3320. Zgorzelec 1945 - Gliński Jan Bohdan

Historie zasłyszane, pamiętniki, legendy rodzinne. Z urwanych słów, z kilku strzępków opowieści, gdy się wsłuchasz wysnujesz obraz ich życia - zamglony, niewyraźny i jakiś taki bliski niezmiernie ...
* CO W DZIALE? - Opowiadania rodzinne, historie zasłyszane, fragmenty pamiętników, niepotwierdzone legendy, historie o duchach, historyjki o zwierzętach domowych, o pokojach, powozach, klombach kwiatowych w ogrodzie, figurkach itp. Wszystkie nawet drobne, beletrystyczne rodzinne zapisy z dawnych czasów. Opowiadania mogą mijać się z prawdą, być niesprawdzone, pisane stylem dowolnym.
* OPISY - Przy dłuższych opowiadaniach można na początku wprowadzić indeks osób, miejsc, lub wydarzeń.
* POMOC - Trudności proszę sygnalizować w dziale "Poradnia", na wszystkie odpowiemy, tworząc jednocześnie FAQ
* PISANIE - Bardzo prosimy umieszczać w tekście znaczniki do leksykonu, lub innych działów. np. znacznik [leks] odsyła do hasła w leksykonie. znacznik [leks=] prowadzi do hasła innego niż link (np. inna forma gramatyczna). Leksykon. Pozwoli to czytelnikom korzystać z szerzej informacji.

Zgorzelec 1945 - Gliński Jan Bohdan

Postprzez wanka » 25.05.2009

Jan Bohdan GLIŃSKI
MÓJ ZGORZELEC
Był początek 1945 roku. Pozbawiony dotychczasowej pracy żyłem życiem chwilowym, jakby w zawieszeniu. Wychowanek Rydzyny1, Kleeberczyk2, po klęsce Powstania Warszawskiego, ucieczce z transportu do obozu, a następnie po wyzwoleniu i połączeniu się z żoną i córką (co nastąpiło w lutym 1945 roku w Kielcach, u moich teściów, rozdzieliło nas Powstanie Warszawskie), podjąłem prace w Szpitalu Miejskim św. Aleksandra w Kielcach. Wciąż rozglądałem się w nowej rzeczywistości - gdy moja teściowa Helena Olesiowa, pracująca w kieleckim szpitalu przyniosła wiadomość, że wojewoda dolnośląski angażuje w Kielcach ludzi do pracy na Dolnym Śląsku. Jeszcze wojna trwała, jeszcze krwawo bronił ale Wrocław - lecz dzień ostatecznego zwycięstwa nadchodził, powstawała nowa rzeczywistość.
Nie wahałem się ani chwili. Nie posiadaliśmy tu nic naszego. Widziałem w Warszawie ruiny, raczej gruzy naszego domu. Miałem żonę i roczną córeczkę, Zosię. Mogłem zostać w Kielcach, mogłem objąć pracę przy moim ojcu, wspaniałym człowieku i lekarzu w Opatowie Kieleckim -lecz chciałem sam zarabiać na swoje dobre imię. Krótka więc była nasza z żoną rozmowa. To wspaniała kobieta, kochająca żona i matka, wierna towarzyszka mojego życia. Postanowiliśmy. Jadę, a Krysia z małą Zosią wkrótce do mnie dołączą.
Do pociągu na stacji Kielce Herby odprowadziła mnie żona ze szwagrem. Długi pociąg był wypełniony takimi jak ja, ludźmi - szukającymi swego losu na nieznanej, dopiero co odzyskanej ziemi słowiańskiej.
Pociąg dowiózł nas do stacji w Oleśnicy. Dalej tory były pozrywane. Po drodze oglądaliśmy zniszczenia dokonane niedawno przez burzliwie przewalający się front. Wówczas doszła nas nowina; Niemcy skapitulowali i jutro podpiszą akt kapitulacji! To jutro zastało nas już w Oleśnicy. Stąd przygodnymi, przeważnie wojskowymi ciężarówkami rozwożono przybyłych ludzi w różne strony. Ja pojechałem do Trzebnicy, gdzie mieścił się Urząd Pełnomocnika Rządu na Okręg Administracyjny Dolnego Śląska - był nim mgr Stanisław Piaskowski, farmaceuta z wykształcenia. Dla jasności obrazu trzeba podkreślić, ze Pełnomocnik Rządu na Okręg Administracyjny miał większa uprawnienia niż wojewoda, a Pełnomocnicy Rządu na obwody większe niż starostowie.
Do Trzebnicy przyjechałem pod wieczór, po około 30 godzinach jazdy. Miasto zostało zdobyte już 16 stycznia 1945 roku. Odszukałem dr Jerzego Popiela, który - także z Kielc -przybył tu wcześniej. Mieszkał w opuszczonym przez Niemców mieszkaniu, przy nim też zamieszkałem. Dr Popiel był znajomym moich teściów oraz mojego ojca, w czasie wojny lekarzem oddziałów partyzanckich AK w Kieleckiem. Był chirurgiem, a tutaj jedynym lekarzem w miejscowym szpitalu sióstr zakonnych cystersek. To w ich klasztorze jest piękny, barokowy grobowiec św. Jadwigi. Kierownikiem Wydziału Zdrowia Urzędu Pełnomocnika Rządu był tu dr Bohdan Snarski.
2
Nazajutrz zameldowałem się u dr Snarskiego. Przyjął mnie, młodego lekarza, życzliwie. Początkowo miałem pracować w szpitalu przy doktorze Popielu. Obwody jeszcze nie były zorganizowane, działały tam tylko Grupy Operacyjne Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów, zabezpieczając fabryki i zakłady, opuszczone przez Niemców. W tym czasie często słyszało się o zbrojnych wystąpieniach ukrywających się w lasach i miasteczkach Niemców, głownie z rozbitych oddziałów SS. Były to oddziały Wehrwolfu. Osobiście się z nimi nie spotkałem.
W maju 1945 roku w Trzebnicy było niewielu mieszkańców stałych. Niemcy w znacznej większości uciekli przed zbliżającym się frontem. Na ulicach widziało się wojskowych Polaków i Rosjan, stopniowo coraz więcej przybywało cywilów. Byli to pracownicy Urzędu Pełnomocnika Rządu oraz rosnący w liczbę ludzie, którzy zamierzali osiedlić się na tych terenach.
Wśród nich kryli się też ci, co szukali drogi na Zachód, nie mogąc pogodzić się z nową rzeczywistością. Wszyscy nocowali w mieszkaniach opuszczonych przez Niemców. Rabowano przy tym co się dało. To masowe plądrowanie opuszczonych mieszkań nazywano wówczas szabrem. Szaber był zakazany, ale nie było komu skutecznie dopilnować opuszczonego miasta.
Pracy w szpitalu nie było dużo. Pozostał mi w pamięci dzień wyjazdu ekipy polskich władz do zdobytego Wrocławia. W tej ekipie i ja się znalazłem. Jeszcze tu i ówdzie tlił się ogień, ruiny domów straszyły surowością, ulice zawalone gruzem, czuć było zewsząd swąd spalenizny. Miasto było jednak mniej zniszczone niż Warszawa, oglądana przeze mnie w końcu października 1944 roku, gdy Niemcy systematycznie rabowali, burzyli i podpalali ocalałe w Powstaniu budynki.
Na ulicy, zwanej obecnie Oławską, poszedłem z dr Snarskim obejrzeć szpital. Mieścił się on w piwnicach kilku domów, połączonych wewnętrznymi przejściami. Pełno leżało tu rannych i chorych, trudno było się poruszać. Personel niemiecki w mundurach wojskowych w krótkich zdaniach informował nas o sytuacji - o braku żywności, wody, środków leczniczych i sanitar¬nych. Jedynym oświetleniem były świece i lampki karbidowe Zaraz w maju Pełnomocnik Rządu na Okręg Administracyjny Dolnego Śląska mgr Piaskowski rozpoczął mianowania i wysyłanie z Trzebnicy w nieznany teren Pełnomocników Rządu na Ob¬wody. Było ich 35.
W pierwszych dniach czerwca zaczęli wracać z terenu pierwsi nowo mianowani Pełnomocnicy Rządu w Obwodach dalej położonych. Przywozili pierwsze szczegółowe informacje, dotychczas znane były tylko najbliższe okolice. Powrócili też dwaj Pełnomocnicy mianowani na Obwody Zgorzelice Miasto i Zgorzelice Powiat. Tym drugim był por. Witold Janiszewski, liczący około 26-30 lat. Dowiedzieliśmy się, że polska część miasta Görlitz, wyzwolona w dniu 8 maja 1945 r., stanowiła zaledwie jedną siódmą około stutysięcznego miasta. Wobec tego połączono oba te Obwody, początkowo planowane jako oddzielne, w jeden, nadając mu numer 35. Pełna więc jego nazwa brzmiała; „Obwód Okręgowy nr 35 w Zgorzelicach”. Por. Janiszewski został
3
pełnomocnikiem na ten Obwód. Jego zastępcą był Leon Kobierski. Por. Janiszewski3 przyjechał do Zgorzelic wraz e szefem Urzędu Bezpieczeństwa Tkaczykiem4 oraz komendantem Milicji Obywatelskiej Jerzy Namysłem5. Wraz z nimi przyjechali też dwaj oficerowie, byli jeńcy wojenni, którzy rozpoczęli pracę przy por. Janiszewskim w Zgorzelicach. Byli to por. Kazimierz Gostyński i por. Zbigniew Buss. Obaj czas wojny spędzili w Oflagu II B w Woldenbergu, obaj pochodzili z Kielc.
Od nich dowiedzieliśmy się, że w Moys (dzielnica Zgorzelic, obecnie Ujazd) był obóz jeniecki Stalag VIII A, a w nią znajdowała się duża grupa polskich jeńców, przywiezionych tu z jenieckiego Szpitala Przeciwgruźliczego w Tangerhütte. Janiszewski zaproponował mi objęcie w Zgorzelicach funkcji lekarza powiatowego. Nie musiał mnie namawiać. Już w czasie wojny przez prawie rok pracowałem w Warszawie na Oddziale Gruźliczym dr Jana Stopczyka. Szczególnie właśnie los chorych na gruźlicę nie był mi obojętny. Z czasem też specjalizowałem się w tej dziedzinie medycyny.
Poszliśmy z Janiszewskim do mgr Piaskowskiego z prośbą o jego zgodę. Wysłuchał nas, wyraził zgodę na naszą prośbę. Dostałem pisemną nominację, wystawioną 10 czerwca 1945 roku z szerokimi uprawnieniami, wypisaną w językach polskim i rosyjskim. Było to wówczas konieczne ze względu na dużą ilość wojsk radzieckich w tej strefie przygranicznej. Musiałem jeszcze krótko odczekać na okazję samochodową, bo żadne pociągi nadal nie kursowały. Prawie wszystkie mosty były zwalone.
Niedługo czekałem. Czternastego czerwca zameldowałem ale u Pełnomocnika Rządu na Obwód nr 35 w Zgorzelicach. Przyjął mnie z otwartymi rękoma. Zakwaterowano mnie w tzw. pokojach hotelowych nad jego Urzędem. Były to pokoje wyposażone w łóżka z materacami i kocami - bez pościeli. Mieszkało się wspólnie z innymi pracownikami Urzędu. Dano mi też zaraz pokoje na urządzenie biura, znalazła się również pracownica, pani Jadzia Piórek. Wracała ona z robót w Niemczech razem ze swoją schorowaną matką i zrezygnowały z dalszej podróży w głąb kraju. Pracowałem z nią do końca mego pobytu w Zgorzelcu. Była bardzo solidną pracownicą. Urządzenie biura należało zacząć od zbierania po różnych mieszkaniach odpowiednich mebli. Zajęła się tym pani Jadzia przy pomocy referenta gospodarczego Urzędu.
W tym czasie na terenie powiatu-obwodu było już około 200 Polaków oraz pozostałych jeszcze kilkadziesiąt tysięcy Niemców. Przemysł nie działał, handlu nie było. Była już czynna apteka przy ul. Mostowej6, prowadzona przez mgr Marię Trutyńską. Przybyła ona tu z Grupą Operacyjną Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów. Dla Polaków w suterenie Urzędu została
.4
utworzona stołówka, w której wszyscy dostawaliśmy (nieodpłatnie) obiad. I jedynie przy obiedzie, raz dziennie, po dwie kromki chleba. Więcej pieczywa nie było, bo działała tylko jedna piekarnia w sąsiedniej wsi Łagów, pracująca początkowo wyłącznie dla naszego Urzędu.
Wspomniana wyżej Grupa Operacyjna była tworem specyficznym dla tego czasu. Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów delegował na Ziemie Odzyskane specjalnie tworzone Grupy Ope¬racyjne, które - idąc tuż za wojskiem i zaraz po przejściu frontu - zabezpieczały obiekty przemysłowe i gospodarczo ważne do czasu objęcia ich przez tworzone stopniowo władze administracji cywilnej. Do Zgorzelic, zajętych 8 maja, taka dziesięcioosobowa Grupa przybyła w dniu 10 maja 1945 roku w składzie:7
inż. Stanisław Krause - Pełnomocnik Powiatowy do Spraw Gospodarczych
na rejon Zgorzelice
inż. Stanisław Czort -
inż. Bronisława Jarema - przemysł chemiczny
mgr Miłosz Chmiel - prokuratura
mgr Maria Trutyńska - apteki
dr Stanisław Szarota -
inż. Kazimierz Czarnecki - gospodarstwa rolne
Kazimiera Herot - transport samochodowy
Tadeusz Szeliga - transport samochodowy
Pamiętam, że mgr Trutyńska prowadziła aptekę przy ulicy Mostowej do 1949 roku, inż. Jarema chyba zajmowała się Fabryką Odczynników Chemicznych i z nią przeniosła się do Gliwic, a w Zgorzelcu do dziś pozostał Tadeusz Szeliga.
Mgr Trutyńska po pewnym czasie wyszła za mąż za aptekarza Wolfingera, zamieszkiwali nad apteką przy ul. Mostowej 14 (obecnie Świerczewskiego 6). W dniu 8.10.1949 r. sprzedała aptekę mgr Michałowi Ostaszewskiemu, a sama wraz z mężem wyprowadziła się do Wrocławia. Mgr Ostaszewski prowadził tę aptekę początkowo jako jej właściciel, a po upaństwowieniu jej w styczniu 1950 roku nadal jako jej kierownik, do 1957 roku, tj. do chwili przejścia na emeryturę.
Przy mianowaniu oraz obejmowaniu przeze mnie stanowiska nie było w ogóle rozmowy na temat mojego wynagrodzenia. Miał je ustalić Pełnomocnik Obwodowy Janiszewski. Tak samo było i z innymi pracownikami. Wszystkim chodziło o pracę, nie o zarobki. Sprawy wynagrodzenia były regulowane odpowiednimi przepisami i to nam wystarczało.
Moim zadaniem było:
.5
- Zabezpieczyć obiekty, sprzęt i aparaturę poniemieckiej służby zdrowia.
- Zorganizować opiekę nad chorymi na gruźlicę byłymi jeńcami wojennymi, Polakami.
- Zorganizować ambulatorium dla polskiej ludności.
- Zorganizować szpital.
- Zorganizować cały pion służby zdrowia Obwodu.
- Zorganizować administrację służby zdrowia w biurze Pełnomocnika Rządu.
Uprawnienia miałem szerokie.
Zacząłem od zorganizowania swojego biura, które - na wzór przedwojenny - nazwałem Powiatowym Wydziałem Zdrowia. Mój szef nazwę tę zaakceptował.
Pani Irena Ciechanowicz, rodem z Kielc, przybyła wraz z małym synkiem Jackiem do Zgorzelic dnia 14 czerwca 1945 r. i została zaraz sekretarką tworzonego Wydziału Zdrowia. Pan Henryk Ogrodowski, przed wojną student medycyny (skończył 3 lata studiów), w czasie wojny jeniec w stalagach (w ostatnim okresie w Stalagu VIII A w Görlitz), kilkakrotnie próbował ucieczki z obozu. Przy ostatniej próbie został postrzelony w kręgosłup. Długo chorował, teraz chodził o lasce. Od początku był moim głównym pomocnikiem. Rozumny, bardzo prawy i prostolinijny, pracowity i pełen inicjatywy, lojalny w stosunku do przełożonych, koleżeński wobec podwładnych, był lubiany i szanowany. Wkrótce tez zaczął intensywnie działać w Stronnictwie Demokratycznym, które wyniosło go na stanowisko Przewodniczącego Powiatowej Rady Narodowej.
W okresie urzędowania w lokalu przy ul. Warszawskiej 8 moja pracownica Jadzia Piórek wyszła za mąż za Mariana Trzcionkowskiego, również pracownika Starostwa. Miło mi było, że mnie zaprosili na wesele, w którym wraz z żoną brałem udział.
W pierwszym okresie organizacji administracji, w wielu sprawach konieczne były osobiste kontakty z sowiecką komendanturą po drugiej stronie Nysy oraz z władzami miasta Görlitz. Sprawił to sztuczny podział aglomeracji miejskiej na dwa odrębne miasta. Każde z nich musiało wypracować sobie zupełną niezależność. Gazownia miejska była po naszej stronie, a wodociągi czerpały wodę ze strony niemieckiej. Tam administracja funkcjonowała bez przerwy, tam była elektrownia, kursowały tramwaje, a u nas trzeba było życie organizować od podstaw. W związku z tym wielu kierowników władz i urzędów miało stałe przepustki na przekraczanie granicy. Były to przepustki krótkotrwałe, zwykle z miesięcznym terminem ważności, po czym były przedłużane lub wymieniane na nowe. Stopniowo wydawano ich coraz mniej. W pierwszym okresie i ja taką miałem. Przepustki te były podpisywane przez naszego Pełnomocnika Rządu oraz przez Komendanta Wojennego miasta Görlitz płk. Nestorowa.
W związku z coraz liczniejszymi zachorowaniami na dur brzuszny i plamisty udałem się do lekarza miejskiego niemieckiego Zarządu Miasta i omówiłem z nim zasady współdziałania w zwalczaniu epidemii. Muszę jednak stwierdzić, że niemiecki lekarz miejski nie przejawiał zainteresowania w nawiązaniu z nami kontaktów i współpracy, jedynie godził się na istniejący wówczas stan faktyczny. Zresztą nie mógł inaczej. To był mój jedyny kontakt z niemiecką administracją służby zdrowia.
6
Kolejność Pełnomocników Rządu, Starostów i Przewodniczących Powiatowej Rady Narodowej była następująca:
Pełnomocnicy Rządu. od - do. .Zastępcy
Witold Janiszewski. maj 1945 - październik 1945. .Leon Kobierski
Roman Wojciechowski. listopad - grudzień 1945. (ok.6 tygodni) .Władysław Zaporowski
Julian Gawroński. styczeń 1946 - czerwiec 1946 .mgr Lucjan Krajewski, Osiński
Z dniem 1 lipca 1946 r. zostały zniesione urzędy Pełnomocników Rządu, ich miejsce zajęli wojewodowie i starostowie:
Starostowie. od - do .Wicestarostowie
Julian Gawroński. lipiec 1945 - luty 1947. .mgr Lucjan Krajewski
Stanisław Watras. marzec 1947 - wrzesień 1948. .p.o. Adolf Białogrodzki
Stanisław Reszuto. 1 października 1948 – 30 czerwca 1950 .Stefan Kotara, Tadeusz Robak
Z dniem 1 lipca 1950 r. zostały zniesione urzędy wojewodów i starostów. Ich funkcje przejęły Prezydia Rad Narodowych.

Przewodniczący Prezydium Rady Narodowej. od - do Wiceprzewodniczący
Henryk Pondo. od 1 lipca 1950 (krótko). .Jan Frankiewicz Franciszek Kacprzak
Eugeniusz Kotaś .1950 - poza 1954. .Franciszek Kacprzak Zygmunt Gliński
Później przewodniczącymi Prezydium Powiatowej Rady Narodowej byli kolejno Jerzy Zając (1960-1962), Jan Pietrzak, Edmund Feliński, Leon Warchał, ponownie Edmund Feliński, Antoni Trembulak, Stanisław Antoniszyn. Kolejnymi burmistrzami miasta Zgorzelca byli: Czesław Domin, Turlej, Eugeniusz Kotaś (do VIII.1950 r.), Stanisław Gadacz.
***
W Urzędzie Pełnomocnika Rządu od początku było czynnych kilka referatów, następnie powstawały inne. Wydział Kultury prowadziła Halina Gdesz, a po niej przejął go Wacław Spiechowicz. Przez pewien czas Referat Wojskowy prowadził komandor Aleksander Mohuczy, były dowódca flotylli okrętów podwodnych w Gdyni, jeden z jeńców wojennych uwolnionych w Zgorzelcu-Ujeździe (Moys). Do pomocy miał kpt. Mąkowskiego oraz kpt. Kazimierza Żylińskiego, również jeńców tego obozu. Komandor Mohuczy po kilku miesiącach przeniósł się do Gdyni i wrócił do marynarki, a referat wojskowy przejął po nim kpt. Żyliński, także nie na długo, bo przeszedł na stanowisko urzędnika Stanu Cywilnego. Referat Organizacyjny prowadził ppor. Zaniewski. Wydział Aprowizacji prowadził przez krótki czas Zdzisław Karyszkowski, a po nim przejął go Aleksander Pichelski. Był to brat warszawskiego aktora teatralnego. Urząd Ziemski
7
prowadził Michał Piechocki. Urząd ten mieścił się na sąsiedniej ulicy zwanej obecnie ulicą Bohaterów Ghetta. Obok niego ulokował się Inspektorat Oświaty prowadzony przez Inspektora szkolnego Klaudiusza Śnieżkę. Sekretarzem Inspektoratu był Roman Dmowski. Śnieżko prowadził go chyba do 1949 roku. Referat Oświaty i Kultury przez krótki czas prowadził Bronisław Lewonik, po nim objął go Leon Myszkowski, a Referat Opieki objął Franciszek Dominik. Obaj zostali uwolnieni z obozu w Moys. Po Dominiku referat ten prowadzili kolejno Edward Rygier i Halina Niebieszczańska. Pierwszym lekarzem weterynarii był Bolesław Waszczuk. Stanisław Linowski prowadził Referat Rolny. Referat Przemysłowy prowadził inż. Worobecki. Komisarzem Powiatowego Urzędu Ziemskiego był Ignacy Hnatiuk. Referat Ogólny prowadziła pani Egelmanowa, Propagandy pan Kowalczewski, Kultury i Sztuki Bronisław Lewonik, Paszportowo-Przepustkowy Ruchu Granicznego Tadeusz Mąkowski, Drogowy Tadeusz Kiefler, a wydział Budżetowo-Gospodarczy początkowo prowadził Henryk Stawicki. Pierwszym urzędnikiem Stanu Cywilnego był Kazimierz Życieński, starszy pan, który z dużym dostojeństwem sprawował swój urząd. Inspektorem Osadnictwa Wojskowego był kpt. Jan Rojek, zaś jego brat, płk. art. Józef Rojek był Kierownikiem Powiatowej Komisji Planowania. Kierownikiem Referatu Osiedleńczego był Hubert Jasiewicz, a po nim referat ten prowadziła Kazimiera Moszoro.
