Przez J. Gordona [Mrówka, 5.5.1869] ["Jakub Gordon", pseudonim literacki Maksymiliana Jatowta. Wydane zapiski są opracowaniem tekstu Celiny Treter zam. Dominikowskiej, która przytacza raport Zdzisława Skłodowskiego]
Rys wyprawy Lelewela
Dla uwydatnienia obrazu ruchów powstańczych w Galicji, rzućmy okiem na wyprawę mieszczanina krakowskiego, Lelewela, mając ku temu wiarogodne źródło, jakiem jest obszerny raport Skłodowskiego, byłego adjutanta przy Lelewelu:
Czas już wyjaśnić całą prawdę, choćby smutną i bolesną. Ludzie silnego charakteru i męzkiego serca nie zgorszą się nią, ale owszem podwoją siły i naprężą ducha, aby źle naprawić, a klęską powetować. Nie od dzisiaj na drodze naszej więcej spotykamy cierni, niżeli kwiatów. Nie przychodzi nam nic łatwo. Losowi nie będziemy nic dłużni, kupujemy wszystko za cenę krwi najczystszej, za cenę ofiar największych. To też skorzystaliśmy już wiele; złudzenia i mrzonki za dotknięciem poważnej myśli poupadały z nas, jak kwiaty zwarzone tchnieniem jesieni. Z krwawych śladów, pozostawionych za nami, czerpiemy ni wątpienie, ale moralną siłę i naukę; na myśl ciężkich kolei nie upada w nas wiara i nadzieja w lepszą przyszłość.
Z dnia 25. na 26. sierpnia (1863.) — podaje Skłodowski — oddział nasz zbierał się w rozmaitych punktach nadgranicznych. W obozie pod wsią Luchowem, niedaleko Tarnogrodu, a wprost Sieniawy, sam pułkownik Lelewel zawiązywał początkową organizację, ściągając ze wszechstron dążące gromadki ochotników. Dnia 28. sierpnia wyruszyliśmy z pod Luchowa, trzymając się granicy, a to w celu połączenia się z partją ochotników, prowadzonych przez kapitana Aleksandra Stępnickiego i rotmistrza Augusta Valentin. Dalej opisuje Skłodowski silne porażki dane Moskalom przez waleczne oddziały Lelewela i Ćwieka, następnie tak rozumuje:
Nie do mnie sądzić należy, czy zwycięztwo pod Panasówką zbyt drogo okupionem nie zostało. Może walcząc pod zakryciem lasu, straty nasze w zabitych byłyby mniejsze; ale zważywszy, że do boju po raz pierwszy występował oddział nowy, przeważnie galicyjski, który zaledwie powierzchownie z organizować można było; że tylko na czystem polu ścisła kontrola nad szeregami mogła mieć miejsce; że tam tylko oko wodza i dowódzców z precyzją dostrzega tak poruszeń nieprzyjacielskich, jak i własnych; że tam daleko łatwiej wszędzie być przytomnym, zachęcać, zagrzewać, cofających się wzmacniać i w czas ustępować — mniemam że te przeważne względy spowodowały pułkownika do przyjęcia walki na otwartej pozycji. Pokazało się, że obawy nasze były daremne. Ochotnicy po raz pierwszy na nierówny bój prowadzeni, walczyli jak posiwiali w bojach żołnierze. …Powracając z pobojowiska, okrzykami radości i uwielbienia witali wodza, który wśród krwawej walki nie odstępował ich na chwilę, który zachęcał ich własnym przykładem i wskazywał każdemu z surową powagą jego obowiązek. Na twarzy Lelewela błyszczały łzy wdzięczności i wyraz dumy, iż w dniu tym przywodził takiemu hufcowi. Okrzyki ustały; zbliżyliśmy się w ścisniętych szeregach do miejsca, gdzie ranni towarzysze nasi złożeni zostali chwilowo, dla podania im najpierwszej pomocy. W polskim lesie, pod sklepieniem