Portal w rozbudowie, prosimy o wsparcie.
Uratujmy wspólnie polską tożsamość i pamięć o naszych przodkach.
Zbiórka przez Pomagam.pl

Grochowiska 18.03.1863

Grochowiska 18.03.1863
ob. stopnicki; 9 km. wsch. od Pińczowa

Nazajutrz po bitwie pod Chrobrzem (p. t.) Langiewicz, w pościgu za moskalami, dogonił ich za Buskiem, lecz ścigane i rozbite oddziały Czengerego i Zwierowa wzmocnione już były nowem wojskiem, przybyłem z Pińczowa i Chmielnika. Skoro przednie straże powstańcze zaczęły się wysuwać z lesistej pozycyi Grochowisk, przyjęte zostały kartaczowym i karabinowym ogniem czterech dział i licznej moskiewskiej piechoty, razem około 5.000 ludzi wynoszącej i ustawionej w szyku bojowym. Żuawi i strzelcy, to rozsypani, to uszykowani po laskach, odpowiadali rzęsistym ogniem, silnie i widocznie szeregi moskiewskie przerzedzając, następnie prowadzeni przez dyktatora, po kilku natarciach z bagnetem w ręku, spędzili z pozycyi przeważające siły moskiewskie i zmusili do zupełnej ucieczki ku Pińczowowi. — Gdy atak ten od północy odpierano, żuawi i strzelcy pułkownika Czachowskiego, z kosynierami, dowodzonymi przez majora Koskowskiego odparli inny oddział moskiewski, ze Stopnicy idący, rozbili w zupełności, ale ścigając go, odcięli się od reszty. W tej bitwie zabito i raniono moskalom przeszło 400 ludzi, wzięto do niewoli kilkunastu oficerów, w tem podpułkownika i majora oraz kilkudziesięciu żołnierzy, zdobyto znaczną ilość broni, amunicyi i tornistrów. Rozbitki moskiewskie, porzucając swoich rannych na placu boju, pierzchały po kilku lub kilkunastu w największym nieładzie ku Stopnicy. Pod Grochowiskami odznaczyli się między innymi szczególną walecznością kosynierzy, Stefan Koskowski i porucznik Emil, ciężko ranny, oraz pułkownik żuawów Rochebrune. Wojsko polskie na pobojowisku odpocząwszy, zanocowało o kilometr dalej pod Wełczem.
Pod Grochowiskami i pod Chrobrzem stracili powstańcy razem około 300 ludzi w poległych i rannych.
Następnego dnia po naradzie wojennej we Wełczu opuścił Langiewicz obóz w towarzystwie Bentkowskiego, Jeziorańskiego, Waligórskiego, Winnickiego, pułkownika Ulatowskiego i Borzysławskiego, Pustowójtówny, z eskortą ułanów, razem około 40 koni. Zdawszy dowództwo oddziału Śmiechowskiemu, którego mianował generałem, ruszył do zaboru austryackiego, gdzie dostał się do niewoli austryackiej.[Ziel.]

Relacja Adama Piernikarskiego
Wczesnym rankiem zostaliśmy znów zaalarmowani. Wyruszyliśmy do lasu pod Grochowskimi i zaraz rozpoczęła się zacięta walka, która trwała do południa z naszem zwycięstwem. Po bitwie zaczęliśmy gotować obiad w kociołkach w lesie, gdyż przeszło 24ry godziny nic nie jedliśmy. Lecz zaledwie rozpoczęliśmy gotowanie, usłyszeliśmy trąbki moskiewskie i strzały armatnie, na których odgłos i huk, wszystko się porwało do broni. Wszczęła się walka zacięta, wzięliśmy nieprzyjaciela w środek, to jest kosynierzy i kawalerya zabrały tyły Moskalom, a piechota front. Na dane hasło ruszyliśmy na bagnety, a kosynierzy z kosami z tyłu, kawalerya znów pierzchających Moskali prała porządnie. Była to prawdziwa rzeź, która trwałą do nocy, w dniu 19go marca, w dzień Śgo Józefa.
