WSPOMNIENIA Z OBOZU SWT. KRZYSKIEGO1863 ROKU
[Zawadzki Władysław, Dziennik Polski 1888, nr 101-103]I.
Po bitwach pod Suchedniowem i Wąchockiem, powstańcy d. 2. lutego poczęli się gromadzić w miasteczku Stara-Słupia, pod górą śwt. krzyską.
Główną kwaterę założono w domu zacnych pp. Urbańskich, którzy z patrjotyzmu znani byli w całej okolicy. Po dwudniowym pobycie w Starej Słupi, sformowany oddział wysłuchawszy mszy św. w miejscowym kościele, wyruszył w góry Sw. krzyskie i pod lasem rozbił obóz. Obawiano się bowiem, aby dłuższy pobyt powstańców w miasteczku me naraził jego mieszkańców na rzeź i pożogę moskiewską, jak to się stało w Suchedniowie i w Wąchocku.
Rozesłani komisarze dla zaprowadzenia rządów narodowych po sąsiednich miastach, jako też ajonci dla propagandy powstańczej, przyczyniali się nietylko do powiększania oddziału, ale i do zaopatrzenia go w potrzebną żywność. Obóz zatem każdodziennie się zwiększał, w tydzień było nas już 800, a powstańcy tem pospieszniej uczyli się musztry, i stosownie do rozkazów odbywali warty i rekonesanse.
Na szczycie Swt. krzyskiej góry, znajduje się duży, stary, murowany klasztor, dawniej oo. Benedyktynów, a później zakład rządowy dla karanych księży dyecezji sandomierskiej. W klasztorze tym na polecenie dowódcy oddziału,
Marjana Langiewicza, urządzono warsztaty naprawiania broni palnej i siecznej, robienia ładunków i rynsztunków, reparacji odzieży i obuwia. Nadto założono drukarnię i zaczęto budowę armat drewnianych. Prócz tego znajdowali tam pomieszczenie chorzy powstańcy i mieli kwaterę Józef Janowski i ksiądz Karol Mikoszewski, którzy jako członkowie rządu narodowego przybyli do obozu z Warszawy. Stale zaś w klasztorze mieszkali miejscowy ks. gwardjan, administrator rządowy p. Bogusławski z familją i sekretarz Gudziński także z rodziną, ten jednak jednocześnie był podporucznikiem strzelców w oddziale.
Z klasztoru prócz drogi do Starej Słupi, przy której był rozłożony obóz, była jeszcze droga W przeciwnym kierunku, prowadząca do miasta swoich z propozycją powiatowego Kielce. Droga ta była wązką, nierówną i gliniastą, zdawało się przeto, iż dla armji regularnej nie jest do marszu możebną. Z tej też przyczyny, nie obawiając się nadejścia Moskali tą drogą, nie stawiano tam pikiet i nie posyłano w tę stronę rekonesansów. Całą więc baczność oddziału skierowano na płaszczyznę i drogę między Starą Słupią a obozem.
Niewątpliwie, że gdybyśmy chociaż broni myśliwskiej posiadali więcej, aniżeli jej było, to oddział nasz jeszcze prędzej i do poważniejszej byłby doszedł liczby. Pomimo, że tak zwana partja „białych“ starając się powstaniu szkodzić nie tylko utrudniała sprowadzenie dla nas broni, ale nawet przysłała do Langiewicza dwóch reprezentantów rozwiązania oddziału, za co 100.000 zł, ofiarować mu chciano. Ów smutny fakt łagodzę wspomnieniem, że niemal w tymże dniu ksiądz biskup Józef Juszyński przysłał nam błogosławieństwo pasterskie, udzielone podczas uroczystości dnia 2. lutego 1863 r. w katedrze sandomierskiej, oraz medaliki i skaplerze przez niego poświęcone.
Dla wysłuchania tego błogosławieństwa cały oddział uszykował się pod bronią w czworobok. W środku zajął miejsce: Langiewicz, adjutant Reutt, komisarz Tomczyński, kanonik Kotkowski, kapelan oddziału ks. Tuszewski i delegat biskupa ks. Parka, który też błogosławieństwo odczytał, a medaliki i skaplerze wręczył dowódcom bataljonów dla rozdania w obozie.
Gdy klasztor, a względnie jego ubikacje na obóz zajęto, znajdujących się w nim księży obdarzono wolnością z zastrzeżeniem wszakże, iż od tej pory każdy z nich starać się będzie aby był pożytecznym obywatelem społeczeństwa i dobrym synem wyzwalającej się ojczyzny. Wszyscy też księża przyrzeczenie to złożyli i każdy udał się w swe dawne strony. Jeden tylko cierpiący umysłowo nie chciał opuścić swej celi i pozostał jako dobrowolny mieszkaniec klasztoru.
