Gdzie teraz na tarasie Green Caffé Nero siedzi chłopak w ciemnych okularach, z iPhonem i kubkiem kawy, kilkadziesiąt lat wcześniej stała waga lekarska, obsługiwana przez starszego mężczyznę, też w ciemnych okularach. Był niewidomy, miał twarz pokrytą głębokimi bliznami, a na wadze wisiała tabliczka z napisem: Inwalida wojenny. Do ważenia nie potrzebował wzroku. Wynik pomiaru odczytywał palcami. Obok na stoliku leżały oprawki do biletów miesięcznych i legitymacji szkolnych – różnokolorowe, w przystępnych cenach. Każdego dnia, kiedy wracałem ze szkoły, przecinałem ulicę Bracką i zatrzymywałem się na chwilę przy wystawie Centralnego Domu Dziecka. Moją uwagę przyciągała nie tyle sama wystawa, z niezliczonymi wagonikami kolejki PIKO, co postać siedzącego przed nią inwalidy, trzymającego w dłoniach większą atrakcję: diabelskie główki z gumy. Były tak skonstruowane, że po naciśnięciu policzków pokazywały długie, czerwone języki. Moje pragnienie posiadania czegoś takiego nie mogło być jednak wtedy zaspokojone, bo ja nie miałem własnych pieniędzy. Nadeszły szkolne Mikołajki. Tego wyjątkowego dnia zobaczyłem upragnioną główkę u mojego kolegi, Krzysia Rybaka. Szalał z radości. Przekładał zabawkę z ręki do ręki. Jego diabełek wywalał jęzor na zawołanie. A mój, bo ja też diabła dostałem, w ogóle nie miał języka. Kosmaty koszmarek z rogami na rózdze pomalowanej srebrną farbą! Po powrocie do domu wyrzuciłem prezent do kubła na śmieci. Bardzo mi się nie podobał. Ale czegóż można się było spodziewać po Waldku Gierze, który na nieszczęście mnie wylosował?! Wyrzucam diabła do śmietnika, a w tym samym czasie chłopak w ciemnych okularach podnosi się z krzesła, przewracając niechcący papierowy kubek, już pusty, z napisem: Cała nadzieja w kawie. Przez chwilę rozgląda się, sprawdza, czy nie zostawił iPhone'a. Odchodzi. Ustępuje miejsca wojennemu inwalidzie.