1534. Podania, legendy, opowieści cudowne z lat dawnych na Litwie

Opracowania na tematy historyczne lub genealogiczne. Całe książki, monografie lub skrypty - zapiski pracy. Wspólne prowadzenie poszukiwań online. Znajdziesz tu efekt prac, trwających nieraz lata wielu osób. Może i ty możesz coś dopisać?
* CO W DZIALE? - Opracowania na temat rodzin (dział- NOTATKI), bitew, genealogie rodzinne opisowe, artykuły przekrojowe, artykuły dot. pracy genealogicznej, historycznej, opisy herbów, statystyki itp.
* UZUPEŁNIENIA/DYSKUJA - Proszę używać odpowiedzi w celu dyskusji tematycznej, sygnalizowania błędów, uzupełnień.
* POMOC - Trudności proszę sygnalizować w dziale "Poradnia", na wszystkie odpowiemy, tworząc jednocześnie FAQ

Re: Podania, legendy i opowieści cudowne z lat dawnych na Litwie

Postprzez wanka » 21.01.2009

O księdzu zbójcy
W roku 1572 mieszkał w Wilnie we własnej kamienicy pewien ksiądz, bardzo zamożny. O ile inni zacni kapłani cieszyli się ogólnym szacunkiem, ten ksiądz był przez wszystkich pogardzanym. Chciwy, nieludzki, pędził życie rozwiązłe. Zniszczył on powierzony sobie przez umierającego człowieka testament i zagarnął pieniądze jego sierot, które znalazły się w nędzy. Mówiono nawet, że miał na sumieniu zabójstwo, gdyż dowiedziawszy się na spowiedzi o dużych pieniądzach, posiadanych przez pewnego kupca, otruł go i pieniądze przywłaszczył. Niegodziwy ksiądz nic sobie z tych zbrodni nie robił i nawet nie wahał się odprawiać nabożeństwo. Zdarzyło się, iż w dzień Bożego Ciała, ów ksiądz zbrodniarz, gdy w kościele katedralnym św. Stanisława miał ranną mszę, nagle zaczął robić pomyłki, zbladł strasznie, w głowie mu się mąciło, nie mógł odróżnić liter w mszale i zamiast jednych wyrazów wymawiał inne, słowem był jakby w stanie poprzedzającym ciężką chorobę. W tym samym czasie przyszedł do kościoła niejaki Kłyszejko, który, chociaż katolik, był sługą heretyka. Kłyszejko był obdarzony nadzwyczajną siłą, wprawiającą ludzi w zdumienie: z łatwością łamał podkowy, a w walkach niejednego przeciwnika pokaleczył, bo nikt nie mógł mu podołać. Kłyszejko od lat siedemnastu nie był u spowiedzi, a że przez ten czas wiele nagrzeszył, więc zapragnął w dzień Bożego Ciała pojednać się z Bogiem i w tym celu przyszedł rano do katedry. Nie wiadomo, co mu przeszkodziło spełnić swój zamiar, ale był na nabożeństwie i gorliwie się modlił. Usłyszawszy księdza, śpiewającego słowa psalmu: Grzechy moje skrępowały mię, gdyby powrozy, Kłyszejko padł na twarz, zaczął bić głową o kamienną posadzkę, głośno płakać, jęczeć i krzyczeć, tak, że pomimo oporu musiano go wyprowadzić z kościoła. Zapytany o przyczynę płaczu, odpowiedział: - Słowa psalmu przypomniały mi, że jestem grzesznikiem, żem nigdy nic dobrego nie uczynił, a za to mam na sumieniu dużo złych i niegodziwych postępków. Wyszedłszy z kościoła, Kłyszejko przez dziedziniec zamkowy skierował się ku bramie, za którą był most na Wilence, wiodący na ulicę Zamkową, lecz, jak tylko wstąpił na most, posłyszał groźny głos: "Wracaj" i nagle ujrzał przed sobą diabła, zagradzającego mu drogę do miasta. Diabeł całkiem czarny miał postać karzełka i szerokie usta, z których wystawały kły. Wielkie okrągłe oczy świeciły blaskiem zielonawym. Ręką, uzbrojoną w pazury, wskazywał w stronę katedry i groźnie wołał: "Wracaj, wracaj!" Kłyszejko przerażony, prawie nieprzytomny, zawrócił i, goniony przez diabła, począł uciekać, aż dopadł katedry. Tu w babińcu wpadł na niegodziwego księdza, który właśnie po skończonej mszy wychodził z kościoła. Porwał go w objęcia i zaczął ściskać, a chcąc go ucałować zbliżył usta do twarzy księdza, ale zamiast pocałunku zaczął zębami gryźć mu policzki, nos, wargi. Wyrwał się nieszczęśliwy i z krzykiem wpadł do katedry, w której pomimo rannej godziny było już sporo modlących się, ale za nim pędził Kłyszejko i dopadłszy go, silnym uderzeniem noża odrąbał mu palce, którymi świętokradztwo wznosił hostię, po czym znowu gryzł, szarpał i dusił, tak że obficie płynąca krew zbroczyła twarze, ręce i ubranie zarówno ofiary, jak napastnika. Rzucili się na pomoc obecni w kościele, ale próżno usiłowali wyrwać księdza z rąk szaleńca, który, obdarzony niezwykłą siłą, odtrącał wszystkich i dotąd szarpał swą ofiarę, aż ta ducha wyzionęła. Wtedy Kłyszejko nagle się opamiętał i cichym, łagodnym głosem opowiedział, że wcale księdza nie znał, widział go po raz pierwszy, ale po spotkaniu na moście z diabłem, jakaś siła, jakiś głos wewnętrzny kazał mu zamordować księdza, ponieważ był on zbrodniarzem i świętokradcą. Kłyszejko sam dobrowolnie poszedł do sędziego i żądał dla siebie kary śmierci za popełnioną zbrodnię. Jakoż ścięto go na rynku.
Żródło:Zahorski Władysław Podania i legendy Wileńskie
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania, legendy i opowieści cudowne z lat dawnych na Litwie

