Portal w rozbudowie, prosimy o wsparcie.
Uratujmy wspólnie polską tożsamość i pamięć o naszych przodkach.
Zbiórka przez Pomagam.pl

X. Stanisław Puszet - wspomnienie pośmiertne

18.09.2026
[Odbito w Drukarni "Czasu" w Krakowie 1907]

„Uczcie się odemnie, żem jest cichy i pokornego serca”. Tę naukę, którą Zbawiciel dawał Apostołom, zdaje się dawać nam wszystkim świeżo zmarły X. Stanisław Puszet całem swojem życiem. Cichy, przeszedł przez życie bez rozgłosu i gwaru koło swojej osoby i imienia, bez burz i wybuchów w sobie. Pokornem sercem nie pragnął dla siebie ani wyniesienia, ani zaszczytów, ani sławy; miał się szczerze i skromnie za małego sługę bożego, za zwykłego człowieka. Był tylko katechetą gimnazyalnym i przyjacielem swoich przyjaciół. Dlaczegóż jego śmierć wywołała taki żal ogólny? dlaczego ten żal, nawet u tych, co mu byli dalsi, ma w sobie rzewność i głębokość taką, jak żeby ta śmierć była dla każdego stratą drogiego przyjaciela? Ach bo to serce pokorne było sercem tak miłującem, jak rzadko które na świecie, a ten żywot cichy był każdej chwili, na każdym kroku, w każdej myśli i uczynku przejęty tą miłośćią, przejęty powołaniem i poświęceniem służenia Bogu i ludziom. Przez to, serce pokorne stawało się wielkiem sercem, a żywot cichy żywotem czystym i świątobliwym, jak na wzór i na zbudowanie dla drugich. W tym człowieku starym, przeszło sześćdziesięcioletnim, była dusza dziecka, czysta jak łza, jak kryształ, wolna od wszelkiej skazy, obca wszelkiej złej myśli, wszelkiej namiętności (nawet w słusznem oburzeniu), niewinna w myśli, jak u dziecka, a w słowie i uczynku świadoma siebie, dojrzała, silna, pełna woli i zasługi. Służyć Bogu przez to, że się ludzi do Niego podnosi i zbliża, służyć ludziom przez to, że się ich dusze i umysły uzacnia, uszlachetnia, w dobrem utrwala, służbę tę pełnić z najszczerszego powołania, z najgorętszem jej zamiłowaniem, bez jednej chwili opuszczenia czy zniechęcenia, bez surowych wymagań i ostrych sądów, z pogodą w myśli, w doskonałej równowadze między wysokością celu a wyrozumiałością na ludzką ułomność, wszystko w cichości i pokornem sercem — to cecha życia X. Puszeta.
Treść tego życia, to kościół i szkoła: dwie służby, dwa powołania z sobą zjednoczone, jednym duchem przejęte, uzupełniające się nawzajem tak, że jedno bez drugiego nie mogło być, nie dało się pomyśleć. Powołanie duchowne musiało chyba być wrodzonem, bo mały, zaledwo kilkoletni chłopiec, zawsze mówił, że będzie księdzem. Dotrzymał co mówił — wychowanie i otoczenie mogło ułatwiać wykonanie tego wczesnego programu życia. Osierocony przez matkę w dziesiątym roku życia, przez ojca niewiele później, znalazł opiekuna w osobie X. biskupa Łętowskiego, który był wujem jego ojca. Biskup był zanadto sam szczerze kapłanem i zanadto rozumnym człowiekiem, iżby miał forsownemi środkami powołanie w młodym chłopcu sztucznie rozwijać; ale sam stosunek, ale rozmowy z tym opiekunem, ale przywiązanie, jakie wzajemnie do siebie powzięli, musiały działać na umysł i na duszę, utwierdzać i posuwać młodzieńca na drodze, którą sobie instynktowo wytykał w dzieciństwie. Nie było też żadnego wahania, żadnego wyboru: zaledwo zdał egzamin dojrzałości, poszedł studencik do seminaryum tak ochotnie i śmiało, jak żeby do rodzicielskiego domu. Poszedł we Lwowie, gdzie jego stryj, X. Ksawery Puszet, kanonik katedralny, otoczył go szczególną opieką. Duch kościelny, miłość Kościoła i kapłaństwa, rozwijały się pod wpływem tego krewnego, i jego przyjaciela, kanonika Morawskiego, później arcybiskupa lwowskiego. Pod tymi przewodnikami zaś rosła nietylko wiara, pobożność i świadomość powołania, ale i wiedza, nauka, wielostronna oświata i gorące zamiłowanie oświaty. Wykształcenie ogólne, świeckie, było i rozległe i gruntowne. Po wyświęceniu pierwsze obowiązki kapłańskie, obowiązki wikarego na wsi zrazu, później we Lwowie przy katedrze. Młody ksiądz był już wtedy uważany za niezwykle cnotliwego, za ozdobę duchowieństwa. Były to lata odradzającego się życia katolickiego we Lwowie, a młody X. Puszet znalazł się w samym środku i ognisku tych starań i prac, między starszymi, jak Kalikst Orłowski i Maurycy Dzieduszycki, między młodszymi, jak inżynier wtedy, później przedwcześnie zmarły nieodżałowany X. Eustachy Skrochowski.