Halina Gdesz, Józefa Adamska, Stanisława Seklecka, Helena Domicz i Danuta Olsztyńska były więźniarkami politycznymi w Torgau. Po przybyciu do Zgorzelic zostały zatrudnione przez Pełnomocnika Rządu. Adamska, stenografistka sądu we Lwowie, po kilku miesiącach zmarła. Gdeszowa doczekała się powrotu męża, więźnia w Dachau. Był on ciężko chory i Amerykanie przewieźli go do Szwecji, tam był operowany, został inwalidą. Pracował później w Spółdzielni Inwalidów „Delta”, zmarł w 1959 roku. Jego żona ponownie wyszła za mąż za kierownika Biura Organizacyjnego Prezydium PRN Woronieckiego, zmarła w 1982 roku. Seklecka pracowała w Spółdzielni Inwalidów „Delta”, zmarła w 1983 roku.
Struktura organizacyjna Urzędu Pełnomocnika Rządu, potem Starostwa, wreszcie Powiatowej Rady Narodowej ulegała dość częstym zmianom, zależnie od aktualnych potrzeb i według oceny szefa urzędu. Z okresu 1945 roku pamiętam dziesięć referatów, później ich było co najmniej dwanaście. W październiku 1948 roku było szesnaście referatów, a w czerwcu 1950 roku siedemnaście referatów, lecz struktura ich była każdorazowo nieco zmieniona.
Przez cały ciąg tych lat kierownikami referatów byli Halina Gdesz (zmieniając swój przydział pracy), Jan Gliński (Zdrowie) i Bolesław Waszczuk (Weterynaria). Długo pracowali też Franciszek Szarata (Referat Pomiarów), Stanisław Linowski (Rolnictwo) i Stanisław Barbasiewicz (Agronom Powiatowy).
Przewodniczącym Powiatowej Komisji Odbudowy był inż. Marian Werner, a sekretarzem Społecznej Komisji Cen przy Powiatowej Radzie Narodowej Stanisław Lewiński.
Pierwszym Sekretarzem PPR był Bronisław Gorący, z późniejszych pamiętam jeszcze sekretarzy Dyczkę i Janickiego. Inicjatorami zawiązania organizacji PPS byli Józef Tarnopolski z Aleksandrem Pichelskim oraz Zdzisławem Karyszkowskim. Zebranie założycielskie Stronnictwa Demokratycznego odbyło się w grudniu 1945 roku z inicjatywy Kazimierza Gostyńskiego, który wraz z Klaudiuszem Śnieżką i Franciszkiem Dominikiem doprowadził do jego zawiązania. Kolejność przewodniczących i sekretarzy Zarządu Powiatowego Stronnictwa Demokratycznego
8
była następująca: (wg Archiwum SD):
Przewodniczący . Sekretarz Okres urzędowania
Kazimierz Gostyński . . Franciszek Dominik .18.12.1945 - 30.08.1946
Stefan Marcinkiewicz . . Edward Piórek .1.09.1946 - lipiec 1947
Henryk Ogrodowski . .Kazimierz Gostyński . lipiec 1947 - 20.03.1949
Wojciech Czubak . . Wiktor Nawratil .20.03.1949 - 1.04.1950
(był to pierwszy Zarząd Powiatowy wybrany na I Zjeździe Powiatowym SD)
Marian Wyszatycki . . Mikołaj Sadowski .2.04.1950 - lipiec 1953
Czesława Bogdańska . . Jerzy Morozow .lipiec 1953 - 6.02.1955
Janusz Wołk . .Stefan Żybort .6.02.1955 - 12.08.1958
Jako jedną z pierwszych zorganizowano placówkę Państwowego Urzędu Repatriacyjnego przy ulicy Warszawskiej 17. Jego Punkt Etapowy organizował pomoc dla wszystkich powracają-cych do kraju tak z zachodu, jak i ze wschodu. Spełniał on w tym okresie ogromnie ważną rolę i, niezależnie od różnych niedociągnięć, był wielką pomocą dla ogromnej rzeszy ludzi dotkniętych wysiedleniem w czasie i zaraz po wojnie. W okresie do 1 sierpnia 1945 roku przez Punkt Etapowy w Zgorzelcu przeszło ponad 1200 osób, z czego znikomy odsetek osiedlił się na miejscu. Reszta odjechała w głąb kraju.
Państwowy Urząd Repatriacyjny miał własne Ambulatorium, nie podlegające lekarzowi powiatowemu. Było ono prowadzone przez dr Józefa Kantorskiego, pielęgniarką była Irena Mły-narczyk, był też sanitariusz. Z ramienia PCK współpracowała z nimi pielęgniarka Maria Patraszewska. Ambulatorium mieściło się przy ulicy Warszawskiej 9. Lekarz z pielęgniarką pro¬wadzili przeglądy sanitarne transportów z Zachodu. Zadaniem dr Kantorskiego było też sprawdzanie, czy u badanego nie ma tatuaży SS pod pachą lub pod językiem. Dr Kantorski jeździł na kontrole do Węglińca, którędy większość transportów przychodziła.
Warto podkreślić, że wśród tych powracających ludzi były dwie grupy po 40 dzieci polskich w wieku od 5 do 12 lat, powracających z obozu hitlerowskiego w Górach Harzu do Katowic. Wobec braku środków lokomocji dzieci te przebywały tu po tygodniu, po czym odesłano je samochodami do Legnicy. Przypomina o tym Witold Janiszewski w swoim wywiadzie w „Gazecie Robotniczej” z marca 1970 r.
Kierownikiem Państwowego Urzędu Repatriacyjnego był Zbigniew Otwinowski, były oficer, który potem wiele lat pracował w szkolnictwie warszawskim jako nauczyciel. Zmarł na początku 1986 roku.
Referat Osadnictwa Wojskowego w Państwowym Urzędzie Repatriacyjnym prowadził kapitan Jan Rojek.
Pierwszym prezesem Sądu był Stanisław Kohen-Marcinkiewicz, który z ramienia Stronnictwa Demokratycznego został przewodniczącym Powiatowej Rady Narodowej. W lecie 1947 roku na jednym z posiedzeń Prezydium PRN tak się zdenerwował, że wkrótce dostał zawału serca i zmarł. Po nim prezesem Sądu był sędzia Witold Neuman. Przewodniczącym Powiatowej Rady Narodowej - też z ramienia SD - został Henryk Ogrodowski, wówczas przestał pracować w moim Wydziale Zdrowia. Powiatowa Rada Narodowa od początku działała energicznie.
9
W okresie przewodniczenia przez Ogrodowskiego Rada ta podjęła uchwałę o zakazie wywozu mebli i urządzeń z terenu powiatu. Była to obrona przed ogałacaniem mieszkań, fabryk, zakładów z urządzeń, co było wówczas nagminnym zjawiskiem. Tego rodzaju szabrownicy mieli często pisemne upoważnienia, wydane przez różne wojewódzkie lub centralne instancje, urzędy. Uchwała Rady Narodowej postawiła tamę temu procederowi. W związku z tym przypominamy sobie następujące zdarzenia. Do władz Zgorzelca przyszła alarmująca wiadomość o zabieraniu urządzeń jednej z fabryk w Bogatyni. Bardzo szybko fabryka została otoczona przez milicję i wojsko. Ciężarowe samochody szabrowników były już załadowane i gotowe do odjazdu z całym urządzeniem fabryki. Zatrzymano ich - musieli zładować z powrotem wszystko co mieli na samochodach i wypuszczono ich z pustymi samochodami. Jednocześnie wysłano obszerną depeszę do Ministra Ziem Odzyskanych Władysława Gomułki, w której podkreślano, że Niemcy obserwują, jak Polacy niszczą fabryki i wywożą cały sprzęt, wszystkie urządzenia fabryczne i zachowują się jakby uważali, że ich tu bytność będzie krótkotrwała. Na tę depeszę przyszła szybko odpowiedź zakazująca rabowania fabryk i wywozu sprzętu z całego terenu. Podobne zatrzymywania szabrowników miały miejsce i w Zgorzelcu. Pierwszym prezesem Związku Zawodowego Pracowników Państwowych był od 1947 roku lekarz weterynarii Bolesław Waszczuk, a skarbnikiem Franciszek Szarata.
We wrześniu 1945 roku zjechał do Zgorzelic spod Warszawy Zbigniew Wyrożębski z zadaniem utworzenia Urzędu Skarbowego. Odpowiednią nominację otrzymał w Legnicy, gdzie mieściły się urzędy wojewódzkie. W październiku tegoż roku utworzył ten Urząd i prowadził go do jesieni 1948 roku, wówczas przeprowadził się do Wrocławia, a następnie do Warszawy. Przez wiele lat był naczelnikiem wydziału Ministerstwa Finansów. Zmarł we wrześniu 1986 roku w wieku 72 lat. Jego żona była nauczycielką w Gimnazjum w Zgorzelcu do końca roku szkolnego 1948/1949. Była to młodziutka, drobna, bardzo piękna brunetka.
Pierwszym kierownikiem (w 1945 roku) Zakładu Energetycznego Okręgu Zgorzeleckiego był inż. Leszek Gaszyński, po nim funkcję tę przejął Aleksander Aleksiejew, działacz, partyjny PPR. Inż. Gaszyński przeniósł się w 1947 roku do Jeleniej Góry. Przez długi czas prąd otrzymywano kablem podwodnym z Niemiec. Pierwszy prąd polski otrzymano w listopadzie 1945 roku z elektrowni w Leśnej (wówczas Marklissa), a potem, w 1948 r. uruchomiono generatory w Kaławsku. Z przetwornic tramwajowych w Zgorzelcu dawano prąd dla tramwajów w Görlitz do lat sześćdziesiątych. Kierownikiem administracyjnym Okręgowych Zakładów Energetycznych był początkowo Stanisław Lewiński. Gazownia, położona na peryferiach Zgorzelic, funkcjonowała od 1945 roku z niewielką tylko przerwą w okresie działań frontowych. Zaopatrywała ona przez wiele jeszcze lat obie części miasta, polską i niemiecką. Za to my korzystaliśmy z zaopatrzenia w wodę z drugiej strony rzeki do lat siedemdziesiątych, to jest do czasu wybudowania wieży ciśnień na placyku przy ulicach Górnej i Kilińskiego. Kanalizacja ściekowa ze Zgorzelca odprowadzała ścieki do oczyszczalni ścieków w Görlitz do lat siedemdziesiątych, gdy wybudowano własną oczyszczalnię ścieków w Jędrzychowicach. Fabryka Makaronu i Młyn Wodny wcześnie rozpoczęły pracę; kierownikiem Fabryki Makaronu był Franciszek Nawratil, a Młyna Tomasz Dacko. Również fabryki walizek i kartonaży dość szybko ruszyły. Dyrektorem Fabryki Walizek był Sergiej Sydelnikof. Fabryka Odczynników Chemicznych dłużej czekała na uruchomienie. W grudniu 1945 roku już funkcjonowała. Wkrótce potem przeniesiono ją do Gliwic.
10
Urząd Pocztowy uruchomiono w dniu 25 września 1945 roku, jego naczelnikiem był Augustyn Dorazil. Od początku mieścił się on przy ulicy Wolności. Komendantem Straży Przemysłowej był Jan Kurzępa.
Urząd Celny został zorganizowany przez Feliksa Sawickiego, skierowanego w tym celu przez Dyrekcję Ceł w Gliwicach w listopadzie 1945 roku. Pod koniec stycznia 1946 roku po Sawickim objął ten urząd Antoni Ludyga, a od maja 1946 roku przez szereg lat kierował Urzędem Celnym Franciszek Zielezny, początkowo kontrole graniczne były dorywcze, bo było tylko dwu pracowników: Fr. Sawicki i Andrzej Jamróz. W czerwcu 1946 roku zaniechano wydawania przepustek granicznych, od tej pory wydawano tylko zezwolenia na przekroczenie granicy.
W 1946 roku utworzono w Zgorzelcu Urząd Likwidacyjny, który wyceniał wszelkie mienie poniemieckie i sprzedawał je, w pierwszym rzędzie jego dotychczasowym użytkownikom. Kie¬rownikiem urzędu był mgr Marian Lasota, który przybył do Zgorzelic z Buczacza. Po opłaceniu wyznaczonej za każdy mebel, sprzęt itp. ceny stawaliśmy się jego pełnoprawnymi właścicielami. Lasota był też pierwszym adwokatem w Zgorzelcu, pracował tu wraz z mecenasem Romanem Antonowem.
Powstawały też wcześnie różne organizacje społeczne. Jako jeden z pierwszych powstał w jesieni 1945 roku Związek Osadników Wojskowych. Mieścił się on początkowo przy ulicy Warszawskiej 11, obok Ambulatorium. Pierwszym prezesem Związku był zdemobilizowany z 35 pułku 7 Dywizji oficer, Józef Kardasz, jego następcą był Kazimierz Klatka. Po roku nastąpiła zmiana, prezesem został kpt. Dmowski, który przeniósł siedzibę Związku do budynku na rogu ulic Langiewicza i Bohaterów Ghetta. Trzecim z kolei prezesem był za mojej bytności mjr Gryzani. Józef Kardasz przez wiele lat był nauczycielem w Szkole Podstawowej Nr 1 przy ul. Mostowej. Byłem członkiem Związku Osadników Wojskowych. Kolejnymi przewodniczącymi Oddziału Związku Nauczycielstwa Polskiego w Zgorzelcu byli Stefan Marecki, Kazimierz Klatka (brat Edwarda), Piotr Kokoryk i Edward Palider. Harcerstwo zostało zorganizowane w Zgorzelicach w 1945 roku we wrześniu przez Edwarda Klatkę. Początkowo były dwie drużyny: chłopców i dziewcząt, skupiające uczniów gimnazjum oraz trzech starszych klas Szkoły Podstawowej Nr 1. W grudniu 1945 roku odbył się w Jeleniej Górze pierwszy zjazd komendantów hufców Chorągwi Dolnośląskiej. Edward Klatka był na nim jako p.o. komendanta hufca zgorzeleckiego (pełnił tę funkcję przez trzy lata). Ligę Kobiet założyła w Zgorzelcu Wanda Watras, żona starosty.
Już w dniu 15 grudnia 1945 roku z inicjatywy Mariana Dąbrowskiego zawiązano Teatr Ziemi Łużyckiej. Po skompletowaniu aktorów i przeprowadzeniu prób teatr wystąpił w marcu 1946 roku z premierą „Rewii”. Potem wystawiano w sali tego teatru w Domu Kultury różne sztuki, przyjeżdżał też doskonały Teatr Dolnośląski z Jeleniej Góry. W 1963 roku Teatr Ziemi Łużyckiej przemianowano na teatr Ziemi Zgorzeleckiej. Sprawami kultury, a szczególnie przygotowaniem i wystawianiem sztuk teatralnych przez szereg lat zajmował się Marian Dąbrowski, któremu wada słuchu nie przeszkadzała w tej działalności.
11
W mieście był jeden kościół, a przy ulicy Bohaterów Ghetta mieściła się kaplica - bożnica żydowska. Proboszczem był Niemiec, ks. Franciszek Scholz, opiekun jeńców polskich w Stalagu.
Ciekawym ale i charakterystycznym dla tego okresu chaosu i migracji ludności był fakt, że pierwszą po wojnie procesję Bożego Ciała prowadził ks. Scholz podtrzymywany pod ramię przez polskiego oficera oraz przez wyższego urzędnika miejscowego starostwa, a baldachim był niesiony przez polskich żołnierzy. W czasie tej procesji były śpiewane na zmianę pieśni polskie i niemieckie. A jednocześnie granica na Nysie została całkowicie zamknięta dla Niemców chcących powrócić z zachodu do swoich domów na Śląsku. Pisze o tym ks. Scholz w swoich wspomnieniach. W końcu kwietnia ksiądz Scholz opuścił Zgorzelice, zdając parafię ks. Rogożowi a w połowie maja wyjechał do Niemiec. Pisze o tym szczegółowo w swoich wspomnieniach.
Później władze polskie proponowały jeszcze ks. Scholzowi powrót i pozostanie w Polsce, ale on twierdził, że „nie może się wyrzec swojej niemieckiej tożsamości” (czego wymagały polskie władze), i tam już pozostał. Następnie przeniósł się do Niemiec Zachodnich. Tam został profesorem etyki trzech uniwersytetów (Frankfurt nad Menem, Fulda, Augsburg). Po wojnie wielokrotnie przyjeżdżał do Polski. W swoich bardzo licznych publikacjach wielokrotnie porusza sprawy polsko-niemieckie, sprawy etyki współżycia naszych dwu narodów. Szereg jego artykułów zostało opublikowanych w Polsce.
Na skutek wystąpień polskiej Rady Parafialnej (jej członkiem był m.in. Zbigniew Wyrożębski), w kwietniu 1946 roku przybył do Zgorzelca ks. Józef Rogoż, skierowany przez wrocławskiego Administratora Apostolskiego do pomocy księdzu Scholzowi. Obaj księża wkrótce się zaprzyjaźnili i zgodnie współpracowali. Ks. Rogoż był tu skierowany na okres Wielkanocy i związane z tym nasilenie obowiązków duszpasterskich. Ks. Rogoż był początkowo wikarym przy proboszczu ks. Scholzu, a po jego wyjeździe został proboszczem w tej parafii.
***
W początkowym okresie nie było papieru, do wszystkich więc pism często wykorzystywano różne druki poniemieckie z czystą jedną stroną, albo np. poniemieckie kwitariusze. Używano też niemieckich formularzy, np. pocztowych, finansowych itp. Ogólne zarządzenia, zwłaszcza wywieszane w formie plakatów, w pierwszym okresie drukowane były w dwu językach: polskim i niemieckim. Nie trwało to jednak długo. Przystąpiono też zaraz do spolszczania nazw miejscowości, ulic itp. Początkowo było to postępowanie żywiołowe, chaotyczne. Starano się nawiązać do starych słowiańskich nazw. Ale nie zawsze je znano. Czasem po prostu spolszczano niemiecką nazwę (Kuhna – Kunów), czasem je tłumaczono na polski (Florsdorf - Kwiatów, Rotwasser - Czerwona Woda). W połowie 1946 roku pod wpływem wystąpień znawców, w tym działaczy Polskiego Związku Zachodniego, nastąpiło definitywne uporządkowanie i ujednolicenie wszystkich nazw. Wtedy zamieniono Pęczek (niem. Pentzig) na Pieńsk, Zgorzelice na Zgorzelec, Rychwałd na Bogatynię, Leopoldów na Łagów, Schönberg na Sulików, Królewszczyznę na Działoszyn, Kohlfurt-Kaławsk na Węgliniec. Było to chyba jedno z ostatnich dokonań Pełnomocników Rządu. Wtedy przemianowano ich na wojewodów i starostów.
Pozostałością po przejściu frontu i krwawych walkach związanych z forsowaniem Nysy były
12
miny - pułapki i niewypały. Zaraz po przejściu frontu wojskowe oddziały saperskie przystępowały do wyszukiwania i rozbrajania min i niewypałów. Przede wszystkim patrolowano drogi oraz zabudowania mieszkalne i gospodarcze. Po ich przebadaniu i usunięciu min, na budynku białą farbą wypisywano dwa słowa: „Min niet”. Widzieliśmy je wszędzie. Pozwalały one wchodzić do tych zabudowań bez obaw. Napisy te jeszcze wiele lat widniały na budynkach, póki ich deszcz nie zmył.
Mimo tej generalnej akcji, pozostałości wojny były przyczyną wielu tragedii, nie dało się usunąć wszystkich bez wyjątków pocisków z terenu. Początkowo często zdarzało się, że pociski, granaty czy inne niewypały wybuchały, gdy dzieci, podrostki, a nawet dorośli mężczyźni przy nich manipulowali. Przywożono ich potem do szpitala. Tu wraz z Oliwą (na zmianę, ten z nas, który był akurat w szpitalu) czyściliśmy rany i opatrywali. Raz zostałem wezwany przez milicję do Ruszowa z powodu takiego wypadku. Tam w lesie znaleźliśmy miejsce świeżego wybuchu pocisku artyleryjskiego. Dwu gospodarzy ze wsi chciało go rozebrać. Usiedli na ziemi z obu stron pocisku i manipulowali przy nim. Nastąpił wybuch. Rozrzucone szczątki ciał znajdowaliśmy w dużym promieniu od miejsca wybuchu. Takich miejsc tragedii oglądałem wiele.
Lato 1948 roku było w całym kraju bardzo urodzajne w pomidory. Olbrzymie ich ilości zwożono wagonami do wszystkich czynnych w kraju przetwórni owoców. Zwożono je również do Bogatyni. Przetwórnia pracowała tam pełną parą, magazyny owoców były ciągle pełne a nadchodziły nowe transporty dojrzałych pomidorów. Był to problem krajowy - co robić z tym delikatnym owocem. Składano go pod gołym niebem wprost na ziemi. I w Bogatyni czerwieniły się wysokie na kilka metrów sterty dorodnych pomidorów. Niestety wielkie ich ilości zgniły, zanim je wzięto do przerobu. Pola na Dolnym Śląsku zostały obsiane wiosną 1945 roku przez ówczesnych mieszkańców. W większości nie było ich już w porze zbiorów. Polskich osadników było jeszcze bardzo niewielu, nie posiadali też oni jeszcze żadnej siły pociągowej ani maszyn. W rezultacie nie miał kto zbierać plonów, wytężona praca nielicznych mieszkańców i pomoc jednostek wojskowych - przy braku koni i sprzętu - nie wystarczała.
W rezultacie z większości pól zboża nie zostały zebrane. Na niektórych polach przez parę jeszcze lat widziało się szczerniałe pokłady zmarnowanych plonów. W 1946 roku została zorganizowana wielka akcja ekshumacji żołnierzy polskich, poległych przy forsowaniu Nysy i dalszych bojach w Niemczech. Ekshumowane zwłoki zwożono do Zgo¬rzelca i tu grzebano na nowym, wojskowym cmentarzu. W związku z tym specjalna grupa grabarzy zwoziła trumny z tymi szczątkami spod Drezna, Cottbus i wielu innych miejscowości. Przy tej grupie pracował dr Grünszpan i doglądał prac. Do naszej służby zdrowia nie włączał się, ja też nie byłem angażowany do tej działalności. Cała akcja trwała kilka miesięcy. Do 1948 roku było w powiecie wiele odłogów. Postanowiono je zlikwidować. Starosta Reszuto wystosował w listopadzie 1948 roku apel do wszystkich rolników w powiecie, aby stawi¬li się z posiadanymi końmi i pługami w ustalonym dniu i miejscu celem zaorania odłogów. Akcję likwidacji tych odłogów prowadził Stanisław Barbasiewicz, agronom powiatowy. W wyz¬naczonym dniu stawiło się nadspodziewanie dużo ludzi - aż kilkuset. Nie wszyscy posiadali potrzebny sprzęt czy konia. Byli to głównie osadnicy wojskowi, którzy dobrze rozumieli potrzebę wykorzystania każdego kawałka ziemi. Takie było wówczas nastawienie ludności do ważnych spraw gospodarskich. W tej akcji jeden ciągnik uszkodziła mina, więc akcję przerwano.
