Portal w trakcie przebudowywania.
Niektóre funkcje są tymczasowo wyłączone, inne mogą nie działać poprawnie.

Polacy w służbie caratu

9.05.2010 14:46

Komentarze (1)

9.05.2010 14:46
Polacy w służbie caratu
Żołnierze powstania listopadowego wcieleni do armii rosyjskiej z nielicznymi wyjątkami służyli swoim ciemięzcom dzielnie i ofiarnie. To samo można powiedzieć o młodych Polakach zesłanych "w sołdaty" za spiskowanie przeciw carowi. Wynikało to ze strasznych warunków panujących w rosyjskiej armii, wobec których front wydawał się jedynym bezpiecznym miejscem. Ofiarność i bohaterstwo zwiększało ich szanse przetrwania.
Po upadku powstania listopadowego przed władzami rosyjskimi stanął problem, co zrobić z armią polską. Dla Mikołaja I sprawa wydawała się oczywista: szeregowych wcielić do pułków rosyjskich - przynajmniej na piętnaście lat - wyższych oficerów odstawić pod eskortą do Moskwy. W rezultacie tych decyzji do korpusów orenburskiego i kaukaskiego, a także na Syberię trafiło blisko 30 tysięcy powstańców. Wyjątkowo - na żądanie dworu - potraktowano żołnierzy 4. Liniowego Pułku Piechoty Królestwa Polskiego. Za swoją dzielność pod Olszynką Grochowską mieli spędzić w wojskowych kamaszach przynajmniej dwadzieścia pięć lat. Wkrótce dołączyli do nich karnie kierowani do służby żołnierskiej "niepokorni" i "nieprawomyślni" z całego zaboru rosyjskiego. Szczególnie wielu spośród tych ostatnich - profesor Wiesław Caban, znawca tej problematyki, ocenia, że aż ponad 60 procent - dosłużyło się w armii carskiej stopni podoficerskich. Dawniej mówiono, że oficerem można zostać z racji urodzenia lub wykształcenia, feldfeblem (podoficerem) zaś tylko z gorliwości w wykonywaniu poleceń przełożonych. Zatem tak musiano oceniać służbę polskich patriotów na Kaukazie i na linii orenburskiej.
Bój
Mateusz Grydzewski, szeregowiec walczący na Kaukazie, niezwykle sugestywnie opisał zdobywanie położonych na zboczach gór ufortyfikowanych ałusów czeczeńskich. W czasie wyprawy księcia Woroncowa w 1847 roku przyszło mu szturmować wieś Gorgebil. By zasłużyć na łaskę przełożonych, zgłosił się na ochotnika do wspinania się po drabinie na szczyt murów obronnych. Nie było to łatwe, ponieważ żołnierzy, którym się to powiodło, Czeczeni zabijali, a ich odcięte głowy rzucali w kierunku nacierających. W końcu znudziło im się miotać same głowy i wyrzucili całe ciało. Zwłoki trafiły akurat w drabinę Grydzewskiego, Polak spadł i doznał, na szczęście, tylko lekkich potłuczeń.
Wacław Jurkowski, żołnierz Samodzielnego Korpusu Kaukaskiego, tak opisywał bitwę z Czerkiesami, która przyniosła mu podoficerskie szlify: "Widzieli zgubę górale, każdy rzucił się wściekle, jak tygrys, sam ginął z rozpaczy, ale nie ginął nadaremnie, jeżeli nie więcej niż jednego przed sobą położył. Ścięły się zajadle obie strony: Czerkiesi wdarli się w szeregi, żołnierze mężnie nacierali, członki z tułowia leciały, trupy z konia waliły, konie pod jeźdźcami padały". Jurkowski spisywał się na Kaukazie tak dzielnie, że mimo iż z mocy wyroku pozbawiono go szlachectwa i przynależnych temu stanowi praw, awansował na oficera i przywrócono mu szlachectwo.
