7200. Działalność AK - Legionowo-Nieporęt i in.

Szersze naukowe artykuły będące UZUPEŁNIENIEM not biograficznych lub opowiadań.
Tutaj tylko monografie, szersze, naukowe artykuły będące uzupełnieniem not biograficznych, kopie artykułów prasowych, publikacji.

Noty biograficzne - w dziale Słownik Biograficzny
Całościowe opisy rodzin - również tam
Opisy miejsc - Słownik Geograficzny
Opowiadania - dział Opowiadania

Działalność AK - Legionowo-Nieporęt i in.

Postprzez jerzy » 13.03.2010

Notatka o organizacji i działalności Armii Krajowej w okolicy Legionowo – Nieporęt - Zegrze – Poniatów - Krzysztof Klimaszewski

Spisane wspomnienia Heleny Sołtan




Wokół Warszawy rozmieszczony był pierścień pułków Armii Krajowej. Jednym z nich był pułk z siedzibą w Legionowie (I Armii VII Obwodu), obejmujący swym zasięgiem Nieporęt, Zegrze, Legionowo, Jabłonną i dalsze miejscowości w kierunku Pragi – gdzie przebiegała granica z Pragą, nie wiem. Dowódcą pułku był lekarz dr Amałowicz [Franciszek Michał Amałowicz] ps. „Tatar” major lekarz W.P. 1903-1975, uczestnik walk „Orląt Lwowskich” 1918 i III Powstania Śląskiego 1921. W latach 1931-1939 lekarz wojskowy I Korpusu Kadetów w Rawiczu. W wojnie 1939 lekarz 55 pułku Armii Poznań. W konspiracji w Armii Krajowej Okręg Warszawski - VII Obwód Obroża 1940-42 organizator i dowódca 1 Rejonu Marianowo Brzozów w Legionowie. W latach 1944-1954 więzień sowieckich łagrów] a w ostatnim półroczu „Grosz” (nazwiska nie znałam) [komendant mjr/ppłk sł. st. Roman Kłoczkowski "Grosz"].

Dr Amałowicz został aresztowany w 1945, zaraz po wyzwoleniu Legionowa, słyszałam jednak, że wrócił i osiedlił się na ziemiach zachodnich. Dowództwo III batalionu mieściło się w Nieporęcie. Dowódcą był kierownik miejscowej szkoły podstawowej Tokaj (pseudonim, o ile się nie mylę „Bohun”) [por. rez. Bronisław Tokaj "Bogdan"]. Również i on doczekał się końca wojny, spotkałam go w 1946r. w Warszawie. Do III batalionu należały 3 kompanie z punktami dowodzenia w Nieporęcie, Zegrzu i Poniatowie [1]. Kompanią w Poniatowie dowodził Władysław Danielewicz pseudonim „Oko”. Przybył on do Poniatowa zaangażowany przez niemieckiego administratora skonfiskowanych majątków Poniatów i Wieliszew na stanowisko urzędnika jego kancelarii. Poznaniak, szkoły przeszedł w Berlinie, mówił po niemiecku jak rodowity Niemiec. Człowiek ogromnej odwagi i całkowicie oddany walce z okupantem. Kompania liczyła 3 plutony: Poniatów (dwór i folwark), Skrzeszew i Wieliszew (sąsiednie wsie). Do chwili wybuchu powstania warszawskiego zadania kompanii polegały przede wszystkim na szkoleniach, a więc nauka obchodzenia się z bronią, nocne ćwiczenia w lesie itp., gromadzenie broni, służba łączności – pełnili ją szeregowi, z tym że zawsze jeden z nich miał dyżur przy dowództwie batalionu w Nieporęcie. Poza tym rozlepiane były ulotki propagandowe na słupach telegraficznych. Kolportażem prasy zajmowała się organizacja kobieca pod nazwą wojskowa służba kobiet, ona też szkoliła i organizowała drużyny sanitarne. Komendantką na pułk była p. Olechno pseudonim „Sława” [2] . Komendantką na III batalion – pisząca tę notatkę. Poza tym każda kompania miała też swoją.
