Poznanie
Maryla WolskaRaz mnie wzięli - pamiętam oczyma -
Rodzice,
Miałam wtedy kuse trzy lata
I weszli ze mną w jakąś kamienicę,
Była narożna i popielata.
Dziś już jej nie ma.
Schodami
Szło dużo ludzi z nami,
Do pokoju gdzie się paliły świece.
Nie wiedziałam, czy to dzień czy noc,
Bo okno zasłaniał koc,
Ale jak od choinki,
Było całkiem jasno.
Ludzie tam stali,
Jedni przy drugich, ciasno,
Sami dorośli.
Pośród zielonych zarośli,
Koło jakiejś długiej skrzynki
Starsi panowie płakali ...
Nie mówiło się dzień dobry nikomu,
Trzymałam się mocno Tatka
I bardzo chciałam do domu ...
Lecz nie pisnęłam nic.
Urzekł mnie migot świec,
Gęsta, jarząca rabatka,
Dziwiły wianki zielone,
Większe od mojej obręczy,
Wstążki aż do ziemi zwieszone,
Szerokie, biało-czerwone
I wąsate między cierniami kłoski ...
Widziałam że wuj Pawłowski,
Pani Janowska z panią Jezierską i Mama
Na gołej podłodze klęczy -
I mówią pacierz - pewno do tych świec?
Nie rozumiałam nic.
Wtem ktoś, nie wiem sama,
Może dziadzio Darowski,
Może pan
Żuliński Tadeusz, a może Tatko,
Nagle - podniósł mnie z ziemi
I rękami mocnemi
Podtrzymał blisko,
Tuż przed tą świecącą rabatką,
Nad wielką, długą kołyską,
Pełną kwiatów i poduszek,
Na których cicho spał jakiś obcy staruszek ...
Na piersiach miał krzyż
I obrazek między kwiaty wetknięty.
Trzymana przez czyjeś mocne ręce,
Zahaczona o jakiś czarny kołnierz,
Jak lalka w krotkiej sukience,
Wysoko nad ciżbą czamar i peleryn
Zapytałam:
- Czy ten dziadzio to święty?
Na to ktoś z tych co najbliżej stali:
- Nie mała, to żołnierz!
Polak, co bił Moskali
I pisał wiersze.
Nazywał się Goszczyński Seweryn.
Teraz umarł i poszedł do nieba.
Dobrze się przypatrz, mała,
Trzeba, żebyś zapamiętała ...
Nie rozumiałam nic.
A jednak - ten dźwięk nazwiska
I ta rabata świec,
Ta długa w kwiatach kołyska,
Umarły żołnierz - Moskale - i wiersze,
To było ze śmiercią i Polską
Moje poznanie pierwsze.
Nie zapomniałam nic.