Zabraliśmy kilkudziesięciu Moskali do niewoli, a kilka przez nas zagwoźdzonych armat wciągnęliśmy na bagna. Poległych i rannych z obu stron była duża ilość. Ja zostałem cięty przez dragona pałaszem w głowę ponad prawem uchem, lecz tegoż dragona przebiłem bagnetem w pierś. W czasie bitwy dowódzca Żuwawów Rochenbrum przebiegał konno szeregi nawołując „anawa Pologne bajonete”, naprzód Polacy z bagnetami. Po ukończonej bitwie błąkaliśmy się po lesie, dopytując się o sztab, a głownie o dowódzcę Langiewicza. Bitwa ukończona zwycięstwem naszem, a tu nie ma ani dowódzcy ani sztabu. Wreszcie na komendę dowódzcy, pułkownika Czachowskiego, ruszono marszem na całą noc. Rano przybyliśmy do miasteczka Wiślicy. Stanęliśmy w rynku. Pułkownik Czachowski i Jenerał Jeziorański sformowali oddziały mniejsze ze zdrowych ludzi i wyruszyli w głąb kraju do dalszej walki. Rannych i słabych odwieziono do Opatowa nad Wisłę.
[Pamiętnik Adama Piernikarskiego, rkps w oprac. Krystyny Szymonowicz]

Relacja Feliksa Borkowskiego
Zapalczywsza, całodzienna bitwa zaczęła się nazajutrz z rana w lasach Grochowskich. Bagnetami wypieraliśmy Moskali ze wszystkich stanowisk, a kosynierze postrach i popłoch siali między nimi. Kiedy pod wieczór, już prawie przy końcu bitwy, natarły jeszcze na nasz oddział dwie roty Moskali. Rochebrün ustawił nas do ataku i zakomenderował: „strzelcy w lewo i prawo rozstąpić się! Kosynierze naprzód, hura! a kosynierzy, widząc za sobą żuawów, z zapałem krzyknąwszy, hura: pobiegli naprzód i za pół godziny leżały już tylko kawałki z Moskali, - dwie roty padły na placu, a 17-stu pozostałych przy życiu wraz z jednym oficerem wzięliśmy do niewoli. W tej bitwie zostałem ranny w prawą rękę. Nie z mniejszym oddziałem i odwagą szły inne nowe oddziały. Moskwa na wszystkich punktach pierzchała, - ścigana przez naszych, byłaby jeszcze znaczniejszą poniosła klęskę, gdyby ciemność nocy i brak kawaleryi, nie były wstrzymały pogoni.
[Borkowski Feliks, Przejścia i wspomnienia uczestnika powstania polskiego z roku 1863-4, Kraków 1904]

Opis Aleksandra Zdanowicza
Po parogodzinnym odpoczynku w Wełeczu wyruszył oddział nocą do Grochowisk, folwarku położonego wśród lasu, gdzie Langiewicz zamierzał spędzić bezpiecznie parę dni, aby dać ludziom i koniom trochę wypoczynku. Nad ranem obóz rozłożył się na uroczysku obok folwarku i wysłano w różne strony rekonesanse z wozami dla furażowania.
Z Wełecza wrócono około południa z wiadomością. że miejscowość zajętą byla przez moskali. Od północy z Galowa przywieziono trochę owsa i siana, ale rekonesans zaledwie zdołał ocalić wozy i ujść przed nacierającymi dragonami. Z jakiejś wioski ze wschodu wyprawa wróciła z niczem bo moskale byli we wsi. Wieści były niepokojące i położenie trudne.