W samym obozie prócz zaimprowizowanych szałasów z gałęzi dla żołnierzy, był takiż szałas i dla aresztowanych, w którym 12 czy 13 trzymano pod strażą. W liczbie tej byli: kapitan oddziału Moro, który przed tem będąc oficerem moskiewskim jako dezerter do Wąchocka przybył, a w bitwie pod Suchedniowem dowodząc kosynierami w chwili najważniejszej samowolnie zakomenderował odwrót kosynierów, przez co bitwa zdecydowaną nie została. A tem bardziej, iż zaraz po tem tak się gdzieś ulotnił, że dopiero w dni kilka nasza kawalerja spotkawszy go jadącego furmanką, jako silnie podejrzanego do obozu przywiodła. Dalej pod strażą był trzymany jeden świeżo uwolniony z zakładu księży, który włócząc się po karczmach bił się z włościanami i moskalami groził; żona oficera moskiewskiego z Opatowa złapana na szpiegowaniu oddziału, do czego się przyznawszy oświadczyła, że gdy wolną będzie to również na zgubę Polski nie przestanie działać; kolonista Niemiec, karczmarz z Krzyżanowic, który jako powstaniec z Wąchocką uciekłszy, po powrocie do wsi uzbrajał i namawiał chłopów do wyrznięcia nas i do rzezi po dworach. Reszta aresztowanych obwiniona była już o mniejsze polityczne przestępstwa, lecz, że każdy z nich miał być powstaniu szkodliwym, przeto i winy ich były badane i sprawdzane przez obozową wojenno-sądową komisję.
Do składu tej komisji należeli: dawny urzędnik sądowy, administracyjny, kapelan oddziału, kilku oficerów różnych stopni, przewodniczącym zaś jej był Langiewicz. Śledztwa były prowadzone z możebnie należną ścisłością, a wydawane wyroki opierały się na sprawdzonych faktach i zeznaniach.
Ów kolonista, chociaż był pojmanym na czele sformowanej przez siebie i uzbrojonej bandy, a którą major Ulatowski swoją kawalerją i strzelcą mi rozbijać musiał i pomimo że sami chłopi przeciw niemu świadczyli, przyznać się do winy nie chciał, sądząc że się tem uwolni, lub też licząc na Moskali, chciał bodai zyskać na czasie. Że zaś wszystkie dotyczące zeznania dowodziły, iż rzeczywiście był winnym, przeto jednogłośnie na karę śmierci przez rozstrzelanie zasądzony został. Na wykonanie tego wyroku wyznaczono dzień 10. lutego 1863 r.
Tegoż dnia rano, stosownie do rozkazu, cały oddział w porządku wojskowym na placu egzekucji stanął jedną połową po stronie lewej a drugą na wprost skazanego, kawalerja zaś zajęła stronę Tylko strona połnocna była wolną, ale tu wykopany był grób dla skazanego zbrodniarza.
Bataljon majora Czachowskiego zajął stronę placu na wprost tego grobu. Do wykonania egzekucji wyznaczono pluton, w którym ja służyłem. Że zaś major nie wiedział, któremu z nas pod względem celności strzałów zaufaćby można, wy bór też dziesięciu strzelców nam samym zostawił. Zarządzenie to nie okazało się praktycznem, bo chociaż każdy był ochotnikiem powstania. przecież na ochotnika egzekucji nie tak nam łatwo zdecydować się było. Tem samem nikt nie odważył się pierwszy przed front z szeregu wystąpić, pomimo nalegań majora. Przez chwilę, przebywszy moralną walkę z niemiłem uczuciem własnem, wystąpiłem z szeregu, a po streszczeniu kolegom winy delikwenta i po przedstawieniu, że każdy z nas, będąc narodowym żołnierzem, nie może w podobnych wypadkach krępować się uczuciami, ale rozkazom swej władzy pusłuszny być winien, a nadto przypomniawszy obozową przysięgę wykonaną w Wąchocku - rozstrzygnąłem chwiejność kolegów. Skutkiem czego niebawem i innych dziewięciu obok mnie stanęło.
Wszyscy dziesięciu byliśmy dawni myśliwi, a więc jako strzelcy zawodowi umówiliśmy się o miejsca do jakiego każdy z nas ma mierzyć, żeby śmierć skazanego była pewną i szybką. Wprowadzonego kolonistę postawiono nad grobem, zwróconego piersiami ku nam. Komisja wojskowo-sądowa zajęła miejsce przed kawalerją. Porucznik Lionard wystąpiwszy naprzód, głosem donośnym i dźwięcznym odczytał streszczenie całej sprawy i wydany wyrok, poczem ks. kapelan oddziału ubrany w komżę i stułę podszedł do skazanego wysłuchał go spowiedzi, a przedstawiwszy, iż wkrótce na sądzie Bożym ma stanąć, do przyznania się do winy pobudzał. Zawzięty Niemiec wszystkie te przedstawienia kapłańskie i widok swego grobu, bez wrażenia przyjmował. Mimo tego szlachetny ksiądz-Polak o darowanie mu życia prosił, ale Langiewicz odmówił tej prośbie.
