Po rozproszeniu się oddziałku pod Karniewem ruszył Wacław Szteinkeler z pozostałymi 66 powstańcami, posiadającymi wszystkiego 32 strzelby myśliwskie, w lasy Podosia, gdzie z powodu choroby zdał chwilowo dowództwo bratu Tytusowi Szteinkelerowi. Wałujew, nie spuszczając z oka oddziałku, dążył w ślad za nim i napadł na biwakujących na malej polance, przytykającej do błot gęsto zarosłych, pod Podosiem. Właśnie zamierzano wyruszać, gdy nagle ukazali się kozacy. W straszliwym popłochu chwycono za broń i walczono zawzięcie, lecz garstka musiała uledz przewadze moskali, których było pół tysiąca. Szesnastu poległo na miejscu, między nimi dowódca Tytus Szteinkeler, pchnięty w głowę dzidą kozacką i dobity wystrzałem z rewolweru z ręki adjutanta Wałujewa, dalej Marceli Pomaski, uczeń szkoły wojskowej w Cuneo, Łempicki, urzędnik kolei żelaznej, Daniel Bebłoszyński, z ciężkich ran zmarł w Modlinie Ignacy Goldmann, starozakonny, 36 było rannych wziętych do niewoli, między nimi Władysław Sikorski, rzeźnik, Emilian Kostecki, Tłochoski, Stempnowski Karol, Pudelski, Tomasz Bzowski, Maryan Dzieciński i inni, prócz tego 7 zdrowych wpadło w ręce moskali. Z rannych wyleczyło się tylko dziewięciu.
Wiadomości z Pola bitwy 18.2.1863
„Po zajęciu przez szczupły oddział narodowej kawalerii, i po bankiecie jaki dali powstańcom chłopi i żydzi, 50 ludzi prowadząc wozy z furażem i żywnością, zostawiwszy szyldwacha, wstąpili na nabożeństwo do kościoła. Pokazali się kozacy, nasi wypadli i pod lasem się starli: kozacy pobici, straciwszy 10 ludzi zabitych, 15 rannych, pierzchnęli. Ten sam nasz oddział dnia 8 lutego miał potyczkę we wsi Podośce /Podoś/, gdzie otoczonym będąc przez 1000 moskali, walczył z niesłychaną odwagą, z bohaterstwem nadzwyczajnem; zginęło kilkunastu, inni byli ciężko ranni, żaden się nie poddał. Gdy żołnierze już rannego Tytusa Sztejnkellera i bez broni będącego oskoczyli i żądali żeby się poddał, krzyknął Sztejnkeller: „Polak nigdy nie poddaje się” i padł ugodzony sześciu bagnetami. Cześć mu! i pieśń dla niego! Również mężnie zginął w tej bitwie Pomaski, uczeń szkoły wojskowej polskiej w Cuneo. Moskali zginęło tam 70 ludzi."
Walery Przyborowski
Wśród tego wszystkiego Wałujew doszedł do Makowa i przepędził tu noc z 7 na 8 lutego. Od kolonisty Niemca z sąsiedniej wioski, dowiedział się o miejscu pobytu powstańców (Niemiec ten, przebrany za kozaka, przewodniczył Wałujewowi w poszukiwaniu powstańców. Gesket-Puzyrewskij, piszą loco cit. 307, że wiadomość o pobycie oddziału w lesie Podoskim, potwierdził sołtys, "który odwoził do bandy samego Steinkellera". O którym tu Steinkellerze mowa, nie wiemy; Wacława, właściwego dowódzcy, przy oddziale, jak zaznaczyliśmy w tekście, nie było. Może ten sołtys odwoził go za Narew, a nie do oddziału.) Wsadziwszy piechotę (80 ludzi) na podwody, ruszył w kierunku wskazanym przez zdrajcę Niemca (Niemiec ów z obawy przed zemstą powstańców, ciągle zmieniał miejsce pobytu. Wykryty jednak później przez członka organizacyi powstańczej, został przezeń zabity.); po przybyciu do lasu Podoskiego, otoczył go kozakami dokoła, a piechotą uderzył nagle na powstańców, nie spodziewających się wcale tego napadu i będących pod dowództwem człowieka, który najmniejszego nie miał wyobrażenia o wojnie. Oddziałek biwakował na małej polance, przytykającej do błot gęsto zarosłych. Z wymarszem do lasów Krasnosielskich opóźniono się nieco (Powodem opóźnienia było przybycie nowego ochotnika, syna dzierżawcy sąsiedniego folwarku, oraz pojawienie się chłopa, którego syn był w oddziale. Chłop prosił, by syna uwolniono choć na parę godzin dla pożegnania się z matką, ofiarując się pozostać na jego miejsce. Zgodzono się na to, ale certacye te zajęły dużo czasu. Chłop ten zginął.) i zamierzano właśnie wyruszyć, gdy nagle ukazali się kozacy, a za nimi piechota. W straszliwym popłochu chwycono za broń, gdy wysunął się konno sam Wałujew i wezwał powstańców do poddania się; przedstawił im że są otoczeni, że posiada 500 ludzi, a ich jest tylko garstka, i wołał: by broń rzucili, że nic im nie będzie itp. Prawdopodobnie usłuchano by tego, ludzkością natchnionego, wezwania, gdyby nagle nie wyskoczył naprzód z szeregu jakiś młody człowiek, podobno urzędnik z kolei żelaznej i mierząc do Wałujewa z dubeltówki, nie zawołał: „czy nie wiesz o tem, że Polak nie poddaje się nigdy!" To rzekłszy strzelił i chybił, a rozwścieczone tem żołdactwo rosyjskie, rzuciło się na bezbronną gromadkę i rozpoczęła się rzeż formalna. Steinkeler pchnięty w głowę dzidą kozacką, gdy padł, dobity został wystrzałem z rewolweru z ręki adjutanta Wałujewa. Na miejscu poległo 16 (których trupy zwyczajem rosyjskim obdarto do naga), 36 było rannych, których zwycięzca przewiózł do Makowa, a z nich wyleczyło się tylko 9, reszta umarła; 7 wzięto do niewoli. (Gesket-Puzyrewskij, loco cit. 307. Relacya rękopiśmienna p. H. M. Powodem nagłego i niespodziewanego napadu na obozowisko powstańcze w lesie podoskim, było to, że placówka, złożona z 2-ch ludzi i postawiona przy karczmie w Podosiu, chcąc się rozgrzać, weszła do izby i tam ją kozacy pochwycili, tak że o zbliżaniu się nieprzyjaciela nie miano żadnej wiadomości.) Rzeź ta straszliwa ta nieszczęsna śmierć znanego powszechnie w okolicy Steinkelera, który za brata poniósł ofiarę z życia, powtarzamy, przygnębiające wywarła wrażenia i na chwilę wszelki w tych stronach ruch powstańczy zamroziła.
[Przyborowski Walery, Dzieje roku 1863, t. II, Kraków 1889]