Postprzez wanka » 21.01.2009

O krzyżu w kościele katedralnym
Sto dwadzieścia lat przetrwała w dolinie Świntoroga świątynia groźnego Perkunasa - króla bogów i ludzi, sto dwadzieścia lat przed jego posągiem płonął nie przygasając ani na chwilę ogień wieczny, a w podziemiu chowały się święte giwojty, czyli gady, węże i żaby. Lecz oto na tronie wielkoksiążęcym zasiadł Jagiełło. Ten, po przyjęciu chrztu, przez małżeństwo z Jadwigą został królem polskim po podpisaniu zobowiązania, iż na Litwie chrześcijaństwo wprowadzi. Jakoż, nie zwlekając, z królową, dworem i księżmi polskimi przybył do Wilna i dzieło nawrócenia pogan rozpoczął. Gdy tłumy ludu były przez arcybiskupa gnieźnieńskiego Bodzętę ochrzczone, przystąpiono do niszczenia wszelkich śladów pogaństwa. Pierwsza runęła świątynia Perkunasa. Wycięto gaj poświęcony, zburzono Źnicz, ołtarze i ściany, wybito węże i gady, a posągi bóstw pokruszono i do Wilii wrzucono. Ostatni Kriwe-Kriwejte Gintowt schronił się w okolice Kowna do Okojni i tam życie zakończył, opłakując bogów, którym wierny do śmierci pozostał. Nic nie pozostało ze starej świątyni, za wyjątkiem wieży i sklepu, które do naszych czasów przetrwały. Postarano się, aby nic nie przypominało ludowi jego bogów. Na gruzach świątyni, w miejscu, gdzie wznosił się główny ołtarz, zatknięto zwycięski Krzyż, którego nie ruszono przy budowie kościoła, wzniesionego przez Jagiełłę na fundamentach zburzonej świątyni i to godło odkupienia pozostało we wnętrzu katedry, wcale do dzisiejszej niepodobnej. Niedługo, bo tylko dwanaście lat przetrwał ten pierwszy na Litwie kościół Jagielloński. W straszliwym pożarze w roku 1399 zgorzał do szczętu. Wówczas wielki książę Witold z żoną Anną wznieśli na tym samym miejscu nową, okazalszą świątynię w stylu germańsko-gotyckim z licznymi wieżyczkami. Ale przy budowie kościoła zapomniano postawić krzyż na dawnym miejscu. Pewnego dnia przybył do katedry z prowincji staruszek ksiądz o długiej siwej brodzie i dziwnie pogodnej twarzy i prosił księdza oficjała Walentego, by go po nowej świątyni oprowadził. Podziwiał wspaniałe jej urządzenie wewnętrzne, bogate i misternie rznięte srebrne lampy i świeczniki i był zachwycony muzyką, złożoną z trąb, obojów, piszczałek, bębnów i kotłów. Żegnając księdza oficjała w gorących słowach wyraził radość z odnowienia świątyni, ale jednocześnie wymawiał, iż zaniedbano postawienia na dawnym miejscu drewnianego krzyża, tej cennej pamiątki. Nie przyjął staruszek zaproszenia księdza Walentego, by z nim skromny posiłek podzielił i pośpiesznie katedrę opuścił. Ksiądz oficjał nie zwrócił uwagi na słowa starca i wkrótce o nich zapomniał. W kilka dni potem biskup Mikołaj był obecny na nabożeństwie w katedrze i, klęcząc u bogato rzeźbionego i obitego adamaszkiem klęcznika, gorąco się modlił. Nagle opanowało go tak wielkie znużenie i senność, iż nie mógł się przezwyciężyć i, skłoniwszy czoło na klęcznik, zasnął. W tej samej chwili ujrzał nieżyjącego już od lat dziesięciu pierwszego biskupa Andrzeja, który opromieniony dziwnym światłem, wyniósł z zakrystii wielki krzyż drewniany, umieścił go pośrodku prezbiterium i, skinąwszy na klęczącego biskupa, zniknął. Biskup Mikołaj zaraz potem się obudził i nie mógł opanować wzruszenia i wrażenia, jakie widzenie to na nim sprawiło. Gdy po skończonym nabożeństwie opowiedział o nim zebranym księżom, wtedy ksiądz oficjał Walenty przypomniał rozmowę, jaką miał ze staruszkiem księdzem, zwiedzającym katedrę, którego nikt przedtem nie widział i nie znał. Jak się z opisu okazało, ów ksiądz i widziany przez biskupa Mikołaja jego poprzednik Andrzej byli jedną i tą samą osobą. Gdy wieść o tym doszła do wielkiego księcia Witolda, ten własnym kosztem wystawił w środku kościoła wspaniały ołtarz św. Krzyża, który bogato uposażył i na którym kazał umieścić ciemny krzyż drewniany z niewielką, lecz misternie z kości słoniowej rzniętą figurą Zbawiciela, będący również jego darem. Ta figura Chrystusa ocalała we wszystkich pożogach i wojnach i dotąd przechowuje się w zakrystii na krzyżu drewnianym, noszonym w procesji w Wielkim Tygodniu. Żródło:Zahorski Władysław Podania i legendy Wileńskie
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania, legendy i opowieści cudowne z lat dawnych na Litwie

Postprzez wanka » 21.01.2009

Obraz trójręki św. Kazimierza
W katedrze wileńskiej, w kaplicy królewskiej św. Kazimierza pod jego trumną już na samym ołtarzu znajduje się dziwny obraz tego świętego z trzema rękami. Św. Kazimierz w mitrze książęcej i w pąsowej długiej szacie, w dwóch prawych rękach trzyma lilie, w lewej zaś - różaniec. Obraz jest bardzo stary, jak to widać z napisu pod srebrną szatą, który świadczy, że został odnowiony w roku 1594. Do tego obrazu przywiązaną jest następująca legenda. W Wilnie mieszkał malarz, który miał szczególną cześć dla królewicza, ponieważ przy grobie jego niejednokrotnie doznał łask. Gdy papież Leon X w roku 1521 zaliczył królewicza Kazimierza do rzędu błogosławionych, wtedy malarz ów powziął myśl namalowania jego wizerunku. Gdy obraz już był skończony, artysta uznał, że prawa ręka odchylona na stronę sprawia wrażenie nieestetyczne i jest za długa. Zakrył ją tedy farbą, a natomiast namalował inną, zgiętą w łokciu. Ale spod warstwy farby wystąpiła wyraźnie ręka uprzednio namalowana. Na nic się zdało kilkakrotne jej zamalowywanie - ręka wciąż występowała. Wtedy artysta zamalował rękę zgiętą w łokciu, ale i ta spod farby wystąpiła. Malarz, widząc w tym cud zaniechał zamiaru i taki trójręczny obraz ofiarował kościołowi katedralnemu. Obraz pierwotnie zdobił trumnę św. Kazimierza w sklepie grobowym pod dawną kaplicą królewską, gdy zaś zwłoki świętego patrona Litwy przeniesiono do dzisiejszej kaplicy, obrazek umieszczono na ołtarzu pod srebrną trumną. Źródło:Zahorski Władysław Podania i legendy Wileńskie
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania, legendy i opowieści cudowne z lat dawnych na Litwie