Polacy służący w Orenburgu na skraju stepów kazachskich również mieli trudnego przeciwnika. Otto Fiszer, urzędnik skarbowy z Kalisza i "wywrotowiec", odznaczył się w 1853 roku przy zdobywaniu twierdzy Ak-Mechet u granic Kokandu. W krytycznym momencie walk z grupą kilkunastu Polaków rzucił się na umocnienia Turkmenów i przerwał je, co przyczyniło się do zdobycia twierdzy, a Fiszerowi dało stopień oficerski. Nie powiodło się natomiast jego dwóm przyjaciołom - Michałowi Bielikowiczowi i Karolowi Pogorzelskiemu - obaj polegli w walce. Na miejscu ich śmierci towarzysze usypali niewielki kurhanek i zaopatrzyli go w tablicę z napisem: "Najmłodsi, najlepsi, najdzielniejsi". Dowódcą grupy szturmowej był inny Polak, pułkownik Władysław Szkup, oficer z 1831 roku. Generał Wasyl Perowski, dowódca Korpusu Orenburskiego, zawdzięczał jego talentowi taktycznemu otwarcie drogi do podboju emiratów Chiwy i Buchary, czyli podboju przez Rosję Azji Środkowej, o czym niejednokrotnie wspominał publicznie.
Wśród żołnierzy stacjonujących na Syberii panowało przekonanie, że lepiej służyć na Kaukazie, bo tam łatwiej o awans z powodu ciągłych wojen z imamem Szamilem, dowodzącym Czeczenami i mieszkańcami Dagestanu, i z Czerkiesami. Książę Roman Sanguszko, adiutant generała Jana Skrzyneckiego służący jako szeregowiec w Tobolsku, napisał więc prośbę o przeniesienie w rejon walk. Za odwagę okazaną w bojach z góralami odznaczono go Orderem św. Stanisława oraz awansowano na porucznika, mógł też wkrótce otrzymać dymisję z wojska. Książę miał szczęście - przeżył. Awans na podoficera, a jeszcze lepiej - oficera, podnosił szanse przynajmniej o kilkanaście procent i tu tkwi tajemnica determinacji i odwagi Polaków służących w carskiej armii.
Droga
Gehenna rekrutów zaczynała się już od pierwszych dni służby w armijnych szeregach. Doświadczył tego i opisał Walerian Staniszewski, młody uczeń Szkoły Farmaceutycznej w Warszawie, zesłany "w sołdaty" za czytanie i pożyczanie utworów Mickiewicza. W żołnierskim szynelu odesłali go na piętnaście lat do Orenburga. Szynel stał się zresztą już od samego początku utrapieniem Staniszewskiego, musiał w nim bowiem maszerować pod skwarnym czerwcowym słońcem z Warszawy aż do Białej Podlaskiej. A był to dopiero pierwszy etap. Czekało go jeszcze trzy tysiące kilometrów i prawie rok marszu.
Przeciętnie w ciągu dnia pokonywano około 25 kilometrów, po dwóch dniach obowiązywał jednodniowy odpoczynek, a po przejściu 180 kilometrów oddział odpoczywał przez sześć dni. W teorii nie wyglądało to najgorzej, ale wszystko zależało od dowodzącego oficera. Staniszewski i jego towarzysze niedoli mieli pecha. W Brześciu Litewskim dowódca grupy kazał ich zakuć w kajdany i połączyć łańcuchem. W ten sposób przebyli znaczną część Rosji europejskiej. Później okazało się, że można się od tego wykupić, dając konwojentom pięć rubli łapówki. Wtedy mieli jeszcze pieniądze, stracili je później, gdy wziął je w "depozyt" pewien oficer, zresztą Polak. Ruble przepadły na zawsze.
Długość drogi i uciążliwość klimatu dawały się mocno we znaki. Kolega Staniszewskiego przywiązany do tego samego łańcucha zachorował na gruźlicę. Gdy zaczynał pluć krwią, szeptał: "Chwała Bogu, bliżej końca". Chory został gdzieś po drodze w lazarecie na pewną śmierć. Gdy w końcu września rekruci Jego Cesarskiej Mości dochodzili do Moskwy, rozpadały się ulewne deszcze i przyszło im wędrować boso, bo buty tak nasiąknęły wodą, że były za ciężkie. "Odzież i wszystkie rzeczy - pisał Staniszewski - przemokły do nitki tak, że przez cały dzień ich wysuszyć nie mogliśmy. Parę dni takiej podróży zmogłoby nas niezawodnie, szczęściem jednak błysnęła pogoda, przy której zdążyliśmy do Moskwy na dłuższy wypoczynek". Rekruci byli regularnie okradani przez konwojentów ze swoich racji żywnościowych. Przetrwali podróż tylko dzięki staremu ruskiemu zwyczajowi "podajanja". Nieszczęśnikom przechodzącym przez wsie i miasteczka ludzie podawali żywność, a czasami drobne monety, za które ci dziękowali tylko imieniem Bożym.
