymi, wszystko to pozostaje zagadką, którą może kiedyś rozwiąże zbadanie podziemi świętojańskich przez specjalistów.

Bibliografia (spis)
Podania i legendy Wileńskie Władysław Zahorski 1925 r
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Zołotarenko

Postprzez wanka » 10.01.2009

Dnia 8 sierpnia 1655 roku rano, gdy lud modlił się w kościołach, wpadli do Wilna w liczbie 40 tysięcy Kozacy, stanowiący przednią straż wojsk cara moskiewskiego Aleksego. Dowodził Kozakami Zołotarenko, który słynął z dzikich okrucieństw, jakich się dopuszczał napadając c na bezbronne wsie i miasteczka. Zrabowawszy, palił je, a ludność kazał w pień wycinać, a nie darowywał życia ani starcom, ani kobietom, ani nawet niemowlętom, które wbijanno na lance, rozbijano ich główki o mur, lub żywe w ogień wrzucano. Gdy dzika tłuszcza kozacka z wyciem wpadła do Wilna, garstka mieszczan i robotników, uzbroiwszy się jako tako, próbowała stawić jej opór na placu ratuszowym, ale nie mogła podołać przeważającej sile najeźdźców i została wymordowana. Rozbiegli się po mieście Kozacy, rabując mienie mieszkańców, a ich samych mordując. Na próżno część ludności szukała schronienia w kościołach, gdyż wszyscy zostali wyrżnięci. Niektórych Zołotarenko poddawał strasznym mękom, żądając wyjawienia gdzie mają ukryte pieniądze i kosztowności. Obdzierał ludzi ze skóry, palił na wolnym ogniu nogi, wyłupywał oczy, słowem był niewyczerpany w pomysłach zadawania mąk. W jednym tym dniu zginęło w Wilnie 20 tysięcy osób, po czym Kozacy spalili miasto. Pożar trwał cały miesiąc i z kwitnącego grodu pozostały tylko dymiące gruzy, tak że gdy przybył tu car Aleksy, Wilna w Wilnie szukać trzeba było. Bóg nie przepuścił Zołotarence jego zbrodni. Został on zabity w bitwie pod Szkłowem. Ciało jego przewieziono do Czehrynia i tam w cerkwi na katafalku wystawiono. Zebrało się sporo ludzi ciekawych zobaczyć strasznego Kozaka, ale wnet rozbiegli się przejęci strachem, ponieważ trup Zołotarenki to się podnosił w trumnie, to znowu opadał, twarz jego była strasznie wykrzywiona, zęby wyszczerzone, a z ust wychodziły jęki i westchnienia. Nie dawano jednak wiary opowiadaniom świadków tego zjawiska, więc w dzień pogrzebu zbiegowisko było ogromne i niewielka cerkiew drewniana nie mogła wszystkich zmieścić. Gdy czerńcy zaczęli odprawiać nabożeństwo żałobne, trup Zołotarenki podniósł do góry ręce, z których krew obficie płynęła i po trzykroć zawołał: Uciekajcie! Uciekajcie! Uciekajcie! W strachu panicznym rzucili się do ucieczki popi, Kozacy i cały lud zebrany. Wtem cerkiew zapaliła się i ogień pożarł ciało Zołotarenki.

Bibliografia (spis)
Podania i legendy Wileńskie Władysław Zahorski 1925 r
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Widmo na cmentarzu Bazylianow