Postprzez wanka » 21.01.2009

Niewinnie osądzony
W roku 1737 rano zakrystian szedłszy do kościoła św. Michała z przerażeniem spostrzegł, iż kościół został okradziony. Złodziej dostał się w nocy do kościoła oknem i wykradł kosztowne kielichy, złotą różę, przysłaną Elżbiecie Sapieżynie przez papieża Klemensa VIII, spruł z ornatów perły i zabrał wiele innych rzeczy. Powstał alarm, zbiegli się ludzie i rozpoczęto poszukiwania świętokradcy. Jakoż niedaleko kościoła, przy moście zarzecznym spostrzeżono śpiącego pod drzewem człowieka, a przy nim na ziemi ujrzano kilka pereł. Był to młody człowiek, czeladnik szewski. Obudzony, przecierał oczy i długo nie mógł zrozumieć, czego od niego chciano i dlaczego obchodzą się z nim w sposób brutalny. Gdy jednak dowiedział się, o co go obwiniają i gdy mu pokazano znalezione przy nim perły, świadczące o jego winie, zaczął płakać i przysięgał na wszystko co ma świętego, iż jest niewinny. Opowiedział, że spędził noc w gospodzie na hulance z kilku kamratami i wracając do domu na Zarzecze, a będąc zupełnie pijanym, upadł i zasnął. W jaki sposób znalazły się przy nim perły, tego nie wie. Może złodziej dla zatarcia śladów umyślnie mu je podrzucił. Domniemanego winowajcę odprowadzono do ratusza i osadzono w więzieniu. W parę dni potem stawiono go przed sądem, który pomimo łez i przysiąg, iż nie jest winny zarzucanej mu zbrodni kradzieży, skazał go na śmierć przez powieszenie. Na rynku przed ratuszem stale znajdowała się szubienica na wzniesieniu o kilku stopniach. W oznaczonym dniu niezmierny tłum zapełnił rynek. Niektórzy, chcąc lepiej widzieć, jak będą wieszać świętokradcę, wdrapali się na drzewa. Halabardnicy przyprowadzili na miejsce kaźni winowajcę. Blady, zalany łzami, szedł chwiejnym krokiem, mając ręce skrępowane powrozem za plecami. Zbliżając się do rusztowania zaczął głośno odmawiać litanię do Matki Boskiej. Odmawiał ją wstępując na stopnie szubienicy i już stojąc pod nią. Wśród tysięcznego tłumu zalegającego rynek zapanowała taka cisza, że z najdalszych miejsc wyraźnie słychać było słowa litanii. Niektórzy zdjęli z głów okrycia i na słowa nieszczęśliwego, zwrócone do Najświętszej Panny, odpowiadali: - Módl się za nami! Kat czekał, oparty o szubienicę. Gdy litania była skończona, kat zarzucił skazańcowi stryczek na szyję i pchnął go z wysokości, ale nieszczęśliwy zdołał jeszcze zawołać: - Matko! okaż, że jesteś! W tej samej chwili nowy i mocny sznur rozprysł się na części i skazany padł na ziemię. Rozległy się wołania: - Cud! Puścić wolno! Nie karać! Sąd, widząc w tym zdarzeniu rozkaz Boga, uwolnił biedaka od kary. W parę dni potem u Żyda handlarza znaleziono sporo pereł i kawały stopionego złota. Wzięty na tortury Żyd wyznał, że perły, złotą różę i patynę, które przetopił, kupił od niejakiego Bartłomieja, stróża przy kościele św. Anny. Pojmany Bartłomiej przyznał się, iż w nocy okradł kościół św. Michała i podrzucił kilka pereł śpiącemu przy moście czeladnikowi, pragnąc w ten sposób odwrócić od siebie podejrzenie; skradzione kosztowności sprzedał za bezcen kilku handlarzom. Bartłomieja powieszono na rynku, ale przedtem palono mu dłonie ogniem. Pociągnięto do odpowiedzialności wielu Żydów, których skazano na zwrot skradzionych przedmiotów, koszta procesu i grzywnę na rzecz zrabowanego kościoła. Źródło:Zahorski Władysław Podania i legendy Wileńskie
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania, legendy i opowieści cudowne z lat dawnych na Litwie

Postprzez wanka » 21.01.2009

Łańcuch ofiarny w Ostrej Bramie
W Ostrej Bramie przy obrazie Najświętszej Panny wiszą łańcuchy, parę łokci długie o czworobocznych ogniwach, jakoby srebrne. Z łańcuchami związane jest następujące podanie. Pewna wdowa mleczarka, mieszkająca na przedmieściu Wilna, przygarnęła chłopca sierotę, który nie miał ani rodziców, ani krewnych. Gdy chłopak podrósł, mleczarka uprosiła proboszcza Ostrobramskiego, by go wziął na posługi. Chłopiec był cichy, łagodny i posłuszny, więc ksiądz polubił go, nauczył czytać i pisać. Chodził on z księdzem do chorych, służył do mszy i spełniał rozmaite drobne posługi, a że był ładny, uprzejmy i usłużny, lubili go wszyscy i dawali po kilka i kilkanaście groszy, ale chłopak tych pieniędzy sobie nie brał, tylko oddawał opiekunce i zwykle u niej nocował. Był on bardzo nabożnym, szczególniej czcił i uwielbiał Matkę Boską. Modląc się prosił Boga, by mu dał zostać wielkim człowiekiem. Raz, podczas nieszporów w kościele Ostrobramskim w święto Opieki Matki Boskiej, chłopiec zasnął i niepostrzeżenie zsunął się pod kawkę, na której siedział. Nieszpory się skończyły, wszyscy opuścili kościół, który zamknięto i chłopak sam pozostał. O samej północy weszło do kościoła dwóch przecudnej piękności aniołów w powiewnych szatach, mających u ramion duże śnieżnej białości skrzydła. W rękach mieli zapalone świece, od których bił blask, jak od słońca. Gdy aniołowie obudzili uśpionego chłopaka, ten okrutnie się przestraszył, zaczął drżeć i płakać, ale rychło się uspokoił, widząc niebiańską słodycz i dobroć, malującą się na ich cudnych obliczach. Padł na kolana i złożył dłonie, jak do modlitwy. Aniołowie wzięli go za ręce i po schodach na górę do kaplicy zaprowadzili. Wszystkie drzwi, w miarę ich zbliżania się, same się otwierały bez szelestu. Gdy stanęli przed ołtarzem, rozsunęły się firanki, zasłaniające obraz, z którego patrzała przepiękna, łagodnym smutkiem znaczona twarz Najświętszej Panny. Wtedy jeden z aniołów rzekł do chłopca: - Ponieważ ciągle błagałeś Matkę Boską, byś mógł zostać wielkim człowiekiem, więc Ona w nagrodę za to, żeś zawsze był uczciwym, dobrym i pobożnym, spełni twoją prośbę. Ale, ażeby być wielkim, trzeba, ażebyś przede wszystkim bogatym został. Aniołowie otworzyli znajdującą się w kaplicy skarbonę, pełną złotych monet i kazali chłopcu brać z niej tyle, ile może unieść zdoła. W chłopcu jednak ozwała się wrodzona uczciwość. - Nie! - rzekł - te pieniądze należą do Matki Boskiej i bez Jej pozwolenia ani jednej monety nie ruszę. Pozwólcie mi pomodlić się. Ukląkł na stopniach ołtarza i wpatrzony w obraz, gorąco się modlił, a gdy potem drżącym z nieśmiałości głosem zapytał, czy istotnie może ze skarbu skorzystać, Najświętsza Panna z łagodnym uśmiechem skinęła głową na znak przyzwolenia. Dopiero wtedy chłopak napchał, gdzie mógł pieniędzy, do kieszeni, do cholew i gdzie indziej. Aniołowie wyprowadzili go, a drzwi same się na rygle pozamykały, jak było przedtem. Chłopiec poszedł do opiekunki, a gdy ta pytała, dlaczego tak późno wraca, powiedział jej, że musiał z księdzem do chorego w nocy chodzić. Nad ranem położył pod poduszkę mleczarki kilka złotych monet, po czym pomodliwszy się, wyszedł niepostrzeżenie z domu i puścił się w drogę. Zaszedł do Rygi i tam u pewnego bogatego kupca służył za chłopca. Ale kupiec był zły, nieuczciwy, oszukiwał ludzi i źle się obchodził ze służbą, toteż chłopak wkrótce porzucił go i dostał się do innego poczciwego i służył u niego cały rok. Złoto swoje zaszył do kapotki i tę bardzo starannie chował pod głową, gdy do snu się układał. Zwróciło to uwagę kupca, który zapytał, dlaczego tak pilnie chowa starą kapotkę. Chłopak, który służył bez pensji, odparł że dlatego, iż ma ją jedną tylko. Gdy jednak odpowiedź ta nie zaspokoiła podejrzliwego kupca, wyznał mu całą prawdę i prosił, by kupiec przyjął pieniądze na lokatę, a za procent dał mu wychowanie. Kupiec miał córkę jedynaczkę, w której chłopak rozkochał się i pozyskał jej wzajemność. Po skończeniu nauk ożenił się z nią i sprowadził opiekunkę, którą otoczył wygodami. Rozpoczął na własną rękę handel, a że był sumiennym i uczciwym w interesach, pozyskał ogólne zaufanie i wkrótce dorobił się olbrzymiego funduszu. W bogactwie nie zapomniał, komu, je zawdzięcza i co rok posyłał do Ostrej Bramy bogate ofiary, a między innymi ów łańcuch srebrny na pamiątkę, iż z poniżenia i więzów ubóstwa wyzwolony za łaską Najświętszej Panny, stał się bogatym i wielkim. Według innego podania łańcuch srebrny przy obrazie Matki Boskiej Ostrobramskiej ma pochodzić z daru jakiegoś pana, chorego na wodną puchlinę, który ślubował, iż ofiaruje Najświętszej Pannie takiej długości łańcuch srebrny, jak sam był opuchły, a gdy wyzdrowiał dotrzymał ślubu. Źródło:Zahorski Władysław Podania i legendy Wileńskie

Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania, legendy i opowieści cudowne z lat dawnych na Litwie

Postprzez wanka » 22.01.2009

Lizdejko
Kriwe-Kriwejte, arcykapłan przy świątyni Perkunasa w dolinie Świntoroga utracił młodą żonę. Nie pomogły liczne ofiary, spalone na ołtarzach bogów, nie uratowały chorej zaklinania kapłanów, ani podawany w napoju popiół z ołtarza wiecznego ognia. W kwiecie wieku zgasła małżonka arcykapłana. Kriwe-Kriwejte popadł w zadumę, stronił od ludzi, z którymi obcowanie było mu przykre i szukał samotności. W tym celu po nabożeństwie w świątyni sam bez towarzyszów odbywał dalekie wycieczki, siadał do czółna i płynął z biegiem Wilii, albo pieszo zapuszczał się w lasy okoliczne i nieraz zadumany milę i więcej uszedł. Przyroda koiła ból i zabliźniała świeżą ranę. Nie dziw, że troska osiadła chmurą na wyniosłym czole wielkiego kapłana, nie dziw, że na skroniach i w czarnej wypieszczonej brodzie zjawiły się srebrne nitki. Według prawa arcykapłan nie mógł pojąć drugiej żony, a Kriwe-Kriwejte był jeszcze w sile wieku, serce miał gorące i pragnął miłości kobiety i pieszczot dziecka. Musiał się tych rozkoszy na zawsze wyrzec. Podczas jednej z wycieczek w stronę dzisiejszych Werek, gdy szedł zadumany, usłyszał w bliskości śpiew. Nieznacznie zbliżył się ku miejscu, skąd go dźwięki dochodziły. Na niewielkiej polance w cieniu bujnego krzewu siedziało nad strumykiem urocze dziewczę. Młoda Litwinka opuściła do wody bose drobne stopy, zaś białe jej ręce z różowymi paluszkami zajęte były pleceniem wianka z róż polnych, konwalii i bławatków, które pokrywały jej kolana i rozsypane na murawie tworzyły u stóp dziewczyny barwny kobierzec. Oddana robocie, urozmaicała ją sobie śpiewem. Głos jej niski, piersiowy, był bardzo dźwięczny. Od czasu do czasu przerywała śpiew i sięgała do stojącej obok kobiałki, po brzegi malin pełnej. Arcykapłan długo wpatrywał się w to cudne zjawisko, aż wreszcie nie mógł się dłużej opierać pokusie, która go ku dziewczęciu pociągała i opuściwszy kryjówkę, zbliżył się do nieznajomej. Dziewczyna zrazu strwożyła się nagłym zjawieniem się obcego mężczyzny, ale wnet się uspokoiła, poznawszy w przybyłym wielkiego kapłana, którego wespół z całym ludem czciła, a poczytując prawie za półboga, nieco się obawiała, ale i serdecznie żałowała, gdyż wiedziała o bolesnej stracie, jaką poniósł. Toteż powstawszy z miejsca, złożyła mu głęboki, pełen czci ukłon. Arcykapłan pogłaskał jasne włosy dziewczęcia, rozkazał jej usiąść i sam usiadłszy obok na murawie, jął rozpytywać, kim jest, skąd pochodzi i gdzie są jej rodzice? Dziewczyna odpowiadała zrazu nieco strwożona, lecz ośmielona dobrocią oraz miłym i łagodnym obejściem towarzysza, nabrała odwagi i z dziecięcą szczerością, nic nie tając, opowiedziała mu dzieje niedługiego swego życia. Liczyła 18 wiosen, była sierotą, matki nie pamiętała, a ojciec przed kilku laty, biorąc udział w łowach książęcych, trafił na rogi tura i przyniesiono go konającego z poszarpaną piersią i połamanymi żebrami. Po pogrzebie ojca zamieszkała przy starej ciotce, ubogiej wdowie, która nie opodal miała chatkę. W zimie przędły i tkały, latem zbierały miód, suszyły grzyby, hodowały krówkę, a w ogrodzie miały dużo ładnych owoców, wisien i jagód. Ludzie kupowali płótno i sukno. W dostatki nie opływały, ale biedy nie znały. Były ze sobą szczęśliwe, bo ciotka, chociaż stara i trochę zdziecinniała, kochała ją i nie krzywdziła. Arcykapłan obdarzył dziewczynę drobnym datkiem i kazał jej przyjść nazajutrz na to samo miejsce. Odtąd widywali się często. Kriwe-Kriwejte przynosił dziewczęciu upominki: wstążki barwne, sznury bursztynów lub łakocie, ona mu za to śpiewała rzewne piosnki, albo opowiadała bajki i podania. Zupełnie przestała się obawiać i z dziecięcą pustotą pozwalała sobie na swawole; gładziła różową dłonią jedwabistą brodę kapłana, stroiła mu głowę w kwiaty lub karmiła go malinami, kładąc mu je do ust. Szukali swego towarzystwa i tęsknili do siebie. Sami nie wiedzieli, jak i kiedy wyrzekli słowa miłości, a usta ich w pocałunku się złączyły. Arcykapłan odwiedził dziewczynę w dworku ciotki, przez którą z czcią najwyższą przyjęty został. Do chatki zawitał dobrobyt i stara ciotka już nie potrzebowała ciężko pracować i troszczyć się o jutro. Kriwe-Kriwejte zwierzył się ze swą tajemnicą jednemu kapłanowi, który go kochał jak ojca i gotów był życie za niego oddać. Ten, choć przerażony strasznymi następstwami, jakie ten związek musiał za sobą pociągnąć, gdyby byk odkryty, uległ prośbom przyjaciela i zgodził się dopomóc w zawarciu tajnych ślubów z piękną dziewczyną. Owocem tego małżeństwa był syn. Dziecię to uszczęśliwiało rodziców, ale zarazem przyjście jego na świat czyniło nader trudnym, prawie niemożliwym ukrywanie tajemnicy ich związku. Wykrycie zaś tegoż groziło obojgu straszną karą. Arcykapłan zostałby spalony na stosie, a ją czekało zakopanie żywcem do ziemi. Próżno łamali głowy nad wynalezieniem sposobu zachowania dziecka przy matce bez wydania tajemnicy. Wreszcie miłość ojcowska podszepnęła Kriwe-Kriwejcie sposób wyjścia z kłopotu. Dowiedział się mianowicie, że za parę dni wielki książę z orszakiem dworzan zjeżdża na łowy, które mają się odbyć w miejscowości przez jego żonę zamieszkanej. W dniu wyznaczonym układa dziecinę w bogato przystrojoną w kwiaty, wstęgi, złote chwasty i świecidełka kolebkę i tę umieszcza w orlim gnieździe na dębie, w miejscu, którego wielki książę nie mógł ominąć, ponieważ było tu siedlisko turów i żubrów. Te Kriwe-Kriwejte daleko w puszczę spłoszył. Niedługo potem zagrzmiały w borze rogi i trąby, rozległy się nawoływania myśliwych oraz szczekanie psów i dzielny kunigas z jedną ręką pełną grotów i potężnym oszczepem w drugiej pośpiesza na czele orszaku, gwałtownie rozchylając gałęzie. Ale nagle staje zdumiony. Zamiast bowiem ryku turów słyszy nad sobą kwilenie dziecka. Rozglądając się spostrzega pośród gałęzi na dębie coś błyszczącego. Na rozkaz księcia łowcy włażą na drzewo i ostrożnie składają u stóp książęcych kolebkę z dziecięciem, które, gdy się ku niemu książę skłonił, przestało płakać i uśmiech ku niemu jego drobną i piękną twarzyczkę rozjaśnił. Kunigas i dwór jego stali zdumieni, rozumiejąc, że to cudowne zjawisko jest przez bogów zesłane. Posłano po arcykapłana, który, jakby o niczym nie wiedząc, pośpieszył na wezwanie i zapytany przez księcia, jak by to cudowne znalezienie dziecka wytłumaczył, nie od razu dał odpowiedź. Chcąc ukryć wzruszenie, jakie go opanowało na myśl, iż ta chwila stanowi o jego własnym i drogich mu istot życiu, rozpoczął długą z bogami rozmowę. Wróżył z wiatru, ze szmeru drzew, oraz z popiołu, który ze sobą z ołtarza świątyni przyniósł. Książę wraz z dworem w skupieniu i z uszanowaniem przyglądał się tajemniczym gusłom wielkiego kapłana. Wreszcie Kriwe-Kriwejte z uroczystą powagą na twarzy wyjął dziecinę z kolebki i podając ją wielkiemu księciu rzekł: - Książę! Bogowie nową cię łaską obdarzają. Przez ciebie Litwa uszczęśliwioną zostanie. To dziecię zsyłają ci wcześnie bogowie na mego następcę, gdy ten świat opuszczę. Wychowaj je troskliwie, a stanie się twoim i Litwy u bogów pośrednikiem! Uradowany książę upraszał arcykapłana, by wziął niemowlę do siebie i jego wychowaniem się zajął, ten jednak znowu długą miał rozmowę z bogami, którzy zamiar księcia pochwalili. Wtedy dopiero Kriwe-Kriwejte zabrał znalezione dziecię do swego pałacu, dokąd wezwał również swą żonę, jako piastunkę dziecka. Książę na pamiątkę cudownego znalezienia dziecka w gnieździe, które po litewsku zowie się lizda, nadał mu imię Lizdejko, zaś samą miejscowość nazwał Werki, od słowa werkt', co znaczy "płakać". Bogowie spełnili obietnicę, albowiem Lizdejko po śmierci ojca został arcykapłanem, poślubił siostrę wielkiego księcia Witenesa i szeroko po świecie imię Litwy i własne rozsławił. On to właśnie wytłumaczył Giedyminowi znaczenie snu o żelaznym wilku, co dało powód do założenia Wilna. Źródło:Zahorski Władysław Podania i legendy Wileńskie
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania, legendy i opowieści cudowne z lat dawnych na Litwie