Po wyjściu powstańców do Grochowisk, przybył do Wełecza nad ranem major Zagriażskij z garnizonu Stopnickiego, o czem Langiewicz nie wiedział, był on przekonanym, że to kolumna Czengierego poszła w ślad za powstańcami do Welecza, i według doniesień zdawało mu się, że główne siły nieprzyjacielskie będą go napierać od południa, więc po krótkiej naradzie postanowił przebić się na północ tego pierścienia, który go ściskał ze wszystkich stron. Rozporządzono, aby Czachowski z batalionem strzelców został w tylnej straży dla zasłaniania odwrotu od strony południowej czyli od Wełecza i polecono mu cofać się powolnie za główną kolumną. Rochebrunowi z żuawami polecono oświecać pochód szczególniej od strony północno zachodniej, gdzie według mniemania Langiewicza, Czengiery musiał zostawić część swojej kolumny dla obserwacyi. Czengiery jednak nietylko nie poszedł za śladem powstańców, ale wzmocniony jeszcze kolumną Bentkowskiego, który 17-go wieczorem przeprawił się na lewy brzeg Nidy, postanowił atakować w lesie pozycye Langiewicza. To też Rochebrune zaledwie rozwinął się do pochodu kolumną bojową, natknął się na piechotę nieprzyjacielską, którą niebawem wyparł z lasu, a sam zatrzymał się na krawędzi dla zasłaniania przejścia przez groblę wiodącą do Galowa. Gdy czoło kolumny powstańczej zaangażowało się dobrze na groblę, przywitane zostało niespodzianie gradem kartaczy, co sprawiło ogromne zamieszanie i popłoch w obozie powstańczym, tem bardziej, że usłyszano gęste strzały oddziału Czachowskiego na tyłach.
Działa Czengierego były tak dobrze zamaskowane, że dopóki milczały, uszły baczności Rochebruna, ale po pierwszych wystrzałach Rochebrune sformował kolumnę do ataku i powiódł ją z takim impetem na bateryę, że moskale zaledwie zdążyli zaprzodkować działa i umknąć w galopie. Czengiery przerażony taką śmiałością i gwałtownością napadu cofnął się pcspiesznie, napierany i rażony celnymi strzałami żuawów, i niezwalniając kroku, przez Busk i Szaniec uchodził ku Kielcom.
Tymczasem w naszej kolumnie marszowej nieporządek doszedł do najwyższego stopnia - cały oddział cofnął się pospiesznie w las i zbił się w bezładną kupę niewiedząc co począć, tembardziej, że dyktator ze sztabem gdzieś zniknął. Kawalerya nasza pierzchła w kierunku wschodnim i Czapski pokłusował za nią, zaś piechota oczekiwała w niepewności co dalej będzie.
Langiewicz widząc tę niespodziankę kartaczową uskoczył żywo w las i pod pozorem lustracyi tegoż w kierunku zachodnim, pociągnął za sobą cały sztab, około 25 koni w taki gąszcz, że według opowiadania szefa sztabu Bentkowskiego, nie wszędzie dwa konie jeden obok drugiego mogły przejść razem. Na czele jechał Langiewicz z Jeziorańskim - Bentkowski, który postępował tuż za nimi nie mógł dosłyszeć o czem mówili, dorozumiewał się jednak, że naradzali się o sposobie opuszczenia oddziału i o przejściu granicy. Domysł ten zamienił się w pewność kiedy Langiewicz zapytał Bentkowskiego czy mógłby wykreślić mu marszrutę najprostszą a bezpieczną ku granicy.
Tymczasem Rochebrune po oddaleniu się Czengierego powrócił do oddziału sam jeden i zaczął lżyć powstańców, że zostawili go z tak małą garstką ludzi bez żadnej pomocy, bez poparcia; szczęściem mało kto go rozumiał -- w tem, od strony wschodniej poczęły gwizdać kule. Kosyniery jak zwykle najpierwsi zaczęli chwiać się i cofać, lecz Rochebrune z rewolwerem w ręku zaskoczył im drogę i przy pomocy nadciągających żuawów sformował szybko pierwszą kolumnę i krzycząc co umiał po polsku: - »Dzień dobhy, psia khew, któha godzina! en avant !...< poprowadził kolumnę rozśmieszoną tą zachętą do ataku. Nieprzyjacielem do zwalczenia była rota piechoty wysłana przodem dla oświecania pochodu kolumny pułkownika Sorniewa, który z resztą załogi Stopnickiej na furmankach przybył z Wiślicy. W kilka minut kapitan Kerawnow i wielu moskali legło, kilkudziesięciu żołnierzy z porucznikiem Pałotiewem zostało wziętych, a zaledwie trzecia część zdołała ratować się ucieczką. Sorniew pchnął naprzód cały batalion, lecz kosyniery zdumieni i zachęceni tem pierwszem powodzeniem, już z własnego popędu poszli naprzód i batalion rozbili. Drugi batalion spotkał tenże sam los, a atak był tak gwałtowny, że pierwszy batalion nie miał czasu sformować się za plecami drugiego, więc jak bezładną trzodę pędzili powstańcy moskali parę kilometrów, lecz że uciekający zdobywa się zawsze na więcej energii niż ścigający, więc i moskale zyskali na odległości. Nasi zziajani pogonią wstrzymali się, a Sorniew dopędził Czengierego za Buskiem.