Postprzez wanka » 10.01.2009

Na początku XVII wieku, za czasów błogosławionego Jozafata Kuncewicza, który wtedy byk archimandrytą klasztoru oo. bazylianów przy kościele św. Trójcy w Wilnie, zmarła w tym mieście pewna stara kobieta. Była to niewiasta złych obyczajów, wiodła życie gorszące, dawała z siebie zły przykład, sprowadziła z drogi cnoty niejedną uczciwą dziewczynę, niejedno małżeństwo poróżniła. Nie gardziła żadną bronią dla dopięcia nikczemnych celów. Obłuda, oszczerstwo, krzywoprzysięstwo, nawet trucizna i skrytobójstwo, wszystkie te środki uważała za godziwe, gdy szło o zdobycie pieniędzy, których potrzebowała na zbytkowne i rozwiązłe życie. Uczucie litości było jej obce, nigdy nikogo nie wspomogła w biedzie i nawet szczuła psami ubogich, którzy zwracali się do niej o jałmużnę. Powszechna pogarda i nienawiść otaczały niegodziwą kobietę, toteż nikt jej nie żałował, gdy po pewnej nocy znaleziono ją w łóżku martwą. Dalecy krewni, którzy się zjechali na wieść o śmierci bogatej ciotki, podzielili się pozostałym po niej spadkiem, zaś ciało pogrzebali na cmentarzu przy kościele św. Trójcy. Za życie gorszące grzesznica ta po śmierci gorzała w piekle, a ponieważ potępieńcy są zwykle niespokojni, więc i sąsiedztwo pogrzebanej starej kobiety było dla mieszkających obok klasztoru oo. bazylianów bardzo nieprzyjemne. Z nastaniem nocy, gdy wszystko usypiało, na cmentarzu ukazywało się straszne widmo kobiety o potarganych włosach, o czerwonej, okropnie wykrzywionej twarzy i o pałających dzikim ogniem oczach. Potępiona miała skute ręce i nogi, a ciało jej gorzało płomieniem. Mara ta, jęcząc i potrząsając kajdanami, włóczyła się po cmentarzu dokoła kościoła i nawet przenikała do jego przedsionka. Sąsiedzi spędzali noce bez snu, drżąc z przerażenia, wreszcie udali się do błogosławionego Jozafata i błagali go, by wrócił im spokój i święte miejsce od upiora uwolnił. Świątobliwy archimandryta w towarzystwie braciszka zakonnego udał się w nocy do kościoła i tam gorliwie się modlił. Gdy tylko na wieży ratuszowej wybiła północ, dał się słyszeć straszny rumor i hałas, dochodzący z zewnątrz świątyni, tak że przerażony braciszek przypadł do kolan kapłana, trzęsąc się ze strachu. Błogosławiony Jozafat wziął do jednej ręki puszkę z Przenajświętszym Sakramentem,
a do drugiej zapaloną gromnicę i skierował się ku drzwiom kościelnym. W tej chwili okropny wicher zatrząsł murami wielkiej i pustej świątyni, ze świstem wdarł się do jej wnętrza i zgasił wszystkie lampy, z wyjątkiem gromnicy, którą Jozafat w ręku trzymał. Rozwarły się podwoje i ukazała się straszna furia, płonąca płomieniem, jęcząca i brzękająca kajdanami. Z ust jej toczyła się krwawa piana, a oczy dziko obracały się w orbitach. Jozafat, wezwawszy pomocy Boga, począł ją żegnać puszką i gromnicą i wielkim głosem rozkazał, by szła tam, skąd przyszła. Widmo rzucało się i wiło, ale święty wciąż je gonił i żegnał, aż zwinęło się i z jękiem zapadko się pod ziemię na cmentarzu. Miejsce to Jozafat laską naznaczył, po czym wrócił do kościoła i resztę nocy na modlitwie spędził. Gdy tylko rozwidniało zwołał ludzi i kazał w tym miejscu kopać. Jakoż znaleziono trupa kobiety o okropnym wyglądzie. Był cały czerwony, o rozwartych oczach i wyszczerzonych zębach. Na rękach i nogach były głębokie ślady od kajdanów. Błogosławiony Jozafat kazał zakopać trupa za miastem na pustym miejscu i na mogile ułożyć krzyż z kamieni. Odtąd ustały strachy nocne i tylko pamięć o nich pozostała.