Postprzez wanka » 22.01.2009

Kur Księcia Radziwiłła
Dzisiejszy gmach poczty naprzeciwko kościoła św. Jana w XVI wieku był własnością Radziwiłłów, książąt na Ołyce i Nieświeżu. Radziwiłłowie porzucili wyznanie katolickie i przyjęli naukę Kalwina, którego stali się gorliwymi adeptami. Szczególniej zasłynął w walce z katolicyzmem Mikołaj Radziwiłł Czarny, wojewoda wileński. Gnębił katolików, bezcześcił świątynie katolickie, napadał zbrojno na kondukty pogrzebowe i nawet dla większego pohańbienia kościoła św. Jana, kazał u ścian jego składać kupy nawozu, a przed głównymi drzwiami wystawił szubienicę. W pałacu swoim wojewoda urządził zbór, w którym odprawiano nabożeństwa kalwińskie. Po śmierci wojewody pałac odziedziczyli czterej jego synowie, którzy, idąc w ślady ojca, nie szczędzili szykan katolikom. Raz w Wielki Piątek, gdy cała ludność katolicka sucho pościła, umartwiała się i modliła się u grobu Chrystusa w kościele św. Jana, Radziwiłłowie wyprawili w swym pałacu bankiet, sprosiwszy nań mnóstwo gości - współwyznawców. Wina i miody lały się strumieniem, stoły uginały się od mięsiw i ciast rozmaitego rodzaju. Gwar, śmiechy i pieśni rozlegały się w obszernych komnatach, a gospodarze i goście wysadzali się w dowcipach i drwinach z obrzędów kościoła katolickiego i z przestrzeganego przez katolików postu. Posługacze wnieśli i ustawili na stołach srebrne półmiski z pieczonym ptactwem. Były tu bażanty, paw z rozpuszczonym, mieniącym się barwami ogonem oraz kur w upierzeniu tak kunsztownie odtworzonym, iż sprawiał wrażenie żywego ptaka, toteż goście głośnymi okrzykami powitali to arcydzieło, sławiąc talent kuchmistrza, a książę Mikołaj Radziwiłł, najstarszy syn wojewody, zawołał: - Witamy cię, kapłonie! Wszak nie jesteś papistą i katolikiem, skoroś w wielki piątek zawitał na stół Radziwiłłów! Ledwie to wyrzekł, gdy kur poruszył się na półmisku, stanął na nogach, zatrzepotał skrzydłami i podniósłszy głowę i rozwarłszy dziób - zapiał. Przerażenie ogarnęło ucztujących. Porwali się od stoków biesiadnych i w popłochu tłumnie do drzwi się rzucili. Zdarzenie to wywarło na księciu Mikołaju tak silne wrażenie, iż niebawem nawrócił się. Za przykładem starszego poszli młodsi bracia: Jerzy, Albert i Stanisław Radziwiłłowie i z prześladowców kościoła stali się gorliwymi katolikami, a Jerzy nawet zasłynął jako biskup wileński, kardynał i kandydat do tronu papieskiego. Od jego to godności kardynalskiej pałac Radziwiłłowski odtąd zwał się "Kardynalią".Źródło:Zahorski Władysław Podania i legendy Wileńskie
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania, legendy i opowieści cudowne z lat dawnych na Litwie