Zwycięztwo było zupełne, a bohaterem tych dwóch dni był bez zaprzeczenia Rochebrune, choć i Czachowski zdobył część tej chwaly, lecz jemu w udziale przypadła rola mniej trudna. Zagriażskij, który z Welecza wszedł w las, przywitany rzęsistym ogniem strzelców, cofnął się pospiesznie w stronę poludniowo wschodnią, usiłując czystem polem ominąć Czachowskiego i połączyć się z Sorniewem. Czachowski ze swej strony posunął się ku krawędzi wschodniej lasu dla obserwacyi ruchów nieprzyjaciela i tu pozostał.
W końcu wypada zrobić wzmiankę o kawaleryi, która pierzchła w las, aby oddalić się od tej ulewy kartaczowej. Jenerał Czapski opowiadał mi, że dopóki kawalerya przedzierała się przez gąszcz leśny, dopóty on nie myślał zatrzymywać jej, dopiero kiedy wydostała się na pole, zatrzymał ją, sformował jako tako i odprowadził za jakąś wieś, i tutaj kazał czekać, a sam z kilkoma jeźdźcami pojechał zlustrować okolicę, aby się przekonać, czy są tu wojska moskiewskie i w jaki sposób da się zużytkować kawalerya, lecz zaledwie ujechali parę wiorst spostrzegli za sobą pościg kozaków i dragonów. Była to kawalerya Sorniewa, która przykłusowała z Wiślicy w ślad za piechotą jadącą na furmankach o czem już wyżej wspomniałem.
Czapski tylko dobroci nóg końskich winien był swe ocalenie, i do oddziału przedostać się nie mógl, bo niżej ku południowi kolumna Zagriażskiego bronila przystępu do lasu - błąkał się więc parę dni po bezdrożach dla uniknienia nieprzyjaciela i wreszcie z tymi kilkoma ludmi dotarł do Krakowa, a swego oddziału kawaleryi więcej nie oglądał.
Od kartaczowania na grobli do ukończenia rozprawy z Sorniewem uplynęlo trzy do czterech godzin i wtedy dopiero, to jest około piątej wieczorem zjawił się dyktator ze sztabem i dziękował wojsku za zwycięstwo, o którem przed chwilą nic nie wiedział.
Około dziesiątej w nocy powróciły zwiady z doniesieniem, że Wełecz jest opróżniony i droga do Wiślicy zupełnie wolna - ruszono więc do Wełecza na dobrze zasłużony odpoczynek, i w istocie, ludzie byli tak znużeni, że każdy kładł się spać w miejscu gdzie się zatrzymał, i nie przedsięwzięto nawet elementarnych środków ostrożności.
[Zdanowicz Aleksander, Dziesięć dni dyktatury : wspomnienie z lat ubiegłych, wyd. 1901]

Relacja o. Serafina Szulca
Następnego dnia, 18 marca, zaledwie rozłożono ogniska pod Grochowiskami i zaczęto gotować, padły strzały na pikiecie.
Moskwa nas podeszła z bliska; bitwa była krwawa; kosynierzy dobrze się tam spisali i narąbali dużo nieprzyjaciela. Śnieg padając wielkimi płatami pokrył wszystkich, że nie można było rozpoznać, czy to Moskal lub swój, tak że kilku Moskali wpadło pomiędzy naszych pytając: „A gdie moja rota". Kosynierzy odpowiedzieli im kosami. Straszne było zamieszanie.