Podczas zawiązywania białą chustką oczów klęczącego kolonisty, który jeszcze przed wprowadzeniem miał związane ręce w łokciach, oznajmiono nam, że za trzecim powiewem chustki przez por. Lionarda, wszyscy dziesięciu mamy jednocześnie strzelić. Za chwilę rozległ się odgłos dziewięciu wystrzałów i trup kolonisty w głębi swego rowu runął. Ja, chociaż innych zachęcałem do przyjęcia udziału w tej egzekucji, sam jednak nie strzeliłem. Z rozdrażnienia zapomniałem nawet odwieść kurków sztućca.
II.
Tegoż dnia, na usilne przedstawienia wyż pomienionych członków rządu narodowego, ażeby większą baczność i ostrożność także od strony Kielc zarządzić, Langiewicz wysłał do klasztoru pół plutonu czyli 36 strzelców i tyleż kosynierjów, ale zarazem oznajmił, że załoga wysłaną została więcej dla pilnowania, ażeby nikt z obozu bez specjalnego pozwolenia w klasztorze nie bawił, aniżeli dla strzeżenia drogi przed przyjściem Moskali. Do załogi tej i ja należałem, a dowodził nią podporucznik Gudziński, były sekretarz administracji zakładu. Dwa te półplutony urządziły sobie odwach w refektarzu klasztornym, na brzegu zaś lasu i drogi, wiodącej ku Kielcom, postawiły pikietę. Późnym wieczorem przybył do klasztoru na noc jeden z obozowych ajentów i zakwaterował się u pp. Gudzińskich, gdzie i ja zaszedłem dla posłuchania wiadomości z poza obrębu obozu. Opowiadania te przeciągnęły się dobrze po północy, więc i na nocleg zostałem u państwa Gudzińskich. W nocy nagle budzi mnie gospodarz, mówiąc, że przyszedł chłop z wiadomością, iż moskale maszerują na klasztor i że są już blisko. Wiadomość ta wydała mi się z razu się prawdziwą, zerwawszy się jednak z posłania, podążyłem na odwach, a po krótkiem i pospiesznem porozumieniu się z kolegami, pobiegłem do pikiety. Zaledwie zbliżyłem się do niej, a strzelec nasz dał ognia do awangardy kozackiej. Kozacy, nie spodziewając się w tem miejscu powstańców, po odpowiedzeniu strzałami, szybko cofnęli się ku swoim, a my we dwóch do klasztoru wrócili.
W obec grożącego niebezpieczeństwa por. Gudziński zajął się ukryciem swej rodziny. Ja zaś w chwilowem jego zastępstwie kazałem bezzwłocznie główne drzwi wchodowe zamknąć, a postawiwszy przy nich kosynjerów, poleciłem, nikogo ani wpuszczać, ani nie wypuszczać. Wyjątek tylko zrobiłem dla Uzłowskiego, który zażądał pozwolenie wyjścia celem zawiadomienia Langiewicza o nadejściu Moskali. Było to około godziny 6. rano, dnia 11. lutego 1863 r.
Langiewicz umieściwszy obóz w lasach św. Krzyskich, był zdania, że skoro Moskale nie wkroczyli do miasta Wąchocka, gdzie przez dni dziesięć organizowaliśmy się swobodnie, to tem trudniej się odważą na wejście do lasu, w którym góry i drogi dla wojsk regularnych nie łatwe były do przebycia i gdzie zasadzek niemal wszędzie spodziewać się było można. Nadto miał Langiewicz na uwadze, że wiadomości o siłach jego oddziału, jakie mieli Moskali, były ogromnie przesadzone, że więc zanim zechcą na nas uderzyć, długo będą się nad teru namyślać, oddział zaś nasz tymczasem spotężnieje, broń oczekiwana nadejdzie, armaty drewniane wykończone zostaną; a nadto, że przez ten czas i w miejscowościach innych oddziały powstańcze się sformują; poczem nie Moskale nas, ale my ich atakować będziemy, dążąc ku Warszawie.
Stało się jednak inaczej. Moskale wprawdzie na razie nie przeszkadzali formowaniu się oddziału w lasach Świętokrzyskich, lecz o sile naszej i uzbrojeniu wiedzieli zupełnie dokładnie. Nie tajnem dla nich było, że cały obóz nasz znajdował się na brzegu lasu od Starej Słupi: że w tę jedną tylko stronę cała jego uwaga skierowaną była; a także iż nie mieliśmy odpowiedniej broni, jak również, że klasztor wraz z drogą ku Kielcom, nie były strzeżone.