Żródło: Podania i legendy Wileńskie Władysław Zahorski
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Wajdelotka

Postprzez wanka » 10.01.2009

Piękna Usparime, licząca szesnastą wiosnę życia, straciła matkę i ojca, który został rozszarpany przez wilki, a że nie miała krewnych, którzy by się nią zaopiekowali, postanowiła zostać wajdelotką, to jest świętą dziewicą i w świątyni strzec ogień wieczny od zagaśnięcia. Jakoż kapłani dokonali obrzędu poświęcenia. Usparime ubrana w białe szaty, z wieńcem kwiatów na głowie, ślubowała czystość.Upłynęło parę lat. Młoda wajdelotka wyróżniała się spomiędzy towarzyszek cnotliwością, skromnością i gorliwym pełnieniem obowiązków, toteż kapłani nie szczędzili jej pochwał, a nawet sam Kriwe-Kriwejte stawiał ją za wzór innym ofiarnicom. A jednak jakiś niewytłumaczony smutek, jakaś tęsknota za czymś nieznanym mąciły spokój jej duszy. Nieraz, siedząc przed ołtarzem, wpatrzona w płomień ognia świętego, dawała się unosić marzeniom w inny nieznany świat. Czasem, gdy zza murów świątyni dolatywały ją wesołe pieśni młodzieńców i dziewic, ostry ból ściskał jej serce, a łzy do oczu napływały. Raz w wiosenną i jasną noc księżycową Usparime, ukończywszy służbę przy ołtarzu, odpoczywał a na kamieniu w gaju świętym, otaczającym świątynię. Dookoła panowała niczym nie zamącona cisza, nie drgnął żaden listek na drzewach, nawet Wilia zdawała się uśpiona i, jakby drzemiąc, leniwie wody toczyła; księżyc w pełni, wypłynąwszy wysoko na niebo, zalewał wszystko dokoła łagodnym, smętnym światłem. Gdzieś niedaleko rozlegały się trele słowika,śpiewającego swej lubej pieśń miłośną. Usparime siedziała obejmując kolana splecionymi dłońmi i wpatrzona w księżyc - marzyła. Czuła, że życie, jakie dotąd pędziła, już jej nie wystarcza, wiedziała, że istnieje życie inne, życie pełne szczęścia i kochania... I zapragnęła kochać i być kochaną. I oto, gdy tak siedziała nieruchoma, pogrążona w marzeniach słodkich, nagle posłyszał a śpiew. Silny i piękny głos męski śpiewał pieśń namiętną o szczęściu, jakie daje miłość. Powstała z siedzenia wajdelotka i pragnąc choć z daleka spojrzeć na śpiewaka, zaczęła z bijącym sercem skradać się między drzewami gaju świętego, aż nagle znieruchomiała drżąca i przerażona. O parę kroków przed nią, oparty plecami o pień potężnego dębu, w świetle księżyca, stał młody rycerz w świecącej zbroi. Był to urodziwy młodzieniec, o dziwnie pięknej twarzy i wyrazistych oczach. Długie jasne włosy spływały mu na ramiona. Ujrzawszy przed sobą tak niespodziewanie uroczą wajdelotkę, rycerz w pierwszej chwili wziął ją za bóstwo, ale cała jej postawa, drżenie, rumieniec wykwitły na policzkach, niebawem przekonały go, że widzi istotę ludzką. Oczarowany jej pięknością, ujął dłoń dziewczyny i w gorących słowach wyrażał swój zachwyt. Usparime była bliska omdlenia ze wzruszenia, ale opamiętała się i, wyrwawszy dłoń z