W tej bitwie odznaczył się walecznością Rochebrun ze swoimi żuawami, nie tylko nimi dowodził, ale jakby całym oddziałem, biegał i zagrzewał żołnierzy do boju. Tu się również odznaczyli hr[abia] Komorowski i Wanert.
Czachowski został odcięty z jednym batalionem i udał się w Świętokrzyskie Góry, jemu się cześć należy, że ze znacznego oddziału Langiewiczowskiego przynajmniej część uratowaną została od zmarnienia. Oręż polski odniósł tu zupełne zwycięstwo. Moskwa rzucała armaty uciekając, lecz widząc, że kawaleria polska nie dąży do zabrania takowych, powróciła, zaprzęgła powtórnie do nich konie i uwiozła. Antoni Kulesza błagał, zaklinał, aby wykonać szarżę na armaty, ale nie było kim, bo jenerał Czapski z całą konnicą przed bitwą oddalił się ku granicy i pierwszy przybył do Krakowa. Kilku oficerów rosyjskich zabrano do niewoli, lecz następnego dnia puszczono ich na wolność.
[Szulc Serafin ks., Pamiętnik kapelana księdza Serafina Szulca, w: Kozłowski Eligiusz (oprac.) Zapomniane Wspomnienia, Warszawa 1981]

Relacja Kazimierza Frycza, ps. "Kaźmirz Grabówka"
Rano 17 marca budzą mnie; alarm! wybiegam, żuawi szykują się; wszystkie oddziały wyruszają z Wełcza. Wchodzimy w las Grochowiski, stajemy w porębie. Nasi kucharze ćwiartują wołu, ustawiają kotły, gotują mięso z kaszą; niecierpliwie oczekujemy posiłku; głód srodze nam dokucza. Już rosół się dogotowuje, już mają go rozdzielać, wtem rozlega się w oddali huk strzału, alarm! zrywamy się, biegniemy do kotłów, lecz Rochebrun każe je przewrócić - za późno! rosół rozlany: chwytamy więc kawałki mięsa, parząc się, zjadamy już w szeregu.
Pierwsze ruszają, rozwiniętym frontem, kompanie zuawów przez błotnistą polankę w gęsty, niski zagajnik sosnowy; wysyłają nas w tyraliery po dwóch co 10 kroków: w gąszczu możemy się pogubić, mamy posuwać się naprzód ostrożnie, kierując się odgłosem gwizdków, którymi oficerowie mają dawać sygnały. Przed nami rozlega się huk strzałów; Moskale walą ogniem rotowym, nie żałują naboi, armaty ryczą - lecz w gąszczu nic nie widzimy, słyszymy gwizdki; posuwamy się w prawo, kule niewidzialnego nieprzyjaciela świszczą, granaty przelatują z szumem; padł tam pewnie niejeden zuaw. Kończy się zagajnik sosnowy, wchodzimy w chrusty; tu trochę widniej, już i z naszej strony odzywają się pojedyncze strzały do upatrzonych tyralierów rosyjskich: trwa to dość długo - ogień rosyjski słabnie. W tej chwili spostrzegamy na polance grupę jeźdźców: widzę Langiewicza w otoczeniu sztabu; stoją nieruchomi, jakby się naradzali - wysuwa się z gąszczu jeszcze kilku żuawów, między nimi nasz chorąży; skupiamy się, radzimy co począć; chorąży zbliża się do Langiewicza, coś mówią - zawracamy szukać naszych kompanii; wkrótce spotykamy Rochebruna, formującego gromadzących się żuawów i garść kosynierów. Wtem z przeciwnej strony rozlegają się niespodzianie niedalekie strzały. Rochebrun ustawia w okamgnieniu kosynierów w kolumnę, rozwiniętą frontem do nieprzyjaciela, a za nimi żuawów, z nastawionymi bagnetami; każe iść naprzód; Moskale są coraz bliżej; rzucamy się biegiem, wpadamy na rotę nieprzyjacielską, kosynierzy tną kosami, żuawi kłują bagnetami, walą kolbami; padają pojedyncze strzały na bliską odległość, zmieszani z nieprzyjacielem, walczymy na wszystkie strony - zmierzcha się; dymy To zwłóczą się nad lasem i nad bagnistą doliną; w zamieszaniu trudno rozpoznać: swój, czy nieprzyjaciel?