Jenerał Czengery, dowodzący w tych okolicach moskiewskiemi wojskami, mając powyższe dane, zgromadził pod swe rozkazy 5.000 wojska, składającego się z artylerji, konniey, piechoty i kozaków. Całą tę armję podzielił na dwie części, mające działać z dwóch stron przeciwnych. Jedna część w sile 3.000 żołnierzy, w nocy z 10. na 11. Iutego zajęła Starą Słupię, otoczyła to miasteczko gęstym łańcuchem piechoty i kozaków, po za który przejście nikomu możebnem nie było; zaś artylerję i konnicę - po za domami i stodołami a piechotę po za krzakami zakrywszy, niemal wprost naszego obozu, oczekiwał na umówiony armatni wystrzał na górze, który miał im służyć za sygnał do rozpoczęcia bitwy.
Wszystko to się działo prawie pod naszym obozem, bo na przestrzeni jednego kilometra, a niestety w obozie nic o tem nie wiedziano.
Druga część moskali, składająca się z piechoty i kozaków, a w sile 2.000 ludzi mająca jedną armatę, tejże samej nocy, w przekonaniu, że żadnej w tem przeszkody nie dozna, bo o naszej załodze Moskali jeszcze nie wiedzieli, maszerowała drogą od Kielc do zajęcia klasztoru.
Według ułożonego planu, mieli oni po zajęciu klasztoru i daniu wystrzału armatniego podążyć ku oddziałowi naszemu, aby go zepchnąć na płaszczyznę w zasadzkę 3.000 Moskali oczekujących nas na dole.
Szczegółów tego planu i opisanej wyprawy moskiewskiej udzielił mi w parę miesięcy po tem Władysław Prusinowski, który w bitwie Śwt. krzyskiej, jako junkier wojsk moskiewskich znajdował się w szeregach idących na klasztor, lecz w czasie bitwy pod Goszczą, przeszedł do szeregów naszych, a następnie będąc oficerem w oddziale Czachowskiego gdy w bitwie pod Jeziorkami (dnia 4. maja 1863) został ranny, leczył się wraz ze mną w Brostowej pod Chmielowem, a później i w Chanowicach pod Rozwadowem (nad Sanem).
Według opowiadań tegoż Prusinowskiego, gdyby po strzale pikiety naszej, chociaż jeden bataljon był zaraz uderzył na Moskali do klasztoru idących, to pomimo, że było ich 2000, mógłby ich rozbić zupełnie. Moskalom. bowiem zdawało się w owej chwili, iż sami w niebezpieczną zasadzkę wpadli, a zresztą i niezbyt wygodnie bronić się mogli, gdyż w skutek zmęczenia koni, pewna część żołnierzy ciągnęła i pchała armatę pod górę po gliniasto-błotnej i oślizłej drodze, a druga część obładowaną była karabinami, tornistrami i ładownicami pierwszych, inni zaś również bez najmniejszego ładu i porządku się wlekli. Wszyscy zaś całonocnym bez wypoczynku i posiłku marszem pomęczeni, do skutecznej obrony nie mieli, a niespodziewane strzały pikiety zdemoralizowały ich do reszty, pozbawiając nadziei wypoczynku i posilenia się w klasztorze.
Szczegóły zaś dotyczące Moskali pod Starą Słupią, opowiadano mi w temże miasteczku dnia następnego po bitwie, w domu pp. Urbańskich, u których kilka dni jako ranny leżałem i gdzie w czasie owej wyprawy miał kwaterę jenerał Czengiery wraz z sztab em.
Wziąwszy pod rozwagę, bardzo wczesną, jak na porę zimową, godzinę niespodziewanego napadu, nie trudno uwierzyć, że nasz oddział nie mógł by się uporządkować należycie, bo i z przyczyny zwykłego w podobnym : wypadku popłochu, nawet potrzebna komenda byłaby utrudnioną, szczególnie, iż plutony były rozrzucone po lesie, broń palna po większej części z zmokła, a wreszcie, Langiewicz, którego szałas był przy samej drodze, mógł być wcześniej od innych na padnięty i zabity lub do niewoli wzięty. A że na razie i nikt by go zastąpić nie zdołał, przeto cały nasz oddział mógł by być zniesiony doszczętu a cios dla powstania byłby tem dotkliwszy, że po klęzce takiej, jeżeli nie kraj cały to przynajmniej te okolice byłyby osłabły na duchu i siłach.
Przyznać więc trzeba, że pian ten był dla obozu St. Krzyskiego zabójczym, że się zaś nie udał, to zasługę te go jedynie przypisać można załodze klasztornej, która powodując się nie nauką strategji lecz miłością ojczyzny mimowiednie sparaliżowała go zupełnie.
III.
Po powrocie moim z pikietą do klasztoru, dobry kwadrans upłynął zanim piechota moskiewska kolumną wysunęła się z lasu i naprzeciw okien naszego odwachu stanęła. Dzieląca nas przestrzeń wynosiła 60 kroków. W tejże chwili strzelcy z dubeltówek po dwakroć dali do nich ognia, co zapewnie bezskutecznem nie było, bo Moskale zaraz po tent rozsypali się w tyraljerkę.