uwitem z gwiazd i błękitów, na ojczystej ziemi leżeli oni szeregiem ze spokojem na twarzy, bez skargi na ustach, dopytując się tylko o przyjaciół i kolegów. Oficerowie i szeregowi spoczywali bez różnicy; a trzech zdolnych obozowych lekarzy z całem poświęceniem opatrywało ich rany; — że lża w oku patrzyliśmy na cierpienia tych męczenników. Nie jednego dłoń, jeszcze ciepła, kościnała w braterskiem uściśnieniu; nie jednego westchnienie było już ostatniem, jakiem żegnał nas zostających, których może jutro podobna koleja czeka… Głęboki spokój rozlany był na twarzach i w naturze — wszystko to ma tak uroczystą, nie tak wielką składało się scenę, że w obec niej każdy mimowolnie zginał kolana, błagając Boga, aby, jeśli przyjdzie w walce położyć swoje kości, dał nam śmierć podobną, jakiej byliśmy świadkami. Na zielonej murawie leżał jeden z towarzyszów naszych, major Edward Nyari (Węgier) ugodzony dwoma kulami. W roku 1849. walczył na rodzinnej ziemi, i młody — za świetne dowody męztwa otrzymał chlubną oznakę. Od tej chwili nie znał strzechy rodzimej. Ojczyzna jego była tam, gdzie rozlegał się szczęk oręża, podniesionego w słusznej sprawie, lub gdziekolwiek błyszczał promień nadziei dla nieszczęśliwych ludów. Rok 1854. i 1859. widział go rzucającego się w wir wypadków i przelewającego krew za wiarę swych przekonań. O, kto znał tego człowieka, z którego piersi buchało życie ognistem płomieniem — którego umysł, żadzą czynu trawiła bezustannie — kto znał ten charakter dziwaczny, często niezgodny, nieugięty nigdy i w niczem, surowy i nieco dziki; a widział go potem wśród męczarń piekielnych, w końcu zawodu w kwiecie życia, spokojnym i poważnym jak posąg; — kto znał go dawniej, jak gwałtem rwał się do życia i widział potem na pięknej śmiertelną radością jego twarzy wyraz głębokiej chrześcijańskiej rezygnacji — słyszał słowa pożegnania z ludźmi, których nie lubił, i z wiarą, której miał mało; kto widział ten uroczysty zgon chrześcijańskiego rycerza — to za prawdę śmiało powiedzieć może, że śmierć na polach Panasówki była lekką. Również niepowetowaną stratę ponieśliśmy przez skon dzielnego rotmistrza Rollera, Władysława Horodyńskiego, Lamberta Nejmarka, kapitana Rejnberega, Medarda Tchórznickiego i Józefa Cieszkowskiego… Nastąpiło przedłużenie zaciętej walki z Moskwą, podczas której Lelewel, stojący w złej pozycji i natarty znacznie przeważnemi siłami, życie zakończył. Śmierć jego Skłodowski w ten sposób opisuje: …Zostały więc tylko nasze trzy kompanie strzelców, pod dowództwem pułkownika, w ogniu strasznym, z odległości kilkunastu kroków miotanym. Jeszcze chwilka, a strzelcy nasi w nieporządku zaczęli wzgórza opuszczać. Rozpacz i przerażenie malowały się na ich twarzach. Usłyszałem wyrazy: „Zabiły, nie żyje.