Rychło bój ustaje; Moskale legli wszyscy prócz kilkunastu, którzy się poddali. Ciemność zapada; zbieramy rannych - jest ich tu sporo, a niełatwo wyszukać wszystkich w gęstwinie, robimy nosze z kos i gałęzi; na nich niesiemy ich do Wełcza i składamy we dworze. Z naszych oficerów, o których wiem, zostali ranni: major hr. Komorowski i kapitan Sokołowski. Rannych opatruje dwóch lekarzy; wysyłają ich na furach do Krakowa.
[Frycz Kazimierz, Wspomnienia z r. 1863 - 1864, Kraków 1912]

Relacja Stanisława Grzegorzewskiego
Wtem rozległ się krzyk: moskale!
W obozie naszym zrobił się ruch, jak w ulu, gdy się raptem pszczoły poruszy. Każdy, kto się trochę przygotowywał do odpoczynku i częściowo rozebrał do suszenia rzeczy, teraz w pośpiechu naciąga ubranie, chwyta karabin, opatruje ładunki i staje do szeregu Nim zacznę opowiadać dalszy ciąg wypadków, opiszę krótka miejscowość, w której bitwa się odbyła. Naturalnie opis ten zastosuję tylko do tego terenu i tej okolicy, gdzie my żuawi byliśmy czynni.
Przede wszystkim więc zaznaczam, że cała bitwa odbyła się w lesie, w którym znajdowaliśmy się, a w którym także znajdował się gdzieś folwark, czy przysiółek: Grochowiska.
Od nazwy tego folwarku wywodzi się nazwa pamiętnego zwycięstwa naszego nad moskalami w owym dniu: 18 marca 1863 г.
Obozowisko nasze, gdzieśmy ognie palili, założone było na równinie o jakie 60 metrów od wzgórza, w równej prawie linii w kierunku południowo-wschodnim się rozciągającego. Wzgórze to, wysokie jak dobra grobla, było dosyć spadziste ku nami po wyjściu jednak na szczyt widziało się drugostronny stok, bardzo łagodnie nachylający się ku zachodowi.
Prawie prostopadle do owej grobli, więc mniej więcej w kierunku południowo-zachodnim, obok naszego obozowiska. był wyrąb wśród lasu, na którym z tej strony szczytu wzgórza stały jeszcze sągi, a z drugiej strony już były zabrane. Ten czysty zrąb na którym nie było już sągów, dochodził aż do pól ornych otwierał widok na prześliczny krajobraz nadnidziańskiej równiny bielejącymi w dali wioskami.
Patrząc z miejsca, gdzieśmy ogniska palili wprost na wzgórze, po lewej stronie na znacznej długości rozciągał się gruby las obu stokach tegoż, po prawej stronie, po obu stokach, był o którym mówiłem, a za zrębem, przed samym szczytem wzgórza graby las, zaś na drugim stoku zagajnik, to jest krzaki dosyć gęste, ze trzy metry wysokie.
(...)
Otóż po alarmie zaczęliśmy się formować w plutony i kompanie i biegiem wydostawaliśmy się na grzbiet wzgórza na czysty zrąb. Zrąb ów w tym miejscu był szeroki na jakie 150 metrów, dalej zaś ku dołowi rozszerzał się nieznacznie mode do 180 i tam-jednak przed lasem jeszcze - od nas na kilkaset metrów, stali moskale
Jak tylko plutony nasze zdążyły wydostać się na szczyt wzgórza, rozsypywały się w tyraliery na komendę Rochebrune'a Linia tyralierów naszych zajęła całą szerokość zrębu, część lasu w lewo i zagajnika w prawo, a była dosyć gęsto obsadzoną, bo zaledwie parę kroków szedł żołnierz od żołnierza
Na szczycie wzgórza, w środku zrębu, pozostała nasza chorągiew rozwiniętą w pełnej paradzie z pół-plutonem rezerwy dla jej obrony błogosławiąc krzyżem białym własnej drużynie - rażąc z wysoka swymi grobowymi kolorami moskali i wzniecając między nimi postrach śmierci.