ręki młodziana, uciekła. Przerażona tym, co się stało, resztę nocy spędziła na modlitwie, błagając bogów o przebaczenie za grzech popełniony. A jednak, gdy nadeszła noc, gdy księżyc rzucił na ziemię swe promienie i gdy znowu dały się słyszeć słowa pieśni, wajdelotka, parta jakąś nieprzezwyciężoną siłą, znowu znalazła się pod dębem. Tam już czekał na nią rycerz. Tym razem był on śmielszy i ujrzawszy dziewczynę, porwał ją w objęcia i usta ich spotkały się w długim, namiętnym pocałunku. Odtąd widywali się co noc, aż stało się to, co się stać musiało... wajdelotka złamała ślub czystości. Miłość owładnęła nią całkowicie, tak, że zapomniała o całym świecie i zaczęła zaniedbywać swe obowiązki. Omal nie stało się straszne nieszczęście... ogień źle strzeżony już zagasał, szczęściem nastąpiła zmiana i inna wajdelotka, dorzuciwszy drew, roznieciła go na nowo. Zmiana usposobienia Usparime i jej dziwne zachowanie zwróciły uwagę towarzyszek i kapłanów. Poczęto ją śledzić i wkrótce jej schadzki z rycerzem przestały być tajemnicą. Zbrodnia była straszną i dla przebłagania bogów winowajczyni powinna była ponieść surową karę. Sąd, złożony z kapłanów, skazał Usparime na okrutną śmierć. W oznaczony dzień na brzegu Wilii zgromadzili się kapłani, ofiarnicy i przerażone dziewice święte. Wywleczono z lochu, gdzie była zamknięta, nieszczęśliwą dziewczynę i na wozie, zaprzężonym w dwie czarne krowy, przywieziono na miejsce kaźni. Na dany znak zdarto z niej oznaki świętej dziewicy - białe szaty i wianek, po czym skrępowano jej ręce. Kapłani i ofiarnicy śpiewali grobowymi głosami pieśni, błagając rozgniewanych bogów, aby za winę jednej nie karali wiernych. Niektóre wajdelotki zakrywszy twarze dłońmi rzewnie płakały, gdyż lubiły cichą i dobrą towarzyszkę, a może niejedna w głębi serca rozumiała ją i współczuła. Miano już przystąpić do wykonania wyroku, który skazywał Usparime na utopienie w rzece w worku razem z psem, kotem i żmiją jadowitą, gdy nagle, nie wiadomo skąd, ukazał się młody rycerz z twarzą groźną i z pałającymi oczyma. Miał na sobie zbroję lśniącą, a w ręku trzymał miecz wzniesiony. W całej jego postaci było coś tak nadprzyrodzonego, taka biła od niego groza, że przerażenie ogarnęło zebranych. Jedni, widząc w nim jakiegoś boga, padli na twarz, inni ratowali się ucieczką. Rycerz przeciął więzy, krępujące wajdelotkę i grożąc mieczem rozkazał kapłanowi, by mu niezwłocznie dał ślub z ukochaną, po czym tuląc w objęciach tylko co poślubioną żonę, rzucił się z brzegu do Wilii i znikł w jej nurtach. Na wodzie w tym miejscu powstał dotąd istniejący wir. Odtąd niekiedy, gdy księżyc w pełni wznosi się wysoko na niebo, z rzeki wypływa piękna Usparime, siada na brzegu i, karmiąc niemowlę, cichym głosem nuci piosenkę o swej przygodzie. Czasem w towarzystwie rycerza ukazuje się rybakom i wtedy słychać przy nich warczenie psa, miauczenie kota i syk żmii.