Powołanie nauczycielskie objawiło się później, nieledwie przypadkiem. Podjął się dozoru i opieki nad dwoma młodymi krewnymi, Mycielskimi, z przyjaźni dla rodziców, którzy nie mieli komuś pewnemu synów powierzyć; uczucia rodzinne były w nim bardzo żywe, może tem żywsze przez to, że stęsknione, że przez całą młodość, a teraz przez obowiązki swego stanu, bardzo rzadko tylko mógł spotykać swoich krewnych. Ale ten dozór nad dorastającymi chłopcami, uczniami szkół, zostawiał mu dużo wolnego czasu: miał uczucie, że za mało robi, chciał więcej zajęcia i pracy. Nadarzyły się lekcyye religii przy jednej ze szkół klasztornych żeńskich i stamtąd rozeszła się sława niezwykle doskonałego katechety. Potem przejście do szkół rządowych, do szkoły realnej, do gimnazyum św. Jacka — aż wreszcie otworzyło się gimnazyum trzecie, Sobieskiego, i X. Puszet przeniósł się do tego zakładu, który kochał całą duszą, któremu służył do śmierci.
Dla zakładu, dla uczniów, miał jakieś osobne uczucie, złożone z przywiązania niemal ojcowskiego, i z ambicyi, z wysokich pragnień. Dla siebie samego nie miał miłości własnej ani krzty — ale całą, jaką mieć mógł, umieścił w tej szkole i w jej uczniach. Szkoła, ozdobiona imieniem Jana III, uczniowie pod takim patronem chowani, to powinno być coś bardzo dobrego! Kiedy grono profesorów, kiedy w klasie której przypadkowy zbiór zdolnych uczniów, odznaczały Trzecie Gimnazyum między ogółem szkół, ksiądz katecheta doznawał uczucia chluby, był szczęśliwy. Kiedy w jakim roku egzamin dojrzałości poszedł niezwykle świetnie, kiedy wizytacye inspektorów oddawały piękne świadectwo stanowi zakładu, nie posiadał się z radości, popisywał się, chwalił się swoimi kolegami i uczniami. Egzamina dojrzałości były corocznym peryodycznym okresem niepokoju. Jak pójdą? czy ten uczeń bardzo dobry nie zmięsza się lub nie zapomni i okaże się tak dobrym, jak jest? czy ten drugi, słabszy, a jednak dobry, nie okaże się gorszym, jak jest? Uczniowie sami nie mieli chyba większej emocyi, większej trwogi, jak katecheta; a kiedy poszło szczęśliwie, kiedy klasa się popisała, kiedy było dużo odznaczeń, radość i tryumf biły z jego oczów. Rozrywki uczniów były jego także, może jego jedynemi, rozrywkami. Musztry wojskowe, przez lat kilka w użyciu, bawiły go prawie tyle, co chłopców. W ogóle miał ten dar dusz prostych, że umiał się zabawić byle czem i bawił się z ochotą. Mickiewiczowskie wieczorki, zbiorowe deklamacye, produkcye muzyczne uczniów, obchodziły go więcej, jak najświetniejsze widowiska.
Mniej, niż tych uczniów moralne i materyalne potrzeby. Opieka nad uboższymi, wyszukanie dla nich pomocy, budzenie w bogatszych współczucia, wprawianie ich w zwyczaj miłosierdzia, to było jedno z zadań zawsze mu przytomnych, zawsze gorliwie pełnionych. Nie między uczniami tylko, między starszymi także miłosierdzie krzewił i sam je pełnił. Przepisy szkolne nie pozwalały mu założyć konferencyi św. Wincentego między uczniami; ale w Towarzystwie tem był jednym z członków najczynniejszych, najgorliwszych — a ile prócz tego przechodziło przez jego ręce próśb od ubogich i zasiłków od bogatszych!