Postprzez wanka » 22.01.2009

Księga Twardowskiego
Podanie o księdze czarownika Twardowskiego jest związane z murami Uniwersytetu Wileńskiego. Podał je ks. Naramowski, jezuita, według ks. Daniela Butwiłły S.I., późniejszego rektora Akademii Wileńskiej (1663 r.). Opowiadanie to, zasłyszane od ks. Butwiłły, zapisał jezuita Szpoł. Znakomity czarnoksiężnik Twardowski posiadał wielką, pisaną na pergaminie i w skórę oprawną księgę, zawierającą rozmaite zaklęcia, czary oraz formuły wywoływania czarta i zmarłych osób. Niezwykła ta księga dostała się królowi Zygmuntowi Augustowi, ten zaś zapisał ją testamentem razem ze swoim księgozbiorem bibliotece Wileńskiej Akademii Jezuickiej, która mieściła się przy dzisiejszej ulicy Uniwersyteckiej. Jezuici zamknęli niebezpieczną księgę w osobnej szafie i przykuli ją do ściany grubym łańcuchem żelaznym, a nikt do niej zaglądać nie miał odwagi. Pewnego wieczora pomocnik prefekta biblioteki Daniel Butwiłł, ten sam, który później został rektorem Akademii, do późna pracował w bibliotece, w której oprócz niego nikogo więcej nie było. Nagle ks. Butwiłł poczuł nieprzezwyciężoną chęć zajrzenia do księgi Twardowskiego i przekonania się, co też ona w sobie zawiera. Po krótkim wahaniu otworzył szafę i rozwarł księgę, ale, jak tylko zaczął czytać, w bibliotece powstał hałas piekielny, dał się słyszeć skowyt, wycie, śmiech, jęki, brzęk łańcuchów i trzask ognia. Pokój napełnił się swądem siarki, pod sklepieniem zaczęły fruwać i bić o ściany nietoperze, po podłodze i stokach pełzać węże, jaszczurki i ropuchy, a zza szaf i z kątów okazywać się poczwary i straszydła. Ks. Butwiłł zdjęty najwyższym przerażeniem, co prędzej zamknął księgę, uciekł do przyległej izby i drzwi za sobą zatrzasnął. Całą noc spędził bez snu, na modlitwie, drżąc ze strachu, a w bibliotece do świtu trwały hece diabelskie; ryk, pisk, hałasy i brzęk łańcuchów. Gdy nazajutrz rano ks. Butwiłł w towarzystwie kilku osób wszedł do biblioteki, panował w niej okropny nieład. Stoły i stołki były poprzewracane, na podłodze walały się książki i manuskrypty, powyrzucane z szaf. W powietrzu czuć jeszcze było swąd siarki. Księgi Twardowskiego nie było. Znikła ona, nie wiadomo jak i przez kogo porwana. Tylko kawał łańcucha, którym księga była przykuta, zwieszał się ze ściany. Księga ta, zwana Liber magnus znalazła się potem w książnicy Krakowskiej. Pewien żak słyszał, że kto by z niej czytał, temu diabeł się objawi i spełni rozkaz, jaki mu wyda czytający. Zakradł się więc pewnej nocy do biblioteki, otworzył księgę i zaczął czytać formuły czarnoksięskie. Wtem diabeł stanął przed nim w straszliwej postaci i zapytał, czego żąda. Żak, który się nastraszył niezmiernie, zamiast powiedzieć: chcę pieniędzy! - jak był sobie ułożył, rzekł: - Chcę pietruszki! Posłuszny rozkazowi diabeł, zaczął nosić pietruszkę drzwiami i oknami, ale szczęściem, kur zapiał, więc diabeł musiał zaprzestać roboty.
Źródło:Zahorski Władysław Podania i legendy Wileńskie
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania, legendy i opowieści cudowne z lat dawnych na Litwie

Postprzez wanka » 22.01.2009

Kościół Św. Anny
Mieszkał w Mińsku sławny mistrz mularski, podeszły już wiekiem Wojciech. Miał on córkę jedyną, Marię, poślubioną młodemu uczniowi swemu Janowi. Ten słysząc, że w krajach zachodnich są mistrze, co budują świątynie i pałace, o jakich nawet Wojciech wyobrażenia nie miał, postanowił udać się do obcych krajów i tam u sławnych mistrzów uczyć się budownictwa. Na nic się zdały odradzania Wojciecha, który upewniał zięcia, że nie nauczy się u cudzoziemców nic takiego, czego by on Wojciech nie mógł go nauczyć. Próżno błagała męża czule go kochająca Maria, by jej nie opuszczał. Jan nie dał się odwieść od powziętego zamiaru, nie zmiękł wobec próśb żony i poleciwszy ją opiece teścia, opuścił rodzinne strony. Zwiedził różne kraje, podziwiał wspaniałe, zadziwiające ogromem świątynie, i na ostatku przystał za ucznia i czeladnika do sławnego mistrza mularskiego u Krzyżaków, którego dzieła powszechny podziw budziły. Przez kilka lat nic o Janie nie było słychać. Tymczasem w Wilnie żona wielkiego księcia, świątobliwa i dobra pani Anna postanowiła wznieść ku chwale Bożej nowy kościół i szukała zdolnego budowniczego, ponieważ chciała, by kościół był piękny i okazały. Wskazano księżnej Wojciecha, jako najsławniejszego w kraju. Temu też Anna budowę świątyni powierzyła. Wojciech z córką niebawem do Wilna się przeniósł i przystąpił do budowy. Założył fundamenty i zaczął wznosić ściany, które szybko rosły i już dosięgły paru sążni. Wojciech obiecywał, iż będzie to arcydzieło, które przewyższy wszystko, co dotychczas stworzył i był przekonany, że kościół ten wsławi jego imię na wieki. Pewnego wieczora stary budowniczy siedział w swoim mieszkaniu, położonym w pobliżu rozpoczętej budowy i pilnie pracował nad planami, zaś Maria smutna, szyła jakąś część ubrania, ocierając od czasu do czasu rąbkiem białego rękawa łzy napływające do oczu. Myślą goniła swego ukochanego Jana, o którego srodze się niepokoiła, nie mając żadnych wieści od roku przeszło, kiedy pielgrzym przyniósł jej pozdrowienie od męża i wiadomość, że jest zdrów, kocha ją, pracuje i uczy się gorliwie. Gdy tak Wojciech w pracy, a Maria w dumaniach byli pogrążeni, dały się słyszeć szybkie kroki w podwórzu i stukanie do drzwi. Maria wstała, by je otworzyć i po chwili z głośnym, radosnym krzykiem padła w objęcia męża. Powstał z miejsca i sędziwy Wojciech, serdecznie zięcia witając. Gdy zdrożony podróżny pierwszy głód zaspokoił i Maria postawiła na stole kubki ze starym miodem litewskim, Jan rozpoczął opowiadanie o tym, gdzie bywał, co widział i czego się