Ja, podczas tych strzałów będąc w odwachu, byłem świadkiem, jak kula moskiewska rozbiła w kawałki refektarzowy zegar, wiszący po za głowami naszych strzelców. Gdyby Moskale wiedzieli, że nas w klasztorze tylko garstka była, to i przez drzwi na rozwież otwarte: a które z odwachu na plac bitwy wiodły, mogli się byli wprost do nas dostać. O zamknięciu tych drzwi zapomnieli wszyscy, gdy więc to spostrzegłem mimowolnie na ganeczek zewnątrz klasztoru wyszedłem, aby drzwi pierwsze od muru odczepić, a następnie i drzwi od wewnątrz na dwie zasuwy zamknąć. Moskale to widząc, nie skąpili kul do mnie, ale tylko drzwi w kilku miejscach przedziurawione zostały.
W odwachu były trzy okna, a więc nasi w tyleż ustawiwszy się kupek, strzelali na przemian. Dość ciasno im było, przeto zabrawszy dwóch z karabinami, udałem się z nimi do miejscowej kuchni mającej dwa okna i ztąd znowu strzelaninę rozpocząłem. Za nami przyszło do tej kuchni jeszcze paru naszych, którzy żadnej broni nie mieli.
Strzały padały bez przerwy, dwaj bowiem koledzy nabijali, a ja po kolei ze wszystkich trzech karabinów strzelałem. Jakkolwiek pruszący śnieg i cień lasu utrudniały mi celowanie, jednak mającemu wzrok dobry i wprawę myśliwską, zdaje się, dość pomyślnie mi się wiodło, skoro Moskale chroniąc się przed mojemi kulami zwinęli w tem miejscu front, a natomiast jeden za drugim „gęsiego" za drzewami stanęli. Ta ich ostrożność i moją taktykę zmieniła, bo odtąd strzelałem tylko, gdy się który z po za drzewa wychylił, lub też do krzaku z po za którego błysk, albo dym ich strzału spostrzegłem.
Po długiem w ten sposób wzajemnem strzelaniu, część Moskali znowu rozwinęła się frontem i skrzydłem lewem zaczęła się rozsuwać w łańcuch dla otoczenia klasztoru. Żeby to otaczanie utrudnić pobiegłem do celi zaraz po za kuchnią będącej, zkąd po kilku strzałach do celi następnej i tak aż do celi ostatniej zabiegając - strzelałem. Skoro Moskale już wszystkie okna minęli, bezzwłocznie do drzwi głównych się udałem, żeby wraz z kosynierami wejścia do klasztoru bronić. Byłem bowiem pewny, że już wkrótce dobywać się do nich zaczną, a tem samem, że dla nas wszystkich będących w klasztorze ostatnia chwila życia nadeszła.
Przebiegając obok odwachu, słyszałem jak nasi strzelali bez przerwy, lecz zdaje się, że o działaniach moich żaden z nich nie wiedział, bo nie mieli czasu ich widzieć.
Przy drzwiach zastałem kosynjerów w porządku. O spodziewanem dobijaniu się Moskali nie mówiąc, zapytałem tylko czy czasem kto nie puka.
Po nadsłuchiwaniu doszedł nas odgłos strzałów i ze strony lewej czyli z cmentarza. Że zaś Moskale z prawej strony strzelali, więc zaczęliśmy odgadywać, że to chyba nasi z pomocą nam przybywają. Dla przekonania się o tem, kazałem drzwi otworzyć i rzeczywiście tak było. Z nciechy serdecznej pobiegłem powitać kolegów, bez uwagi nawet, że trzeba było pod strzałami stron obydwóch tę przestrzeń przebyć.
Przedewszystkiem zażądali koledzy przyniesienia im z klasztoru ładunków, a gdy je przyniosłem, znowu o kapiszony prosili. Przy ponownen moim na cmentarz powrocie, zabrałem z sobą kolegę Lemego, inni zaś na swych stanowiskach zostali w klasztorze.
Po rozdaniu każdemu pojedynczo dostarczonej amunicji, opowiedziano mi, że strzały podklasztorne pierwszy Langiewicz usłyszawszy w obozie, bezzwłocznie majorowi Czachowskiemu polecił, ażeby ze strzelcami bataljonu swojego co prędzej na górę podążył; następnie, że ci strzelcy prawie lecąc, zaledwie uprzedzili moskali w zajęciu bramy głównej, czyli jedynego z tej strony wejścia na cmentarz okalający klasztor. Lecz, żeby ich wyprzedzić, strzelali w tym biegu i swe wierzchnie ubrania zrzucali. A po zajęciu tej bramy swymi gęstymi strzałami zmusili moskali do cofnięcia się na pierwotną linję bitwy, czyli na drugą stronę klasztoru.