***
13
Codziennie przybywali nowi ludzie. Wracali Polacy z robót w Niemczech, z obozów, z różnych wędrówek. Przez ciasto przewijało się ich tysiące. Ciągle też powstawały nowe urzędy, instytucje, prowadzono prace nad uruchomieniem elektrowni, gazowni, fabryki makaronów, młyna i wielu innych pomniejszych zakładów. Powstające urzędy szybko się rozrastały, za¬trudniając coraz więcej polskiego personelu. Przy uruchomieniu podstawowych produkcji dużo pomagało wojsko polskie i radzieckie, które też było tym zainteresowane. W samych Zgorzelicach w zasadzie nie było wojsk radzieckich, ich siły były skoncentrowane w innych rejonach Dolnego Śląska oraz za graniczną rzeką Nysą, też przez nie strzeżoną, od strony nie¬mieckiej. Z naszej strony straż graniczną pełniły od początku oddziały wojska polskiego. Wobec zerwania obu wysokich mostów - kolejowego i drogowego - komunikacja z niemiecką częścią miasta odbywała się przez niski most, wybudowany przez wojsko obok jedynej po tej stronie Nysy, transformatorowni elektrycznej tramwajowej, obsługującej całe miasto po obu stronach rzeki. Jedyna linia tramwajowa, biegnąca od zburzonego mostu na Nysie poprzez ulicę Mostową aż daleko na Ujazd, była nieczynna. Jej tory z czasem rozebrano. Po tej stronie rzeki nie było ani jednego wozu tramwajowego. Komunikacja miejska odbywała się więc głównie pieszo, często na rowerach - a rzadko samochodami, wysokie, strome wzgórza i kilka stromych ulic nie sprzyjały jeździe na rowerze, zwłaszcza jeśli ktoś musiał zboczyć z biegnącej wzdłuż Nysy ulicy Daszyńskiego.
Czerwcowe referendum w 1946 roku przeżywaliśmy głęboko. Potem przyszły styczniowe wybory do Sejmu w 1947 roku. Wszyscy w nich uczestniczyliśmy z wiarą, że ich efektem będzie lepsza gospodarka w kraju i bujniejszy rozwój we wszystkich kierunkach, sprawiedliwa ocena pracy, trudu i zaangażowania wszystkich pracowników we wszystkich działach gospodarki narodowej. Wierzyliśmy w sprawiedliwe uhonorowanie ofiar życia, krwi i trudu społeczeństwa, poniesionych w ponad 5-letniej walce z hitleryzmem. Dlatego też z mieszanymi uczuciami przyjęliśmy ustawę amnestyjną z 1947 roku. Przyszło się tłumaczyć ze swej aktywnej postawy wobec śmiertelnego wroga, ze spełnienia swego patriotycznego obowiązku. Ja nie pełniłem w Armii Krajowej żadnej ważniejszej funkcji, a swoją tam przynależność ujawniłem w lutym 1945 roku na Komisji Poborowej w Kielcach. Nie wiedząc, czy i mnie wobec tego obowiązuje ponowne ujawnienie się według przepisów nowej ustawy zagadnąłem o to szefa Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Dość długo się zastanawiał - wreszcie wydał salomonowy wyrok. Lepiej ponownie to zrobić, niż wejść w konflikt z ustawą. I tak stałem się posiadaczem zaświadczenia o ujawnieniu swej konspiracyjnej działalności w czasie wojny.
We wrześniu 1945 roku zapadła ostateczna decyzja o przejęciu przez polską administrację tzw. worka żytawskiego z Bogatynią i Turowem. Były to dwie gminy Rychwałd (obecnie Bogatynia) oraz Królewszczyzna (obecnie Działoszyn). Poprzednio, już od maja stacjonował tu
14
37 pułk piechoty 7-ej Dywizji Łużyckiej8, jednak żadne cywilne władze polskie tam wówczas nie wkraczały. Pod względem administracyjnym była to niejako „ziemia niczyja”, jedyną władzą było Wojsko Polskie. Teraz teren ten miał ostatecznie przejąć Janiszewski, jako przedstawiciel naszej władzy administracyjnej, toteż pojechał tam zaraz w towarzystwie innych władz Obwodu. Od tego przyłączenia powiat zgorzelecki ciągnął się z północy na południe na od-ległości około 90 km, a Zgorzelec znalazł się w jego środku. Najwęższa część powiatu od Nysy do granicy polsko-czechosłowackiej była u „wlotu” do worka żytawskiego i liczyła poniżej 5 km. Przez wiele lat istniejąca w tym miejscu, we wsi Bratków stanica Wojsk Ochrony Pogranicza kontrolowała ruch między dwoma częściami powiatu. Okresowo kontrole te były łagodniejsze lub ostrzejsze. W takim ostrym okresie zdarzyło się, że kontrolujący patrol kazał wysiąść z samochodu do kontroli wojewodzie dolnośląskiemu. Zaraz potem kontrole te złagodniały.
Rejon Bogatyni był od początku interesujący z wielu powodów. W pobliżu Bogatyni znajduje się niewielka wioska Opolno-Zdrój. Próbowałem, lecz wówczas daremnie, uruchomić ją do celów lecznictwa. Starałem się zainteresować Ubezpieczalnię Społeczną walorami leczniczymi tej miejscowości. W roku 1950 starosta Reszuto zwrócił się w tej sprawie do Edwarda Osóbki-Morawskiego, który był wówczas dyrektorem Przedsiębiorstwa „Uzdrowiska Polskie”. Ten zaraz przydzielił odpowiednie kredyty, które pozwoliły odremontować w Opolnie to, co było konieczne. W dniu 3 czerwca 1950 roku nastąpiło uroczyste otwarcie tego uzdrowiska. W Opolnie mieszkał wówczas dr Jarmała, który optował za Polską i tu pozostał do swej śmierci.
Na wracających z uroczystości starostę i wojewodę urządzona została na drodze zasadzka, przeciągnięto w poprzek drogi gruby drut. Drut ten ześlizgnął się po dachu niskiego wozu, którym jechał starosta Reszuto. Jadący później tą drogą autobus z ludźmi zerwał linę i przewrócił się, byli ranni. Uchroniło to jeszcze później jadących. Nigdy nie wykryto sprawców tego zbrodniczego czynu.
W dołączonej części południowej ziemi, obok Niemców było sporo Czechów. W Bogatyni osiedliło się małżeństwo lekarskie niemieckie - Felicja i Rudolf Joschko. Pracowali oni tutaj przez szereg lat.
Pierwszym burmistrzem w Bogatyni był Jakub Malik, jego zastępcą był Jan Krasucki. Następnie burmistrzami byli kolejno Stanisław Czop i Jakub Olechnik. Kierownikiem referatu rolnego w Zarządzie Miejskim od stycznia 1946 roku był Zenon Dowgiałło. Komendantem Straży Granicznej w tej części powiatu-obwodu był Beniamin Brauschweig-Rachwalski, późniejszy prezes PZGS w Zgorzelcu. Z dyrektorów fabryk przypominam sobie Leona Warchała, dyrektora Fabryki Bawełnianej, późniejszego przewodniczącego Prezydium Powiatowej Rady w Zgorzelcu.
Wielkim bogactwem tego rejonu była odkrywkowa kopalnia węgla brunatnego Turów-Turoszów, ściśle sprzężona z elektrownią Hirschfelde, znajdującą się obok, lecz już po drugiej stronie Nysy Łużyckiej. Jej rozległe wykopy nadawały charakterystyczny wygląd całej okolicy. W kilkadziesiąt lat późnej bardzo rozbudowana i unowocześniona, znacznie większemu obszarowi ziemi nadała wygląd księżycowego krajobrazu. W 1950 roku wydobywano z niej 10.000 ton węgla brunatnego na dobę.
cdn.
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Zgorzelec . GLIŃSKI Jan Bohdan

Postprzez wanka » 25.05.2009

Cz.II
.15
W Bogatyni znajdował się szpital fundacyjny na 40 łóżek z obsadą całkowicie niemiecką. Był on na potrzeby rozwijającego się rejonu za mały i po kilku latach rozbudowano go do około 70 łóżek przez przyłączenie i zaadaptowanie sąsiedniej dużej willi. W mieście zorganizowano ładny Ośrodek Zdrowia. Z czasem funkcję intendenta szpitala objął Polak, pan Sommer, osiadł tu też polski lekarz Karol Wyrwa. Szpital rozwinął się znacznie po osiedleniu się w Bogatyni dr Joschko.
Ważnym wydarzeniem w życiu powiatu9 stało się uruchomienie pod koniec grudnia 1945 roku komunikacji kolejowej. Pierwsze pociągi dochodziły z Jeleniej Góry tylko do zwalonego wiaduktu nad ulicą Łużycką. Po jego odbudowie w 1946 r. dochodziły już do stacji kolejowej w Zgorzelcu. Przez długi czas pociągi ze Zgorzelca dochodziły tylko do stacji Jelenia Góra Zachodnia. Trzeba było przedostawać się stamtąd różnymi środkami lokomocji lub pieszo do odległej o parę kilometrów stacji Jelenia Góra Główna, skąd już chodziły pociągi do Wrocławia. Spowodowane to było zawaleniem w czasie działań wojennych przęseł wysokiego mostu kolejowego na rzece Bóbr między tymi stacjami.
Połączenie kolejowe z Węglińcem uruchomiono później, chyba około 1948 roku, z tym, że wyruszało się pociągiem ze stacji w Zgorzelcu. Pociąg dochodził początkowo tylko do zwalonego wiaduktu nad szosą w Jędrzychowicach. Tu trzeba było przejść pieszo do innego składu pociągu, oczekującego za wiaduktem, i nim dojeżdżało się do Węglińca. Tam była druga przesiadka na pociąg do Wrocławia. Tak trwało do czasu odbudowy (około 1950 roku) wiaduktu w Jędrzychowicach. Połączenie z Warszawą mieliśmy przez szereg lat z przesiadką w Węglińcu lub w Jeleniej Górze.
***
W dniu 7 czerwca 1950 roku w Domu Kultury odbyła się pierwsza sesja Powiatowej Rady Narodowej. Porządek obrad obejmował trzy punkty:
1. Referat pt.: „Zadania i funkcjonowanie terenowych organów jednolitej władzy państwowej”.
2. Uchwalenie tymczasowego regulaminu obrad Powiatowej Rady Narodowej.
3. Wybór Prezydium Powiatowej Rady Narodowej.
Do tego dnia obowiązki przewodniczącego Powiatowej Rady Narodowej pełnił Stanisław
Gadacz, a na uroczystej sesji na Przewodniczącego jej Prezydium został wybrany Henryk Pondo. Zgodnie z obowiązującym wówczas kluczem partyjnym starostą był członek PZPR, wicestarostą członek ZSL, a przewodniczącym Powiatowej Rady Narodowej członek SD.
Dzień 6 lipca 1950 roku dla Zgorzelca był dniem bardzo uroczystym. Od paru dni „coś się działo” - wszystkie władze były postawione na nogi. Mnóstwo nowych ludzi organizowało coś -ale początkowo nie wiedzieliśmy co. Potem dowiedziałem się, że przyjedzie do Zgorzelca premier Józef Cyrankiewicz. A ja jestem odpowiedzialny za stan sanitarny i zdrowotny ciasta. Postawiłem na nogi Szpital i Ośrodki Zdrowia, kontrolerów sanitarnych wysłałem na dodatkowe
16
kontrole. Był zamęt. Do starosty dostępu nie było, ciągle był czymś zajęty i z kimś konferował. Wreszcie przyszedł ten dzień. W mieście pojawiło się mnóstwo ludzi. I przyszła liczna, kilkutysięczna delegacja z NRD. Wielką manifestacją był wiec na placu między Gimnazjum a Domem Kultury. Słuchałem w tłumie przemówień obu premierów i razem ze wszystkimi cieszyliśmy się z tego porozumienia dwu sąsiednich narodów. To był wielki dzień. Ciemną tylko chmurą było „prewencyjne” aresztowanie na jedną dobę szeregu mieszkańców miasta, wśród nich także dr J. Kantorskiego.
***
W lipcu 1945 roku, z inicjatywy kilku osób (między innymi K. Gostyński, Z. Buss) zwołano zebranie organizacyjne Spółdzielni Spożywców. Odbyło się ono w sali byłego kina, obecnie restauracji „Arkadia” przy ulicy Daszyńskiego. Po gorącej dyskusji powołano Spółdzielnię Spożywców „Granica”. Wybrano Radę Nadzorczą i Zarząd, wytyczono kierunki działania. Do Rady Nadzorczej wybrano jako przewodniczącego Witolda Janiszewskiego, jako jego zastępcę komendanta MO Namysła i jako sekretarza Jana Glińskiego. Prezesem Zarządu został kapitan Józef Tarnopolski, a w skład Zarządu weszli jeszcze Kazimierz Gostyński oraz Aleksander Pichelski. Spółdzielnia ta szybko zaczęła się rozwijać, przejmując i uruchamiając coraz to nowe sklepy, piekarnie, rozlewnie piwa itp. Wkrótce przejęła większość handlu miejscowego i znaczną część produkcji artykułów żywnościowych.
Spółdzielnia „Granica” przeżyła wstrząs, spowodowany aresztowaniem w 1946 roku całego Zarządu pod zarzutem dokonywania nielegalnych transakcji. Był to moment bardzo trudny. Rada Nadzorcza była zdekompletowana - zarówno jej przewodniczący, jak i wiceprzewodniczący wyjechali już z terenu Zgorzelca, zostałem sam, jako jej sekretarz, i kilku członków. Zwróciłem się wówczas do przewodniczącego Rady Nadzorczej, który mieszkał już we Wrocławiu i ten dał mi na piśmie polecenie zwołania ogólnego zebrania i wyboru nowej Rady. Tak się też to odbyło. Na tym zebraniu zostałem wybrany przewodniczącym Rady Nadzorczej, a sekretarzem został mgr Piotr Kokoryk, dyrektor Gimnazjum.
Pierwszą czynnością nowej Rady było powołanie tymczasowego Zarządu Spółdzielni i zapewnienie ciągłości jej działania. Zrobiliśmy to szybko. Następnie wielokrotnie interwenio-wałem w Prokuraturze w Jeleniej Górze (tam się sprawa toczyła). Byłem tam przesłuchiwany. W rezultacie po około 2 miesiącach został zwolniony prezes Zarządu Józef Tarnopolski, a wkrótce po nim obaj członkowie Zarządu. Wszyscy zostali oczyszczeni z zarzutów pobierania korzyści materialnych. Nie wszyscy oni zgodzili się wówczas na powrót do poprzedniej pracy. W każdym razie Spółdzielnia „Granica” została uratowana i dalej szybko się rozwijała. W czerwcu 1946 roku w skład Rady Nadzorczej tej Spółdzielni wchodzili: Jan Gliński jako przewodniczący, Piotr Kokoryk jako sekretarz oraz członkowie Ignacy Hnatiuk, Michał Kajzler10, Stanisław Leszczyński. Po kilku latach Spółdzielnię „Granica” przejęło „Społem”, lecz to było już po moim wyjeździe ze Zgorzelca.
.17
W początkach lipca przyjechała do mnie moja żona. Przyjechała samochodem, z grupą prowadzoną przez kieleckiego wojewodę Wiślicza, który wizytował Dolny Śląsk. Wszędzie był owacyjnie witany przez nowych gospodarzy. W kilka samochodów dojechali do Lignicy - stąd Zbigniew Kulczycki (uczestnik tej grupy, naczelnik wydziału w kieleckim Urzędzie Wojewódzkim) przywiózł ją do Zgorzelic na jeden dzień. Ich kierowcą był inż. Janusz Komenda z Kielc. Tu ze zdumieniem stwierdziła, że ja ciągle mieszkam w służbowym hoteliku i nie dbam o lokum, podczas gdy inni już się nieźle zagospodarowali w poniemieckich mieszkaniach. Porozmawiała z różnymi ludźmi, sama pochodziła po mieście - i w Referacie Kwaterunkowym zgłosiła, że chce zająć willę przy ulicy Górnej 1. Willa ta została tego dnia opuszczona przez właścicieli Niemców, którzy przenieśli się na drugą stronę rzeki, a willę zabezpieczyła milicja. Krysia dostała zaraz pisemny przydział tej willi - i poszliśmy obejrzeć ją wewnątrz.
Okazało się, ze willa, usytuowana na szczycie wzgórza w środku miasta, ma bardzo ciekawe, nowoczesne urządzenia wnętrza, a z okien rozciąga się piękny widok na dolinę Nysy i na drugą, niemiecką stronę miasta. Jedynym mankamentem było to, że każdy z czterech pokoi znajdował się na innej kondygnacji. Zaraz tam się wprowadziłem. Mieszkanie było urządzone wygodnymi, dużymi meblami, pokoje były przestronne, widne. Z czasem wszystkie te meble, będące własnością państwa jako poniemieckie, wykupiłem na własność. Do willi należał też duży ogród, w części przydomowej - ozdobny, niżej, na lekkim zboczu - warzywno-owocowy. W tym domu spędziliśmy szczęśliwy okres prawie dziesięcioletniego pobytu i pracy w Zgorzelcu. Żona zaraz wróciła do Kielc, skąd wkrótce, inną okazją samochodową, powróciła. Przyjechała przywożąc naszą córeczkę Zosię oraz - na zagospodarowanie - pierwszą w Zgorzelcu żywą kurę. Ciężarówka jechała przez Katowice, podróż trwała trzy doby, transport ten prowadził Kazimierz Gostyński.
Od powrotu żony zacząłem prowadzić „domowy” tryb życia. Krystyna zajęła się aprowizacją, wyżywieniem i całą domową robotą. Nie było to łatwe. Musiała wędrować do sąsiednich wsi i tam, wyszukując polskich osadników, zdobywać warzywa, jajka, czasem trochę mięsa czy chleba. W miećcie pojawiać się zaczęły pierwsze sklepy Spółdzielni „Granica”, obok sklepów prywatnych. Ale tych było niewiele. Uruchomienie pierwszej piekarni dla potrzeb ludności stało się wielkim osiągnięciem.
Pierwsze święta Bożego Narodzenia pozostały w naszej pamięci. W dzień wigilijny, pod wieczór, wróciła z Lipska duża grupa Polaków, wysłanych przez wojewodę Piaskowskiego po zakup samochodów dla administracji, urzędów i przedsiębiorstw województwa. Grupę tę prowadził energiczny por. Janiszewski, nasz Pełnomocnik Okręgowy Zgorzelecki11. Przyjechali oni na kilkudziesięciu zakupionych samochodach, zajechali na łąkę przed naszym domem (por. Janiszeweki mieszkał w sąsiednim domu przy ulicy Górnej 3). Cała spora łąka zaroiła się światłami reflektorów, z samochodów wysypali się zmęczeni jazdą i zmarznięci kierowcy. Wśród
18
nich był brat mojej żony, inż. Ignacy Jelonek, oraz ich wuj, inż. Julian Zachariewicz. Przyszli więc zaraz do nas przyprowadzając ze sobą około dwudziestu towarzyszy wyprawy. Był wśród nich też Czesław Centkiewicz, autor wielu wspaniałych książek podróżniczych. Jeździł z tą grupą w poszukiwaniu swojej żony. Poczęstowaliśmy ich gorącą strawą i herbatą, przełamaliśmy się ze wszystkimi wigilijnym opłatkiem i spora ich część została u nas na noc. Inni, wraz z wujem Julkiem i z Inkiem, pojechali nocą do Krakowa. A w naszym wielkim salonie pokotem spali zmęczeni trudem podróży liczni goście.
Wuj Julek zakupił i dla mnie samochód marki „Ford” zielony kabriolet, na co wydał otrzymane od nas 5000 marek oraz półtora kilo słoniny. Był to nasz pierwszy samochód, z któ¬rym mieliśmy dużo kłopotów i dużo radości. Pierwszy kłopot wynikał stąd, że nie rejestrowano wówczas prywatnych samochodów. Musiałem go zarejestrować na mój Wydział Zdrowia. Do¬piero w 1947 roku mogłam go przerejestrować na moje imię. Ale były z tym nadal kłopoty, najpierw pewien urzędnik bardzo mnie naciskał, abym mu oddał ten samochód. Potem musiałem starać się o pisemną zgodę Ministerstwa Zdrowia na przerejestrowanie wozu na moje imię. Ale udało mi się przetrzymać te przeszkody, później niejeden spacer, niejedną piękną wycieczkę mogliśmy odbyć samochodem.
W 1955 roku dostałem z Wojewódzkiego Wydziału Zdrowia przydział samochodu osobowego DKW, który miałem sobie wykupić. Było to pierwsze przydzielenie takich talonów. I chociaż z uśmiechem mówiło się, że DKW to Dykta-Klej-Woda, to jednak każdy chciał go mieć. Inne samochody osobowe jeszcze nie były dostępne dla osób prywatnych. Nosząc się jednak z zamiarem wyjazdu na stałe ze Zgorzelca - scedowałem ten przydział na dr Józefa Kantorskiego. On samochód wykupił i jeździł nim przez wiele lat.
***
Pracowałem bardzo intensywnie, a tak samo też pracowali wszyscy inni. Ogarniał nas szał pracy - wszyscy widzieliśmy konieczność wykonania tak wielu zadań, a nas było ciągle tak mało. Niebawem źle się to dla mnie skończyło - zachorowałem. Konieczne było badanie rentgenowskie, a aparatu nie mieliśmy. Żona załatwiła więc przepustki dla nas obojga i udałem się do lekarza Niemca po drugiej, sowieckiej stronie miasta. Zbadał mnie dokładnie, prześwietlił - i orzekł, że mi nie służy tutejszy klimat. Że muszę jechać do Zakopanego. Za te poradę ode mnie wziął 5 kg tłuszczu (pieniądze jeszcze nie były tu w obiegu, marek niemieckich nie miałem).
Tej rady nie posłuchałem. Leczyłem się sam, odwiedzał mnie dr Kantorski. I po paru tygodniach choroba przeszła. Wróciłem znów do wszystkich moich obowiązków.