uczył u obcych. Wojciech drwiąco się uśmiechał i wreszcie rzekł: - Zwiedziłeś dużo świata, wieleś widział i, jak wnoszę, nie marnowałeś czasu, tym lepiej tedy potrafisz ocenić arcydzieło, które ja rozpocząłem tworzyć, a przy którym te włoskie i krzyżackie budynki, wydadzą ci się lichymi szopami. Jutro pokażę ci plany i samą budowę, która już się sporo posunęła. Przekonasz się, że Wojciech chociaż stary, więcej wart od twoich majstrów, nad którymi tak się unosisz! Nazajutrz obaj udali się na budowę. Jan spodziewał się ujrzeć istotne arcydzieło, tym bardziej, że Wojciech nie przestawał przechwalać się i pysznić swoim dziełem. Tym większe było zdumienie Jana, gdy zobaczył ciężkie ściany, wyprowadzone na parę sążni ponad ziemią, bez żadnych ozdób i gzymsów. Drzwi łukowe były niezgrabne i nieodpowiednie do projektowanej całości. Nie umiał ukryć pomieszania i na natarczywe zapytania teścia, czy jest zachwycony, odrzekł łagodnie: - Nie ojcze, nie tegom się spodziewał. Ja bym to inaczej zbudował. To, co widzę, jest za ciężkie, przygniata, nie pasuje i nie zgadza się jedno z drugim... Ja bym uczynił cacko lekkie, przejrzyste, moje gzymsy byłyby utkane z koronek, a wieżyce w niebo by strzelały. Tu zaczął wykazywać braki, które w budowie postrzegał i marzyć, jak by on to wszystko inaczej wykonał. Wojciech zrazu osłupiał, ponieważ nie mógł pojąć, jak ktoś śmiał ganić to, co on za arcydzieło uważał. Słuchał zięcia ze ściągniętą siwą brwią i zaciśniętymi ustami, aż wybuchnął długo hamowanym gniewem. - Ha, młokosie! Śmiesz ganić dzieło największego w kraju mistrza. Co ty w tym rozumiesz. Przewrócili ci w głowie krzyżaccy partacze i zdaje ci się, żeś jest zdolny stworzyć coś lepszego niż Wojciech. Trzeba cię za taką zuchwałość na całe życie ukarać. Słuchaj! - tu ścisnął zięcia za ramię. - Oddaję ci tę budowę. Prowadź ją dalej według swego gustu, ale pamiętaj zarozumialcze, że gdy wyprowadzisz koślawe ściany i krzywe słupy, gdy nie będziesz mógł poradzić sobie ze sklepieniem i na klęczkach błagać mnie będziesz o pomoc, stary Wojciech odepchnie cię i śmiać się będzie ze wstydu,jakiego się najesz i z niesławy, która na cię spadnie. Odchodzę! Nie ujrzycie mnie do tego czasu, aż dokończysz budowy. Próżno Jan i przelękniona Maria zatrzymywali starca, próżno czułymi słowy błagali, by pozostał i dalej budowę kościoła prowadził; zraniony w swej pysze Wojciech nie chciał ich słuchać. Wyrwawszy się dzieciom, szybko się skrył w uliczce i wnet Wilno opuścił. Musiał tedy Jan wziąć się do roboty. Oddał się pracy z młodzieńczym zapałem, rad, że może w cegle i kamieniu urzeczywistnić swe marzenie. Nie zburzył postawionych przez Wojciecha ścian, lecz na nich, jak na podstawie, zaczął wznosić łuki, wysmukłe, lekkie słupki i gzymsy, wreszcie uwieńczył budowę trzema ażurowymi wieżyczkami, które zdawały się ulatywać w niebo. Więcej niż rok trwała budowa i przez cały ten czas stary Wojciech nie pokazał się ani razu i nie dał znaku życia, aż pewnego wieczora niespodziewany zjawił się w mieszkaniu dzieci. Byk bardzo zmieniony, postarzał się i zgarbił. Widocznie cios zadany jego pysze mocno go dręczył i bolał. Obojętnie powitał córkę i zięcia i, ledwo rzuciwszy okiem na kilkumiesięczną wnuczkę, którą mu Maria podniosła, usiadł ponuro przy stole i drwiącym głosem zapytał Jana: - Cóż panie zięciu, słyszałem, żeś ukończył budowę kościoła. Przybywam, by go zobaczyć i ukarać cię za zarozumiałość.Wyobrażam sobie jak wygląda to arcydzieło. Prowadź mnie! - Ojcze - rzekł Jan łagodnie, ujmując dłoń starca - teraz noc, trudno ci będzie cokolwiek dojrzeć. Jutro rano usuną rusztowania i wtedy przekonasz się, że twój zięć jest godnym ciebie. - Prowadź mnie zaraz. Na niebie księżyc w pełni i dość jest jasno, by moje wprawne oko dojrzało wszystkie twe błędy. Idźmy! Jan nie opierał się, wziął tylko płaszcz i latarni~ i podążył za teściem. Maria, trawiona niepokojem, wziąwszy na ręce uśpioną dziecinę, pośpieszyła za nimi. Księżyc skrył się za chmurą i było ciemno. Szli szybko w głębokim milczeniu. Na tle nieba czarnymi liniami zarysowały się kontury rusztowania. Wojciech z gorączkowym pośpiechem zaczął wstępować na nie, za nim w milczeniu szedł Jan. Maria zatrzymała się na placyku przed kościołem i z niepokojem śledziła dwie postacie, wspinające się coraz wyżej... Księżyc wyjrzał zza chmury i łagodnym światłem oblał budowę, rusztowanie i dwóch ludzi wstępujących na nie. Wojciech słowa nie mówiąc, z wolna się posuwał, chwilami stawał i bacznie się murom przyglądał. Twarz jego coraz bardziej posępniała i bladła, a w oczach malowało się zdumienie i gniew dziki. Gdy weszli na szczyt rusztowania i przed ich oczami na jasnym tle nieba zarysowała się przezroczysta, jakby nie z cegły, lecz z lekkich pręcików złożona wieżyczka, stary mistrz zachwiał się i kurczowo uchwycił się słupa rusztowania. Był trupio blady, a jego oczy złowrogim blaskiem pałały. Ha - syknął - stworzyłeś arcydzieło! Sławny Wojciech żakiem przed tobą. Chyba szatan pomagał ci w robocie. Niechże cię teraz ratuje! Z tymi słowy z całej siły uderzył zięcia pięścią w piersi. Jan zachwiał się, rozkrzyżował ręce i runął z wysokości, ale padając uchwycił się za wystającą deskę i zawisł w powietrzu. Maria prawie nieprzytomna rzuciła się naprzód z krzykiem: - Janie mój! Ojcze, cóżeś uczynił? Ratuj go na rany Chrystusowe! . Ale Wojciech, oszalały z gniewu, podjął leżącą u stóp jego cegłę i cisnął ją w Jana. Ten upuścił deskę i z rozbitą głową padł u stóp Marii na kupę gruzu. Źródło:Władysław Zahorski . Podania i legendy Wileńskie
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Podania, legendy i opowieści cudowne z lat dawnych na Litwie

