Portal w rozbudowie, prosimy o wsparcie.
Uratujmy wspólnie polską tożsamość i pamięć o naszych przodkach.
Zbiórka przez Pomagam.pl

Powstanie Styczniowe - uczestnicy

Największa baza Powstańców Styczniowych.
Leksykon i katalog informacji źródłowej o osobach związanych z ruchem niepodległościowym w latach (1861) 1863-1865 (1866)

UWAGA
* Jedna osoba może mieć wiele podobnych rekordów (to są wypisy źródłowe)
* Rekordy mogą mieć błędy (źródłowe), ale literówki, lub błędy OCR należy zgłaszać do poprawy.
* Biogramy opracowane i zweryfikowane mają zielony znaczek GP

=> Powstanie 1863 - strona główna
=> Szlak 1863 - mapa mogił i miejsc
=> Bitwy Powstania Styczniowego
=> Pomoc - jak zredagować nowy wpis
=> Prosimy - przekaż wsparcie. Dziękujemy

Szukanie zaawansowane

Wyniki wyszukiwania. Ilość: 69650
Strona z 1742 < Poprzednia Następna >
Rudolf Janczewski
Jeden z ostatnich. W Nicei zmarł niedawno ś. p. Rudolf Glinka-Janczewski, weteran 1863 r., który i w czasie powstania styczniowego, i na emigracji położył wybitne zasługi dla Polski. Jako student Szkoły Głównej rusza w początkach powstania do Mierosławskiego, ale po nieudatem jego wystąpieniu pod Krzywosądzem udaje się w Łomżyńskie, swe strony rodzinne, gdzie pod wodzą Polikarpa Dąbkowskiego, a następnie płk. Józefa Jankowskiego bierze udział w potyczkach: pod Nagoszewem, Drążdżem (tu otrzymuje ranę od kuli kozackiej), Czyżewem i Komorowem. Po rozpuszczeniu resztek oddziału Jankowskiego przedziera się w poprzek Kurpiów w stronę Kolna, chcąc dotrzeć do domu rodzicielskiego. Tu spotyka się z Wincentym Kamieńskim, komisarzem Rządu Narodowego, i z rąk jego otrzymuje nominację na naczelnika żandarmów na Kurpiach. Wahał się z przyjęciem tak odpowiedzialnego stanowiska, wreszcie — uległ namowom. Powierzone mu terytorium obejmowało prawy brzeg Narwi aż do Myszyńca. Pod przybranem nazwiskiem Kostrzewy rozpoczął tedy swą pracę śród ludu puszczańskiego. Nie uznając terroru, nie stosując metod demagogicznych, potrafił zyskać jego zaufanie, zżył się z nim i ukochał go. I lud ten również był mu oddany; „naczelnika” uważał za swego przyjaciela, opiekuna i władzę najwyższą. Szczęśliwy był posiew Kostrzewy i wydał plon pożądany; gdy w innych stronach kraju włościanie na ogół nieżyczliwie usposobieni byli względem powstania, to Kurpie wręcz przeciwnie — wykazywali patriotyzm, posunięty nieraz do bohaterstwa, którego niejeden przykład notuje historia. Wkrótce zorganizował Kostrzewa dwa oddziały żandarmów: jeden pieszy, drugi konny. Pełnili oni — śród największych niebezpieczeństw — służbę łączności pomiędzy oddziałami powstańczymi, operującymi w tej części kraju, informowali je o ruchach wojsk nieprzyjacielskich, a głównie — zachęcali lud do zbrojnego wystąpienia, werbowali ochotników. W utarczkach z wrogiem przychodzili z pomocą innym oddziałom: tak pod wodzą Kostrzewy biorą czynny udział w ataku Brandta na Wincentę, to znowu pod Lemanem (Łachą) — w zasadzce na Moskali, która świetne dała wyniki. Ciężka była to służba; nieustannie tropieni przez wroga, ni w dzień, ni w nocy chwili spokoju zaznać nie mogli, a często cudem tylko wychodzili cało z niebezpieczeństwa. Razu pewnego duży oddział jazdy rosyjskiej ściga Kostrzewę wraz z jego żandarmem przybocznym. Już ich dobiegają, a tu las zaczyna rzednąć. Obaj jeźdźcy rzucają się z drogi w bok i stają — gotowi do rozpaczliwej obrony. Wpadają Rosjanie i — o dziwo! — zapatrzeni w przeciwną stronę, mijają ich szczęśliwie. Jakiś szczęśliwy traf — i przytem ani jeden koń nie zarżał! Dowiedział się później Kostrzewa, że w tym samym czasie matka jego w kościele łomżyńskim na klęczkach i ze łzami w oczach błagała Matkę Bożą o ratunek dla syna — a choć uporczywie powtarzał, iż w cuda nie wierzy, to jednak ten dziwny zbieg okoliczności do końca życia wywierał na nim silne wrażenie. Tak przez kilka miesięcy Kostrzewa rządy na Kurpiach sprawował, solą w oku Moskalom będąc. Wreszcie postanowili oni za wszelką cenę skończyć z tym „buntowszczykiem”. Cztery silne oddziały: z Przasnysza, Łomży, Wincenty i Szczuczyna — wyruszyły przeciw niemu. Długo jeszcze manewrując Kostrzewa im się nie dawał, wreszcie — otoczony ze wszystkich stron rozpuszcza swoich żandarmów, aby każdy z nich na własną rękę wymykał się z owego pierścienia, a sam w przebraniu wieśniaczem przedziera się do granicy pruskiej. Nad samą granicą dostaje się w ręce majora Denela, którego znał ze swych lat dziecięcych. Osadzony pod strażą, spędza noc bezsenną w oczekiwaniu sądu polowego, który miał się odbyć z rana przed wyruszeniem