***
W dniu 1 sierpnia 1945 roku ukazał się pierwszy numer (okazowy bezpłatny) miejscowej gazety „Granica”. Jak głosił podtytuł, był to „Organ demokratyczny poświęcony życiu miasta i obwodu Zgorzelice”, wydany został przez Referat Informacji i Propagandy oraz Kultury i Sztuki Biura Pełnomocnika Rządu na Okręg Administracyjny 35. Niestety nie pamiętam, kto ten Referat
19
wówczas prowadził. Gazeta dużego formatu liczyła 4 strony. Obok wiadomości ze świata i z kraju były informacje o organizacji powiatu zgorzelickiego. Omówiono sprawy pracy i opieki społecznej, sprawy kwaterunkowe, ochrony przeciwpożarowej, sprawy repatriacji i osadnictwa cywilnego, sanitarne, sprawy komunikacyjno-budowlane, działalność referatu oświaty, przemysłu, kultury i sztuki oraz wyszczególniono prace remontowo-budowlane, będące w toku. Był i dział literacki. Całą czwartą stronę wypełniały ogłoszenia urzędowe, ogłoszenia działu kultury, informacje dla Polaków powracających z Niemiec oraz trzy konkursy Polskiego Związku Zachodniego. Niestety żaden z tych artykułów czy notatek nie był podpisany, nie podano też składu redakcji gazety.
W Zgorzelcu została powołana Powiatowa Rada Kultury i Sztuki jako pierwsza w Polsce. W dniu 19 września 1948 roku staraniem tej Rady otwarto Powiatowy Dom Kultury.
***
Już w pierwszych dniach pobytu w Zgorzelicach dowiedziałem się, że wszystkie szpitale mieszczą się po drugiej, niemieckiej stronie Nysy. Tu mieszkało tylko kilku lekarzy, z których dwu pozostało jeszcze przez parę lat. Przede wszystkim więc zorganizowałem zaraz z dniem 20 czerwca ambulatorium w opuszczonym mieszkaniu przy ulicy Warszawskiej 11, wyznaczając stałe godziny przyjęć. Przyjmowałem początkowo sam, wkrótce zatrudniłem jednego z Niemców, dr Rudolfa Fischera. Był to trzydziestokilkuletni lekarz inwalida. W pracy okazał się sumiennym lekarzem, przy tym lojalnym wobec władz i zarządzeń polskich. W początku lipca 1945 r. główną pracę i kierownictwo całego ambulatorium przejął dr Józef Kantorski.
Wobec braku leków, materiałów opatrunkowych i całego wyposażenia gabinetu zorganizowaliśmy zbiórkę tych rzeczy z opuszczonych mieszkań (było ich bardzo dużo). Dwie pielęgniarki - Niemki dostały wóz konny z woźnicą Niemcem i - zaopatrzone w urzędowe upoważnienia - wyszukiwały w mieszkaniach wszystko, co było potrzebne do funkcjonowania ambulatorium. Zebrane w ten sposób leki i materiały sanitarne (których nie posiadała apteka przy ul. Mostowej), pozwoliły już działać, pozwoliły przyjmować i udzielać pomocy chorym. Poszukując obiektu na szpital obszedłem całe, długie na kilka kilometrów miasto. Na północnym jego krańcu znajdował się budynek po domu dziecka, który - z braku lepszego -nadawał się do tego celu. Ale był on zniszczony. Stał na uboczu nad Nysą, a naprzeciw niego była kładka dla pieszych na drugą stronę rzeki. Niemcy w ostatniej chwili przed wycofaniem się wysadzili kładkę w powietrze. Wybuch wybił szyby w domu dziecka i rozerwał spojenia dachówek. Ale budynek miał własną kuchnię i centralne ogrzewanie. A było to ważne dla organizowanego szpitala. W dniu 16 czerwca 1945 roku zorganizowałem grupę roboczą do odnowienia budynku. Na jej czele postawiłem polskiego technika dentystycznego Władysława Geislera12, który pracował w Görlitz od 1945 roku. Dałem mu wolną rękę w działaniu. On też zaraz zorganizował kuchnię dla zatrudnionych oraz ekipę ludzi do chodzenia po wsiach i polach dla zbierania żywności. Te posiłki były przez długi czas jedyną zapłatą za wykonywaną pracę. Ogółem pracowało przy tym szpitalu około 50 Niemców.
20
Rzeczą Geislera było też zaopatrzenie w materiały szklarskie, murarskie itp. Działając w porozumieniu z odpowiednimi komórkami naszego Urzędu (władze miejskie jeszcze nie były powołane) zbierał je w znajdowanych magazynach materiałów budowlanych miasta i okolicy. Szybko pojawiła się konieczność hospitalizacji samotnych, bezdomnych i ciężej chorych. W tym celu w dniu 24 czerwca 1945 roku uruchomiłem Izbę Chorych, przekształcając ją w dniu 15 lipca tegoż roku w Oddział Szpitala Powiatowego. Mieściła się ona w opróżnionych przez mieszkańców mieszkaniach nad ambulatorium przy ulicy Warszawskiej 11. Życie sprawiło, że powstała tu też pierwsza Izba Porodowa. Początkowo - wobec braku personelu polskiego -zatrudniliśmy tam personel pielęgniarski i pomocniczy niemiecki. Stopniowo był on wymieniany na personel polski. Zarówno ambulatorium jak i oddział szpitalny udzielały wszelkiej pomocy zupełnie bezpłatnie.
Od chwili przejścia frontu wszyscy chorzy na choroby zakaźne byli przewożeni samochodami wojskowymi poza Nysę do niemieckich szpitali. Tak było do czasu otwarcia u nas Oddziału Zakaźnego. Ale i wtedy jeszcze przez dłuższy czas z północnej części powiatu, z rejonu Ruszowa, Gozdnicy i nawet z Węglińca sanitarki jednostek wojskowych, tam stacjonujących przewoziły tych chorych do niemieckich szpitali. Potem jeszcze przez jakiś czas korzystaliśmy z usług pracowni bakteriologicznych i serologicznych w niemieckiej części miasta, póki tych usług nie udostępniono nam we Wrocławiu i w Jeleniej Górze.
Jak wspomniałem wyżej, w 1945 roku było bardzo dużo zachorowań na choroby zakaźne, głównie na dur brzuszny, także i na dur plamisty. Teraz nam trzeba się było nimi zając na miejscu. W tym celu w dniu 25 lipca 1945 roku uruchomiłem Szpitalny Oddział Zakaźny. Liczył on początkowo kilkanaście łóżek i mieścił się w poniemieckich mieszkaniach nad ambulatorium przy ul. Warszawskiej11. Później miasto przydzieliło na ten cel wolno stojący budynek przy ulicy zwanej obecnie Nowotki 7 i tam przeniosłem ten Oddział. Opiekę nad chorymi sprawował od początku dr Józef Kantorski. W tym Oddziale leczyliśmy chorych na różne choroby zakaźne, lecz zawsze dominował dur brzuszny. Zachorowania wzrastały do rozmiarów epidemii, głównie w północnych gminach powiatu. Oddział był stale pełny, mimo że przez długi czas wojska radzieckie przewoziły chorych z terenu gmin Ruszów i Węgliniec do szpitali niemieckich. Niestety zaginęły sprawozdania z liczbowego stanu tych zachorowań i zgonów, które wysyłałem do Wojewódzkiego Wydziału Zdrowia.
Wobec szerzenia się epidemii i dużego ruchu ludności cywilnej, wydrukowano afisze w trzech językach (polski, rosyjski i niemiecki) o treści: „Uwaga! Choroba zakaźna. Wstęp zabroniony”. Afisze te nalepialiśmy na drzwiach budynków, gdzie stwierdzono takie zachorowania. Chroniło to przechodniów, poszukiwaczy żywności, informacji czy szabru przed wejściem na teren grożący zakażeniem.
Wobec dużej epidemii chorób zakaźnych w całym województwie, jedną z pierwszych czynności organizatorów ochrony zdrowia było tworzenie w powiatach kolumn przeciwepidemicznych. Tworzono je w każdym powiecie. Ich zadaniem było wykrywanie takich chorych (tj. wyszukiwanie, nie rozpoznawanie - bo nie było w nich lekarzy), dezynfekcja bieżąca i końcowa pomieszczeń, szczepienia ochronne i kontrola stanu sanitarnego pomieszczeń i terenów publicznych. W miarę napływu dezynfektorów i kontrolerów sanitarnych zatrudniano ich także w wiejskich ośrodkach zdrowia.
21
W moim Wydziale Zdrowia kontroler sanitarny Kwaśniewski działał już w 1945 roku, choć przez długi czas nie mieliśmy żadnej komory dezynfekcyjnej13. Kontroler ten pracował głównie w mieście i najbliższej okolicy, bo nie posiadaliśmy żadnego, prócz roweru, środka lokomocji by móc dojechać do dalszych miejscowości.
Następnie doszli kolejno Józef Windyga, Formela, a w połowie 1948 roku przybył Janusz Wołk. Po nim przybyli jeszcze Fabian Tanona oraz Rudolf Martyniak. Ich rzetelnej i trudnej pracy w głównej mierze zawdzięczamy opanowanie epidemii.
W jesieni 1945 roku dostaliśmy niewielką tylko ilość szczepionki przeciw durowi brzusznemu. Wystarczała ona tylko do zaszczepienia personelu służby zdrowia, urzędników Starostwa oraz członków Milicji Obywatelskiej. Więcej szczepionki wówczas nie otrzymałem. W 1950 roku kontrolerzy sanitarni zostali zorganizowani w kolumny sanitarne, a w 1952 r. utworzono stacje sanitarno-epidemiologiczne. Wówczas J. Wołk został kierownikiem Kolumny Sanitarnej, a w 1952 roku kierownikiem Działu Nadzoru Sanitarnego i zastępcą dyrektora Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Zgorzelcu. Funkcje te pełnił do 1958 roku.
***
Remont budynku szpitala postępował żwawo. Budynek został oszklony, drzwi, okna i futryny poreperowane, dach pokryto dachówką, wnętrza zostały odmalowane. Była to jedyna prowadzona przeze mnie robota wykonywana własnymi siłami, bez pomocy żadnego przedsiębiorstwa budowlanego - bo takich jeszcze nie było. Jeśli dodam, że w zasadzie cała robota była wykonana bez żadnego oparcia o pieniądze (tych jeszcze nie mieliśmy) - da to obraz wyjątkowych stosunków tego lata 1945 roku. Fachowi robotnicy i inżynier nadzorujący prace byli Niemcami, bo Polaków też jeszcze nie było. Przez kilka miesięcy nie płaciłem robotnikom żadnego wynagrodzenia – bo dopiero w listopadzie 1945 roku otrzymałem pierwsze pieniądze z Wojewódzkiego Wydziału Zdrowia.
W dniu 17 listopada 1945 roku szpital został oficjalnie otwarty, z tym też dniem otrzymałem nominację na jego dyrektora. Faktycznie, to już parę dni wcześniej położono w nim położnice i odbyły się dwa czy trzy porody.
Oddział Szpitalny działał przy ulicy Warszawskiej 11 do dnia 27 listopada 1945 roku. W tym dniu został on zlikwidowany, a chorych przenieśliśmy do wyremontowanego budynku Szpitala Powiatowego przy ulicy Nadbrzeżnej 5a.
22
Jak już wspomniałem należało zająć się losem chorych ze Stalagu VIII A. Dowiedziałem się, że 217 chorych na gruźlicę - jeńców szpitala jenieckiego w Tangerhütte14 Niemcy ewakuowali przed zbliżającym się frontem, a sam szpital zlikwidowali w dniu 3 kwietnia 1945 roku. Szpital w Tangerhütte mieścił się w bezpośrednim sąsiedztwie Stalagu XX A w Altengrabow koło Magdeburga. W tym Stalagu spędziłem kilka miesięcy w okresie 1939-1940 r. jako żołnierz wzięty do niewoli z całą Grupą „Polesie” gen. Franciszka Kleeberga pod wsią Krzywda. Teraz Niemcy ewakuowali tych chorych przez Drezno do Görlitz, dokąd przybyli dnia 8 kwietnia w nocy. Tu oddzielono ciężko chorych i umieszczono ich w obozowym szpitalu, resztę zgrupowano w obozowym baraku. Obóz mieścił się na przedmieściu Moys, obecnie Ujazd. Składał się on z około 40 baraków, w których mieszkało około 20.000 jeńców, przeważnie radzieckich. Polaków umieszczono w odrębnym karnym baraku.
Szpital jeniecki Stalagu VII A znajdował się w barakach murowanych, takich samych, jak pozostała część obozu, z tym, że szpitalna część była oddalona od obozu o około 1 km i sta¬nowiła oddzielny kompleks złożony z ośmiu baraków. Jeden z baraków był zamieniony na kaplicę, drugi na skład apteczny.
Wszystkie baraki całego obozu zostały rozebrane w latach 1946 -1948, a uzyskaną cegłę przekazano na odbudowę Warszawy.
W dniu 17 maja nastąpiło pierwsze spotkanie trzech byłych jeńców tego obozu15 z członkami Grupy Operacyjnej K E R M16, a 20 maja zameldowali się oni u Pełnomocnika Rządu Janiszewskiego. Teraz on zajął się ich losem, o czym wspomina F. Dominik.
Wielu byłych jeńców na własną rękę wracało w głąb kraju do swoich rodzin. Kilku zmarło w niedługim czasie. Osiemnastu (według informacji uzyskanych od Franciszka Dominika) osiadło w Zgorzelcu i okolicy i podjęło tu pracę. Była jeszcze grupa chorych, których należało umieścić w zakładzie leczniczym. Janiszewski wystarał się o dwa samochody ciężarowe i w dniu 19 czerwca osobiście zawiozłem tych chorych w liczbie 24 do Sanatorium Przeciwgruźliczego w Bukowcu koło Jeleniej Góry. Jako opiekun tych chorych zgłosił się dr Bolesław Bartenbach, znany warszawski specjalista leczenia gruźlicy. W Bukowcu nie było jeszcze żadnego polskiego lekarza. Swoich chorych przekazałem w ręce dr Horniga, Niemca, który pełnił tam - do czasu przybycia polskiego kierownictwa - funkcję dyrektora. Ci moi chorzy byli tam pierwszymi polskimi pacjentami.
Spośród uwolnionych w Moys jeńców w administracji powiatu pracowali komandor Aleksander Mohuczy, kpt. Kazimierz Żyliński, por. Adolf Białogrodzki, ppor. Tadeusz Kifler. ppor. Franciszek Dominik, ppor. Zdzisław Karyszkowski, ppor. Hubert Jasiewicz i sierż. Henryk Ogrodowski. W szkolnictwie zostali zatrudnieni ppor. Konstanty Warych, ppor. Stanisław Jędrze-jewski, ppor. Leon Myszkowski.
W rolnictwie i innych zakładach pracowali por. Bolesław Drzazga, ppor. Wacław Chmielewski, por. Antoni Holiczko, ppor. Feliks Tymicki, ppor. Michał Kuncewicz, ppor. Wacław Spiechowicz oraz ppor. Jerzy Kazimierczuk.
23
W końcu czerwca 1945 roku zostałem zaalarmowany przez Janiszewskiego, że na stację w Görlitz przybył pociąg z 2000 osobami uwolnionymi z obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie. Dostałem polecenie, by razem z nim, z szefem Urzędu Bezpieczeństwa i paroma jeszcze innymi osobami zaraz tam pojechać i zaopiekować się nimi od strony medycznej. Poje¬chaliśmy dwoma samochodami, na granicy nie robiono żadnych przeszkód, gdyż por. Janiszewski był w stałym i ścisłym kontakcie z tamtejszym radzieckim dowództwem. Dowódcą w Görlitz był pułkownik Nestorow. Ich współpraca była bardzo pomocna dla tworzącej się dopiero polskiej administracji. Długi pociąg stał przy bocznym peronie. Do Polski wjechać nie mógł, bo most kolejowy był zburzony. Zrobiłem pobieżny przegląd we wszystkich wagonach, dopytując się, czy nie ma w transporcie ciężej chorych i lekarza. Ciężej chorych nie było - tacy zostali zatrzymani w szpitalach koło Buchenwaldu. Natomiast zgłosił się do mnie młody człowiek, przedstawiając się jako lekarz całego transportu. Od razu pochwalił się, że wiezie ze sobą całą dużą skrzynię pełną narzędzi chirurgicznych oraz leków. A tego najbardziej potrzebowałem od organizowanego szpitala. Od razu więc zaproponowałem mu pracę w naszym szpitalu, na co wyraził zgodę.
Przegląd lekarski, choć pobieżny, zajął mi sporo czasu, chyba ponad dwie godziny. Po jego zakończeniu rozglądałem się, gdzie są ci, z którymi tu przyjechałem. Nie było już nikogo z nich ani żadnego samochodu. Zostałem w sowieckiej strefie okupacyjnej sam, w dodatku bez żadnej przepustki upoważniającej mnie do przekroczenia granicy. Legitymacje służbowe też jeszcze nie były wprowadzone. Poczułem się niezbyt pewnie. Wiedziałem, że sowiecka straż graniczna nie przepuści mnie przez most bez „papierka”. Poszedłem więc do sowieckiej Komendy Miasta, wytłumaczyłem moją sytuację. Zadziałali natychmiast - i bez żadnego trudu przeszedłem most graniczny.
Nazajutrz kolumna wojskowych samochodów przewiozła wracających z obozu na polską stronę i wywiozła ich w głąb kraju, więcej się z nimi nie spotkałem. Tylko nieliczni wybrali Zgorzelec na miejsce swego osiedlenia.
***
W początkach listopada lub jeszcze w październiku 1945 roku powstał Wydział Powiatowy, działający na wzór przedwojennego Sejmiku Powiatowego. W dniu 19 listopada tegoż roku na moje nalegania została powołana Rada Szpitala. Referowałem wówczas na jej zebraniach sprawy szpitala. Przez pierwszy okres czasu miałem trudności z przekonaniem członków Wy-działu Powiatowego, że Szpital Powiatowy musi być instytucją samorządową, gospodarczo podległą temuż Wydziałowi, że nie może to być jednostka administracyjna podległa tylko leka¬rzowi powiatowemu. Dopiero po przezwyciężeniu tej trudności mogłem opracować i przedłożyć wydziałowi Powiatowemu do zatwierdzenia statut i regulaminy szpitala. Często jednak członkowie Wydziału Powiatowego nie rozumieli specyficznych potrzeb szpitala. Bywały więc z tego powodu nieraz trudności.
W latach 1947-1948 było sześciu członków wydziału Powiatowego: Klaudiusz Śnieżko (inspektor szkolny), Kazimierz Konarzewski (kierownik Zakładu Oczyszczania Miasta), Feliks Grządka (pracownik Urzędu Skarbowego) oraz dwu, których nazwiska uleciały mi z pamięci. Sekretarzem był Stanisław Stelmaszczyk.
24
Niejednokrotnie musiałem wykonywać prace, do których nie byłem przygotowany. Jedną z nich była konieczność opracowywania różnego rodzaju statutów i regulaminów pracy oraz budżetów. Pierwsze takie ramy organizacyjne opracowałem dla Szpitala Powiatowego, dla wszystkich jego kierowniczych stanowisk. Również układałem regulamin Rady Szpitala. Z niewielkimi zmianami zostały one wszystkie przyjęte i zatwierdzone przez Wydział Powiatowy. Obowiązywały do czasu wprowadzenia jednolitych regulacji tych spraw we wszystkich zakładach służby zdrowia. Preliminarze budżetowe opracowywałem przez szereg lat.
Zebranie organizacyjne Rady Szpitala odbyło się w lokalu Pełnomocnika Rządu przy ulicy Warszawskiej 11. Przewodniczył zastępca Pełnomocnika Władysław Zaporowski. Według za¬chowanego protokółu obecni byli: lekarz powiatowy i dyrektor Szpitala Jan Gliński, kierownik Ośrodka Zdrowia dr Józef Kantorski, sekretarz Wydziału Powiatowego inż. Mieczysław Nawarski, kpt. Józef Tarnopolski, burmistrz m. Zgorzelca Czesław Domicz i przedstawiciel PPR Stanisław Leszczyński. Dr Gliński zapoznał zebranych z organizacją, celami i zadaniami Rady Szpitalnej, po czym ustalono skład Rady.
***
Pewnego dnia dowiedziałem się, że w odległym o 14 km miasteczku Pęczek (obecnie Pieńsk) jest nowoczesny zestaw dentystyczny, jakiego nie ma w naszym mieście. Pojechałem więc w piękny słoneczny dzień zaprzęgiem konnym, jedynym pojazdem, którym dysponowałem. W Pieńsku był rzeczywiście taki zestaw, najnowszy model fabryczny. Należało go przewieźć do Zgorzelic. Ale na to trzeba było mieć zgodę miejscowego Komendanta Wojennego.
W Pieńsku, miasteczku mającym hutę szkła, nie było jeszcze mieszkańców Polaków. Byli sami Niemcy oraz jeden Czech. Komendantem wojennym był polski oficer, porucznik Sołtysik, z zawodu kelner z Lublina. Poszedłem do Komendanta Wojennego - przyjął mnie i towarzyszącego mi Geislera w mieszkaniu na I piętrze, nad swoim „biurem”. Wyciągnął od razu butelkę francuskiego koniaku (burmistrz obficie go w trunki zaopatrzył) - i w dobrej atmosferze zaczęliśmy się targować. On - że nie wyda aparatury, bo będzie tu potrzebna jak się osiedli polski dentysta. Ja - że najpierw musi się osiedlić w mieście powiatowym, a tam brak tego urządzenia - a tymczasem tu aparatura będzie nieużyteczna albo ją ktoś rozkradnie lub zniszczy. Dopiero moja solenna obietnica, że zwrócę aparaturę, gdy tu się osiedli lekarz dentysta, pozwoliła mi uzyskać zgodę na zabranie całego unitu.
Warto podkreślić, że cała moja dyskusja z komendantem wojennym na temat przewiezienia aparatury dentystycznej była prowadzona z obu stron z poczuciem pełnej stabilizacji sytuacji na Ziemiach Zachodnich. I tu my dwaj i gdzie indziej inni działali z przekonaniem, że tworzymy nową ale stabilną rzeczywistość. Nikomu nie przychodziło do głowy, że moglibyśmy stąd odejść. Czuliśmy się tu od początku gospodarzami tej ziemi. Nazajutrz Geisler wymontował cały unit i przewiózł go do ambulatorium w Zgorzelicach. Przez wiele lat pracowali na nim kolejni lekarze dentyści. Pierwsze wysiedlenie Niemców, którzy nie uciekli przed zbliżającym się frontem, odbyło się w
25
końcu czerwca i w lipcu 1945 roku. Wysiedlano ich za Nysę. Niektórzy szli dobrowolnie, inni z nakazu miejscowej milicji a później wojska, zgodnie z rozkazem dowódcy l Korpusu z 22.06.1945 r. Dopiero w maju-październiku 1946 r. dokonano generalnego wysiedlenia Niemców z całego Dolnego Śląska (i ze wszystkich Ziem Zachodnich). Ta dramatyczna akcja -choć konieczna z punktu widzenia przyszłości tych ziem - powodowała ogromne tragedie ludzi wysiedlanych, którzy nie mogli zabierać całego swojego życiowego dorobku i majątku. Opisał do ks. Franciszek Scholz w swej wstrząsającej relacji.17
Ogółem wysiedlono około 2 miliony Niemców. Przez Zgorzelice ciągnęły w spokoju nie kończące się kolumny pieszych z wózeczkami, wózkami obładowanymi zabranym dobytkiem. Szli tak z Lubania, Gryfowa, Jeleniej Góry, a z dalszych stron byli wywożeni pociągami przez Kaławsk/18. Mimo woli nasuwało się porównanie tych spokojnie wędrujących ludzi z zachowaną cząstką swego dobytku, którzy - w razie potrzeby - mieli po drodze pomoc medyczną i inną, z tragicznym exodusem ludzi z Warszawy i z województw zachodnich na wschód we wrześniu 1939 roku, wędrówką pod gradem bomb i kul karabinowych, wędrówką bez celu i nadziei. Obie, wędrówki tragiczne w swoim ludzkim wymiarze - a tak różne zarazem. Wędrówka ta trwała kilka dni.