Poważnym zadaniem batalionu była obstawa terenu leśnego, na którym lądowały samoloty z Londynu oraz dalszy transport do Warszawy ich ładunku. Wiem o tym, bo zawsze brał w tej akcji udział p. Danielewicz i zobowiązując mnie do ścisłej tajemnicy, zostawiał mi pewne polecenia na wypadek gdyby z wyprawy nie powrócił. Podając dane dotyczące zadań spełnianych przez kompanię AK w Poniatowie pragnę zaznaczyć, że pomimo że bardzo blisko współpracowałam z dowódcą kompanii i to nie tylko w sprawach dotyczących Wojskowej Służby Kobiet, na pewno nie znałam wszystkich zadań i przeprowadzonych akcji i wobec tego notatka moja może być niepełna.
Ciekawą akcją w tym okresie był napad zbrojny, zorganizowany w celu zdobycia broni, której wcale ładny arsenalik uzbierał sobie niemiecki administrator w Poniatowie. Naturalnie nikt z miejscowych nie brał w nim udziału, dla zabezpieczenia od podejrzeń dowódca kompani, który był głównym inicjatorem akcji został z lekka poturbowany i zamknięty w pokoju razem ze sterroryzowanym Niemcem. Wszystko odbyło się niesłychanie cicho i sprawnie. Padł tylko jeden strzał, który oddał do Niemca jeden z uczestników, zupełnie niepotrzebnie zdenerwowany jakimś jego ruchem. Przestrzelony został niegroźnie mięsień ramienia. Nerwus został zbesztany przez swego dowódcę, Niemiec zaś opatrzony i ułożony na materacu na ziemi. Dostarczono więźniom papierosów i wody oraz zapowiedziano, że nie wolno im wyjść przed upływem 2 godzin. Broń załadowano na oczekujący samochód i wywieziono w kierunku Nieporętu. Wszystko to trwało tak krótko, że nikt, nawet mieszkańcy drugiej połowy domu niczego się nie domyślili. Ja np. słyszałam strzał, ale myślałam, że to administrator strzelił z okna do jakiejś kury, która zakradła się do parku – bo czasem tak robił. Niemiec ochłonąwszy z wrażenia, wychwalał partyzantów, że się z nim tak po chrześcijańsku (jak się wyraził) obeszli. Jednak potem zorganizował sobie straż przyboczną, mianowicie sprowadził oddział Erneschutzkomando. Byli to rekonwalescenci ze szpitali wojskowych, którzy pełnili warty w i koło domu oraz strzegli stogów od ewentualnego podpalenia. Tak, że odtąd było w domu stale kilkunastu uzbrojonych żołnierzy niemieckich, mieszkających na I piętrze.
