Zmarły w ub. r. weteran Antoni Tarnawski był jednym z nielicznych którzy wrócili z Sybiru. Do ostatnich chwil swego życia nie tracił humoru i lubiał sobie zaśpiewać piosenkę, za którą na Sybirze zakuwano go w „dyby“. Chętnie też opowiadał, jak to dostał się na Sybir i „jakto tam było z tą piosenką“.
Podczas bitwy pod Radziejowem, gdy na mały oddział powstańców napadł kilkakrotnie liczniejszy oddział kozaków, którzy po kilku zabierali się do jednego z powstańców dostał silne uderzenie pałaszem przez głowę. Stracił przytomność, a kiedy się ocknął miał ręce skrępowane powrozem. Z jego towarzyszy broni zaledwie kilku rannych pozostało przy życiu, reszta wyginęła. Jeden z kozaków przytroczył sobie młodego chłopca - weteran Tarnawski miał wówczas 17 lat do siodła i w ten sposób prowadził go do kwater kozackich.
- Kiedy byliśmy już blisko wioski - opowiadał staruszek - podszedł do nas jakiś oficer i kazał kozakowi zatrzymać się. Mówił coś do niego po rosyjsku, wskazując na pobliskie krzaki, ale ja zrozumiałem tylko jedno słowo: Buntowszczyki. Kozak pokiwał głową odpiął mnie od swego siodła i rzucił powróz oficerowi, sam zaś pojechał w stronę krzaków
- Wtedy nagle ów oficer zaczyna do mnie po polsku: Dobrze bijecie się chłopcy - powiadał mi. I ja także z wami chciałem bić kiedyś Moskali ale teraz już dla mnie za późno. Pytał się, ile mam lat. A kiedy mu powiedziałem, że wyrwałem się z domu przed ukończeniem gimnazjum przyznał się. że jest studentem i mówił już do mnie: kolego. Poradził mi, żebym przed sądem wojskowym, który mnie za chwilę miał czekać nic nie mówił, nie tłumaczył się wcale. Tak bowiem będzie najlepiej dla mnie
Kiedy kozak po chwili wrócił, meldując, że żadnych buntowszczyków w krzakach nie znalazł (był to bowiem tylko wybieg ze strony oficera Polaka, który chciał mi pomóc tak jak umiał) kazał mu zwolnić mnie z więzów, tłumacząc, że jestem osłabiony 1 przecież nie ucieknę
- Niedługo po przybyciu do wsi zaprowadzono mnie na sąd. Panie święty, co to był za sąd. W chłopskiej izbie za stołem siedziało kilku oficerów nawpół pijanych. Na stole stała butelka wódki, słonina i chleb
Oficerowie rozmawiali ze sobą, popijając od czasu do czasu prosto z butelki
- Nagle wstał jeden z czerwonym nosem pijackim, skoczył do mnie, krzyczy coś głośno i bije mnie po twarzy. Kiedy staruszek to opowiadał był wzruszony i przejęty tak, jakby to działo się nie kilkadziesiąt lat temu, lecz dopiero wczoraj
- Gdy ów pijak wyzłościł się do statecznie zawołał: Rozstrzelać
- A ja przez cały czas pamiętając przestrogi nieznanego rodaka milczałem. Jeden z nich zapisywał coś do wielkiej księgi. Znów naradzali się, korzystając co chwilę z pomocy butelki, wreszcie wstał mały jakiś czarny oficer z łóżka chłopskiego, na którym do tej chwili siedział, podszedł do mnie i zaczął mnie niemiłosiernie targać za uszy, aż mi krew poszła i bez przerwy wymyślał mi ordynarnymi przekleństwami. Zakręciło mi się w głowie od piekielnego bólu w uszach i kiedy mnie puścił słyszałem jak powiedział w stronę towarzyszy: Powiesić s ... syna
- Jeszcze ten nie zdążył wrócić na swoje miejsce a tu już trzeci „sędzia“ podchodzi do mnie, patrzy mi się w oczy, wali z całej siły po ramieniach i .,w sołdaty“ każe mnie odstawić
- Ledwie już stałem na nogach, kiedy zza stołu podniósł się czwarty. Ten mówił najspokojniej ze wszystkich. Chociaż od czasu do czasu pilnujący mnie kozacy kłuli pałaszami, to jednak ani razu się nie odezwałem
Kiedy ten czwarty skończył, zaczęli się znów wszyscy naradzać, tzn. kłócili się w ordynarny sposób ale wreszcie usłyszałem wyrok: Na Sybir
- Jeszcze tego samego dnia zakuto mnie w kajdany i razem z innymi skazańcami prowadzono nas piechotą aż do Kijowa. Z Kijowa, gdzie zatrzymaliśmy się kilka dni, prowadzono nas już prosto aż na ... Kamczatkę Północną. Wędrówka nasza trwała pięć miesięcy i 12 dni
- Na miejscu zesłania rozmieszczono nas po chłopskich chałupach, ale kajdan nam nie zdjęto i byliśmy nieustannie strzeżeni. Kazano nam pracować w kopalniach rudy żelaznej. Każdy z nas otrzymał przydzielony jeden tylko rodzaj pracy. Ja musiałem całymi dniami, tygodniami, miesiącami, ba, lata całę wozić taczkami wydobytą rudę. Do taczek tych przypinał mnie dozorca każdego ranka długim łańcuchem zamykanym na kłódkę. Kajdany u nóg ciążyły mi tak okropnie, że po dziś dzień mam jeszcze blizny na nogach. - Przy tych słowach staruszek uchylał nogawki spodni pokazując na goleniach duże ciemne blizny.
- No ale jak tam było z tą piosenką, którą Pan tak lubi sobie podśpiewywać - pytałem się mego sędziwego rozmówcy? - A widzi Pan - to było tak. Opowiadają zawsze, że na Sybirze to wszyscy chodzili bardzo ponurzy. Oczywiście były chwile, gdy zdawało się, że więcej już człuwiek wytrzymać nie może, ale na ogół mieliśmy przeważnie dobre humory. Pewnego dnia, było to w lecie i słońce ładnie świeciło, powiadam do moich towarzyszów: Zaśpiewajmy sobie jaką piosenkę
- Jak to zawsze bywa, kiedy się nagle chce śpiewać to niewiadomo co zaśpiewać. Więc i wtedy tak zwlekali, próbowali, więc ja zacząłem sam:
Stój carze stój,
Nie ustał bój
Choć Langiewicz jest w niewoli
Słychać jeszcze bój
A ty carze będziesz wisiał
My pod tobą potańcujem
To życie dla nas, to życie dla nas.“
Nie widziałem, że przez cały czas starszy strażnik przysłuchiwał się mojej piosence. Za karę kazał mnie zamknąć w katordze. Była to niewielka skrzynia, przypominająca wyglądem trumnę, tylko z jednym otworem na głowę i tam trzeba było leżeć jak w psiej budzie przez 6 godzin na piersiach bez ruchu. Cało ciało sztywniało od tego, tak że mi się na dłuższy czas odechciało śpiewania
A za to dzisiaj sobie używam i dowoli śpiewam tę piosenkę - kończył niezmiennie swe opowiadanie weteran Tarnawski.