Po tym wysiedleniu ogromnie zmniejszyła się liczba Niemców w mieście i w powiecie. Jednocześnie stale napływali nowi osadnicy, ci, których koniec wojny zastał na Zachodzie oraz ludzie zza Buga.
Pierwszym lekarzem dentystą był lekarz wojskowy Jerzy Mikliński, potem zdemobilizowany, wkrótce po nim przybyła Katarzyna Grodzka. Jeszcze później osiadła w Zgorzelcu lek. dent. Kira Wróblewska. W grudnia 1952 roku osiedlił się w Zgorzelcu stomatolog Jerzy Żak i pozostał tu do swej śmierci w 1984 roku. W 1953 roku w Węglińcu osiadł lek. stomatolog Zenon Łabędzki. Bardzo energiczny, dobry organizator, przeniósł się później do Zgorzelca, gdzie pracował do swej śmierci. W uznaniu zasług był wybrany posłem na Sejm.
Przez szereg miesięcy działał w terenie ruchomy ambulans dentystyczny skierowany tu przez Wojewódzki Wydział Zdrowia. Jeździł on od wsi do wsi, zatrzymując się w każdej przez niezbędny czas i jego lekarz badał dzieci szkolne doprowadzając ich uzębienie do stanu zdrowia. Często i dorośli korzystali z usług tego ambulansu. Była to bardzo ważna wówczas akcja i pozwoliła wielu dzieciom poprawić stan uzębienia.
***
W 1946 roku powstała Powiatowa Rada Związków Zawodowych. Jej sekretarzem był początkowo Widawski, później kapitan Józef Tarnopolski, drugi sąsiad naszego domu, oraz Cimochowicz, były więzień Oświęcimia.
W trakcie rozmów z kapitanem Tarnopolskim postawiłem problem powołania Związku
.26
Zawodowego Pracowników Służby Zdrowia. Chętnie to podchwycił, zorientował mnie też w zasadach działalności związkowej. Wykorzystując swój urząd lekarza powiatowego zwołałem zebranie organizacyjne, zapraszając przedstawicieli wszystkich zawodów medycznych i pomocniczych ze Szpitala Powiatowego, Ośrodków Zdrowia w Zgorzelcu, Pieńsku, Węglińcu i Bogatyni, położne gminne itd. Zebranie odbyło się w stołówce Szpitala Powiatowego, przewodniczył Henryk Ogrodowski. Przedstawiłem propozycję powołania Związku, jego cele i zadania. Kpt. Tarnopolski udzielił dodatkowych wyjaśnień. Po dyskusji zebrani w liczbie 40 osób podjęli decyzję o powołaniu Związku i zaraz dokonano wyboru władz. Chciano mnie wybrać przewodniczącym, lecz się nie zgodziłem, by nie łączyć kierowniczej funkcji administracyjnej z funkcją kierowniczą związkową. Przewodniczącym został Stefan Oliwa, jego zastępcą Henryk Ogrodowski. Ja zostałem wybrany na przewodniczącego Komisji Rewizyjnej. Tak powstał pierwszy w Zgorzelcu Zarząd Oddziału Związku Zawodowego Pracowników Służby Zdrowia -jeszcze wcześniej niż we Wrocławiu. Działał on od powołania w dniu 6 lipca 1946 r. do sierpnia 1949 roku (już w nieco zmienionym składzie). W sierpniu 1949 roku reorganizacja Związku, tworząc większe oddziały przeniosła siedzibę Oddziału ze Zgorzelca do Jeleniej Góry, a na miejscu zostały Rady Miejscowe Związku. Wszystkie akta, jako ówczesny wiceprzewodniczący Rady Miejscowej, wraz z sekretarzem Rady Stefanem Gawryszem przekazałem protokolarnie do nowo powstałego Zarządu Okręgu w Jeleniej Górze. Później w latach siedemdziesiątych poszukiwałem tych akt, chcąc zabrać materiały historyczne, lecz nie odnaleziono ich tam, ani w Zgorzelcu, ani we Wrocławiu.
W dniu 4 lipca 1949 roku przy Powiatowym Ośrodku Zdrowia w Zgorzelcu, który miał już odrębną Radę Miejscową założono Kasę Zapomogowo-Pożyczkową. Od początku jej przewodni¬czącym był Janusz Wołk, a sekretarką Wincenta Oryl. Kasa ta obsługiwała pracowników służby zdrowia z całego powiatu. Do lat siedemdziesiątych nieprzerwanie jej przewodniczącym był Janusz Wołk.
***
Personel Szpitala Powiatowego w Zgorzelcu, początkowo nieliczny, stopniowo się zmieniał i stabilizował. Od 1946 r do 1982 roku sekretarką była Maria Romanow, repatriantka zza Buga. Później dołączyła do niej Hildegarda Dzierża, początkowo jako maszynistka, a w latach 1951-1952 jako kierownik personalny. Jako magazynier pracował Stefan Gawrysz, pierwszy sekretarz podstawowej organizacji partyjnej. Był to młody człowiek, dość energiczny. Ożenił się w Zgorzelcu z pielęgniarką, Niemką, piękną Ilzą. W 1950 roku wyemigrowali z małym dzieckiem do Niemiec Zachodnich. Pierwszym laborantem był sanitariusz Stanisław Andrzejewski, którego wciągnąłem do tej pracy diagnostyczno-laboratoryjnej. Po paru latach przybył nam technik rentgenowski, Maksuris Stratis, Grek, który w Polsce ukończył szkołę techników rtg. Z kolei on był sekretarzem POP. Próbował i mnie nakłonić do wstąpienia do partii. Uważałem jednak, że nie będę mógł być aktywnym członkiem, a bezczynnym figurantem być nie chciałem. I tak już zostało na zawsze.
Pierwszą polską pielęgniarką w szpitalu była Eugenia Marcinkowska (już od lata 1945 roku). Razem z nią przybyła i pracowała młodsza pielęgniarka Stefania Grochowska. Była to już
27
starsza pani. Na nich mogłem w pracy zawodowej polegać, były sumienne, dokładne i pracowite, oddane swej pracy i chorym. Przez kilka lat Marcinkowska była jedyną dyplomowaną pielęgniarką w szpitalu. Zajmowała się apteką szpitalną i była przełożoną pielęgniarek aż do swego wyjazdu v 1948 roku ze Zgorzelca; wyjechała razem z Grochowską. Po Marcinkowskiej przełożoną była Lidia Besserowa, żona lekarza, ściągnięta do Zgorzelca przez dr Jewsiejenkę. Młodszą pielęgniarką (ale starszą wiekiem) była Janina Kobakowa, zawsze z przejęciem pielęgnująca każdego chorego.
Około 1951 roku Wydział Zdrowia Urzędu Wojewódzkiego we Wrocławiu powiadomił mnie, że jest przeprowadzana akcja nadawania imion patronów zakładom służby zdrowia. Dla Szpitala Powiatowego w Zgorzelcu wybrano na patrona dr Ludwika Bierkowskiego (1801-1860), wybitnego lekarza i chirurga. Jego postać była nam wszystkim nieznana. Wobec tego pojecha¬łem do Wrocławia i tam, poszperawszy w bibliotekach, napisałem jego życiorys. Następnie na specjalnie zwołanym zebraniu pracowników szpitala zaprezentowałem jego działalność lekarską i naukową. Po krótkiej dyskusji zebrani akceptowali przyjęcie dr Bierkowskiego na patrona tego szpitala.
Od roku 1946 poszukiwałem chirurga do pracy w szpitalu. I wreszcie udało mi się namówić starej daty akuszera (położnika) i chirurga, który przed wojną miał swoją klinikę w Pińsku. Dr Dymitr Jewsiejenko osiadł w Zgorzelcu w dniu 18 października 1947 roku i jemu przekazałem również funkcję dyrektora szpitala. Po roku sprowadził on dwu swoich zaprzyjaźnionych młodych lekarzy dr Mikołaja Łochinę i dr Aleksandra Brankiewicza. Pierwszy specjalizował się w chirurgii, drugi w pediatrii i chorobach wewnętrznych. Dr Łochina w 1953 roku przeniósł się do Lubania Śląskiego i tam dotychczas pracuje, zaś dr Brankiewicz, wieloletni ordynator oddziału wewnętrznego Szpitala Powiatowego, do dziś służy swą wiedzą i doświadczeniem mieszkańcom Zgorzelca. Dr Kantorski przez wiele lat pełnił funkcje kierownika Przychodni Obwodowej oraz ordynatora Oddziału Dermatologicznego w Szpitalu, zorganizował i prowadził Poradnię Skórno-Wenerologiczną i jest nadal cenionym tam lekarzem. W uznaniu zasług Rada Państwa nadała mu Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Dr Jewsiejenko był zdolnym chirurgiem i akuszerem; zamiłowany w swej pracy, oddany chorym, wyrabiał sobie dobrą opinię u władz i w społeczeństwie. W okresie jego dyrektury szpital rozwijał się. W 1951 roku przeniósł się do szpitala w Bolesławcu, by powrócić w 1958 roku do Zgorzelca, gdzie ponownie objął dyrekturę szpitala. Pracował tu do swej śmierci w wieku 74 lat w 1961 roku.
W 1948 roku osiedlili się w Zgorzelcu Zofia i Eugeniusz Wilczyńscy. Ona, jako pediatra, objęła w Ośrodku Zdrowia opiekę nad dziećmi, a w szpitalu opiekę nad niemowlętami, a on został lekarzem Urzędu Bezpieczeństwa (po krótkim okresie pełnienia tej funkcji przez dr Kantorskiego) oraz lekarzem Ośrodka Zdrowia. W 1950 roku został też kierownikiem tworzonego wówczas Pogotowia Ratunkowego. Oboje wyprowadzili się ze Zgorzelca w połowie maja 1952 roku.
***
28
Pierwszy aparat rentgenowski dla Zgorzelca wyszukałem w gabinecie niemieckiego lekarza wiejskiego pod Bogatynią. Było to bardzo stare i bardzo prymitywne urządzenie bez żadnej osłony przed promieniowaniem. Zainstalowałem je w Ośrodku Zdrowia przy ulicy Warszawskiej 11. Sam zacząłem na nim pracować. Następny aparat przydzielił nam w Ministerstwie Zdrowia dr Piotr Szarejko, ustawiłem go w szpitalu. Był to walizkowy, przenośny amerykański aparat z demobilu. Był już nowocześniejszy i pozwalał lepiej oceniać obraz na ekranie. O wykonywaniu zdjęć rentgenowskich nie było w ogóle mowy - oba aparaty się do tego nie nadawały. W zasadzie aparat z demobilu miał przeznaczenie do kontroli złamań kości długich, my jednak (ale nie jedynie) prześwietlaliśmy klatki piersiowe.
W 1950 roku Wydział Zdrowia zakupił nowy aparat rentgenowski za sumę 3 mln złotych. Zainstalowaliśmy go w Ośrodku Zdrowia przy Poradni Przeciwgruźliczej. Był to egzemplarz z pierwszej dziesiątki polskich aparatów rentgenowskich. Otrzymując w 1951 roku szpital po Grekach, zastaliśmy w nim już duży aparat stacjonarny. Na nim nie tylko prześwietlałem masowo klatki piersiowe, ale również wykonywałem badania rentgenowskie żołądka. Niejeden wrzód żołądka wówczas wykryłem. Tu zaczęliśmy też wykonywać zdjęcia rentgenowskie z chwilą zatrudnienia technika rentgenowskiego Maksurisa Stratisa. Pracy w rentgenie miałem zawsze dużo. Trzeba pamiętać, że w okresie leczenia odmą sztuczną opłucnową każdy zabieg poprzedzało kontrolne prześwietlenie klatki piersiowej dla ustalenia stopnia zapadu płuca. Poza tym coraz więcej było skierowań na to badanie. A w corocznych okresach czynności komisji poborowej liczba prześwietleń dziennych z reguły przekraczała 100, a czasem nawet sięgała powyżej 200. Aż dziw, że to się nie odbiło na moim organizmie w formie uszkodzenia układu krwiotwórczego.
***
Nigdy nie miałem zapędów do działalności chirurgicznej. Nie zamierzałem też osiąść w dużym mieście. Konsekwencją tego była konieczność radzenia sobie samemu w różnych przypadkach i w różnych sytuacjach. To mi odpowiadało. Nie chciałem być uzależniony od innych lekarzy, choć zawsze chętnie korzystałem z wiedzy i doświadczeń różnych praktyków i naukowców. Niemniej starałem się samemu podołać w każdej wytworzonej okolicznościami sytuacji. Już w czasie ponad rocznej pracy jako lekarz miejscowy w Szpitalu Powiatowym w Opatowie Kieleckim wykonywałem wszelkie analizy laboratoryjne dla potrzeb wszystkich miejscowych lekarzy, asystowałem przy wszelkich operacjach dużej i małej chirurgii i położnictwa19.
Przydało mi się to i na Dolnym Śląsku. Gdy chwilowo pracowałem w szpitalu w Trzebnicy zdarzyło się, że w czasie nieobecności chirurga dr Popiela (wyjechał na tydzień do rodziny do Kielc) zostałem jedynym lekarzem w tym szpitalu. W dniu 22 maja 1945 roku przywieziono do szpitala 70-cioletnią kobietę, Niemkę, z przepukliną pachwinową uwięzgniętą od 24 godzin. Jedynie natychmiastowa operacja mogła jej uratować życie. Nie byłem chirurgiem, nigdy samodzielnie nie wykonałem żadnej operacji. Jednak odesłać chorej do innego szpitala
.29
nie było można, jej stan też na to nie pozwalał. Nie było też środków lokomocji. A tu była niezła sala operacyjna oraz niemiecki personel pielęgniarski, przywykły do zabiegów operacyjnych. Tylko ja jeden Polak. Nie mogłem się wahać. Znajomość języka niemieckiego umożliwiała mi porozumiewanie się z personelem szpitala. Muszę więc operować. Zarządziłem co trzeba, umyłem się - i do operacji. Na moje szczęście (a i szczęście pacjentki) uwięzgnięta część jelita cienkiego jeszcze nie uległa martwicy, nie musiałem jej resekować. Zrobiłem co trzeba uwalniając jelito, powłoki zewnętrzne zaszyłem przepisowo - i czekam, co będzie dalej. Na drugi dzień kobieta ma się nieźle - to już dobrze. Po dziesięciu dniach rodzina zabrała zdrową już do domu. Tak się odbyło moje pierwsze samodzielne zetknięcie z dużą chirurgią.
W końcu 1945 roku, już w Zgorzelcu, stanąłem wobec chorego, u którego rozpoznałem ostre zapalenia wyrostka robaczkowego, jak to mówią chirurdzy - wyrostek był „na pęknięciu”. Operować trzeba natychmiast. Odesłać chorego do innego szpitala nie było można z braku środka lokomocji. Byłem zmuszony operować. Narkozę eterową - pod moim nadzorem - dała siostra Marcinkowska, do asysty stanął Henryk Ogrodowski. Narzędzia zostały wygotowane, bieliznę operacyjną mieliśmy przygotowaną (używaliśmy jej już przy porodach). Chory zasnął, wziąłem lancet do ręki i dokonałem cięcia. Dość sprawnie doszedłem do otrzewnej, otworzyłem ją. Cięcie nie było długie. Ogrodowski dobrze rozchylał hakami brzegi rany według moich wskazówek. Zagłębiłem palce między pętle jelit, szybko znalazłem to właściwe i wysunąłem je na zewnątrz. Z jego boku czerwienił się obrzękły, zropiały wyrostek robaczkowy, przylepiony do ściany jelita. Uwolniłem go, obszyłem szwem kopciuchowym i usunąłem. Udało się - ropa z jego wnętrza nie wyciekła. Zabezpieczyłem miejsce jego odcięcia, wsunąłem jelito z powrotem do brzucha i warstwowo zaszyłem powłoki. Spojrzałem na Ogrodowskiego - był czerwony z emocji, całą jego twarz pokrywały krople potu. Tak samo i ja wyglądałem. Chory dalej spokojnie spał. Po chwili rozbudził się, otrzeźwiał i został zaniesiony na noszach do swego łóżka. Wózków dla chorych jeszcze nie mieliśmy. A ja przeżywałem dalsze emocje, niespokojny o przebieg pooperacyjny. Ale ten przeszedł bardzo dobrze i po paru dniach chory zaczął już chodzić.
Takich emocji nie oszczędziły mi i dalsze dwa lata pracy w szpitalu. W sumie dokonałem 25 operacji wyrostka robaczkowego. Zawsze to mocno przeżywałem i zawsze wszystko dobrze przebiegało. Raz tylko miałem w czasie zabiegu operacyjnego moment szczególnego niepokoju. Operowałem 12-letnią dziewczynkę, u której sam postawiłem rozpoznanie i ustaliłem wskazanie do operacji: ostre zapalenie wyrostka robaczkowego. Tymczasem - po wyłonieniu go z jamy brzusznej - okazało się, że jest on zupełnie nie zmieniony, żadnego śladu stanu zapalnego. Ciarki mi przeszły po grzbiecie - czyżbym się tak bardzo pomylił? Wszak badanie wyraźnie wskazywało na ostry stan zapalny z podrażnieniem otrzewnej. Musi być jakaś tego przyczyna. Zacząłem szukać głębiej w brzuchu, odsunąłem jelita. I wtedy w tzw. wejściu do miednicy małej zobaczyłem wzdęty, siny i przekrwiony twór zaklinowany. Z trudem go uwolniłem i wyłoniłem na zewnątrz. Okazało się, że to jajnik z torbielą wielkości dużej śliwki na skręconej szypule uwiązł, dając te ostre objawy. Zaczęła się już jego martwica, więc musiałem go usunąć. Dziewczynka po paru dniach chodziła już zdrowa.
Satysfakcja z przywrócenia tym chorym zdrowia w pełni wynagradzała wszelkie niepokoje, związane z wykonywaniem zabiegów w prymitywnych jeszcze warunkach. Należy o tym pamiętać, że w tym okresie nie było jeszcze żadnych antybiotyków, pokazały się dopiero pierwsze
30
sulfonamidy. Zakażenia ropne musiał więc zwalczać sam organizm.
Innego rodzaju przeżycie było związane z chorymi pokąsanymi przez żmije. Przywożono ich z okolic Czerwonej Wody, wsi odległej o około 24 km. Przywożono oczywiście z reguły wozami konnymi, co trwało dostatecznie długo. Pierwsza taka chora, dwudziestokilkuletnia kobieta, została przywieziona lecie 1947 roku w bardzo ciężkim stanie. Ukąszona była w stopę. Cała noga aż do brzucha była sina, spuchnięta, chora w drgawkach, niespokojna i przerażona, przytomna. Diagnoza została od razu postawiona. Jedyny ratunek – surowica. Ale czy ją mamy? Ogromny mój niepokój. Wreszcie siostra Marcinkowska przynosi - jest! Teraz trzeba ją wstrzyknąć chorej. Wobec bardzo ciężkiego stanu chorej decyduję się - jedyny raz w życiu -zamiast domięśniowo, podać surowicę dożylnie. Wziąłem strzykawkę z surowicą, kazałem mocno trzymaj rękę chorej, która się rzucała, wkłułem się do żyły i zacząłem wlewać surowicę. Idzie dobrze, stan chorej nie pogarsza się. W połowie dawki spostrzegłem, że chora jest nieco spokojniejsza. Po wstrzyknięciu całej dawki chora zupełnie się uspokoiła i sinica wyraźnie ustępowała, skóra się zaróżowiła. Poprawa była radykalna. Chora zaczęła spokojnie z nami rozmawiać, Innego rodzaju przeżycia mieliśmy z chorymi na tężca. Miałem sporo takich przypadków. Leczenia i postępowania z tymi chorymi nauczył mnie w Opatowie mój ojciec, dr Bohdan Gliński, wspaniały lekarz i człowiek. Tam, w Oddziale Zakaźnym Szpitala Powiatowego, obok obu durów, czerwonki i szkarlatyny sporo było i tężca. Żaden z chorych na tężca nie zmarł. Metodą mojego ojca utrzymywałem tych chorych w stanie ciągłego snu, w którym nie występują napady groźnych dla życia drgawek. Stosowałem różne, dostępne wówczas leki na zmianę, w tym somnifen, rzadko uciekając się do podawania morfiny. Najchętniej podawałem dożylnie 25 % roztwór siarczanu magnezu, przygotowany w szpitalnej aptece. Po dawce 10 do 20 ml chory spał kilka godzin spokojnie. W ten sposób wyleczyłem też ciężarną bez utraty ciąży. Nierzadko, zwłaszcza w pierwszych latach, leczyliśmy w szpitalu chorych na malarię. Z braku wyszkolonych laborantów sami lekarze nauczyliśmy się wyszukiwać plasmodia we krwi chorych. Badania te wykonywaliśmy we dwóch - ja i dr Kantorski.
Zawsze stroniłem od ginekologii i położnictwa. Ale życie płata figle. Nie zawsze do rodzącej zdążyła położna - musiałem sam odebrać wiele porodów. W jesieni 1947 roku dr Jewsiejenko przejął oddziały chirurgiczny i położniczy. Sam zostałem jako ordynator oddziału wewnętrznego. Myślałem wówczas, że już będę wolny od interwencji położniczych, których dotychczas sporo się zdarzało. Potem przybył też chirurg dr Jan Kochan. Ja - jak i inni lekarze - miewałem nocne dyżury w szpitalu. I zdarzyło się, po raz pierwszy w mojej praktyce, położnica urodziła dziecko, lecz łożysko nie chciało odejść i kobieta ogromnie krwawiła. Nie pomagały zabiegi zewnętrzne. Groziło zupełne skrwawienie młodej kobiety. Trzeba więc było ręcznie odkleić i wydobyć łożysko, póki się rodząca nie skrwawi. Nie było żadnego z chirurgów, akurat wyjechali z miasta. Musiałem sam dokonać zabiegu. Na szczęście pamiętałem naukę (teoretyczną) mojego ojca. Według jego wskazówek szczęśliwie łożysko wydobyłem i zakończyłem poród. Wkrótce jeszcze drugi raz musiałem tak interweniować. I tym razem wszystko szczęśliwie się zakończyło. Przypomniało mi się wówczas powiedzenie naszego wielkiego mistrza z czasów akademickich, prof. dr Witolda Orłowskiego o częstości występowania „duplicitas casu”.
cdn.