Mówiono mi także, iż na odgłos pierwszych strzałów naszych, kozacy będący pod Starą Słupią, wpadli do obozu ze zwykłym sobie krzykiem, dla wywołania popłochu pojedyńczo strzelając. Trafiwszy wszakże na obozowy areszt, wymordowali wszystkich więźniów o jakich wyżej wspomniałem, prócz żony oficera, którą jako moskiewkę, zabrali wraz z sobą. Nasz zaś kapitan Moro, chociaż do kozaków przemawiał: „ja wasz“, nie obronił się tem od śmierci, czerwona koszula i ubranie jaskrawo-powstańcze, zgubiły go.
Powstańcy zwykle sypiali w ubraniu, trzymając broń w rękach, na hałas więc kozaków, odpowiedzieli strzałami, zabijając z nich kilku.
Z pomiędzy strzelających w tym czasie, odznaczył się pewien szeregowiec plutonu naszego zabiciem trzech kozaków, którzy napadami swoimi przeszkadzali mu na odchodnem zapalić fajkę, & na co sam Langiewicz patrząc, nominował go podporucznikiem. Strzelec ten jednak, zdjąwszy szlachecko-liberyjny kaszkiet, w jakim do obozu przyszedł i kłaniając się nisko, prosił Langiewicza w słowach: „niech mi tez wielmożny pan naczelnik tej krzywdy nie cynią, bo ja cytać i pisać nie umiem, więc wolę być prostym“. Langiewicz rozśmiał się z tej naiwnej szczerości dzielnego i odważnego żołnierza, a poklepawszy po ramieniu, od oficerstwa go zwolnił.
Pomimo przeszkód kozackich, oddział nasz w należytym porządku pod dowództwem Langiewicza, pomaszerował na górę. W czasie tego jednokilometrowego marszu, moskale ze swych kartaczownic do naszych strzelając, zabili tylko mego przyjaciela i kolegę Aleksandra Dobrycza, który z Zawichosta wraz ze mną do powstania podążył. A ponieważ jenerał Czengiery nie powątpiewał, iż stosownie do jego planu i rozkazów, będący na górze Moskale, wyprą nasz oddział ku Starej Słupi, przeto oczekując tego, nie ruszał swego wojska z zajmowanych pozycyj.
Po nadejściu całego oddziału na górę, Langiewicz objął obronę głównej bramy cmentarnej, a Czachowskiemu polecił bronić wnijścia drugiego, a raczej bić się z Moskalami zaangażowanymi przez nas.
Przybyły na górę oddział, zajął cały cmentarz klasztorny, ale główną linją bitwy były okna klasztoru, oraz ta strona cmentarza, którą Czachowski zajmował. Ze strzelców na cmentarzu tylko dwa pierwsze szeregi czynne być mogły, następne zaś służyły tylko do zmiany. Ja stałem w trzecim szeregu, nie było mi więc wolno strzelać, koledzy bowiem przedemną stojący, tworzyli bardzo ściśnięty szereg.
Gdy jednak podczas tego spostrzegłem Moskala, przesuwającego się od jednego drzewa ku drugiemu, bez namysłu wsunąłem karabin między głowy kolegów, stojących przedemną i do niego strzeliłem. Czy Moskal się przewrócił, nie wiem, ale strzał ten wzniecił między pierwszemi szeregami obawę, Czachowski zaś poradził mi, bym się udał do swego plutonu. Rada ta skutkowała o tyle, że, aby być zupełnie niezależnym i swobodnym w strzelaniu, a także i bliżej być Moskali, skierowałem swe kroki na dziedziniec. Czachowski, widząc niebezpieczeństwo, na jakie się narażam, zawołał głośno: „Nie idź tam, bo pamiętaj, że nie wrócisz“; lecz ja, odpowiedziawszy: „Kto ma wisieć nie utonie“, poszedłem naprzód, na razie zatrzymując się na rogu klasztoru, zkąd dość długo strzelałem. Następnie posunąłem się aż ku klasztornej stajni i wozowni, a dostawszy się tam, zaledwie 40 kroków miałem od siebie Moskali. Początkowo zadowolony byłem z tego miejsca, bliskość Moskali dawała mi bowiem możność tem celniejszych strzałów.