Bibliografia (spis)
Podania i legendy Wileńskie Zahorski Władysław
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Legendy - Statua Chrystusa na Śnipiszkach

Postprzez wanka » 12.01.2009

Wraz za Zielonym Mostem znajduje się niewielki pagórek sypany, na którym wznosi się czworokątny słup murowany z altaną, przykrytą daszkiem, wieńczonym krzyżem. W altanie znajduje się statua Chrystusa w postaci nieco pochylonej, dźwigającego na ramieniu krzyż wielki. Według podania wzgórze to ma być wspólną mogiłą poległych w bitwie pod Wilnem Krzyżaków. W rzeczywistości zaś za dawnych czasów na wzgórzu istniała mała warownia drewniana, broniąca przeprawy przez Wilię. Podczas wojen w XVII wieku warownia uległa zniszczeniu. Wtedy jeden z obywateli śnipiskich umieścił tu na słupie murowanym drewnianą figurę św. Jana Nepomucena, która, stojąc nieprzykryta i wystawiona na deszcz i śnieg z czasem zgniła, a słup w gruzy się rozsypał. Gdy w roku 1703 stanął kościół św. Rafała, jezuici w kilka lat potem wymurowali na wzgórzu większy słup z altaną, aby zabezpieczyć nową statuę św. Jana Nepomucena, którą przełożony jezuitów polecił wyrzeźbić z drzewa i pomalować znanemu w Wilnie rzeźbiarzowi Janowi, za co była umówiona zapłata ośmiu talarów bitych.
Legenda tak opiewa powstanie figury Pana Jezusa. Snycerz Jan z rodziną, składającą się z żony i trojga dzieci, mieszkał przy ulicy Kalwaryjskiej we własnym dworku, przy którym znajdowała się jego pracownia. Otrzymawszy od przełożonego oo. jezuitów zamówienie na figurę św. Jana Nepomucena, artysta od razu nie mógł jej wykonać, ponieważ musiał na dłuższy czas wyjechać. Wróciwszy z podróży, już miał przystąpić do roboty, gdy w roku 1710 wybuchło w Wilnie morowe powietrze, najstraszniejsze ze wszystkich, jakie kiedykolwiek nawiedziły miasto. Poprzedził je głód okropny, który opisał świadek naoczny Załuski. U nas - pisze on - nędza, jakiej ani widzieć, ani czytać o podobnej w historii nie zdarzyło się... w miesiącu lipcu jeden Rochiła z towarzystwem podjął się grzebać umarłych i już od lipca (1709) do Wielkiej Soboty (1710) włącznie zapisał pogrzebionych 22862... Kiedy konia zdechłego znajdą, albo kiedy gdzie padnie tłumnie się zbiegają, rozrywają go, chwytają, pożerają. Psy, koty, gdzie znajdą, za przysmak chwytają. Niektórzy biegną po wsiach, zapalają obory i przywiązane bydło opalone tak pożerają. Pod Wilnem mąż z żoną zabili naprzód najmniejszego syna, potem drugiego siedmioletniego prawie, ugotowali i zjedli. Inni trupy jedzą. Z powodu okropnego głodu lud wiejski masami rzucił się do Wilna i,napełniając ulice, rozpaczliwie wołał chleba i umierał tysiącami. Stosy trupów zawalały ulice, rynki i podwórza. W samym Wilnie umarło wtedy 30 tysięcy chrześcijan i 3700 żydów. Straszny obraz przedstawiało miasto, przepełnione tłumami ludzi wyjących z głodu i w okropnych mękach konających na ulicach. Epidemia i głód spustoszyły Wilno tak, że w wielu kamienicach nie pozostało ani żywej duszy. Takich domów obawiano się i przez lat 40 stały one pustkami. Kto tylko mógł, uciekał z zarażonego miasta. Zamierzał uczynić to i Jan, pragnąc ratować siebie i rodzinę od strasznej zarazy, gdy pewnej nocy we śnie, czy na jawie (tego snycerz nie mógł z pewnością powiedzieć) ukazał mu się Chrystus w szacie czerwonej, dźwigający krzyż i rzekł do niego:-Janie, sporządzaj rychło statuę z tego kloca drzewa, ale taką, a nie inną, jak mię tu widzisz. Ani ciebie, ani domu twego żadna zaraza nie dotknie, gdy mnie usłuchasz. Pamiętaj!