Na wiosnę 1944r. odbyły się u dowódcy pułku w Legionowie 2 odprawy MOB, w których uczestniczyły również batalionowe komendantki Wojskowej Służby Kobiet. Podano nam wtedy najdrobiazgowiej opracowany plan (prawie co do godziny) co każdy oddział ma zrobić jako przygotowanie do godz. „W” i w chwili jej rozpoczęcia. Plany przygotowane były systemem wojskowym, a więc 1-szy dzień przed godz. „W”, 2-gi dzień przed godz. „W”, 3-ci dzień itd. Zadaniem batalionu III było zajęcie ważniejszych punktów na jego terenie, kompania z Poniatowa miała opanować Zegrze. Tymczasem o tym, że się powstanie rozpoczęło dowiedzieliśmy się 1 sierpnia o godz. 20-tej tj. w 3 godziny potem! W końcu lipca w związku z coraz bardziej zbliżającym się zagonem czołgów radzieckich strach padł na Niemców. Między innymi z Zegrza uciekali wprost w panice. Sama widziałam furmanki chłopskie pełne żołnierzy z tobołkami jadące w kierunku Warszawy i m.in. żołnierza, który maszerował piechotą z miednicą pod pachą. W Poniatowie też nie było już Niemca – administratora ani jego przybocznej straży. W naszych szeregach była atmosfera pełna napięcia, wszyscy byli przekonani, że to cały front się ku nam zbliża, oczekiwaliśmy rozkazów oraz obiecanej broni, gdyż na miejscu było jej bardzo niewiele. Poza tym batalion miał dostać stację odbiorczo – nadawczą, gdyż bez tego łączność między tak rozrzuconymi grupami była niesłychanie utrudniona – nic z tego do nas jednak nie doszło. Zamiast tego, 1-go sierpnia o godz. 20, jak grom z jasnego nieba spadła na nas wiadomość, że w Warszawie godz. „W” rozpoczęła się już 3 godziny temu. Zaskoczenie było zupełne. Jednak już koło 23–ciej dwa plutony (Poniatów i Skrzeszew) wyruszyły na Zegrze, pluton z Wieliszewa miał dołączyć się po drodze. Nam dowódca kompani polecił zostać na miejscu, żeby mieć kogoś do którego by mógł przesłać ewentualnie jakieś polecenia, z tym że obsługę sanitarną wezmą na siebie drużyny kompani Zegrze.
Ryc. Dwór w Poniatowie przed II wojną światową, właściciele dworu Maria i Zdzisław Grocholscy, rodzice rozstrzelanych 19 sierpnia 1944r. Adama i Tadeusza Noc była wyjątkowo ciemna. Po ich wyjściu nastała głęboka cisza i pełne niepokoju godziny oczekiwania. Przeżywałyśmy je z moją siostrą, której trzej synowie brali udział w wyprawie. Niespodzianie nad ranem oddział wrócił w pełnym składzie. Zadanie nie mogło być wykonane, gdyż okazało się, że tegoż popołudnia do Zegrza przybył cofający się z frontu silny oddział wojsk niemieckich (o ile pamiętam była mowa o paru tysiącach). Na szczęście kompania została o tym na czas powiadomiona. Kompani nieporęckiej udało się opanować Beniaminów i oswobodzić obóz jeńców radzieckich. Tej samej nocy Legionowo zostało opanowane przez miejscowy batalion AK, który przez kilka dni był zupełnym panem sytuacji. W mieście nie było ani jednego Niemca. Taka sama sytuacja zaistniała w Poniatowie. Domek administracji stał się oficjalną kwaterą dowództwa. Nosiliśmy wszyscy opaski Armii Krajowej. Tymczasem rajd czołgów radzieckich został zlikwidowany przez przybyłe na ten odcinek frontu pancerne dywizje niemieckie. Do Legionowa wjechały czołgi, chłopcy z AK wycofali się do lasu, słyszałam, że niektórym grupom udało się przedostać do Kampinosu. Na szosach zaczęły się znów pokazywać samochody niemieckie. W Poniatowie wobec tego wszystko znów zeszło do konspiracji. Broń i opaski schowano z powrotem do doskonale zakonspirowanego schowu, który p. Danielewicz wybudował, pod nosem niemieckiego administratora, przy okazji remontu spichrza. Jednak działalność batalionu nie ustała.
W pierwszych dnia sierpnia utworzona została w lasach nieporęckich placówka. Dowódcą jej był Konstanty Radziwiłł, właściciel majątku w Zegrzu, wysiedlony z rodziną przez Niemców i osiadły w leśniczówce Arciechów niedaleko Nieporętu. Poprzednio pełnił on jakąś funkcję [kwatermistrz] w sztabie batalionu. O placówce mało co mogę powiedzieć, wiem tylko, że służbę w niej szeregowi pełnili kolejno, zmieniając się co kilka dni. Dnia 16 sierpnia, a raczej w nocy z 16 –go na 17 –go sierpnia, zaś batalion nasz wziął udział w koncentrycznym ataku na peryferie Warszawy, wykonanym przez wszystkie pułki otaczające stolicę. Celem tej akcji było stworzenie zamieszania i ułatwienie posiłkom z Kampinosu przedostanie się do miasta – co podobno się udało. Celem ataku naszego batalionu było Bródno. Żadnych bliższych szczegółów o tej wyprawie nie wiem, gdyż następne już dni przyniosły tragiczny koniec naszej kompani, placówki a wkrótce i całego batalionu, gdyż zaczęła się ewakuacja ludności cywilnej, a jako pierwszy w okolicy poszedł Nieporęt.