Moskale za często jednak do mnie strzelali a konie na uzdzienicach rwały się z przerażenia. Czułem, że stanowisko to jest niebezpieczne, na wypadek bowiem otrzymania rany nietylko, iż nikt z kolegów nie przyszedłby mi w pomoc, ale i konie mogły mnie stratować. Znowu więc na dawne miejsce pod mur klasztorny wróciłem, a mając jeszcze w zapasie dość ładunków, nie oszczędzałem ich wcale. Skutkiem ciągłego strzelania karabin mój po kilkakroć chłodzić musiałem śniegiem. Í w chwili właśnie, gdy pewnego razu z pod muru dla wzięcia śniegu wysunąłem się, upadłem. Zrazu zdawało mi się, że się tylko pośliznąłem, niebawem atoli przekonałem się, i straciłem władzę w prawej nodze, że zostałem ranny. Leżąc wznak, kiwałem ręką, ażeby zwrócić na siebie uwagę kolegów, daremnie jednak, byli oni zajęci bitwą - lecz skoro Moskale w celu zabrania mnie poczęli się wysuwać pojedynczo z swych szeregów, wówczas Czachowski, spostrzegłszy mnie, kazał dać do Moskali ognia, a sam z kilku strzelcami podbiegłszy, zaniósł mnie do drzwi klasztornych. Oddano mnie w ręce kosynjerów, których rano przy tych drzwiach postawiłem na straży. Tak się zakończył mój czynny udział w 9godzinnej bitwie Śt .- Krzyskiej dnia 11. lutego 1863 roku we wtorek około godziny trzeciej po południu.
Langiewicz, pilnując wejścia z drugiej strony cmentarza, wysyłał strzelców na lewe skrzydło moskiewskie. Strzelcy ci, odwagą i celnością strzałów również zasłużyli się w tej bitwie, a między innymi odznaczyli się: kapitan Pióro, porucznik Turzewski (brat kapelana), Korycki i Koziorkiewicz, oraz szeregowiec Makarski, który następnie został oficerem. Te wyprawy strzelców odnosiły pożądany rezultat, bo nietylko, że sami skutecznie razili Moskali, ale nadto ściskając ich szeregi, tem samem ułatwiali celność strzałów naszych.
Około godziny czwartej, z powodu zapadającego zmroku, a prawdopodobnie i wielkiego zmęczenia żołnierzy, coraz bardziej słabnąć, a trąbki ich coraz częściej sygnalizowały wycofanie żołnierza z bitwy.
Wkrótce zaległa w lesie cisza.
Po sprawdzeniu, iż Moskale wycofali się zupełnie, oddział nasz wszedł do klasztoru, aby po całodziennych trudach chociaż się nieco posilić. Od dnia poprzedniego bowiem żaden z nas nic nie jadł. Oddział nasz umieściwszy się w klasztorze, poprzestać musiał na posileniu się mięsem z jednej krowy, jaką od miejscowego organisty za 15 rubli kupiono, innej bowiem żywności nie było. Że zaś przypuszczano, iż Moskale może dnia następnego zechcą klasztor zdobywać szturmem lub też w oblężeniu go trzymać, przeto brak żywności & w części i amunicji zniewalał naszych do opuszczenia go tejże samej nocy, chociażby nawet i przebijać się przez Moskali wypadło.
W bitwie świętokrzyskiej ze strony naszej poległ tylko Aleksander Dobrycz (nie licząc zabitych w areszcie), mnie - kula pękająca zgruchotała kość prawego uda, porucznik Tuszewski został lekko ranny w rękę poniżej ramienia, a porucznika Koziorkiewiczowi przestrzelono czapkę nad czołem.
Wedle opowiadań zaś wyż wspomnianego Prusinowskiego, oraz doktora i innych mieszkańców Starej Słupi a także okolicznych włościan, ze strony moskiewskiej poległych było 109, a ciężko rannych również spora liczba.
Ówcześnie wychodzący w Krakowie Czas z braku obszerniejszych wiadomości tylko w kilku wierszach wspomniał, że dnia 11. lutego była w górach Śtokrzyskich bitwa, w której poległ Dobrycz. Moskale zaś żadnej nigdzie nie uczynili o tej bitwie wzmianki, jakby ją chcieli za niebyłą uznać. Prawdopodobnie sam Czengiery w tajemnicy ją zachował, aby nie pójść „w odstawkę.“
Biorąc na uwagę, że 5.000 wojska moskiewskiego, składającego się z artylerji, piechoty (w liczbie której byli i strzelcy finlandcy, używający sztućców i kul pękających), oraz z konnicy i kozaków : nasz zaś oddział choć miał przypuszczalnie do 800 ludzi, ale zaledwie w połowie i to licho uzbrojonych, bo nie więcej jak 50 karabinów w ogóle mieliśmy ; a także z uwagi, że Moskale szli na nas przygotowani i z wiadomością niemal o wszystkich szczegółach obozu naszego, że mieli ułożony plan bitwy i odpowiednie porobili zasadzki, gdy tymczasem my niespodzianie zostaliśmy napadnięci; to wygranie przez nas tej bitwy upamiętnionem być powinno w historji powstania 1863 roku.
IV.