Marsz na wschód trwał także w zimie, nawet przy czterdziestostopniowym mrozie. Rezultaty nie dawały na siebie długo czekać. Odmrożenia i ogólne wyziębienie organizmu powodowały liczne zgony. W Kazaniu Staniszewski wpadł na nieszczęsny pomysł przeczekania burz śnieżnych w lazarecie. Nabawił się tam tyfusu i tylko cudem ocalał dzięki pomocy kolegi ze szkoły, który umiał odczytać recepty lekarzy pisane po łacinie. Miało to wielkie znaczenie, ponieważ pielęgniarze odpowiedzialni za wydawanie leków nie znali nawet łacińskiego alfabetu i dawali choremu to, co wpadło im w ręce.
Trudno ocenić, ile istnień ludzkich pochłonęły marszruty carskich rekrutów, ale - jak oceniają historycy - przynajmniej kilkanaście procent z nich umarło w drodze. Więcej niż w niejednej bitwie.
Służba
Właściwa służba zaczynała się z chwilą przybycia do garnizonu. Nowo przybyli przechodzili na początek szkolenie rekruckie, które określano mianem "akademii kija i pięści". Przez sześć miesięcy życie rekruta było w rękach "diad'ki" (wujaszka), starszego żołnierza, który miał za zadanie nauczyć nowicjusza regulaminów i musztry. Za błędy rekrut brał po twarzy, i to z niezwykłą regularnością, a to dlatego, że jeśli "diad'ka" nie wyuczył dobrze swojego podopiecznego, to otrzymywał razy od gefrajtra. W takim wypadku rekrut dostawał jeszcze cięższe manto - tym razem kijem. Poniżające traktowanie prowadziło niekiedy do desperackich aktów oporu. W Korpusie Orenburskim szerokim echem odbiła się sprawa szeregowca Józefa Lewandowskiego, byłego podoficera 1. pułku piechoty z powstania listopadowego. Podczas musztry został on zelżony i obrażony przez dowódcę batalionu. W reakcji zerwał mu epolety. Za podniesienie ręki na oficera dowódca korpusu generał Perowski, uważany zresztą za sprzyjającego Polakom, skazał Lewandowskiego na trzy tysiące kijów, których ten nie przeżył.
Inaczej potoczyły się losy innego Polaka służącego w Orsku - Konstantego Dobkiewicza. Za uderzenie oficera sąd wojenny w Orenburgu skazał go na sześć tysięcy kijów. Przyjaciele wyjednali u Perowskiego zamianę wyroku na tysiąc uderzeń, co dawało szansę przeżycia. W przeddzień wykonania kary Sierakowski, przyjaciel Dobkiewicza, sprowadził do koszar kilka wiader wódki i częstował nią tych, którzy mieli wziąć udział w pałowniu, prosząc, by uderzali lekko. W trakcie egzekucji krążył wokół szeregów, przypominając o zawartym układzie. Oficer komenderujący placem też wziął pewnie parę rubli i nie przykładał się do swoich katowskich obowiązków. Dobkiewicz ocalał.
Największym utrapieniem żołnierzy nie był jednak sadyzm zwierzchników, lecz warunki, w jakich przyszło im żyć. Staniszewski, skierowany w pułku do smarowania osi kół wozów artyleryjskich, zamieszkał w ziemiance, którą tak opisał: "Jest to jama wykopana w ziemi, boki jej wyłożone są deskami lub okrąglakami, ale też wylepione gliną. Na powierzchnię wygląda tylko dach, a właściwie komin. Przy ścianach urządzone były prycze, na których sypiali żołnierze. Ale też dzień i noc musieliśmy leżeć lub siedzieć w swoim państwie, bo na przechadzkę po izbie nawet dwóch kroków nie było miejsca". Przeżycie w takich warunkach kilkunastu lat służby graniczyło z cudem. Inaczej wyglądał los podoficerów, którzy po służbie mogli mieszkać na kwaterach, a żołd umożliwiał kupowanie normalnego pożywienia. Awans zwiększał wielokrotnie szanse na przeżycie, zatem było się o co bić.