W dniach od 5-go do 17 sierpnia życie na terenie kompanii naszej płynęło na zewnątrz spokojnie, choć przy ogromnym napięciu psychicznym. Nie mieliśmy żadnych bliższych wiadomości z terenu walczącej Warszawy, odgrodzonej od nas pilnie strzeżoną przez Niemców Wisłą. Mogliśmy tylko ze zgrozą słuchać dalekich odgłosów wybuchów bomb lotniczych i coraz częściej obserwować wieczorami łuny płonące nad miastem. Tymczasem okoliczne lasy zapełniły się wojskiem niemieckim. Mówiono o dywizjach pancernych „Göring”, „Totenkopf”, „Wiking”. W samym Poniatowie też kwaterowały oddziały niemieckie, ale raczej przejściowo, zmieniając się co kilka dni. Ludności nie niepokoili, nie pamiętam np. żeby w tym czasie brali mężczyzn do robót, ale za to wszystkie dziewczęta zarekwirowali do robót gospodarczych. Z początku głęboko się zaniepokoiłam o ich los, tym bardziej że dotyczyło to również wszystkich dziewcząt z Wojskowej Służby Kobiet. Obeszłam więc bliżej położone kuchnie i inne placówki. Okazało się jednak o dziwo! – że o żadnym złym traktowaniu lub moralnej krzywdzie nie było na szczęście mowy. Dziewczęta dostawały jeść z doskonałych kuchni żołnierskich i były traktowane wręcz po koleżeńsku. Tym dziwniejsze to, że jak później mogłam się przekonać, te same wojska mogły zachowywać się strasznie.
Dziwne można było spotkać w tych dniach obrazki, np. idąc lasem do Legionowa, widziałam wśród drzew niedaleko drogi dziewczynę szyjącą na nożnej maszynie. W tej raczej „spokojnej atmosferze” tragicznym zaskoczeniem było otoczenie, 17-go sierpnia dworu poniatowskiego przez Gestapo i po rewizji (w czasie której nic nie znaleźli oprócz niewiele znaczącej starej części od radia leżącej na strychu) wywiezienie do Zegrza Władysława Danielewicza i Adama Grocholskiego syna właścicieli Poniatowa. Dwaj inni synowie byli w tym czasie na placówce w lesie. Bardzo się o nich dopytywali – powiedzieliśmy, że poszli odwiedzić znajomych. Tegoż dnia poszłam do Nieporętu, zameldować dowódcy Batalionu o tym co się stało. Ponieważ miałam pójść jeszcze dalej kogoś ostrzec, zanocowałam w Nieporęcie, bo było już za późno. Gdy wróciłam do Poniatowa nazajutrz w południe, dowiedziałam się, że drugi z chłopców Grocholskich, Tadeusz, nie był w dniu wczorajszym na placówce, gdzie by go ostrzeżono, ale brał udział w ataku na Bródno i bezpośrednio wrócił do domu wieczorem, nie wiedząc nic o tym co zaszło. Za nim zdecydowano co robić, wrócili niespodziewanie gestapowcy zabrali go również do Zegrza. Teraz wypadki potoczyły się z błyskawiczną szybkością. Jeszcze 18-go mieliśmy poufne wiadomości z Zegrza, przez oficera AK pracującego w tamtejszym tartaku, że aresztowanie nie miało sprecyzowanych podstaw politycznych, ale że stało się to prawdopodobnie na skutek donosu ostatniego administratora niemieckiego, którego mógł oburzać fakt, że jest trzech młodych ludzi, których siły nie są wykorzystane dla dobra III Rzeszy, a i p. Danielewicz ostatnio też stał się bezrobotnym. To by wyjaśniało dlaczego Gestapo nie zainteresowało się innymi mężczyznami z folwarku a nawet ogrodnikiem i gajowym, których w chwili rewizji zastali w domu w rozmowie z p. Danielewiczem. Wobec tego pocieszano nas, że aresztowanym grozi najwyżej wywiezienie do Niemiec na roboty.