Powracam do dalszego opisu przygód podczas pobytu w klasztorze a raczej w oddziale. Dopiero po oddaniu mnie kosynierom przekonałem się, że rana moja była ciężką. Koledzy zanieśli mnie do pierwszej celi, a zastawszy tu księdza, który żegnając nas krzyczał „uciekajcie djabły“ i „vade satanas“, zostawili mnie, powracając sami na pole bitwy. Ksiądz pochwycił krucyfiks i ponawiając żegnania oraz wezwania, wsunął się ze żelazne łóżko i począł je sunąć, aby mnie do ucieczki zmusić. W tej dopiero chwili przypomniałem sobie obłąkanego, który nie chciał opuścić klasztoru. Z obawy, aby nie najechał na mnie łóżkiem, lub nie zabił, począłem wołać kosynierów celem przeniesienia mnie do innej celi, co się też nareszcie stało. Wkrótce odwiedził mnie p. Józef Janowski i major Leonard Lepkowicz celem udzielenia pierwszego ratunku. Ze zaś dr. Uzłowski do klasztoru nie wrócił, a felczerzy nie wiedzieli co robię, więc major L. sam się zabrał do udzielenia mi pomocy.
W czasie operacji straciłem przytomność a następnie zasnąłem i gdy w kilka godzin później obudziłem się, chociaż słyszałem dolatującą mnie rozmowę kolegów na korytarzu, nie siliłem się nawet na zdanie sobie sprawy z tego co zaszło. Ze niespodziewana wizyta dwóch Polek, ubranych po zakonnemu w towarzystwie majora Ł. i kolegę Zagrodzkiego, a że d dnia bitwy żadnych kobiet w obozie nie było, zdziwiłem się przeto ich widokiem nie mało. Po przywitaniu, oznajmiły, iż przybywają z Wardla niesienia pomocy i pociechy rannym. Odświeżały mą twarz wodą kolońską. a pomarańczą łagodziły pragnienie, przy tem obdarzyły mnie szarpiami i bandażami, których u nas był brak zupełny. W kilka dni po tem zostawszy jako ranny, przewieziony do pewnego domu obywatelskiego, dowiedziałem się, że była to pani Mazaraki i panna Jadwiga N. z Warszawy, że do tegoż domu przybyły podczas naszej bitwy i że po przebraniu się w suknie zakonne, podążyły na górę bocznemi ścieżkami przez śnieżne zaspy celem niesienia ulgi cierpiącym. Odwiedziny te były mi przyjemne, bo serdeczne słowa pociechy pani M. i przypomnienie mi miasta rodzinnego, kochanej Warszawy, łagodziły cierpienia i bole. Po półgodzinnej rozmowie znowu samotny zostałem, ale już zająłem się myślą o przykrym losie.
Po pewnym czasie powrócił Ł. z wiadomością, że oddział nasz klasztor opuszcza, że manio zabrać z sobą nie może, więc mam pozostać. Oznajmienie to dotknęło mnie boleśnie, samo już bowiem rozdzielenie się z obozem, w którym żyć lub zginąć postanowiłem, obojętnem mi nie było. Z myślą samotnego pozostania w klasztorze także w żaden sposób pogodzić się nie mogłem, prosiłem tedy, aby mnie zastrzelono. Nie uwzględniono toli tej prośby i po naradzie z Langiewiczem przeniesiono mnie do Starej Słupi. Do przetransportowania mnie przeznaczył Langiewicz 12 strzelców i tyluż kosynierów oraz majora Czachowskiego.
Ażeby nie ujawniać opuszczenia przez powstańców klasztoru, cały oddział. uporządkował się parami na korytarzach zkąd wychodził przez kościół. Maszerowano bez światła, jak można najciszej, bo tego wymagała ostrożność. Uzbrojone te szeregi, przesuwające się przez kościół w którym tylko słabe światełko lampki przed wielkim ołtarzem błyskało, następnie przez obszerny i pusty cmentarz, dalej zaś ciemnym lasem świerkowym po stromej górze i wśród powszechnej ciszy, przerywanej niekiedy tylko głosem dzikiego spłoszonego ptactwa lub zwierza; podobne były do legendowych duchów, spieszących ze swą zdobyczą przed zejściem dziennej jutrzenki.
W czasie tego pochodu, gdyśmy byli już w połowie drugi, nagle jeden ze świerków pod którym rano zostawiono tlejące ognisko, zapalił się. Nadspodziewany ten błysk ognia tak ogólnie silne wrażenie sprawił, że strzelcy broń swoją z ramion ściągnąwszy w ręce schwycili, a bezbronni kosynierzy mimowolnie rzucili mię na ziemię. Prędko przecież zdołano rozpoznać przyczynę wypadkowego alarmu i powrócił znowu poprzedni spokój w szeregach, a tylko moje cierpienia zwiększyły się skutkiem ponownego silnego skręcenia żył w nodze.
Doszliśmy do Słupi. Tu opuszczono mnie i odtąd choć przestałem być żołnierzem oddziału, uczuciem i myślą towarzyszyłem mu wszędzie, serdecznie życząc osiągnięcia celu, w jakim dnia 22. stycznia 1863 roku zbrojnie wystąpiliśmy.
Władysław Zawadzki