Ale to były czynności uboczne, dodatkowe. Główną było nauczycielstwo religii. Założyć w uczniach mocny fundament wiary, wszczepić w nich miłość Boga i pobożność, przygotować te młode umysły do katolickich przekonań na dalsze życie, przygotować te młode sumienia do zrozumienia potrzeby zasad i do wierności zasadom, przez to zabezpieczyć w nich bojaźń Bożą, katolicką świadomość i wstręt do złego, zabezpieczyć nietylko ich życie duchowe i zbawienie, ale zabezpieczyć na życie świeckie ich prawość i cześć, czyli chować tych młodzieżców na ludzi z charakterem, na ludzi porządnych, czystych, Bogu i ojczyźnie wiernych — to było zadanie główne, to był pierwszy obowiązek nauczyciela religii. X. Puszet pojmował go jak nie można wyżej i szlachetniej, pełnił, jak nie można lepiej. Uczniowie to czuli, przyjmowali jego wpływ, byli mu wdzięczni. Wpływ ten nie kończył się z latami gimnazyalnej nauki. Kiedy uczeń już wyszedł z pod jego bezpośredniej opieki, stosunek z dawnym nauczycielem zostawał. Wielu ich jest, dziś już zupełnie dojrzałych, którzy przyznają jego wpływ zbawienny na całe swoje życie, a wdzięczność i zaufanie dochowali mu wiernie do jego śmierci.
Sam bardzo oczytany, bardzo gruntownie obeznany z katolicką literaturą teologiczną, filozoficzną i historyczną, miał doskonałą znajomość swojej nauki, a miał ten dar, że umiał ją praktycznie skrócić, streścić, zastosować do wieku i pojęcia uczniów, do skąpo wyznaczonej na naukę religii liczby godzin. Plan tej nauki, taki jak jest w austryackich gimnazyach, był w jego przekonaniu mylny: obrachowany z góry na pozorne uszanowanie i nauczanie religii, a na jej obniżenie na prawdę. Samo wyrzucenie tej nauki z przedmiotów egzaminu dojrzałości, wydawało mu się, słusznie, upośledzeniem nauki religii: mogło w uczniach wywołać to wrażenie, że to nauka nie tak ważna, nie tyle warta, co inne. Na to poradzić nie mógł; ale starał się choćby w małej części utrzymać i affirmować prawo nauki religii do tych egzaminów. Przedmiotu niema, pytań niema: niechże przynajmniej będzie nauczyciel, ksiądz, zawsze przy tych egzaminach przytomny! Jego obecność konieczną nie była: mógł sobie dawać trochę wolnego czasu i spoczynku. Nie zrobił tego nigdy, nigdy z egzaminów nie odchodził. Było w tem niezawodnie dużo troskliwości o uczniów, ale było i to postanowienie, żeby przy egzaminie był przynajmniej ksiądz, kiedy niema religii.
W ogólnym planie tej nauki uważał, że w niższych klasach jest za mało katechizmu, w wyższych dogmatyka, często sucha i zawiła, a zwłaszcza za mało historyi kościelnej. Ta ma dwojakie zadanie: oświecić uczniów o tem, co jest Kościół, wszczepić jego miłość i ufność do niego, a prócz tego oświecić ich o obecnym stanie Kościoła, uzbroić ich przeciw tym zarzutom, zaprzeczeniom i napaściom, z któremi spotkają się w życiu. Te zadania nie są do spełnienia, bo i czasu, godzin, za mało, i plan tak ułożony, że przeznacza wiele miejsca na dawne herezye i sekty z pierwszych wieków Kościoła, a nie zostawia go nic na dzisiejsze szturmy i napaści, na streszczenie i odparcie ich argumentów. X. Puszet starał się w miarę możności zaradzić na błędy planu nauki: napisał i wydał Etykę, w nadziei, że będzie przyjęta i zalecona jako książka szkolna. Dlaczego się tak nie stało, nie umiemy powiedzieć.