oddziału. Naraz do celi wchodzi sam Denel — jest podniecony, ręce mu drżą lekko — i odzywa się w te słowa: „Ciebie nie żałowałbym, ale kiedy powstanie wasze uważałem jeszcze za mrzonkę, dałem nieoględnie matce twojej słowo oficerskie, że cię oszczędzę, jeżeli w ręce moje wpadniesz; słowa tego chcę dotrzymać. Rozumiesz, czem mi to grozi — otóż i ja biorę od ciebie słowo szlacheckie, że przez pięćdziesiąt lat nikomu o tem nie powiesz. Masz tu czapkę i płaszcz oficerski — idź śmiało, a wartownikom odpowiadaj hasłem: Bog i car prawosławnyj.” Pan Rudolf Glinka-Janczewski również słowa dotrzymał. Emigracja. Z początku Prusy, potem Drezno. Niegościnnie przyjęła go tam policja — zmuszony był przenieść się do Szwajcarii. Tu otrzymuje list od ojca. Stary szlachcic pisze: „Synu, majątek nasz jest spalony, ja materialnie jestem zrujnowany — dopomódz Ci nie mogę; błagam Cię jednak o to, żebyś przed życiem się nie ugiął.” Zbyteczne było to upomnienie, pan Rudolf bowiem odziedziczył — i honor, i dumę szlachecką. Przez cały czas swej tułaczki nie wyciągnął ręki do nikogo, nie przyjął żadnej pomocy społecznej — a życie miał twarde. Pracował w drukarni, jako prosty robotnik, następnie — jako subjekt w księgarni. Trwało to kilka lat. Wreszcie udaje się do Francji, gdzie prywatnymi lekcjami zarabia na skromny kawałek chleba i jednocześnie sam studiuje filologię. Uzyskawszy w Sorbonie stopnie naukowe, zostaje profesorem liceów francuskich. Za sumienną i wybitną pracę pedagogiczną otrzymuje szereg odznaczeń i zyskuje ogólne uznanie i szacunek w społeczeństwie francuskiem. Po trzydziestu latach pracy dostaje dożywotnią emeryturę i honorowy tytuł profesora uniwersytetu. Obdarzony niezwykłą inteligencją i dużym talentem pisarskim, pracował i na polu dziennikarsko-literackiem. Był współpracownikiem poważnych pism francuskich i korespondentem polskich. W swych artykułach wykładał Francuzom literaturę polską, pisał wiele o Mickiewiczu i Kraszewskim, tłumaczył niektóre utwory na język francuski, zwłaszcza nowele Kraszewskiego. Pisał też o literaturze czeskiej i skandynawskiej — dawał nawet przekłady nowel, w których się dopatrywał jakiegoś związku z literaturą ojczystą i w ogóle sprawą polską. Był w stałym kontakcie z wybitnymi pisarzami i działaczami polskimi: z Wł. Mickiewiczem, Kraszewskim, Konopnicką, Sienkiewiczem i wieloma innymi — z niektórymi z nich łączyły go stosunki serdeczne. Pomimo sześćdziesięciu zgórą lat, spędzonych na obczyźnie, pozostał całą duszą Polakiem; zachował też czystość mowy polskiej i do końca życia władał pięknym stylem literackim. Na Kurpiach służył Polsce Kostrzewa, na obczyźnie Rodolphe J. de Glinka. U schyłku życia dane mu było ujrzeć Polskę niepodległą — powitała go ona szarżą oficera-weterana. Przywdział mundur, poszedł zobaczyć wojsko polskie… Na placu Saskim zmiana wart: nadciąga oddział wartowników — i błyszczą w słońcu karabiny — i świecą orły białe. Dusza się raduje: to żołnierz polski! Orkiestra gra hymn narodowy. Starzec wyprężył się na baczność, salutuje, łzawym wzrokiem wpatruje się w to wojsko… I widzi się Kostrzewie, że to oni, ci dawni jego żandarmi z ziemi nadnarwiańskiej, przyszli zameldować „naczelnikowi” o zwycięstwie. Chciał pozostać w kraju, ale okoliczności zmusiły go do powrotu. Ostatnie chwile swego życia „pan pułkownik” — tak go przez szacunek powszechnie tytułowano — spędził w Nicei. Otoczony czcią rodaków, budził zaciekawienie śród cudzoziemców. Piękny bo też był to starzec, o kryształowej duszy i wyniosłej postawie. I choć dziewiąty krzyżyk dobiegał końca, nie przestawał żywo interesować się swą Polską, marzył nawet o ponownej podróży do kraju. Niestety — śmierć te marzenia przerwała… Doczesne szczątki ś. p. Rudolfa Glinki-Janczewskiego złożono na cmentarzu Caucade, a konsulat polski ozdobił jego mogiłę wieńcem z szarfami biało-amarantowemi. Spełnił sumiennie swoje posłannictwo na ziemi i odszedł w zaświaty. W Warszawie żegnano go podniośle. Żarzą się świece na ołtarzu przed obrazem Bogarodzicy, co na Jasnej świeci Górze, i płynie ku Stwórcy modlitwa cicha, gorąca… I oto ofiara mszy świętej skończona. Rozlegają się dźwięki marsza szopenowskiego. Uderza dzwon, cmentarny dzwon… nieziemskie — wieczyste życie on głosi. A potem śpiewna elegia — to życia rzewne wspomnienie, to żal i tęsknota. I znowu dzwon, potężny dzwon… ku Światłu Wiecznemu on duszę prowadzi. Rozpływa się wreszcie u stropów świątyni i milknie w niemej modlitwie: odpoczynek wieczny racz im dać, Panie. — S. A. P.
Strona z 1742 < Poprzednia Następna >