Postprzez wanka » 22.01.2009

Jasiński
Krzyżacy! Krzyżacy! Straszne to słowo napełniało przerażeniem, rozpaczą i nienawiścią serca Litwinów. Ileż bowiem klęsk sprowadzało na kraj zjawianie się tych zakutych w stal mnichów, którzy na płaszczach mieli wyobrażenie krzyża, jako godła miłości i miłosierdzia, w sercach zaś obłudę, złość i chciwość, a w rękach miecze zbroczone krwią bezbronnej ludności. Ci, niby głoszący naukę Chrystusową apostołowie zbrojni i dumni szli przez Litwę przy blasku płonących osad, wśród jęków i rzężenia konających pod ich mieczami, wśród płaczu złupionych i uprowadzanych w ciężką niewolę Litwinów, ich żon i dzieci. Po przejściu zbrojnych hufców krzyżackich miasta i osady obracały się w kupy gruzów i popiołów, setki trupów zaściełały drogi i zawisały na drzewach, a kwitnący i spokojny kraj zamieniał się w pustynię i olbrzymi cmentarz. Nie dziw tedy, że Litwini całym swym prostodusznym sercem nienawidzili Krzyżaków, że na pierwszą wieść o ich zbliżaniu się mężczyźni chwytali za topory i oszczepy, zaś kobiety z dziećmi szukały schronienia w niedostępnych kryjówkach leśnych i w miastach warownych. Gdy do Wilna doszła straszna wieść, że Krzyżacy przeszli Niemen, wkroczyli do Litwy i dążą ku stolicy, siejąc po drodze śmierć i spustoszenie, w mieście wszczął się popłoch nie do opisania. Z gorączkowym pośpiechem pakowano w skrzynie odzież, naczynia i klejnoty i ukrywano w lochach i kryjówkach podziemnych. Dniem i nocą wzmacniano zamki, do których schroniła się część mieszkańców z żonami, dziećmi i dobytkiem. Naprawiano ostrokół, opasujący krzywygród, sypano wały i pogłębiano fosy. Do warowni zwożono zapasy żywności, broni i prochu, słowem, w mieście i zamku wrzało jak w ulu. W trwożnym oczekiwaniu strasznego wroga upłynęło dni kilkanaście, aż jednej nocy zajaśniała na niebie krwawa łuna jako zwiastunka Krzyżaków, którzy chciwi mordu i łupów śpiesznie ku Wilnu dążyli. Jakoż nad ranem jaśniejąc od białych płaszczów, lśniących zbroi i pawich piór, wpadły do miasta pierwsze oddziały i wnet w kilku jego miejscach strzeliły w niebo płomienie zapalonych domostw i podniosły się słupy czarnych dymów. Rozległy się rozpaczliwe krzyki wywlekanych z kryjówek starców, niewiast i dzieci, których szlachetni rycerze przeszywali kopiami, wieszali i znęcali się w sposób nieludzki. Ani rozpaczliwe błagania bezbronnych ofiar, ani kwilenie niemowląt, odrywanych od piersi matczynej nie były w stanie poruszyć serc kamiennych. Sprawiwszy rzeź straszliwą, Krzyżacy rozłożyli się obozem około kościoła Panny Marii na Piaskach i zajęli samą świątynię, pomordowawszy naprzód kapłanów. Do północy trwała dzika orgia i rozpasanie. Nazajutrz przypuścili szturm gwałtowny do zamku, sądząc, iż z łatwością drewnianą twierdzę zdobędą. Ale mężna załoga godnie nieproszonych gości spotkała. Olbrzymie belki i kamienie runęły z góry na Krzyżaków, miażdżąc głowy i piersi, wrząca smoła i ukrop strumieniem lały się z wysokich parkanów i wałów, a kule kamienne wyrzucane z katapult, salwy broni ręcznej i chmury strzał w krótkim czasie zasłały trupem ziemię i fosy ciałami rannych i poległych wypełniły. Krzyżacy, nie spodziewając się tak zaciętego oporu, w nieładzie do obozu się cofnęli. Nazajutrz i w dniach następnych ponawiali szturm, ale zawsze z jednakowym skutkiem. Postanowili tedy wziąć twierdzę głodem, zajęli Górę Trzykrzyską i na niej wyznaczyli główną kwaterę. W pysznym namiocie zamieszkał mistrz zakonu, inne namioty zajęli komturowie i starszyzna, zaś główna sika pozostała na dawnym miejscu około kościoła. Czas upływał. W zamku z przerażającą szybkością topniały zapasy żywności i prochu. Zmniejszono do połowy dzienne porcje, ale każdy rozumiał, iż niedaleka jest chwila, kiedy trzeba będzie wybierać pomiędzy śmiercią głodową a niewolą, lub mieczem krzyżackim. Próbowano rozpaczliwych nocnych wycieczek, ale nie było sposobu wyparcia wroga, ponieważ roztopione śniegi znowu zamarzły i pokryły górę powłoką lodową, czyniąc ją nieprzystępną. W wojsku litewskiem byk żołnierz Jasiński. Niezgrabny i małomówny odznaczał się niezrównaną siłą i męstwem. Znany był dobrze Krzyżakom, którym jego miecz olbrzymi nieraz dał się we znaki. Jasiński powziął zuchwały zamiar wyparcia z Góry Trzykrzyskiej nieproszonych gości. Wyspowiadał się, całą noc krzyżem przeleżał, rano wysłuchał mszy świętej w katedrze i przyjął komunię. Tak pokrzepiony na duchu, wybrał spomiędzy koni najsilniejszego i najbardziej zmyślnego i ostro go podkuł. Było już południe, kiedy Jasiński, dosiadłszy rumaka, przez dolinę Świntoroga i Wilenkę dostał się do stóp góry. Z tej strony nie widać było na górze ani jednego Krzyżaka. Jasiński przeżegnał się i wbił ostrogi w boki koniowi, który jednym skokiem znalazł się wraz z jeźdźcem na pochyłości góry. Rozumne zwierzę, wiedzione instynktem, ostrożnie wspinało się po szklistej powłoce lodowej, wybierając miejsca, na których by się mogło na nogach utrzymać. Parę razy omal nie runęli do rzeki. Wolno, krok za krokiem, posuwali się naprzód, aż wreszcie stanęli na szczycie góry. Po chwili Jasiński znalazł się przed wspaniałym namiotem. Przy stole, pokrytym kobiercem i zastawionym jadłem i dzbanami z winem, oparty plecami o poręcz krzesła siedział sam mistrz zakonu. Znać tylko co skończył obiad i teraz w rozpiętym kaftanie, wyciągnąwszy przed siebie nogi i zwiesiwszy głowę na piersi, drzemał. Był sam w namiocie. Z innych dolatywał gwar głosów, śmiechy, cyniczne pieśni i brzęk pucharów. Było jasne, że cała starszyzna ucztowała, czując się bezpiecznie na niedostępnej górze. Jasiński wpadł do namiotu i zanim mistrz zdołał wydać głos, porwał go, zakneblował usta i skrępowanego na siodło rzucił. Odbyło się to z taką szybkością, że w obozie nikt nie spostrzegł porwania, zwłaszcza, że wejście do namiotu było zwrócone ku spadzistości, po której śmiałek na górę się dostał. Stokroć trudniejszym było zejście z góry, bo i koń musiał dźwigać ciężar podwójny i w obozie mogli lada chwila spostrzec porwanie mistrza. Ale szczęście sprzyja odważnym i Jasiński, choć z trudem niemałym, pomyślnie wszystkie przeszkody przebył i na dole się znalazł. W tej samej chwili na górze wszczął się tumult i hałas, jeden bowiem z knechtów spostrzegł Jasińskiego, gdy ten był już u spodu góry, a w jeńcu, w poprzek siodła leżącym, poznał mistrza. Zbiegli się Krzyżacy na brzeg góry, ale stali bezradni, ponieważ nie mieli ze sobą broni, by śmiałka ukarać. Dusząc się z wściekłości, musieli patrzeć, jak nienawistny Litwin ich wodza uwoził. W zamku radość i zdumienie granic nie miały, gdy na koniu zdyszanym i pianą okrytym, zjawił się Jasiński i pod nogi komendanta twierdzy rzucił swą zdobycz, w której poznano mistrza Krzyżaków, na wpół uduszonego, z twarzą wykrzywioną bólem, wstydem i wściekłością. Korzystając z popłochu, jaki na wieść o porwaniu wodza w obozie krzyżackim przy kościele na Piaskach powstał, załoga wypadła z warowni i sporo wrogów uśmierciła. Krzyżacy rozpoczęli rokowania, pragnąc wydostać mistrza z niewoli. Komendant twierdzy zażądał, aby Krzyżacy niezwłocznie Wilno i Litwę opuścili, oraz aby zwrócili jeńców i łup. Pod tym tylko warunkiem zgadzał się oddać im wodza. Ale wiedząc, iż szlachetni rycerze nie zwykli byli danego słowa dotrzymywać, zastrzegł, iż dopiero wtedy mistrza im odeśle, gdy już będą poza granicami Litwy. Musieli Krzyżacy przystać na te twarde warunki, obiecując sobie pomścić w przyszłości nieudaną wyprawę i na drugi dzień Wilno opuścili. Nie wiodło się im atoli, bo w puszczach już na nich czekali Żmudzini i prawie w pień całe wojsko wycięli, tak że tylko niedobitki do Prus wróciły, gdzie po niejakim czasie zjawił się również upokorzony wielki mistrz. Gdy o bohaterskim czynie Jasińskiego doniesiono królowi, ten dał dzielnemu żołnierzowi szlachectwo, nadał herb Jastrzębiec i Górę Trzykrzyską z innymi siedmiu na Antokolu. Takim jest początek rodu litewskiego Jasińskich, którzy w późniejszych już czasach fundowali w katedrze Wileńskiej altarię, zapisując na nią owe góry, które i dziś do kapituły wileńskiej należą i są znane jako "Altaria Jasińskich".
Źródło:Władysław Zahorski . Podania i legendy Wileńskie
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Artykuły, praca, dyskusje