Obowiązki katechety nie przeszkadzały mu zajmować się literaturą świecką: miał do niej żywy pociąg, a w niej zmysł i sąd pewny i trafny. Czytał wiele, czytał wszystko, co było ważniejszego, znaczącego, zwłaszcza w zakresie historyi polskiej; a recenzye i sprawozdania, które pisywał chętnie i dość często (z literatury kościelnej głównie), były nietylko dobre i ważne treścią, ale były i udatne formą, zajmujące, dobrze pisane.
Ale jego sprawa główna, to religijne wyrobienie uczniów, rozbudzenie ich uczuć, formowanie ich przekonań. On, nauczyciel religii, czuł się odpowiedzialnym za ich wiarę, za ich sumienia. Ta odpowiedzialność była jego wielką troską, ten obowiązek, umiłowany całą siłą duszy, skupiał w sobie całą energię woli i pracy. Spowiedzie uczniów, ich rekolekcye — to były dla niego najważniejsze chwile w każdym roku szkolnym; nauki, ekshorty tygodniowe po niedzielnej Mszy, były zawsze przedmiotem głębokiego namysłu, owocem skupienia myśli i skupienia uczucia. Jakim był mówcą? Nie słyszeliśmy tych jego nauk szkolnych; ale słyszeliśmy nie jedno z kazań, nie jedno z okolicznościowych przemówień, i możemy świadczyć śmiało i szczerze, że były zawsze pełne myśli, zawsze pełne wzniosłego uczucia.
Jeżeli w czem miał szczególne upodobanie, dochodzące aż prawie do zaślepienia, szczególną przyjemność i chlubę, to w szkolnej kaplicy. Ta kaplica musiała pięknie wyglądać; musiała być nietylko porządną i poważną, ale musiała być estetyczną. Obraz w ołtarzu, naczynia kościelne, sprzęty, obmyślał, wybierał z największem staraniem; dostać jaki piękny aparat dla kaplicy, to była wielka radość. Prowadzić do tej kaplicy, pokazywać ją, słyszeć pochlebne o niej zdania, to była wielka przyjemność. Wytknąć, zganić, może dałoby się to lub owo: ale nie wiem, czy znalazł się kto tak okrutnie otwarty, iżby był robił jakie zastrzeżenia i wyjątki w pochwałach.
Szkoła była jego obowiązkiem, treścią jego życia, przedmiotem jego miłości — ale była i jego szczęściem. Miał dla niej to uczucie, jakie ma ojciec rodziny dla swojej żony i dzieci. Pracuje dla nich, nieraz się o nich troszczy, czasem może drży o ich życie albo przyszłość, ale ich kocha i przez tę miłość, w niej, jest szczęśliwy. Ten z powołania ksiądz i z powołania nauczyciel, tak był szczęśliwy swoją miłością szkoły, uczniów, kolegów i swego obowiązku. Mógł czuć się szczęśliwym i przez to, że wiele dobrego im robił — ale o tem może nigdy nie pomyślał, tego może nie czuł, bo był „pokornego serca”.
Im większa była jego miłość, tem większe też obawa, troska, boleść, gdy widział, że do tej umiłowanej młodzieży zaczynają złe wpływy dostawać się, przenikać, w nią czasem wsiąkać. Wezbrany prąd fałszu i brudu płynie literaturą, dziennikarstwem, ustną propagandą — i dochodzi do młodych. Wymazać Boga z serc, a wstyd i honor z czoła, to cel; zepsucie, znieprawienie sumień i woli, to skutek. Sąsiednie Królestwo świadczy, że już się udało zepsuć wielu, i okropnie, może bez ratunku. A w naszej atmosferze krążą także te same smrodliwie zabójcze wyziewy. Jak od nich ustrzedz tę młodzież? jak zatamować ich przystęp do każdego z osobna umysłu i sumienia? Ta troska zatruła ostatnie dwa lata życia X. Puszeta; kto wie, czy nie ona skróciła to życie. Był już znacznie pracą wyniszczony i chory. Lekarze obawiali się o piersi: radzili urlop na zimowe miesiące, wypoczynek w cieplejszym klimacie. Lekcye, zmiany powietrza, zimno samo, dwie Msze i dwie ekshorty jedna po drugiej, bo kaplica nie mogła pomieścić wszystkich uczniów razem, wszystko to groziło postępem złego. Ale usunąć się ze szkoły, choćby na krótko, nie chciał i nie chciał. „Odejść na całe miesiące, kiedy przez ten czas złe wpływy mogą do chłopców dochodzić, kiedy ja jestem postawiony na straży ich wiary i sumienia? Nie: dopóki żyję, nie zejdę z tego posterunku. A że mi to zaszkodzi? Być może, ale i żołnierz nie schodzi z pola, choć mu niebezpieczeństwo grozi”. I został, aż do chwili, kiedy wyczerpane siły nie pozwalały już żadną miarą chodzić do szkoły, ani nawet Mszy św. odprawiać.