“ Nie wiedziałem kto, lecz myśl okropna przebiegła po umyśle. Spostrzegam jadącego z wawozu kapitana Tom… a za nim Stępnickiego. Przeczucie mnie nie omyliło, Lelewel nie żył. W kilku słowach dowiedziałem się o wszystkiem. Moskwa, zawcześnie przyjęta ogniem przez oddział Ćwieka, rzuciła się jedną kolumną na front naszej pozycji, gdy tymczasem druga obeszła skrzydło i zaatakowała z boku. Ogień rotowy kilkunastu kompanji piechoty moskiewskiej zaczmił powietrze w naszej i tak małej kotlinie. Strzelcy nasi nie mogli do oka podjąć karabina i słabo odpowiadając na strzały poczęli się cofać; Lelewel z szefem sztabu Valischem i kapitanem Stępnickim zwracali ich na linję, wskazując obowiązek żołnierza. W tej chwili dwie kule ugodziły pułkownika, zachwiał się na koniu… Podbiegł Stępnicki, a Lelewel leżał już na ziemi, i dwakroć zawołał „Weź!“ konwulsyjnie szarpiąc ręką zegarek, który przeznaczy najdawniejszemu swemu towarzyszowi. W tej chwili nadbiegł kapitan Tom… i obaj zaczęli podnosić śmiertelnie rannego. Szef sztabu, Valisch, także nadbiegł i to miejsce, pytając, co takiego? lecz nachylony z konia, aby lepiej się przypatrzyć, pada ugodzony kulą w tył głowy. Chwila była okropna! Wiadomość o śmierci Lelewela i Valischa obiega szeregi. Ukryć jej niepodobna. Żołnierzy, co pod Panasówką szydzili z kul, ogarnął popłoch paniczny. Ogień olbrzymi! a bęben moskiewski zapowiadał atak na bagnety — Moskwa już tylko na 15 kroków! Nie słychać komendy, zamieszanie powszechne. Strzelcy ustępują, cofają się, i z każdej strony walczą błyszczące bagnety moskiewskie. Nie mają odwagi widzieć dalej — nie mają odwagi umrzeć — a przecież z dumą umrzeć było można obok Lelewela!… Za chwilę popłoch się zwiększa, żołnierzy w nieporządku uchodzi z placu boju. Stępnicki, Tom… usiłując unieść ciało pułkownika, ostatni prawie pozostali na placu, — muszą je atoli zostawić, bo bagnet nieprzyjacielski ich dosięga. Z wyniosłej góry, jak lawina spadają nasi strzelcy na rezerwę u stóp jej ku Batorzu ustawione, dowodzone przez podpułkownika Grudzińskiego; a wraz z nami spada i wieść o śmierci pułkownika i szefa sztabu. Za strzelcami w ślad, na całej górze, rozsypano kilkanaście rot tyralierów moskiewskich i harmat. Napróżno dowódzca wzywa do porządku. Porządek rezerw zmieszany — kartacze rozpraszają szeregi. Trzeba się było cofać pod ogniem działowym i rotowym, a przedewszystkiem myśleć o ocaleniu furgonów, na których oprócz amunicji, mieliśmy parę set sztuk zapasowej broni. Przy furgonach nie było już żadnej eskorty i daremnie wstrzymywaliśmy piechotę, wzywając ją do asekuracji. Wozy postępowały w nieładzie, wymijając się wzajemnie. Łącznie z kapitanem Stępnickim poskoczyliśmy ku Zakrzewskiemu, żądając od niego zasłaniania furgonów i wzywając go do objęcia ogólnego kierunku nad kawalerją. Zakrzewski dowództwo przyjął i natychmiast zajął się zebraniem rozpierzonych. Kozactwo dopadło już furgonów. Zakrzewski zakomenderował i w kilkadziesiąt koni wysunął się spiesznie przed furgony, pod nos prawie sypiącemu się kozactwu. Dobra opinja o naszej konnicy, przemogła tym razem nad rozbrojnicą i złodziejską żyłką kozacka, podlechtaną widokiem ulubionej zdobyczy, i zmusiła tłuszczę do odwrotu. Moskwa chwyciła się ulubionej metody: straszenia, zachodzeniem i okrążaniem skrzydeł, i pocięła gęsto sypać kartaczami. Furgony uchodziły; lecz jazda nasza, choć dotkliwie pod skoncentrowanym na nią ogniem ponosiła straty, trzymała się jednak, manewrując przeciwko wysuwającemu się zewsząd kozactwu. Część naszej i Ćwieka piechoty zrejterowała, bez porządku wprawdzie, ale