Snycerz zaniechał zamiaru opuszczenia Wilna, niebawem przystąpił do roboty i po roku pracy wyrzeźbił statuę Zbawiciela, krzyż dźwigającego. Przez cały czas trwania zarazy nikt w domu jego nie zachorował, chociaż dokoła ludzie marli setkami. Gdy epidemia ustała i oo. jezuici do Wilna wrócili, prosił Jan, by przyjęli wyrzeźbioną przez niego figurę i ustawili w altanie na słupie. Zgadzał się nawet na mniejszą zapłatę, ale spotkał się z odmową, ponieważ słup był przeznaczony na umieszczenie na nim figury św.Jana Nepomucena.Niedługo potem jednemu z zakonników, wielce w zgromadzeniu poważanemu starcowi, objawił się Chrystus i żądał, ażeby przyjęto figurę od snycerza. Staruszek udał się do księdza ekonoma Sempińskiego, który zaprowadził go do przełożonego ks. Ptaka.Ten, wysłuchawszy opowiadania o objawieniu i widząc wzruszenie starca, kazał statuę przyjąć i snycerzowi według umowy zapłacić. Ponieważ jednak ks. Ptak nie czuł się w prawie umieszczać figurę na słupie bez pozwolenia zwierzchności swojej, więc postawiono statuę w składzie rzeczy kościelnych. Upłynął prawie rok, gdy pewnego dnia brat zakonny Antoni Rychter, krzątając się w składzie posłyszał głos: Dopókiż mnie więzić będziecie w tej jaskini? Zrozumiał braciszek, że głos ten z ust figury Pana Jezusa wychodzi, ponieważ w składzie nikogo, prócz niego samego, nie było. Przerażony rzucił się do przełożonego, któremu opowiedział o zdarzeniu. To wpłynęło na zdecydowanie się na ustawienie figury w altanie na słupie, co nastąpiło z wielką uroczystością dnia 9 maja 1720 roku. W domu Czerwińskiej na rogu ul. Wileńskiej i Trockiej stróżem był niejaki Mateusz Pokułowicz, liczący lat 57, który od kilku lat na oczy był cierpiącym. Leczył się u lekarzy, zwracał się do znachorek, stosował wszystko, co tylko kto poradził, nic nie pomogło i w październiku 1845 roku biedak zupełnie oślepł. W wigilię Najświętszej Panny Gromnicznej 1847 roku, gdy Pokułowicz udał się na spoczynek i już zasypiał, usłyszał głos: "Przyjdź do mnie i oczyść mnie, a ja ciebie uzdrowię, będziesz widział". Następnej nocy tenże sam głos posłyszał. Wtedy ośmielił się zapytać: Dokąd mam iść?" i otrzymał odpowiedź - Znasz słup za zielonym mostem na wzgórku. Chrystus Pan krzyż niesie, tam przyjdź i oczyść mnie, a będziesz widział; jeśli nie będziesz mógł oczyścić mnie u słupa, to przyjdź do kościoła św. Rafała, a jak będziesz mógł, oczyścisz.
Pokułowicz raniutko dnia następnego wziął rydel i udał się we wskazane miejsce, ale wzgórze tak było śniegiem zasypane, że ślepy ugrzązł po kolana i ledwo się wykopał. Zmartwiony powrócił do domu i postanowił oczyścić wzgórze na wiosnę, gdy śnieg stopnieje Tegoż dnia poszedł do pobliskiego kościółka księży Bonifratrów i tam w skupieniu modlił się do Pana Jezusa, ponawiając swe postanowienie oczyszczenia i naprawienia słupa. Zaczął rzewnie płakać, a gdy łzy płynące chusteczką ocierał, zdało mu się, że coś z oczu jakby na chustce zostało, że mrok, zaściełający mu wzrok, przejaśnia się. Jakoż zaczął odróżniać przedmioty coraz wyraźniej i po kilku minutach przejrzał, po czym obmył oczy wodą ze studzienki znajdującej się w tym kościele i uszczęśliwiony wrócił do domu. Przez resztę zimy z pracy oszczędził kilka rubli i z nadejściem wiosny najął robotników, słup otynkował i figurę Chrystusa na nowo pomalował. Własnoręcznie oczyścił pagórek, bruk naprawił i wszystko, co mu w widzeniu uczynić kazano, uczynił i zebranemu ludowi opowiadał o swoim uzdrowieniu cudownym. Odtąd figura Chrystusa na Śnipiszkach uznana została za słynącą łaskami.

Bibliografia (spis)
Podania i legendy Wileńskie Zahorski Władysław
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Artykuły, praca, dyskusje