Tymczasem 19-go rano, najwyraźniej na skutek donosu, Niemcy uderzyli przeważającymi siłami na placówkę leśną batalionu. W osadzie, w której była kwatera naszych sił, zostali tylko sztab i kilku ludzi, reszta szeregowych była na szczęście ukryta głębiej w lesie. Ujętych w osadzie oraz większość mężczyzn z pomiędzy stałych jej mieszkańców, razem podobno kilkunastu ludzi, Niemcy rozstrzelali. Między innymi zginął jeden z oficerów AK. Gdy Niemcy zaczęli go katować, prawdopodobnie aby uzyskać dalsze informacje, dowódca placówki Radziwiłł zamiast ratować się ucieczką (był w tym momencie w jednym z domków osady), przybiegł ratować kolegę. Naturalnie nic nie wskórał, sam został zmaltretowany, ale nie rozstrzelany, tylko zabrany do Zegrza. Nielicznemu tego dnia oddziałowi będącemu w lesie, udało się, podzieliwszy się na mniejsze grupki, wydostać stamtąd. Z tego grupa idąca w stronę Zegrza wpadła w ręce żandarmów i została rozstrzelana. W grupie dążącej w stronę Wieliszewa był Jeremi Grocholski. W tej formie doszły do nas wiadomości o tej tragedii, czy ścisłe nie wiem. Nikt ze znanych nam osób nie był na placówce w tym dniu oprócz Jeremiego Grocholskiego, ale on stał wtedy właśnie jako czujka dalej od obozu. Toteż słyszał tylko strzały a potem uszedł z tymi, którym udało się wyrwać. Nie mogąc wrócić do domu, ukrywał się przez dłuższy czas w okolicy. Tego samego dnia popołudniu, rozwścieczeni Niemcy, jako odwet, zamordowali w lesie koło Nieporętu 11 mężczyzn, w tym przywiezionych z Zegrza Adama i Tadeusza Grocholskich oraz Władysława Danielewicza. Ale o tym nie dowiedzieliśmy. Nam powiedziano, że obaj Grocholscy, Danielewicz i Radziwiłł zostali wywiezieni do Niemiec. W kilka dni później cała ludność Nieporętu została wysiedlona.