Wierność
Ośrodek polityczny polskiej emigracji skupiony wokół ks. Adama Czartoryskiego szybko zwrócił uwagę na wojnę kaukaską i chciał ją wykorzystać dla polskiej sprawy. Plany powstałe w Hotelu Lambert przewidywały utworzenie z dezerterów osiemnastotysięcznej armii polskiej walczącej po stronie górali. Pomóc mieli Brytyjczycy i Persowie. Plan, trzeba przyznać, niezwykle ambitny, ale, niestety, oparty na zupełnie nierealnych założeniach. Utworzenie, wyekwipowanie i ćwiczenie tak dużych sił zbrojnych w trudnym, górskim terenie przy stanie ówczesnej techniki było zwyczajnie niemożliwe. Poza tym kandydaci do armii Czartoryskiego musieliby przede wszystkim zbiec od Rosjan i przedrzeć się, pewnie bez map i ekwipunku, przez górskie pasma osiągające wysokość czterech tysięcy metrów.
Tak więc Polacy nie przechodzili tak chętnie na stronę ludów wojujących z carem, jak przedstawiała to prasa emigracyjna. Trzeba też pamiętać, że wojna na Kaukazie była również konfliktem religijnym. Żołnierzy, którzy uciekali do Czeczenów lub Czerkiesów, ci postrzegali jako znienawidzonych chrześcijan, dobrowolnie oddających się w niewolę. Lokalni przywódcy klanów najzwyczajniej sprzedawali ich na rynkach w Bucharze i Persji. Często też górale zabijali ich zanim ci zdołali się poddać. Mateusz Grydzewski w swoich wspomnieniach opisuje próbę ucieczki do górali jakiegoś szeregowca, weterana powstania listopadowego. Weteran zginął już na samym początku od kuli ukrytego za skałą Czeczena.
Na listach jeńców wymienianych przez wojujące strony pełno jest polskich nazwisk, co oznacza, że nasi rodacy woleli wrócić do zaborców, niż zostać w niewoli u górali jawnie pogardzających wyznawcami innych religii. Przekonał się o tym na własnej skórze Karol Kalinowski, żołnierz, który poddał się Czeczenom i po dwuletniej niewoli, sporo ryzykując, z powrotem przedostał się do swojego pułku. Chodząc na następne wyprawy nie czuł już żadnych wyrzutów sumienia, że podbija wolny naród.
Mimo niepowodzeń l Lambert kontynuował akcję mające skłonić Polaków do dezercji z carskiej armii, wciąż licząc na zawiązanie sojuszu kaukasko-polskiego. Emisariusz Ludwik Zwierkowski prowadził agitację wśród Czerkiesów, by przyjmowali Polaków. Nie przyniosło to żadnych rezultatów, a sam wysłannik ledwo uszedł z życiem. Podkreślana w wydawnictwach i prasie emigracyjnej obecność Polaków przy Szamilu i w szeregach kaukaskich powstańców nie znajduje potwierdzenia w źródłach.
W okresie międzypowstaniowym na Kaukazie służyło 80 tysięcy Polaków, większość z nich stanowili chłopi i mieszczanie z poboru. Niewiele wiadomo o ich służbie dla cara. Nie umieli pisać, toteż nie zostawili żadnych wspomnień. Tracimy ich z oczu już w chwili, gdy byli prowadzeni przez wójta do punktu werbunkowego. Rzadko awansowali, gnili więc za życia w ziemiankach, dziesiątkowani przez brud i choroby.
Na Kaukazie zmarło lub zginęło 60 000 Polaków, 75 procent naszych żołnierzy w carskiej służbie.
Nowe Państwo, Andrzej Janecki