zawsze w najznaczniejszej masie. Korzystając ze wstrzymania się Moskali, pchnęliśmy nasz obóz: broń i amunicja ocalały, ocalenie zaś to zawdzięczamy energii i osobistej odwadze Gustawa Zakrzewskiego. Przestrzeń odwrotu rozciągała się na 1½ wiorsty szerokości i nie ochraniała nas nigdzie od strzałów nieprzyjacielskich. Moskwa i tu zajmowała wszystkie dominujące punkta; ale nasz żołnierz z pod Uroczna zapomniał swojej powagi, stracił krew zimną nie umiał się więcej cofać zwolna pod ogniem baterji nieprzyjacielskich; potrafił tylko na przykryć pozycji rozprószyć się i błąkać pojedynczo po całem polu, nie słuchając komendy! O godzinie trzeciej skonał, po kilku konwulsyjnych drgnieniach, Lelewel. O godzinie trzeciej bitwa na pozycji ustała, o godzinie czwartej bitwa na całej przestrzeni była przegrana… Dziś jeszcze, gdy to piszę, nie umiem zdać sobie sprawy z bitwy Batorskiej. Straty nasze stosunkowo do Panasówki były małe, a niepowetowane. (Tu wyszczególnienie strat.) Nie było już Lelewela, który umiał utrzymać powagę dowódczy i jednem spojrzeniem godzić obozowe nie-snaski. Skończył zawód swój na polu walki śmiercią, jakiej pragnął i jaką w tym dniu przeczuwał. Moskwa, mogła tryumfować śmiało. W dniu 6. sierpnia straciła jednego z najzacieślejszych i najwytrwalszych przeciwników.
Trup Lelewela ze wszystkiego odarty, w trumnie z czterech desek zbitej — pochowany został w kilka dni później skromnie, jak prostem i skromnem było całe jego życie, na cmentarzu batorskim. Obok niego spoczął jeden odwagi i zdolności szef sztabu major Valisch, jedną tylko mający wadę, że zanadto był obojętny na niebezpieczeństwo! Nie ulega żadnej wątpliwości, że siły moskiewskie były trzykroć większe, — że pozycja na całej przestrzeni była fatalną, — że nie znalazł się człowiek, któryby energją odpowiednią potrafił ująć w karby porządku zdezorganizowane szeregi. Wszystko to prawda, ale nieusprawiedliwiająca bynajmniej popłochu. Wina dnia tego cięży na nas kamieniem! Wszakże z dawna przyuczyć się do tego należało, że nierówną z wrogiem prowadzimy wojnę!
Jeżeli każdy z nas nie będzie miał w sobie tyle potęgi moralnej, aby zuchwale stawić czoło przeciwniku trzem bagnetom moskiewskim i takowe zdruzgotać; jeżeli opuści nas duch ojców, który na polach Kirholmu w 3.000 rycerstwa pokonał sześćkroć liczniejszego wroga; jeżeli wyprzem się własnych dzisiejszego powstania tradycji, własnej historyi, krwawemi zapisanej zgłoskami; jeżeli wyprzem się Kobylanki, Chruśliny i tylu innych bitew, w których nie siła ręki i oręża, ale moralna potęga rzuciła przestrach i wywalczała zwycięztwo — to zaprawdę porzućmy broń, jako nieużyteczne narzędzie; usiądźmy na mogiłach, których zgnilizna zdrowszą jeszcze będzie od naszego życia, i patrzmy odmawiając pacierze i wzywając miłosierdzia królów, na dymiące zgliszcza domowych naszych zagrod, na pokalane skarby ognisk rodzinnych, na hańbę sióstr i matek — na własne upodlenie. Może za łachmany duchowej nędzy rzuci nam świat błyszczące szychowe szaty, — może na wyciągniętą dłoń żebraków spadnie palący pieniądz jałmużny, — a może zabiją nas powietrze grobów, przekleństwo na kalających je stopą plugawą.