Po wysiedleniu Nieporętu uważałam za swój obowiązek skontaktowanie się z dowódcą pułku i zameldowanie mu o tym wszystkim. Nie wiedziałam bowiem czy i jakie meldunki mogły do niego dotrzeć w tych trudnych dniach. W czasie naszej rozmowy „Grosz” prosił mnie, żeby o ile to możliwe, dowiedzieć się o broni, która podobno została zakopana w osadzie przy placówce. Na miejsce zakopania broni dotrzeć nie mogłam, gdyż był to teren zamknięty przez wojsko. Trafiłam jednak do osady leżącej na jego skraju. Tam, w pierwszym domu do którego weszłam niespodzianie spotkałam, znaną mi z Wojskowej Służby Kobiet dziewczynę. Dowiedziałam się od niej, że jest broń zakopana w sieni jednego z budynków obok placówki, ale budynek ten jest obecnie zajęty przez wojsko niemieckie. Oprócz mojej znajomej były tam jeszcze 2 kobiety. Wszystkie w strasznym stanie załamania nerwowego. O ile w naszej okolicy wojsko otrzymało widocznie rozkazy oszczędzania ludności (co zresztą potwierdził po pijanemu jeden z Totenkopf-ów: „Gdyby nam było wolno to byśmy was tu wszystkich powyrzynali”) o tyle na tamtym terenie, gdzie wojsko otrzymało wolną rękę, terror był straszny, kobiety gwałcone itp. Wędrówka do Legionowa by zdać sprawozdanie z wypełnienia otrzymanego rozkazu, była ostatnią moją czynnością związaną z AK. Wychodząc od pułkownika trafiłam na nalot radzieckich samolotów, padło kilka bomb. Pierwszy odruch radości w tych tak ciężkich czasach. Tym razem naprawdę koniec Niemców bliski!. Następny okres, to już tylko okres czujnego przytajenia się, oczekiwania co następne dni przyniosą. W Poniatowie dotrwaliśmy do dnia 14-go października, a następnie po dłuższej tułaczce zatrzymaliśmy się we wsi Guzów niedaleko Żyrardowa. Tam też doczekaliśmy się wyzwolenia.
Helena Oktawia Sołtan „Brzoza” komendantka Wojskowej Służby Kobiet przy III Batalionie Nieporęt - & - ppor rez. Władysław Danielewicz „Oko” dowódca 8 kompanii III Batalionu I Rejonu VII Obwodu "Obroża" Okręgu Warszawskiego AK
Na początku maja 1945 roku, wobec powtarzających uporczywie pogłosek, że jest gdzieś mogiła, w której spoczywają młodzi Grocholscy, Danielewicz i Radziwiłł, pojechałam na miejsce, żeby w moim przekonaniu skończyć wreszcie z tą plotką. Tymczasem w Nieporęcie dowiedziałam się o egzekucji 19-go sierpnia ub. Roku, jednak nikt nie wiedział gdzie się ona odbyła i w jakiej części lasu należy szukać zwłok. Wreszcie natrafiłam na gospodarza z Nieporętu, który to miejsce znał gdyż wzięty przymusowo przez Niemców do budowania w lesie ziemianki przypadkowo na nią natrafił. Poszliśmy razem i pierwsze uderzenie łopaty przekonało nas, że się nie mylił. Wobec tego rodziny zamordowanych zostały zawiadomione i w parę dni potem odbyła się ekshumacja oraz pogrzeb na cmentarzu w Nieporęcie we wspólnej mogile. W mogile tej złożeni zostali między innymi Władysław Danielewicz oraz Adam i Tadeusz Grocholscy. Odnośnie Konstantego Radziwiłła dowiedziałam się od gospodarza z Nieporętu, Cybulskiego, którego dom stał przy ulicy prowadzącej od szosy do centrum osady, że dnia 19-go sierpnia popołudniu Niemcy przewieźli Radziwiłła do Nieporętu, jednak po jakimś czasie wrócili z nim do Zegrza. Potem koło 22-ej powtórnie z nim przyjechali i rozstrzelali go na skraju lasu za kościołem. Dodał jeszcze: „Wiem dobrze bośmy mieli oczy i uszy na wszystko, jechaliśmy przecież wszyscy na tym samym wozie. Chcieliśmy nazajutrz sprawdzić gdzie został zakopany, ale baliśmy się, bo tam było dużo wojska a zaraz potem zostaliśmy wysiedleni.”