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)

Re: Zgorzelec . GLIŃSKI Jan Bohdan

Postprzez wanka » 25.05.2009

Cz.III
31
Jak coś się zdarzy, to zwykle podobne zdarzenie będzie miało ponownie miejsce. Dotyczyło to oczywiście przypadków z praktyki lekarskiej. Dr Jewsiejenko przeniósł się do Bolesławca, gdzie dr Kłosowski zapewnił mu lepsze warunki materialne. Do wzorowej organizacji Oddziału Chirurgicznego w szpitalu w Bolesławcu przyczyniło się „Radio Wolna Europa”. W którejś audycji spikerzy rozgłośni opisali okropne warunki tego szpitala, jego zaniedbania, braki i brudy. Zmobilizowało to miejscowe władze i zakłady pracy, w wyniku czego urządzono wspaniałą salę operacyjną i unowocześniono oddziały szpitalne.
Z pracą w szpitalu związany jest jeszcze jeden epizod, mocno przeze mnie przeżyty. Przyjąłem na oddział mężczyznę w sile wieku, z potężnym krwotokiem płucnym. Zabezpieczyłem go jak mogłem, wydałem szczegółowe dyspozycje postępowania z nim i posadziłem na noc przy nim (z braku pielęgniarek) niedawno przyjętą do pracy sanitariuszkę. Wieczór był spokojny. Rano, gdy przyszedłem, dowiedziałem się, że znów chory miał duży krwotok. Wystąpił on w momencie wymiotów, spowodowanych przekarmieniem go przez sanitariuszkę - wbrew moim wyraźnym zakazom. Była groźba utraty życia. Na szczęście udało się go uratować. A sanitariuszkę z miejsca zwolniłem z pracy. Niespodziewanie w jej sprawie osobiście interweniował u mnie kilkakrotnie sam szef Urzędu Bezpieczeństwa Błachnio. Domagał się przywrócenia jej do pracy i to przy tym właśnie chorym. Nie zgodziłem się. Przyszedł znowu do mnie do mieszkania i siedział około dwu godzin, domagając się zmiany mojej decyzji. Nie uległem. Proponowałem zatrudnić ją w Ośrodku Zdrowia - na co on się nie zgodził. Wyszedł ode mnie dopiero wtedy, gdy zostałem telefonicznie wezwany do szpitala do jakiegoś chorego. Szczegółowy pisemny raport z tego incydentu złożyłem naczelnikowi wydziału Zdrowia Urzędu Wojewódzkiego we Wrocławiu i odtąd nikt nigdy ze mną tej sprawy nie poruszał.
***
Już od początku zabiegałem, by w każdej gminie była położna. Przez długi czas toczyłem boje z poszczególnymi gminami by wzięły te położne na swój budżet. Do 1949 roku prawie wszędzie już były takie położne, większość z nich na utrzymaniu gminy. Z reguły były nimi Polki. Zatrudnione położne gminne miały zawsze dużo zajęć. Fachowy nadzór nad nimi, z mojego ramienia, pełniła położna Powiatowego Ośrodka Zdrowia Wincenta Oryl. Pracowała ona w Zgorzelcu od stycznia 1948 roku, początkowo w szpitalu, następnie w Ośrodku Zdrowia. Później przybyły położne Kowalska oraz Cichaczowa. W Izbie Porodowej w Pieńsku była położna Pinkusiowa, w Węglińcu położna Bentkowska, a w Działoszynie położna Wojciechowska. Ja ze swej strony nadzorowałem ich pracę, od czasu do czasu wizytując Izby Porodowe oraz sprawdzając prawidłowość zestawu torby każdej położnej. Początkowo były tym zaskoczone, później przyzwyczaiły się do mego nadzoru. Ze swej strony muszę stwierdzić, że nigdy nie miałem najmniejszej skargi na żadną z nich i nie stwierdzałem uchybień w ich pracy. Położne były mi też pomocą w prowadzeniu akcji higienizacji wsi. W tym czasie (koniec grudnia 1949 roku) miasto Zgorzelec liczyło 7262 mieszkańców, Bogatynia 6738 oraz 7 gmin wiejskich łącznie 29.617 mieszkańców. Kobiet było w powiecie 22.239, a mężczyzn 21.378.
32
Razem więc było w powiecie 43.617 mieszkańców. Z chwilą osiedlenia się w mieście i okolicy większej liczby mieszkańców oraz przybycia nowych lekarzy zdecydowano przenieść Ośrodek Zdrowia do większych pomieszczeń, dających możność lokalowej separacji poszczególnych poradni. Przeprowadzka odbyła się w 1951 roku. W tym celu Zarząd Miasta przydzielił stojące dotąd pusto budynki Nr 37, 39 i 41 przy ulicy Warszawskiej. Zwolniony budynek przy ulicy Warszawskiej 11 został zaraz wykorzystany przez powstającą Stację Sanitarno-Epidemiologiczną. Temu celowi służy do dziś.
W 1950 roku został utworzony oddzielny szpital dla Greków. Na ten cel został zajęty cały duży budynek na rogu ulic Staszica i Domańskiego. Adaptacja budynku i prowadzenie tego szpitala odbywały się poza gestią lekarza powiatowego, w ramach centralnej akcji specjalnej. Dopiero z chwilą przesiedlenia nie pracujących Greków (chyba w 1951 r.) w Bieszczady, szpital ten został przekazany lekarzowi powiatowemu i włączony jako oddział Szpitala Powiatowego. Po pobieżnym remoncie budynku przeniesiono tu Oddział Wewnętrzny. Dużo remontów i adaptacji wykonywanych też było w terenie powiatu. W Pieńsku budynek po szpitalu został adaptowany na Ośrodek Zdrowia i Izbę Porodową. Adaptowano i remontowano budynki dla ośrodków zdrowia w Węglińcu, Ruszowie i Bogatyni. O zakresie tych prac mówi dokonane przeze mnie w dniu 26.10. 1950 roku wyliczenie z wykorzystanych kredytów inwestycyjnych Ministerstwa Zdrowia. Wyliczałem się wówczas z następujących kredytów:
1. Rozbudowa Ośrodka Zdrowia w Węglińcu 1.100.000.-
Wyposażenie Ośrodka Zdrowia w Węglińcu 700.000.- 1.800.000 zł.
2. Rozbudowa Szpitala Pow. w Zgorzelcu 9.500.000 zł.
3. Rozbudowa Szpitala Miejskiego w Bogatyni 2.375.000 zł.
4. Rozbudowa Pow. Ośrodka Zdrowia w Zgorzelcu 1.900.000 zł.
5. Żłobek Dzielnicowy w Zgorzelcu 475.000 zł.
Razem 16.050.000 zł.
Wszędzie prace remontowo-budowlane szły bardzo opieszale, terminy ich zakończenia nie były dotrzymane. I nic nie pomagały moje interwencje ani interwencje innych organów i prezydiów rad narodowych. Nie pomagały narady z kierownikami robót ani z ich przełożonymi. Zawsze mieli „pilniejsze” roboty do wykonania i różne „trudności obiektywne”.
Te prace były wykonywane z budżetu Ministerstwa Zdrowia poprzez Wydział Zdrowia. Ponadto cały szereg prac był płacony z budżetów gminnych - które też musiałem nadzorować, np. przygotowanie pomieszczeń do pracy i mieszkań dla położnych gminnych. I tak mój Wydział Zdrowia prowadził w czerwcu 1952 roku budżetowość następujących jednostek:
1. Żłobki sezonowe
2. Położne gminne
3. Izby Porodowe
4. Poradnia dla Matki i Dziecka
5. Powiatowy Ośrodek Zdrowia
6. Ambulatorium przyfabryczne
7. Miejskie Ośrodki Zdrowia
8. Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna
9. Higiena szkolna
10. Akcja leczniczo-profilaktyczna
11. Budżet inwestycyjny
12. Budżet administracyjny
Ponadto 11 innych działów było nadzorowanych przez Wydział Zdrowia. Była więc to już duża machina finansowa.
***33
Po zwolnieniu mnie w październiku 1952 roku z funkcji lekarza powiatowego - wówczas już kierownika Wydziału Zdrowia - pozostałem jako fachowy doradca nowego kierownika. Został nim Paweł Selak, nie lekarz. Od kilku lat był pracownikiem Starostwa, ostatnio był kierownikiem referatu wojskowego.
***
W końcu 1949 roku zrobił się w Zgorzelcu ruch, przyjeżdżali różni ludzie z delegacjami z KC PZPR. Z Ostapem Dłuskim przyjechał dr Aleksy Pytel z Warszawy, pediatra. Przyszedł do mnie do Wydziału Zdrowia. Od niego dowiedziałem się, że do Zgorzelca przybędzie dużo Greków, którzy uciekli z Macedonii przed ofensywą faszystowskich wojsk greckich. Jego zadaniem było zorganizowanie opieki lekarskiej dla przybywających dzieci greckich. Naprędce zostały wyremontowane liczne zrujnowane domy, zwłaszcza wzdłuż ulicy Daszyńskiego oraz War¬szawskiej. Jednostka wojskowa opróżniła tzw. białe koszary. Przy ulicy Staszica został adaptowany dom na szpital dla Greków. Dr Pytel w krótkim czasie zorganizował szpital dziecięcy w budynku koszar. Wreszcie, chyba w marcu 1950 r., Grecy przyjechali. Było ich około 15.000. Miasto od razu się zmieniło, czarno ubrani Grecy i Greczynki, wysiadujący całymi godzinami przed domem, często na krawędzi chodnika, nadali mu orientalny wygląd. Dzieci w liczbie 5500 zostały umieszczone w zaadaptowanych koszarach. Nikt z Greków nie znał języka polskiego, większość mówiła tylko w ojczystym języku. Porozumienie więc z nimi było trudne.
Uchodźcy greccy przyjeżdżali do Polski od 1948 roku. Początkowo przyjeżdżały dzieci greckie, które lokowano w państwowych domach wychowawczych w Lądku Zdroju, Szczawnie (wówczas Solice Zdrój) i w Bardzie Śląskim. W marcu 1950 r. dzieci i dorośli zostali przeniesieni do Zgorzelca. Dzieci były pod bezpośrednią opieką Ministerstwa Oświaty, natomiast dorosłymi opiekował się Fundusz Wczasów Pracowniczych w ramach tzw. Akcji Specjalnej. Do końca 1952 roku biuro Akcji Specjalnej zajmowało się wszystkimi problemami dotyczącymi tych uchodźców. Dyrektorem tego biura byli kolejno Mikulski i Dubois, Grecy utworzyli też swoją organizację partyjną, która m.in. organizowała kursy języka polskiego. Christos Terzudis podaje, że wśród Greków było 6800 osób zdolnych do pracy, 2000 starców i 1800 inwalidów.
Grecy zaczęli pojawiać się jako pacjenci Ośrodka Zdrowia, a także i szpitala. Stopniowo zaczęło przybywać tych pacjentów, polski personel musiał się z nimi porozumiewać. Czasami
34
przychodzili z tłumaczem, lecz często ci nie potrafili przetłumaczyć pytań lekarza, ani odpowiedzi chorego. Trzeba było sobie radzić. Chcąc nie chcąc zaczęliśmy stopniowo poznawać greckie słowa, co ułatwiało porozumiewanie się. Zatrudniłem też w naszym lecznictwie lekarzy -Greków. Pamiętam ich trzech. Dr Kostopulos, najmłodszy z nich, energiczny, rzutki, był zatrudniony przy dzieciach greckich, a więc mi nie podlegał (służba zdrowia dla dzieci greckich była wydzielona i nam nie podlegała). Wkrótce też po zlikwidowaniu tego ośrodka dla dzieci wyjechał ze Zgorzelca. Pozostałych - Nucopulosa i Filaktosa zatrudniłem w Ośrodku Zdrowia. Byli to już starsi ludzie. Przyjmowali przede wszystkim pacjentów - Greków, powoli uczyli się też polskiego języka. Nauczyli się z czasem na tyle, że przyjmowali również pacjentów Polaków. Po kilku latach, gdy nie pracujący Grecy (dużo wśród nich było osób starszych) byli przenoszeni w okolice Krościenka w Bieszczady, dr Nucopulos pojechał tam z nimi. Dr Filaktos zaś pozostał w Zgorzelcu, wychował syna na zdolnego muzyka i dopiero w początkach lat 70-tych, gdy dostał zgodę ze swego kraju, powrócił z żoną do Grecji, dokąd już wcześniej wyemigrował jego syn. Liczni młodzi Grecy pokończyli polskie szkoły, zdobyli zawód i pracowali z nami, lub przenosili się do innych miejscowości województwa. Coraz częstsze też były mieszane małżeństwa polsko-greckie.
Dr Pytel pracował przy dzieciach greckich do końca 1950 roku. Młody, energiczny, dobry organizator kierował całą opieką nad tymi dziećmi. Miewałem z nim częste kontakty - zawsze rzeczowe, koleżeńskie i przyjazne. Również prywatnie spotykaliśmy się, do dziś utrzymujemy przyjacielskie kontakty. Do pomocy miał dwie młode lekarki: Wiesławę Andrzejewską i Annę Turkiewicz. Po nim kierownictwo lekarskie Ośrodka Dziecięcego objęła dr Stanisława Wiernicka, także skierowana nakazem pracy.
***
Jako lekarz powiatowy byłem odpowiedzialny za stan sanitarny zakładów pracy. Starałem się więc kolejno je poznać. Jako pierwsze odwiedziłem huty szkła w Pieńsku. Czynne były wtedy dopiero niektóre piece. Przyglądałem się wydmuchiwaniu różnych form z płynnego szkła, podziwiając zręczność dmuchaczy i ich wytrzymałość na prymitywne jeszcze wtedy warunki pracy. Automatyzacja przyszła dopiero później, służba BHP powstała też później. Zjeżdżałem pod ziemię do kopalni węgla brunatnego w Kaławsku (Węglińcu), wędrowałem kilometrowymi chodnikami pod ziemią. Niski i wąski chodnik nie wszędzie pozwalał się wy-prostować. Tylko na niektórych odcinkach strop i ściany oszalowane były deskami. Ze stropu i po ścianach sączyła się woda, zbierając się na dnie w strumienie, wskutek czego dno było błotniste. W miejscach większych kałuż rozrzucone były deski, chwiejące się pod nogami przechodzących osób. Trzeba było bardzo uważać na głowy i patrzeć pod nogi. W mglistym świetle górniczych lampek posuwaliśmy się wraz z oprowadzającymi mnie górnikami powoli, starając się nie poślizgnąć lub nie zawadzić głową o mokry strop. Informowano mnie też wtedy, ze wiele chodników jest tak niskich, że można w nich posuwać się tylko na czworakach. Kopalnia ta później została zamknięta ze względów bezpieczeństwa (zdarzył się w niej wypadek zawału). W Bogatyni zwiedzałem Fabryki Włókiennicze Bawełny. Oprowadzał mnie ich dyrektor Warchał.
35
Imponowała mi zręczność tkaczek. W Turowie oglądałem z bliska olbrzymie mechaniczne koparki. Zwiedzałem Fabrykę Makaronu i Młyn w Zgorzelcu i szereg innych zakładów i wytwórni. Bardzo to było dla mnie pouczające i ciekawe, ułatwiło mi później wielokrotnie rozmowy z różnymi robotnikami - pacjentami. Łatwiej mi było ich zrozumieć.
Wizytując większe z tych zakładów pracy interesowałem się stanem opieki zdrowotnej nad zatrudnionymi, starając się pomóc dyrekcjom zakładów w tych sprawach. W kopalni w Turowie już był zalążek własnego ambulatorium.
***
W 1950 roku ustawa sejmowa upaństwowiła wszystkie, dotychczas prywatne oraz samorządowe zakłady służby zdrowia. Upaństwowionymi aptekami zajął się pion farmaceutyczny. W Zgorzelcu dokonano tego w dniu 9 stycznia 1951 roku. W celu przejęcia szpitali, ośrodków zdrowia, sanatoriów, żłobków i innych zakładów utworzono Zakład Lecznictwa Pracowniczego, zwany w skrócie ZLP. Ja zostałem przez Ministra Zdrowia mianowany pełnomocnikiem do organizacji tego Zakładu w powiatach zgorzeleckim i lubańskim. Kilkakrotnie w związku z tym jeździłem do Lubania, ale tam szybko się z tą organizacją uporano. Natomiast w Zgorzelcu miałem wiele z tym roboty. Zorganizowałem biuro ZLP przy moim Wydziale Zdrowia, zatrudniłem pracowników i przejąłem w powiecie wszystkie zakłady należące do Ubezpieczalni Społecznej. Kierowniczką biura ZLP została pani Zalewska, ciotka dr W. Andrzejewskiej. Od początku miałem ścisłą współpracę ZLP z Wydziałem Zdrowia. ZLP funkcjonował przez około rok czasu - po czym nastąpiła jego fuzja z zakładami leczniczymi Ubezpieczalni Społecznej i wszystko przeszło pod zarząd Rady Narodowej, której fachowym organem był mój Wydział Zdrowia. Lata wojny i związane z nią wędrówki ludzi stwarzały doskonałe warunki szerzenia się chorób zakaźnych. M.in. bardzo narastały zachorowania na choroby weneryczne. Wiele przy¬padków rzeżączki, zwłaszcza u mężczyzn, wykrywaliśmy korzystając z posiadanych prymitywnych mikroskopów. Sami nauczyliśmy się rozpoznawać dwoinki Neissera. Nauczyliśmy się też rozpoznawać różne stadia osutki syfilitycznej i wykrywać pod mikroskopem krętki blade -celował w tym dr Kantorski. Świeże zachorowania wykrywaliśmy u młodzieży kilkunastoletniej, u osób dorosłych, a czasem u ludzi starszych, powyżej 70 lat. W 1949 roku nasilenie tych chorób skłoniło nasze Ministerstwo do zorganizowania w całym kraju „Akcji W.”. Prowadziliśmy ją też na naszym terenie, jej kierownictwo powierzyłem dr Kantorskiemu, który się specjalizował w tym zakresie.
Olbrzymie żniwo zbierała gruźlica. Głód, poniewierka i okrutne warunki, stworzone przez okupanta, owocowały w ten straszliwy sposób. Mając w Ośrodku Zdrowia pierwszy polski aparat rentgenowski uruchomiłem w październiku 1946 r. Poradnię Przeciwgruźliczą. Byłem jej jedynym lekarzem do czasu mego wyjazdu ze Zgorzelca. Początkowo pielęgniarką była Danuta Jasińska, następnie od 1 maja 1947 roku Maria Stysiak, bardzo sumienna, troskliwa i oddana tej pracy i chorym. Z mojej inicjatywy ukończyła kurs młodszych pielęgniarek. Zorganizowałem go na bazie naszego szpitala. Sześciomiesięczny kurs ukończyła w 1951 roku spora grupa młodych salowych,
36
rejestratorek i sekretarek. Potem kolejno kierowałem je na roczny kurs pielęgniarski, zakończony egzaminem państwowym. Tak zdobyły wykształcenie zawodowe Maria Stysiak, Maria Poniatowska, Aleksandra Koza, Jadwiga Górka, Genowefa Góral, Stefania Andrzejewska i kilka innych. W Poradni Przeciwgruźliczej przyjmowałem chorych zawsze po południu, po załatwieniu z rana spraw szpitala, potem spraw w Wydziale Zdrowia. Zaczynałem tu przyjęcia o godzinie 16-ej, trwały do 19-ej, ale bardzo czysto przeciągały się o 1-2 godziny. Posiadanie na miejscu aparatu rentgenowskiego umożliwiło mi prowadzenie leczenia zapadowego chorych na gruźlicę płuc, wytwarzanie i dopełnianie odmy opłucnowej oraz odmy otrzewnej. Nikt z lekarzy - poza mną - zabiegu takiego nie wykonywał. Był to okres największego rozkwitu tej metody leczenia, zaniechanej dopiero po pojawieniu się dostępnych skutecznych leków przeciwprątkowych około 1954 roku. Chorzy przyjeżdżali do mnie z całego powiatu, nieraz i z sąsiedniego powiatu lubańskiego. Dziennie miałem do trzydziestu i więcej takich dopełnień, z których każde poprzedzone było kontrolnym prześwietleniem klatki piersiowej. Nierzadko kontrolę rentgenowską stanu zapadu płuca przeprowadzałem też i po zabiegu. Duża liczba pacjentów oraz pracy biurowej sprawiały, ze wielokrotnie nie miałem kiedy pójść do domu na obiad (samo przejście zajmowało sporo czasu). Żona monitowała mnie telefonicznie, że obiad już gotów, nadaremnie. Przynosiła mi go więc w menażkach do Poradni Przeciwgruźliczej, gdzie spo-żywałem go między przyjęciami pacjentów. Żona początkowo buntowała się z tego powodu, lecz z czasem pogodziła się z takim stanem rzeczy.
***
W 1950 roku żona zdecydowała, że też pójdzie do pracy. Dzieciom zapewniliśmy dochodzącą opiekę. Krysia zaczęła pracować w dziale planowania w Spółdzielni „Granica”. Wysyłano ją stamtąd kilkakrotnie na przeszkolenie do Otwocka, wreszcie ukończyła Kurs Planistyki w Sosnówce i awansowała na główną Planistkę Spółdzielni. Bardzo taktowna i życzliwa każdemu, dawała sobie doskonale radę z ludźmi w sklepach oraz w różnych wytwórniach. Pracowała tam do końca 1954 roku, tj. do naszego przeniesienia się do Rudki.
***
Pracownicy z reguły byli zatrudniani do pracy w wymiarze godzinowym. W wyniku tego wypadało często paradoksalne zatrudnianie jednego pracownika w ilości 15-18 a nawet ponad 25 godzin na dobę. Żartobliwa odpowiedź na pytanie, jak ty to robisz, aby wypracować 25 godzin na dobę, brzmiała: „Bo ja codziennie o godzinę wcześniej wstaję”. W początku lat pięć-dziesiątych te sprawy unormowano i ograniczono zatrudnienie, do maksimum 10 godzin na dobę.
Około 1948 roku Ośrodek Zdrowia w Zgorzelcu został usamodzielniony. Kierownikiem administracyjnym został w sierpniu 1949 roku Franciszek Szymkowski. Funkcję tę pełnił do czasu wyprowadzenia się ze Zgorzelca w początkach 1953 roku. Po Szymkowskim jego funkcję w Ośrodku Zdrowia objęła Hanna Schnieder, wieloletni pracownik starostwa. Pracowała tu, a
37
następnie w Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej przez wiele lat, aż do przejścia na emeryturę.
Rada Miejscowa przy Powiatowym Ośrodku Zdrowia w Zgorzelcu była bardzo prężna i aktywna. Organizowała ona pomoc dla pracowników oraz różne imprezy kulturalne, jak bale karnawałowe (odbywały się one w lokalu Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej), wycieczki (np. zbiorowa wycieczka na Śnieżkę), kuligi itp. Uczestniczyliśmy w nich wszyscy chętnie, dawały one sposobność nawiązania bliższego kontaktu pozasłużbowego ze swymi współpracownikami, co zawsze wysoko ceniłem.