Czuł jednak, że już dłużej nie podoła i podał się o uwolnienie od służby — od wakacyj. To uwolnienie, to rozstanie się ze szkołą, ta chwila, kiedy miałby tam pójść po raz ostatni, pożegnać uczniów, kolegów, mury, to stawało w jego myśli jak pożegnanie z życiem, jak rozdzierający ból. To rozdarcie było mu oszczędzonem: ostatniego pożegnania ze szkołą nie było. Uczniowie i koledzy gotowali mu takie pożegnanie, uroczyste i rzewne. Jak byłby to wzruszenie wytrzymał? Nie doznał go. Stopniowo musiał ustawać w pracy: dawać mniej lekcyi, później już żadnych; do szkoły chodzić, nawet do kościoła na Mszę św., było już nad jego siły. W lecie wyjechał w góry, do Dukli, do swego brata ciotecznego Adama Męcińskiego, z nadzieją, że siły się w dobrem powietrzu podniosą, że przed jesienią zobaczy jeszcze i Kraków i szkołę. Nie wrócił, nie zobaczył!
Mówiliśmy o kapłanie, o nauczycielu; co powiedzieć o przyjacielu, o krewnym? To najtrudniej, bo wszystkie złe i dobre, smutne i szczęśliwe przejścia i wspomnienia całego życia wstają, cisną się do myśli i mówią, że tyle dobrego, tyle przyjaźni, tyle przywiązania, choć wdzięczność obudzi na zawsze, to odwdzięczyć się nie da i równą miarą nie odpłaciło się i nie odpłaci. Wielu nas jest takich, co świadczyć możemy, że gdzie jakie nieszczęście, jaka troska, tam X. Puszet zjawiał się z pokrzepieniem, współczuciem, pociechą. W niebezpieczeństwie dodał odwagi, w trwodze spokoju, w nieszczęściu siły poddania się woli Bożej. W takich chwilach doprawdy zjawiał się jak upragniona podpora, jak pocieszyciel. Z jego przyjściem w strapionych przybywało ducha i siły. Zdolność poświęcenia, zapomnienia o sobie, gotowość do wszelkiej usługi drugim, troskliwość i opieka nad młodymi, dałaby się stwierdzić mnóstwem przykładów i faktów, bo bardzo nas jest wielu takich, którym on dobrze czynił, a każdy, przypominając sobie jego życie, mówi sobie: „To nietylko ja — to i ten drugi, i ten dziesiąty, i jeszcze ten, i jeszcze tamten, winien mu albo pociechę, albo umocnienie, albo utwierdzenie dzieci w dobrem”. Każdy doświadczył tej czułości, tej dobroci, tej wiernej przyjaźni.
„Przeszedł dobrze czyniąc”.
Kościół i szkoła, „to jak dwie prządki jego żywota” i zeszły się nad jego grobem, żeby zaświadczyć, że nie wielu mają sług tak dobrych, jak on. X. biskup Pelczar zjechał do Dukli zdaleka, odprawił nabożeństwo, prowadził pogrzeb, w pięknej mowie uczcił zmarłego i stawiał go za wzór żyjącym. Dyrektor Sołtysik, przewodnik gimnazyum Sobieskiego, tego ukochanego zakładu, zjechał z Krakowa z dwoma uczniami i mówił w imieniu swojej szkoły. Obadwa mówili tak, jakżeby z serca wszystkich tych, co zmarłego kochali, co w nim wiele stracili.
Niech Bóg sprawi i da, żeby duch, żeby przykład X. Puszeta został w tej szkole, i we wszystkich, i w tych młodych, których uczył i do dobrego wiódł, i w nas wszystkich starszych i starych. Czystszych duchów, lepszych przykładów nie będzie nigdy wiele na naszym świecie. Jemu zaś niech Bóg za nagrodę da, iżby w tym biednym narodzie, potrzebującym coraz więcej obrony przeciw wszelkiemu złemu, jego przykład działał i wpływał zbawiennie na życie młodszych pokoleń.
St. Tarnowski.