We wspólnej mogile na cmentarzu nieporęckim pochowany jest również gajowy Smolarczyk. Uważam, że w tej notatce należy się poświęcić parę słów tej postaci i temu czym była dla sprawy jego gajówka, która znajdowała się na skraju lasu, w odległości niecałego kilometra od Nieporętu. Mieszkał tam z żoną i czworgiem dzieci. Niestety stykając się z nimi tylko dorywczo nie mogę dać pełnego obrazu jego działalności i zasług. Jednak te parę faktów, które mogę podać, dostatecznie już scharakteryzują ofiarność tego człowieka i jego oddanie sprawie. Otóż stodoła w obrębie obejścia gajówki była punktem gdzie łącznicy dyżurni z kompanii oczekiwali na ewentualne rozkazy. Poza tym w ostatnich gorących tygodniach istnienia AK na naszym terenie, gajówka była punktem informacyjnym, do którego mieliśmy polecenie zachodzić przed wejściem do Nieporętu, ażeby uzyskać wiadomości jak się przedstawia sytuacja w danej chwili. Przedostatnia moja bytność w gajówce, około 12-go sierpnia pozostała mi głęboko w pamięci. W Nieporęcie było już wojsko niemieckie i właśnie w ten dzień, po raz pierwszy Gestapo zainteresowało się gajówką. Dwaj oficerowie zachodzili już dwa razy nie robiąc jednak rewizji, ale rozglądając się i wypytując o to i owo, a tymczasem w gajówce był przygotowany obiad dla placówki i tylko od sprytu 12-sto letniego syna gajowego zależało czy uda się w lesie spotkać i uprzedzić naszych. Na szczęście się to dzielnemu chłopcu udało.
[1] Poniatów – majątek hr. Zdzisława Grocholskiego. Majątek ten został skonfiskowany przez Niemców już na wiosnę 1940 roku. Rodzinie właściciela pozostawiono do dyspozycji część domu. W pozostałej, większej części zamieszkał administrator Niemiec oraz p. Danielewicz z rodziną. Mieściła się tam również kancelaria administracji a od 1943 roku kwatera kierzunartu (?) żołnierzy niemieckich z tak zwanego „Ernteschutzkomando” (?). Z rodziny właściciela mieszkali tam stale 3 synowie: Tadeusz (ur. 1925r.), Jeremi (1927r.) i Henryk (1933r.) oraz Helena Sołtan (1895r.) siostra matki chłopców Marii z Sołtanów Grocholskiej. Zdzisławowa Grocholska dojeżdżała z Warszawy często na krótsze i dłuższe pobyty. Od wybuch powstania w Warszawie pozostała już na stałe w Poniatowie, jak również i starszy syn Adama (ur. 1922r.), który nie mogąc wrócić do swego oddziału w warszawie przyłączył się do miejscowej kompanii AK. Właścicielowi majątku Niemcy dali do zrozumienia, że jego obecność jest niepożądana, także przyjeżdżał rzadko i na krótko. W jesieni 1942 roku Tadeusz i Jeremi przyjęci zostali do kompanii jako szeregowi. Helena Sołtan zaś objęła kierownictwo Wojskowej Służby Kobiet na terenie batalionu. W tym domu o tak specjalnym składzie mieszkańców koncentrowały się sprawy AK z tego terenu, sprawy Wojsk. Służby Kobiet (kolportaż prasy na kompanię, skład materiałów sanitarnych) a, po likwidacji getta w Legionowie (koniec października 1943r.) przez 7 miesięcy ukrywano 2 dorosłe kobiety i 2 dziewczynki żydowskie. W 1944 roku jedną z dziewczynek, dzięki bardzo skomplikowanej i drobiazgowo przygotowanej akcji zdołano umieścić w zakładzie SS Rodziny Marii w Płudach. Dopomogła w tym Elżbieta Czapska pracująca w Wydziale Społ. Zarządu Miejskiego w Warszawie. Pozostałe 3 kobiety otrzymały fałszywe papiery i wyjechały do Warszawy. Mogliśmy stwierdzić, że jedna z kobiet i obie dziewczynki się uratowały.
[2] „Sława” mieszkała po wojnie przy placu Narutowicza w domu PKO.
http://images.google.pl/imgres?imgurl=h ... s%3Disch:1
Avatar użytkownika
jerzy
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 2
Twórca indeksów (2)

Powrót do Monografie osób, miejsc, wydarzeń