***
Kilkakrotnie byłem wzywany do około 6-letniego synka szefa UB Andrzeja Akawca. Dziecko ciężko zachorowało. Wystąpiły u niego porażenia kończyn. Po przeprowadzeniu wstępnych badań odwiozłem je karetką pogotowia do kliniki we Wrocławiu. Chłopiec pozostał tam i później go nie widziałem. Ojciec jego też wkrótce opuścił Zgorzelec. Był to jedyny przypadek choroby Heinego-Medina w mojej praktyce. W Zgorzelcu przeżyłem okres pierwszego stosowania penicyliny, streptomycyny i hydrazydu kwasu izonikotynowego. Pamiętam krótkotrwałe, lecz bardzo silne, bóle opłucnowe u chorych po wstrzyknięciu dopłucnowo antybiotyku w przypadkach wysiękowego zapalenia opłucnej. Wstrzyknięcia te wykonywało się na zakończenie opróżniającej punkcji jamy opłucnowej. Niejednokrotnie wykonywałem ten zabieg w domu pacjenta. Przychodziłem tam z pielęgniarką nosząc ze sobą aparat odmowy. Przy leczeniu odmą sztuczną miałem też kilka trudnych przeżyć. Parokrotnie zdarzyło się wtargnięcie bańki powietrza do obiegu krwi, czego nie zawsze można było się ustrzec. Były to niegroźne przypadki. Raz tylko sytuacja stała się alarmująca. W poczekalni było pełno pacjentów, wejście do gabinetu tylko przez tę poczekalnię. Do gabinetu wszedł pacjent na kolejne dopełnienie odmy. W czasie zabiegu nagle zsiniał i przestał oddychać. Tętno umarło. Dramat. Reakcję miałem szybką. Sam rozpocząłem sztuczny oddech i masaż serca, zlecając przygotowanie zastrzyku dożylnego. Po pierwszym zastrzyku serce pacjenta podjęło pracę, skóra się zaróżowiła, wróciła czynność oddechowa. Po długiej chwili pacjent odzyskał przytomność. Odleżał na kozetce, ja tymczasem w pokoju pielęgniarskim - z ciężkim sercem - podjąłem dopełniania odmy u czekających pacjentów. Wszystko skończyło się dobrze, pacjent o własnych siłach wrócił do domu i potem jeszcze wielokrotnie przyjeżdżał do mnie na ten zabieg.
Szczególnie dużo chorych na gruźlicę miałem w rejonie Bogatyni, odległej o ponad 40 km. A że komunikacja PKS (pociągi długo tam nie chodziły, początkowo tory kolejowe biegnące częściowo przez teren NRD, dochodziły tylko do Turowa) była bardzo niekorzystna - nie zgłaszali się oni w terminie na badania i zabiegi. Wobec tego postanowiłem, że ja będę do nich jeździł, korzystając z tego, że Ministerstwo Zdrowia przydzieliło mi samochód sanitarny „Dodge”, zamieniony później na „Skodę”. Przez kilka lat jeździłem do Bogatyni regularnie w stały dzień tygodnia (środę), zabierając ze sobą pielęgniarkę i kartotekę chorych z tego rejonu. Przyjmowanie chorych zorganizowałem w miejscowym Ośrodku Zdrowia. Było to dla nich bardzo korzystne, pozwoliło mi też znacznie podnieść
38
wykrywalność choroby oraz skuteczność leczenia. Trwało to do końca 1954 roku.
Pierwsza po wojnie duża akcja zapobiegania gruźlicy zorganizowana została w 1948 roku. Były to masowe szczepienia przeciwgruźlicze dzieci i młodzieży do lat 18. Akcję tę zorganizowano w oparciu o pomoc Duńskiego Czerwonego Krzyża. Lekarze - Duńczycy przeszkolili polski personel i nadzorowali całą akcję. W Zgorzelcu rozpoczęliśmy szczepienia w początkach 1949 roku. Przebiegały one sprawnie. Pod koniec marca tegoż roku na około 10 dni przyjechała ekipa z duńskimi lekarzami - Akselem i Astą Obak. Nie było wtedy jeszcze żadnego hotelu w mieście, więc lekarze ci zamieszkali w naszym domu. Była to para młodych, bardzo sympatycznych i kulturalnych ludzi. Wieczorami dużo razem rozmawialiśmy. W pracy mieli tłumaczkę - Polkę, która umożliwiała im porozumiewanie się z miejscowymi ludźmi. Przez pierwsze lata stosowania tych szczepień spotykało się nierzadko nadmierne odczyny poszczepienne w miejscu szczepienia, a czasem nawet i w odległych węzłach chłonnych klatki piersiowej i szyi. Było z tym dużo kłopotu, matki zawsze były zdenerwowane i często głośno narzekały. Owrzodzenia odczynowe goiły się długo, nieraz przez szereg tygodni, a nawet miesięcy. Dopiero po zmianie szczepu bakteryjnego, używanego do produkcji szczepionki, znikły te niepokojące objawy i dalsze szczepienia przebiegały już bez zdenerwowań i niepokojów.
***
W okresie od 1 maja 1950 do 31 grudnia 1953 roku pełniłem dyżury nocne w Pogotowiu Ratunkowym. Dyżury dzienne miewałem tylko w dni świąteczne. Przez szereg lat kierownikiem administracyjnym pogotowia był Józef Baryła, on układał dyżury kierowców i sanitariuszy. W pierwszym okresie pogotowie było administrowane przez Wojewódzką Stację Pogotowia Ratun¬kowego, dopiero po kilku miesiącach zostało usamodzielnione, a jego kierownikiem został dr Eugeniusz Wilczyński. Biura oraz dyżurka dla personelu mieściły się przy ulicy Czachowskiego 3, karetki stały na ulicy, przy chodniku. Prócz mnie dyżurowało jeszcze kilku innych lekarzy, w tym także lekarze wojskowi z obu miejscowych jednostek wojskowych.
Upamiętniły mi się szczególnie dwa moje wyjazdy. Zostaliśmy wezwani do furiata, który z siekierą w ręku nie wpuszczał nikogo do domu. Milicjanci nie mogli sobie z nim poradzić. Przyjechaliśmy. Samotna chałupa, w niej ryczący i wyklinający chory grozi każdemu trzymaną w ręku siekierą. Sam już jest pokrwawiony. W należytej odległości od chałupy stał wianek ludzi z sąsiedztwa. Nikt, ani rodzina, ani sąsiedzi nie mieli dostępu do chorego. Każda próba zbliżenia się wzmagała jego furię. Ale nasz sanitariusz (niestety nie pamiętam jego nazwiska), trochę znający prywatnie chorego, zaczął z nim rozmawiać, wreszcie namówił go łagodnością do odłożenia siekiery. I chory z moim skierowaniem został odwieziony do Sanatorium dla Psychicznie Chorych w Obrzycach.
Innym razem zostaliśmy wezwani do poranionego na wsi, gdzieś w okolicy Radomierzyc. Był to drugi dzień świąt Wielkanocnych, dzień piękny, słoneczny. Ale - z braku personelu -dyżurowaliśmy bez sanitariusza. Pojechałem więc sam z kierowcą. Zastaliśmy młodego chłopca poranionego rozbitą w bójce butelką. Mocno krwawił, cała dolna warga wisiała w strzępach poniżej brody, twarz potłuczona z dużymi ranami. Trzeba zrobić pierwszy opatrunek. Pomaga mi mój kierowca. Wreszcie opatrunek zrobiony, wsiadamy do karetki.
39
I tu kierowca mówi:- Panie doktorze! Mnie słabo. Nie mogę prowadzić wozu. Rzeczywiście jest blado-zielony, musiałem i jemu udzielić pomocy. Wreszcie wsiedliśmy do karetki, ja za kierownicą i na sygnale zawiozłem obu pacjentów do szpitala. Dużą plagą było picie alkoholu. Część społeczeństwa nadużywała go przy każdej okazji, nie czyniąc wyboru z rodzaju trunku. Początkowo przez długi czas nie było wódek ani spirytusu monopolowego. Rozwinęło się bimbrownictwo. Bimber pił każdy - choć nie każdy go nadużywał. Bimber, pełen różnych fuzli, „kopał w nerki”, jak się popularnie mówiło. Czasem zdarzało się jednak również picie alkoholu metylowego (a nie etylowego), który jest silnie trujący. Pamiętam taki dzień, gdy po libacji zatruło się alkoholem metylowym 20 osób. Kilka z nich zmarło w męczarniach, kilka oślepło, nikt nie wyszedł bez szwanku. Tak olbrzymią cenę zapłacili za chwilę bezmyślnej zabawy. Niejednokrotnie też interweniowałem w wypadku alkoholowego delirium tremens. Nałóg ten zniszczył niejednego z wartościowych ludzi.
Do moich obowiązków jako lekarza powiatowego należało wykonywanie oględzin i sekcji sądowo-lekarskich na zlecenie sądu. Wykonywałem ich sporo. Wiązało się to z dużymi trudami i niewygodami, bo nigdzie nie było żadnego stosownego pomieszczenia ani też przyuczonych pomocników. Często robiłem te badania w kaplicach cmentarnych. W Zgorzelcu taką rolę spełniał drewniany barak bez okien, z szerokimi wrotami. Zawsze było to pomieszczenie nie opalane oraz bez żadnego oświetlenia. Gdy więc wypadło robić sekcję zimą - robiłem ją przy szeroko otwartych wrotach, choć nieraz na dworze sypał śnieg. Praca była i z tego powodu trudna, że dysponowałem tylko prowizorycznie dobranymi narzędziami. W razie mojej nieobecności w Zgorzelcu sekcje te wykonywał dr Kantorski. W przygotowaniach i zakończeniu sekcji pomagali mi moi kontrolerzy sanitarni.
Pewnego razu zostałem wezwany jako biegły do sądu w sprawie oskarżenia o zgwałcenie. Skarżącą była młoda, około 25 lat licząca, dziewczyna, pracownica jednego z miejscowych zakładów pracy. Skarżyła swego szefa, że w pracy, w jednej z sal zakładu, wykorzystując do tego celu stół laboratoryjny i jej zasłabnięcie, zgwałcił ją. Moją rzeczą było orzec, czy było to możliwe. Była to zdrowa, mocna, doskonale zbudowana i odżywiona atrakcyjna kobieta, z typu określanego mianem „hoża dziewka”. Oczywiście, wykluczyć stosunku płciowego nie było możliwe, ale i żadnych śladów gwałtu nie było. Delikwentka argumentowała, że się nie broniła, bo ją słabość ogarnęła. Wydałem więc dla sądu stosowne orzeczenie. Po dwu dniach zostałem wezwany przez tę kobietę poprzez Ubezpieczalnię Społeczną na wizytę domową. Wizyty domowe załatwiałem po zakończeniu przyjęć w Poradni Przeciwgruźliczej. Tego dnia przyjęcia przeciągnęły się do bardzo późnych godzin; wezwanie nie mówiło nic o pilności wizyty, więc poszedłem tam następnego dnia przed przyjęciami w Poradni. Zastałem samotną pacjentkę w mansardowym pokoiku w brudnej pościeli, zaskoczoną moim przybyciem. Stwierdziłem niegroźny, lekki stan grypowy. Odniosłem wtedy wrażenie, że zamierzała poprzedniego wieczoru być mi powolną, aby tylko uzyskać korzystne dla siebie orzeczenie. Takie pułapki nie często, ale się zdarzają. Były i zabawne momenty. W pierwszym okresie, gdy jeszcze nie mieliśmy żadnego aparatu rentgenowskiego, do dra Kantorskiego do ambulatorium przyszła starsza kobieta, skarżąc się na łamanie w plecach. Doktor ją zbadał i wypisał receptę. Ale ona się tym nie zadowoliła i domagała się koniecznie prześwietlenia. Nie dała sobie wytłumaczyć, że nie ma czym ją prześwietlić. Wskazała na stojącą w gabinecie lampę Vitalux i kategorycznie domagała się, aby ją tą lampą prześwietlił. Nie chciała opuścić gabinetu. I nie ustąpiła, póki jej doktor tą lampą nie „prześwietlił”. Wtedy wreszcie wyszła z gabinetu zadowolona.
40
Organizacja Czerwonego Krzyża została założona chyba w 1947 roku, a w 1948 roku jej działalność była już szeroka i różnorodna. PCK mieścił się przy ulicy Czachowskiego 1. Działalność prowadził pełnomocnik Zarządu Głównego PCK na Oddział 31 w Zgorzelcu W. Najhajt. W końcu lata 1948 roku zwrócił się do mnie z prośbą o zorganizowanie i prowadzenie kursu przodownic zdrowia dla wsi na poziomie kursu ratowniczo-sanitarnego II stopnia. Zmobilizowałem wykładowców, on zebrał z całego powiatu uczestniczki w liczbie 12 i ten pierwszy kurs odbył się w czasie od 20 października 1948 r. do 18 grudnia 1948 r. Program kursu był następujący:
Temat. Ilość godzin zajęć. .Wykładowca
Wiadomości o Polsce. 6 mgr Piotr Kokoryk
Ratownictwo z ćwiczeniami. 10 dr Dymitr Jewsiejenko
Choroby zakaźne. 4 .dr Eugeniusz Wilczyński
Budowa i czynności organizmu ludzkiego 4 dr Aleksander Brankiewicz
Choroby społeczne. 4 dr Jan Gliński
Chory w domu (z ćwiczeniami). 10 dr Dymitr Jewsiejenko
Higiena osobista i otoczenia. 4 dr Dymitr Jewsiejenko
Alkoholizm 4 dr Jan Gliński
Higiena kobiety, matki i opieka nad dzieckiem 4 dr Aleksander Brankiewicz
Organizacja wychowania fizycznego. 2 p. Zalewska
Taktyka szpitalna. 10 dr Mikołaj Łochina
Razem 62
Na zakończenie kursu odbył się egzamin, po którym wszystkie uczestniczki otrzymały zaświadczenia.
W latach 1950-1951 kierownikiem PCK w Zgorzelcu był Bogusław Woś, z którym również współpracowałem. Wielu pracowników terenowej służby zdrowia ofiarnie pracowało w Czerwonym Krzyżu.
***
W latach pięćdziesiątych organizowaliśmy przez Powiatowy Ośrodek Zdrowia „białe niedziele”. Były to wyjazdy lekarzy z pielęgniarkami do poszczególnych wsi, tam bezpłatnie przyjmowano zgłaszających się ludzi. Były to w dużej mierze przeglądy sanitarne, ale udzielano też wiele porad lekarskich, robiono opatrunki, kierowano na badania dodatkowe, czasem i do
41
szpitala. Frekwencja chorych była zawsze duża, czasem bywało do 100 osób. Lekarze stomatolodzy często tam wyrywali zepsute zęby, kontrolerzy sanitarni oglądali obejścia, studnie, gnojowiska i udzielali odpowiednich rad. Wyjazdy te i ta forma udzielania pomocy lekarskiej na wsi, zwłaszcza odległej od siedziby ośrodka zdrowia lub w okresie nasilonych prac w polu, cieszyła się dużą popularnością. A i my lekarze i pielęgniarki chętnie wtedy jeździliśmy.
Gdy w 1953 roku powołano Komisje Kontroli Zawodowej, zostałem mianowany zastępcą Rzecznika Dobra takiej komisji we Wrocławiu.
***
Pierwszy przydzielony mi przez Ministerstwo Zdrowia samochód była to - jak wspomniałem -sanitarka amerykańska „Dodge”. Jeździłem nią z moim kierowcą Franciszkiem Dudą. Dbał on o samochód rzetelnie i nie mieliśmy nigdy awarii. Od czasu do czasu jeździłem do Wrocławia po leki, środki opatrunkowe, materiały sanitarne, sprzęt, dary z UNRRA itp. Taki wyjazd zajmował nam cały dzień. Wyjeżdżaliśmy około 5-ej rano, by być około 8-mej we Wrocławiu, odległym o 167 kilometrów. Droga wiodła przez zrujnowany Bolesławiec, potem autostradą. Gdy Duda w drodze powrotnej czuł się zbyt zmęczony, zastępowałem go przy kierownicy, aby się mógł trochę przespać. Czasem zabierali się z nami urzędnicy starostwa, udający się do Urzędu Wojewódzkiego lub z niego wracający. Awarii nigdy nie mieliśmy.
W czerwcu 1948 roku odszedł Franciszek Duda, jego miejsce zajął od dnia 15 czerwca 1948 roku Stanisław Barć, pracujący w Zgorzelcu od 1945 roku. Wkrótce potem nastąpiła wymiana sanitarki na inną, podobną, którą w 1949 roku też trzeba było wycofać z użytku. W jej miejsce dostałem samochód osobowy marki „Skoda”, czarną limuzynę. Był to dar UNICEF dla usprawnienia opieki nad dziećmi, dlatego nie mógł być mi odebrany i przekazany na inne cele. Odbierałem ten wóz we Wrocławiu osobiście wraz z Barciem. W Zgorzelcu zazdroszczono mi go, bo w tym czasie osobowy samochód służbowy miał tylko starosta. Służył mi ten wóz do końca mego pobytu w Zgorzelcu. Potem, gdy już przekazałem Wydział Zdrowia w ręce nowych, kierowników Wydziału (byli nimi kolejno nie lekarze Paweł Selak i Stanisław Leszczyński), korzystałem nadal z tego samochodu w każdą środę dla dojazdu wraz z pielęgniarką do Ośrodka Zdrowia w Bogatyni, do naszych pacjentów Poradni Przeciwgruźliczej.
Z Dudą i Barciem żyłem w przyjaźni, a z Barciem do dziś wzajemnie się odwiedzamy. Barć dbał troskliwie o samochód, który stale był do dyspozycji. Ze swej strony wielokrotnie zwalniałem Barcia (za jego też zgodą) z jazdy w teren, sam prowadziłem samochód. I obaj z takiego układu byliśmy zadowoleni. W okresach moich codziennych wyjazdów do Nowogrodźca czy Lubania, w czasie mojej tam pracy w Komisji Poborowej, Barć w ten sposób nie tracił daremnie całych dni.
***
Pierwsza Komisja Poborowa odbyła się w listopadzie 1945 roku. Brałem w niej udział, jak i we wszystkich następnych corocznych komisjach. Nie było początkowo aparatu rentgena, więc bez niego badaliśmy poborowych. Od chwili otrzymania takiego aparatu, co roku prześwietlałem
42
poborowych. Byłem powoływany każdego roku do tej pracy w powiatach zgorzeleckim, bolesławieckim, lubańskim. Powiat bolesławiecki miał tylko jeden aparat rentgenowski w małym szpitaliku w Nowogrodźcu, tam się więc tamtejsze komisje odbywały. Poborowych, zwłaszcza z początku, było bardzo dużo, każda komisja pracowała przez 2-3 tygodnie. Niezbyt lubiłem tę pracę i choć byłem na czas poboru zwalniany ze stałych moich obowiązków, popołudniami chodziłem do przychodni do moich chorych. W czasie urzędowania Komisji zawsze miałem sporo wolnego czasu, w Nowogrodźcu wykorzystywałem go na grę w ping-ponga.
***
Wiele społecznych funkcji pełniłem z urzędu, jako lekarz powiatowy. O niektórych z nich już wspomniałem. Były i takie, które przyjmowałem dobrowolnie, na przykład w Związku Zawodowym Pracowników Służby Zdrowia, w którym przez cały czas pobytu w Zgorzelcu (a i jeszcze przez następne 25 lat), stale pełniłem różne funkcje z wyboru. Kilkakrotnie byłem w Zgorzelcu obdarowany funkcją delegata Izby Lekarskiej we Wrocławiu (np. do współdziałania z Urzędem Likwidacyjnymi przy tworzeniu Zakładu Lecznictwa Pracowniczego i innych). Był okres nadmiaru tych funkcji. Kiedyś doliczyłem się ich ponad 25. Na szczęście tylko w niektórych potrzebna była moja działalność.
***
W końcu lat czterdziestych, gdy w Zgorzelcu było już kilku lekarzy, wspólnie z dr Jewsiejenko, postanowiliśmy organizować miejscowe zebrania lekarskie z wygłaszaniem referatów naukowych oraz omawianiem interesujących przypadków chorobowych. Wkrótce zebrania te stały się regularnymi spotkaniami.
Wojewódzki Wydział Zdrowia organizował od 1946 roku okresowe spotkania i narady lekarzy powiatowych. Były to spotkania jednodniowe, przeważnie o charakterze instruktażowym. Brałem w nich udział. Około 1 kwietnia 1951 roku narada zorganizowana przez Wydział Zdrowia odbywała się w sali Wojewódzkiej Rady Związków Zawodowych. Na tym spotkaniu dr Jan. Wolański, pełnomocnik Ministra Zdrowia do Spraw Zakładu Lecznictwa Pracowniczego, wręczał niedawno ustanowioną odznakę „Za Wzorową Pracę w Służbie Zdrowia”. Była to pierwsza dekoracja tymi odznakami. Było dla mnie niemałą satysfakcją, ale i zaskoczeniem, że i ja zostałem udekorowany. Odznakę otrzymał wówczas również dr Zygmunt Śliwicki, naczelny lekarz PKP we Wrocławiu, z którym po z górą trzydziestu latach spotkałem się w Warszawie, gdy mu wręczałem w jego mieszkaniu Warszawski Krzyż Powstańczy. Wielkim jest dla mnie zaszczyt, że ten wspaniały człowiek, wieloletni więzień Pawiaka i uczestnik Powstania Warszawskiego w naszym Zgrupowaniu „Gurt”, przyjął mnie do grona swych przyjaciół. Odszedł już na Wieczną Wartę i ze wzruszeniem wspominamy go z jego żoną, wierną towarzyszką całej niedoli pawiackiej i powstańczej.
43
Pewnego dnia w 1950 roku, przechodząc koło budynku starostwa przy ulicy Warszawskiej zobaczyłem nalepiony na ścianie urzędu wielki afisz z dużym, długim tekstem. Był to apel do ludności, wystosowany przez Komitet Obrońców Pokoju. Przeczytałem go uważnie, sprawa była nowa. Na zakończenie przeczytałem dwa podpisy: Przewodniczący Powiatowego Komitetu Ob¬rońców Pokoju w Zgorzelcu, sędzia W. Neuman, oraz sekretarz Komitetu, dr Jan Gliński. W pierwszej chwili zatkało mnie. Nikt ze mną nie rozmawiał, o istnieniu tego Komitetu dowie-działem się dopiero z tego afisza i nie wiem, że zostałem „mianowany” jego sekretarzem.