Cala ta akcja, którą opisałem, odbyła się w jak najszybszym tempie, tak, że gdyśmy już byli w tyralierach i widzieliśmy dobrze moskiewskie szeregi, oderwały się ich salwy rotowego ognia
jedna, druga, trzecia itd. bez ustanku, a wśród tych salw od czasu do czasu huczały działa, ziejące kartaczami.
Z naszej strony rozpoczynał się ogień natychmiast po zajęciu stanowiska w linii tyralierów; a strzelaliśmy tak prędko, jak który zdążył nabić broń. Dodam tu jeszcze, że mieliśmy, zdaje mi się, po 40 ładunków, a że ówczesne karabiny, tak nasze jak i moskiewiki, nabijały się z wielką stratą czasu przy pomocy stempla, więc i tych 40 ładunków na długo wystarczały żołnierzowi w czasie bitwy.
Rotowy ogień moskiewski w ten sposób wówczas praktykowano, że wojsko stało w zwartych szeregach rotami, tj. kompaniami i szeregi te na komendę razem strzelały. Im więcej było rot, tym gęstsze były salwy i naraz setki kul wyrzucano na przeciwników, Dziwne to jest wrażenie takiej salwy. Wśród dymu nie widzi się strzelających, rozróżnia się tylko błysk, słyszy huk i w tejże chwili świst kolo siebie - a świst ten różnej siły i barwy głosu: to cieńszy, to grubszy. Jak kula bardzo blisko koło uszów świśnie, człowiek mimo woli odchyla głowę, choć ona już dawno przeleciała; po kilku jednak salwach oswajają się nerwy z tą muzyką i nie robi ona już większego wrażenia.
Piekielny ogień wówczas moskale na nas wyrzucali: co chwila salwy karabinowe, co parę minut grzmot dział, a kule po kilka jednocześnie świstały to koło głowy, to niżej - bo i to można rozróżnić - to z prawej strony, to z lewej.
Myśmy ciągle szli naprzód, a straszny to był pochód wśród tego ogłuszającego huku, świstu, wśród tego wycia gradu kul, wśród tej atmosfery dymem i zapachem prochu nasyconej, słysząc krzyk i jęk padających w sąsiedztwie kolegów! Myśmy szli, nie zwracając na nic uwagi, nabijając broń i strzelając tam, skąd błysk się pokazywał. Ja idąc prawie w środku czystego zrębu, krzyczałem:
"karabiny równo od ziemi", bo to zasada na bliski dystans, aby strzały były celne; inni krzyczeli hurra, inni znów zachęcali ze swej strony do marszu na moskali. Był to, jednym słowem, straszny pochód, pełen brawury i lekceważenia życia, wśród tak ciężkich warunków dla młodego i nieostrzelanego żołnierza. Ale entuzjazm, idea, ożywiająca nasze szeregi, przeświadczenie o zwycięstwie, pchały naprzód każdego. Szliśmy więc i strzelali, szliśmy i krzyczeli, szliśmy ciągle naprzód na moskali!
Gdy już się zdawało, że jesteśmy u końca zrębu i powinniśmy być niedaleko moskiewskich szeregów, gdy już przygotowywaliśmy się w myśli do ręcznej walki na bagnety - raptem kanonada ustala. I myśmy stanęli, nie wiedząc, co się dzieje, stanęliśmy, oczekując dalszej akcji ze strony wrogów, lub rozkazu naszych dowódców. Tymczasem nic nie widać, rozkazów nie słychać, a dym gęsty kłębiąc się nisko na zrębie między dwoma lasami zasłaniał zupełnie widok przed nami: byliśmy pełni zdziwienia, niepewności i oczekiwania, co dalej się stanie. Jak się powietrze oczyściło, zobaczyliśmy moskali - już daleko, jak na gwałt uciekali.
Na ten widok odetchnęło się swobodnie.
- Uciekają, uciekają!
Sprawdziły się sny, ziściły marzenia - nadzieje nasze zmieniły się w rzeczywistość! Była to błoga chwila.
Krzyczeliśmy: uciekają, uciekają!