Nie zgodziłem się z takim nieliczeniem się ze mną. Poszedłem do I sekretarza Komitetu Powiatowego PZPR (miałem do niego też kilka innych spraw) i wyraziłem swoje niezadowolenie z tej formy postępowania, wyraziłem to stanowczo. Niemniej, zgadzając się z merytoryczną stroną ruchu obrońców pokoju, na wyrażoną przez niego prośbę przystałem. I tak zaczął się okres mojej intensywnej działalności w tym Komitecie. Wkrótce zostałem jego wiceprzewodniczącym i potem przewodniczącym całego powiatowego Komitetu. Był to okres kampanii zbierania podpisów pod Apelem Sztokholmskim. Wykorzystując swój służbowy samochód sam jeździłem po wsiach i gminach, zakładałem tam Miejscowe Komitety Obrońców Pokoju i kierowałem całą akcją zbierania podpisów. Zebrano ich dużo, ponad 50.000. Po przekazaniu zebranych podpisów do Wrocławia działalność tego Komitetu zamarła.
***
Charakterystyczną, niepowtarzalną cechą tych pierwszych lat powojennych, był entuzjazm pracy, entuzjazm i zapał w tworzeniu nowego życia na gruzach, zostawionych przez wojnę, przez cofające się wojska niemieckie, przez niszczące wszystko walki.
Dominującą cechą tego okresu była radość twórczej pracy, radość z tworzenia nowego życia na gruzach i pustce. Nie było w tym nic z uczucia zemsty za pięcioletnią niewolę i upodlenie. Ta radość, jaką daje tworzenie, jest najszczytniejszą w naszym życiu, wyzwala ona siły ukryte a potężne, wzbudza entuzjazm i zbliża do siebie ludzi.
Tak jak entuzjazm panował w pracy - entuzjazm, którego przez wiele lat nic nie mogło przygłuszyć - tak i w życiu prywatnym dominowała radość. Radość z wolności, radość z własnego domu rodzinnego, radość tworzenia, budowania życia społecznego wolnego od ucisku i niesprawiedliwości. Każdy z nas zachłystywał się wprost radością. Przejawiało się to w pracy i w domu, a w szczególności wyrażało się w ożywionym życiu towarzyskim. Brydż, muzyka, wieczory przy ognisku i gorące dyskusje wypełniały cały czas wolny. I każdy ochoczo i dużo pracował w ogródku przydomowym. I my sadziliśmy kwiaty, warzywa. Przez pewien czas żona hodowała kury i kaczki. Latem wybieraliśmy się do lasu, na grzyby i jagody, czasem na jakąś wodę. A w zimie dzieci jeździły na nartach i sankach.
Równoległym nurtem, ściśle związanym z naszą pracą, toczyło się tu nasze życie domowe, prywatne, rodzinne i towarzyskie. Rodzina mojej żony i moja odwiedzały nas już od sierpnia 1945 roku. Mój ojciec obserwował moją pracę, teść dużo malował. Wiele jego obrazów upamiętnia nam ówczesne życie. Malował głównie akwarelą, którą posługiwał się najchętniej. Oboje z żoną stanowili piękną parę kochających się, siwych jak śnieg dziadków. Obie nasze
44
matki troszczyły się o nas, o nasze gospodarstwo i życie domowe. Krążące od czasu do czasu pogłoski o tymczasowości naszej władzy na Ziemiach Zachodnich napawały ją wielkim niepokojem, którego my nie odczuwaliśmy. Mój ojciec wypoczywał po trudach bardzo intensywnej pracy i cieszył się z moich dokonań. A oczkiem w głowie u wszystkich była maleńka Zosia oraz - urodzony w 1948 roku Jędrek. Siostra moja po stracie męża (zmarł w marcu 1946 roku), pracując jako pielęgniarka z naszym ojcem, odwiedzała nas z córeczką Marysią. Nieraz dyskutowaliśmy o różnych problemach pielęgniarskich oraz o sprawach etyki zawodów medycznych.
Od początku pobytu w Zgorzelcu utrzymywaliśmy kontakty sąsiedzko-towarzyskie z nielicznymi domami polskimi. Kontakty z Janiszewskimi urwały się z chwilą ich wyjazdu ze Zgorzelca. Było to młode małżeństwo, pierwsze polskie małżeństwo, zawarte w Zgorzelcu jeszcze przed moim tam przybyciem. Janina Janiszewska, zwana Niną, przyjechała do Zgorzelca jeszcze w maju 1945 roku z tzw. grupą radomską. Ich ślub odbył się w początku czerwca 1945 roku. Ślubu kościelnego udzielił im ks. Franciszek Scholz. Wesele z dużą pompą odbyło się w majątku Jerzmanki. W tej uczcie wzięła udział prawie cała ludność polska. Jedzenia i picia było w bród, gości obsługiwały Niemki, co dla byłych jeńców wojennych było dużym przeżyciem. Ślu-bu cywilnego udzielił im Kazimierz Życieński, pierwszy urzędnik Stanu Cywilnego. Skojarzył on w Zgorzelcu wiele małżeństw.
Zaprzyjaźniliśmy się z Janiną i Kazimierzem Gostyńskimi oraz z Zofią i Zdzisławem Bussami. W każde święta czy imieniny odwiedzaliśmy się w sporym kręgu znajomych i przyjaciół. Do nas często zachodzili goście pod pretekstem wypróbowania wspaniałego ajerkoniaku, przygotowanego przez Krysię lub innych smakołyków, jako że Krysia była od początku wspaniałą gospodynią. Z tych odwiedzin pozostała nam cenna pamiątka: rodzaj pamiętnika domowego, do którego wpisywali się wszyscy mili goście. Do dziś zapełnił się ten pamiętnik wieloma wpisami, nie brak tam i wpisów szeregu ludzi znanych, jak: Melchior Wańkowicz, Wojciech Żukrowski, Stanisław Strumpf-Wojtkiewicz, prof. Marcin Kacprzak, Jerzy Lutowski, Wojciech Siemion; jest też kilka wpisów mową wiązaną Stanisława Marczaka-Oborskiego. Ten zbiór wpisów obrazuje atmosferę, w jakiej wtedy żyliśmy.
O atmosferze, w jakiej zostaliśmy wychowani w naszych domach, a którą zawsze staraliśmy się troskliwie pielęgnować, mówią wpisy do naszego „sztambucha” naszych bliskich. Moja matka wpisała w styczniu 1947 roku:
„Dobrze mi tu z Wami. Dzieci moje najdroższe, dobrze w otoczeniu zharmonizowanego światła, ciepła, przestrzeni kwiatów i jakże wygodnego fotela; -dobrze mi patrzeć na Wasze wysiłki utrzymania wytkniętej linii życia i pracy mimo nieraz ciężkich i kąśliwych smagań z zewnątrz. I tego nawet się nie lękam, choć może serce boli Waszym bólem, ale widocznie potrzebne to jest mądrem zrządzeniem Bożym, bo ratuje przed gnuśnością i duszę hartuje i zawsze „na baczność utrzymuje.” A Ojciec mój między innymi wpisał:
„... harmonia barw wzajemnych musi dominować przez dobrą wolę wzajemną, życzliwość, cierpliwość i dobre łagodne słowa wzajemne. To wszystko jest i dlatego wszyscy Wam, kochani, na odjezdnem wpisując się - piszą hymny pochlebne!”
45
Moja teściowa, Helena Olesiowa, tak upamiętniła nam swoje odczucia, wpisując się w sierpniu 1947 roku:
„Kiedy w sierpniu 1945 roku pierwszy raz przyjechałam do Was - porwało mnie piękno tej ziemi - ale zarazem przytłoczyła otchłań pracy, jaka czekała na polskie ręce! Wszystko trzeba było dźwignąć z ruiny - zaczynać od podstaw. Z głęboką troską patrzyłam na Was, Kochane Dzieci, czy potraficie podołać temu bezmiarowi pracy! Ty Janku stwarzając dwa szpitale i organizując całe życie zdrowotne - i Ty Krysiu stwarzając Dom - w tym zupełnie obcym środowisku - w tak trudnych warunkach z maleńką Zosią. Jestem tu obecnie na trzecich wakacjach i dumna jestem z Was Dzieci - wywiązaliście się Oboje z ciężkich Waszych obowiązków i zasłużyliście w całej pełni na miano „Pionierów - Polaków Ziem Odzyskanych”. „ Jednym z miłych wpisów do tej księgi jest wpis starosty Stanisława Watrasa, który przytaczam w całości:
„Gdyby w społeczeństwie naszego powiatu więcej było jednostek tak bezinteresownych, pracujących dla dobra sprawy, jak nasz dzisiejszy solenizant i Jego przemiła Małżonka - Ziemie Odzyskane osiągnęłyby rozkwit, jako rezultat rzetelnej i uczciwej pracy. S. Watras. Wanda Watras i Teresa. Zgorzelec 27.XII.47.”
Pierwszy z wpisów Stanisława Marczaka-Oborskiego z dnia 28 sierpnia 1947 roku był zapowiedzią kilku dalszych, wszystkie zaś nawiązywały do aktualnej w danym czasie okazji.
Swoją myśl wyraził on wówczas następująco;
„W pustyni dni, jak piasek miałkich, tak trudno ziarno prawdy zmieścić. Nazbyt oddani sprawom f o r m y, ludzie odchodzą w niej od treści. W obręczach ze słońc i księżyców przeminie dni i nocy wiele. Pomnij na ślub drugiemu dany, by mu nie przestał być w e s e l e m” Wojciech Żukrowski napisał w dniu 25 lipca 1947 r. w tonie żartobliwym:
„Do rozkoszy pionierstwa należy i szarańcza gości, którzy spadają wraz z autami. Jeśli Gospodarze zostają wyciśnięci jak cytryny, to cele informacyjno-naukowe łą¬czą się najściślej z rozkoszami sadystycznymi napastników. Ale błagamy Was, o Mili, trwajcie, mieszkajcie i pracujcie, żebyśmy mieli gdzie zajechać, prawdziwą przyjemność tego zakątku odkryjecie z chwilą, gdy nas już uda Wam się pozbyć. I to Wam wyrówna cierpienia o zadręczeni Gospodarze! Całując wielokrotnie ręce Pani Domu, ściskając dłonie Pana wołając – Pa! do Zosieńki i klepiąc Bytrą - współczujący Wojciech Żukrowski.”
Wielokrotnie odwiedzał nas mój kolega szkolny, rydzyniak, Zbigniew Kulczycki, póki pracował na Dolnym Śląsku. Najpierw był starostą kłodzkim, potem przez szereg lat I wicewojewodą, następnie sekretarzem Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej we Wrocławiu. Następnie przeniósł się do Warszawy. Razem byliśmy w Warszawie w Armii Krajowej. Zbyszek już w czasach szkolnych był lewicowych przekonań, toteż nie zdziwiło mnie to, że po wyzwoleniu wstąpił do PPR, a następnie do PZPR.
46
Wielokrotnie dyskutowaliśmy na te tematy. Jego za-interesowały problemy historyczne i społeczne, mnie przede wszystkim medycyna i człowiek chory. I choć tu drogi nasze się rozeszły - pozostała przyjaźń i zawsze nas łączyło dążenie do prawdy, do życia w prawości, do niesienia pomocy ludziom jej potrzebującym, do organizowania życia w oparciu o sprawiedliwość społeczną. I obaj - choć osiągnęliśmy wiele w naszym życiu - majątku się nie dorobiliśmy. Zbyszek w późniejszych latach poświęcił się zagadnieniom turystyki krajowej i zagranicznej, opracował dwa przewodniki (po NRD i po Węgrzech) oraz napisał historię turystyki w Polsce.
Głębokim wstrząsem była dla nas nagła śmierć Kazika Gostyńskiego w 1949 roku. Jego żona była służbowo w Warszawie. Rano przed godziną 7-mą przybiegła siostra Ani, Irena Rajchel wołając, że coś się Kazikowi stało. Pobiegłem - już nie żył. Zmarł we śnie. Z ciężkim sercem powiadomiłem o tym Anię telefonicznie.
W 1953 roku wybrałem się zimą na narty do Zakopanego. Przez dwa tygodnie korzystałem z pięknej pogody i wspaniałego śniegu, głównie na zboczach Kasprowego Wierchu. Mieszkałem w Murowańcu na Hali Gąsiennicowej - wyciągów jeszcze nie było. Wróciłem zadowolony i wypoczęty, lecz wkrótce zachorowałem na ostre zapalenie dziąseł. Przez prawie tydzień leżałem z wysoką gorączką w Klinice Stomatologicznej we Wrocławiu. Leczyła mnie dawna znajoma z Opatowa, dr Halina Kuszewska. Po raz pierwszy - i dotychczas jedyny - byłem leczony penicyliną. Wspomnienia tej choroby w postaci dolegliwości dziąsłowych pozostały mi do dziś. I utrzymywało się w domu żartobliwe powiedzenie, że miałem „chorobę pyska i racic”.
W dniu 8 sierpnia 1948 roku odbyły się chrzciny naszego synka. Przy tej okazji zjechała cała prawie rodzina żony i moja. Rodzicami chrzestnymi byli: nasza przyjaciółka z lat dziecinnych Maria z Ignatowiczów Wejrochowa i mój cioteczny brat Jerzy Komenda, który szczęśliwie ocalał mimo ponad dwuletniego pobytu w Oświęcimiu. Marysia przyjechała ze swoją córeczką Krysią, równolatką naszej Zosi. Był też mój szwagier Andrzej Oleś, fizyk, ze swą uroczą narzeczoną Bożenką.
Lata szybko mijały, dzieci nasze rosły pełne ciekawości świata. Ale były i zmartwienia. Zosia chorowała ciężko na astmę uczuleniową, miewała bardzo silne napady duszności o różnych porach dnia i nocy. Nie udało się nam wykryć czynnika allergizującego. Serce bolało, gdyśmy bezradni obserwowali jak się męczy. W wieku około dziewięciu lat napady stawały się coraz słabsze i rzadziej występowały, wreszcie całkowicie ustąpiły. Jędrek raz złamał nogę jeżdżąc na nartach blisko domu, innym razem miał bardzo ciężko przebiegające zatrucie pokarmowe. Leczyła go wówczas dr Wilczyńska. Innych poważniejszych kłopotów z dziećmi nie mieliśmy.
Zawsze dużo czytałem prasy i książek. Stopniowo moja biblioteka fachowa i beletrystyczna rozrastała się.
Prócz książek zajmowałem się (i nadal to kontynuuję) filatelistyką.
Dużą część życia poświęciłem też turystyce. Wciągnąłem do niej wielu ludzi. Przez wiele lat uprawialiśmy z żoną i dziećmi kajakarstwo w formie wędrówek po rzekach i jeziorach. Wędrowałem też wiele po całym świecie. Pieszo, samochodem, okrętem, samolotem. Wiele z wędrówek odbyłem razem z żoną, córką lub synem. Zwiedziłem 21 stolic krajów na trzech kontynentach. Takich jednak uroków przyrody, jakie poznaliśmy w czasie naszych wędrówek po polskich rzekach i jeziorach, nie spotkałem nigdzie więcej.
47
Na tle wieloletnich przeżyć, doznań i doświadczeń zawsze jaśniejszym blaskiem wybijają się te piękne pierwsze lata w uwolnionym od zmory wojny i okupacji kraju.
***
Patrząc wstecz widzę jak wiele spraw załatwiłem dla ludzi, dla społeczeństwa powiatu. I zdaję sobie sprawę z tego, że było to możliwe tylko dzięki rzetelnej pracy moich wielu współpracowników i pomocników. Z równie gorącym entuzjazmem, zapałem tworzyli zręby powiatowej służby zdrowia: Henryk Ogrodowski, Irena Ciechanowicz, Maria Romanow, Eugenia Marcinkowska, Maria Stysiak, dr Józef Kantorski, dr Dymitr Jewsiejenko, Jadwiga Trzcionkowska, Janusz Wołk, Hanna Schnieder, później przybyły Franciszek Szymkowski, moi kierowcy Franciszek Duda i Stanisław Barć, sanitariusze i kierowcy z Pogotowia Ratunkowego z Leszkiem Gondkiem i wielu, wielu innych. Wiele nazwisk uleciało mi już z pamięci, niech mi to darują ci, których tu nie wymieniłem. Był to cały sztab twórczy z tamtych lat. Pozostają oni wszyscy w mojej wdzięcznej pamięci. Odwiedziłem niedawno Zgorzelec. Wielką dla mnie satysfakcją było, że nasz wysiłek nie poszedł na marne, że dzięki takim ludziom, jak lekarz dentysta Zenon Łabędzki, który w 1953 roku rozpoczął pracę w Węglińcu, jak Władysław Konieczny, wieloletni później kierownik Wydziału Zdrowia - nastąpił dalszy bujny rozwój służby zdrowia powiatu, nadążający i za rozwojem przemysłu i innych dziedzin życia gospodarczego. Dziesięć lat przeżyłem bardzo intensywnie i ciekawie. U wszystkich, którym dane było przeżyć owocnie te pierwsze powojenne lata, pozostały one głęboko w duszy. Teraz z perspektywy 30-40 lat oceniam je jako lata przeżyte z pożytkiem dla społeczeństwa i dla kraju, lata przeze mnie nie zmarnowane. Dałem z siebie wszystko, co mogłem i co umiałem. Sam się przy tym nie wzbogaciłem, majątku dzieciom w spadku nie zostawiamy. Ale cenniejszymi dla nas są zawarte przyjaźnie oraz wdzięczna pamięć wielu chorych, do których zdrowia się przyczyniłem.
Tym spłacam dług wdzięczności za moje wychowanie w atmosferze służenia ludziom w ich niedoli, zaszczepione mi w rodzinie, umocnione później w Szkole w Rydzynie, wreszcie na Uniwersytecie im. Józefa Piłsudskiego w Warszawie. Wielu miałem wspaniałych wychowawców, wielu też ludziom winienem pomagać. I sądzę, że nie zawiodłem położonego we mnie zaufania. Jeśli tak jest - tym większą jest satysfakcja moja. I podzięka dla mojej żony, która była i jest mi wiernym w tej trudnej drodze towarzyszem i wsparciem, która mnie obdarzyła radością posiadania kochających nas dzieci.
Warszawa, czerwiec 1985 - listopad 1986 r.
U w a g a :
przypomnienie wielu szczegółów, nazwisk i dat możliwe było dzięki rozmowom i korespondencji, przeprowadzonym w tym celu z następującymi osobami, które tu wymieniam alfabetycznie: Stanisław Barć, dr Aleksander Brankiewicz, Franciszek Dominik, Hildegarda Dzierża-Rajkowska, Urszula Fischer, Janina Gostyńska, dr Józef Kantorski, Józef Kardasz, Edward Klatka, dr Zenon Łabędzki, dr Mikołaj Łochias. Wincenta Oryl-Grzesiuk, Jadwiga Ostaszewska, Irena Rajchel, Stanisław Reszuto, Hanna Schnieder, Stanisław Stelmaszczyk, Maria Stysiak, Franciszek Szarata, Tadeusz Szeliga, Janusz Wołk, Zbigniew Wyrożębski.
48
Ze wszystkimi z nich te pierwsze lata przeżyłem w Zgorzelcu. Ponadto wiele informacji uzyskałem od Romana Zgłobickiego, autora trzech ogłoszonych opracowań historii Stalagu VIII „A” oraz od mgr Henryka Kożuchowskiego, kolekcjonera dokumentacji zgorzeleckiego Urzędu Celnego, a także księży - prof. Franciszka Scholza i proboszcza Jana Kozaka. Niektóre szczegóły przypomniał mi dr Rudolf Joschko. Cenne były rzeczowe i życzliwe uwagi Józefa Kardasza, Eugeniusza Kozaka, Stanisława Stelmaszczyka, Franciszka Szaraty, Bożeny Olesiowej oraz pomoc Janusza Wołka w zbieraniu materiałów.
Życzliwy stosunek Naczelnika Miasta, Edwarda Mostowika, pozwolił mi uściślić szereg szczegółów.
Wszystkim wymienionym osobom składam serdeczne podziękowanie.
Jan Bohdan Gliński
Powyższa publikacja jest częścią opracowania pt. „Zdrowie i Środowisko” , wydanego przez Karkonoskie Towarzystwo
Naukowe w Jeleniej Górze w r. 1989. PL ISSN 0238-9940.
Opracowanie niniejszej formy publikacji: Michał Zarębski. Zgorzelec, 27 kwietnia 2005

49.................................
1. Gimnazjum im. Sułkowskich w Rydzynie ukończyłem zdając maturę w 1934 roku.
2. Jako strzelec – ochotnik
3. W tym okresie używało się tytułów wojskowych również do osób cywilnych, według tego, jaki kto
posiadał w wojsku lub partyzantce. Janiszewski studiował na Politechnice, w czasie wojny aktywnie
działał w ruchu oporu.
4. Jego doradcą był oficer radziecki mjr Malik. Tkaczyk nie był długo, po nim przyszedł Andrzej Akawiec, z pośród jego zastępców pamiętam Błachnio i Wachowiaka.
5. Chyba w 1947 r. wykryto, że był on członkiem SS Galizien i został aresztowany. Był u kogoś na przyjęciu i wtedy został wezwany przez szefa UB (takie wezwania służbowe zdarzały się często). Poszedł i już nie powrócił.
6. Obecnie ulica gen. Świerczewskiego.
7. Wykaz sporządzony przez Tadeusza Szeligę
8. Jednocześnie, 31 maja 1945 roku do Zgorzelca przybył 3 batalion 35 pułku 7-ej Dywizji Łużyckiej, w parę dni później przybyła też reszta pułku
9. Dla uproszczenia używam nazwy "powiat" również w okresie istnienia obwodów. Niejednokrotnie robiono to też wówczas w potocznym rozmowach. To samo dotyczyło Pełnomocników Rządu, zwanych starostami.
10. Nazwisko w zachowanym protokóle zniekształcone: winno być Kayser
11. Wówczas pracował już w bazie transportu samochodowego we Wrocławiu.
12 W. Geisler miał swój gabinet przy ul. Mostowej nad apteką. Potem przeniósł się do Wrocławia, skąd emigrował do Szwajcarii, gdzie mieszkała jego matka.
13 Urządzenie komory dezynfekcyjnej rozpoczęliśmy we wrześniu 1945 r. wykorzystując do tego celu częściowo zrujnowany budynek gospodarczy przy szpitalu przy ul. Nadbrzeżnej 5. W grudniu tego roku był on już pokryty dachem, ale komory jeszcze nie mieliśmy. Otrzymaliśmy ją w 1946 roku.
14.Imienny wykaz tych jeńców znajduje się w Izbie Pamięci Narodowej w Zespole Szkół Zawodowych
Ministerstwa Energetyki i Energii Atomowej w Zgorzelcu; zestawił go Roman Zgłobicki, organizator i
opiekun tej Izby Pamięci.
15.Był wśród nich Franciszek Dominik.
16.Była wśród nich mgr Maria Trutyńska
17.Wächter, wie tief die Nacht? Görlitzer Tagesbuch 1945/1946. Strażniku, jak głęboka noc? Dziennik Zgorzelecki 1945/1946/Würzburg 1975, II nakład Eltville 1984.
18. Obecnie Węgliniec
19.Wykonywał je wspaniały chirurg dr Ferdynand Krauss
Avatar użytkownika
wanka
Kreator Forum
Kreator Forum
Medale: 5
Pomoc techniczna (1) Wybitna informacja (2) Twórca indeksów (1)


Powrót do Opowiadania



cron