Opisać wrażeń, jakie wywołuje widok uciekających moskali, nie jestem w stanie. Niech serce polskie czytelników ten brak uzupełni.
Nasyciwszy się tym widokiem, my, cośmy byli na zrębie i mogli najlepiej śledzić każdy ruch moskali na naszej pięknej nadnidziańskiej dolinie, z uczuciem radości w duszy wracaliśmy pod dowództwem podporucznika Postolskiego do naszej chorągwi - a było nas ze 20 tylko.
Gdyśmy przybyli na szczyt wzgórza, nie było już tam nikogo. Co się ze wszystkimi stało, gdzie się oni podzieli, nikt z nas nie wiedział. Podporucznik Postolski powiada: „Stójcie tu, ja pójdę zobaczyć, gdzie się nasi gromadzą i przyjdę po was. I poszedł w zagajnik; może była wtenczas godz. 1 z południa.
Stoimy więc i czekamy, rozmawiając o szczegółach bitwy, o zabitych, o rannych. Ilu naszych padło w tym pochodzie, trudno było teraz wiedzieć, bośmy szli naprzód z uwagą ciągle skupioną na moskali, a nie mogąc nawet objąć okiem linii bojowej, trudno też było mieć wyobrażenie o całości przebiegu bitwy. Z. naszego plutonu na zrębie dosyć padło, a każdy z nas, stojących teraz na szczycie pagórka, dziękował Bogu, że jeszcze żył. Mnie Matka Boska strzegła i cudem prawdziwym wyszedłem z tego strasznego ognia bez szwanku, nawet niedraśnięty - tylko w dole guńka była podziurawiona.
Pominąć teraz nie mogę wspomnienia o tym krakusie, który mnie podratował w dźwiganiu karabinu pod Zaryszynem. Otóż i teraz szedł on obok mnie; poły swego austriackiego płaszcza podwinął z przodu pod pasek, aby mu nie przeszkadzały - fez na tył głowy odrzucił i szedł z nosem zadartym do góry, szedł pochylony ciałem, czekając na błysk ognia moskiewskiego, aby tam kulę swoją posłać.
Wtem zaklął.
- Co ci się stało? - pytam.
- Aby ich... - i zaczął sypać pięknym doborem przekleństw pod adresem moskali, pokazując mi strzaskane łoże swego karabinu.
- Co ja teraz pocznę, panie sierżancie?
- Masz szczęście - mówię - kolba wyratowała cię od pigułki moskiewskiej - i chciałem dodać, aby się wrócił po karabin którego z poległych; wzrok jednak mój już zrozumiał, gdym się obejrzał stosując mimo woli ruch głowy do myśli i pobiegł po karabin jednego z tych, którzy już unieść broni w stygnących dłoniach nie byli w stanie. Wracając, uśmiechnął się do mnie i szliśmy dalej i strzelali! Po tym epizodzie, przystępuję do opowieści dalszej historii tego pamiętnego dnia.
Staliśmy więc tam, gdzie nas podporucznik Postolski porzucił więcej niż godzinę, a gdy nie wracał komendę ja objąłem.
- Nie ma co czekać dłużej powiadam do żołnierzy - chodźmy wszyscy szukać naszych, bo nas zostawią i odejdą i poszliśmy śladem oficera w zagajnik. W tych krzakach spotykamy jeszcze kilku żuawów, którzy, z grubego lasa idąc, widzieli kierunek, w którym wszyscy dążyli, a obrawszy krótszą drogę, zabłądzili. Szło więc teraz o to, abyśmy się wszyscy mogli z tego labiryntu wydobyć, bez straty czasu na próżne chody w nieznanych krzakach.
Gdy się tak biedzimy, wtem daje się słyszeć głos trąbki moskiewskiej, gdzieś niedaleko. To nas przeraziło. A więc moskale znów są, tylko inni, bo trąbkę słyszymy mniej więcej z tego miejsca, gdzieśmy rano ogniska palili. Nikt nie znal sygnałów moskiewskich, więc nie wiedzieliśmy, na co oni trąbią.
Teraz była nowa troska, jak się wydobyć z tych krzaków, żeby nie wpaść na moskali, którzy by taką garstkę wystrzelali i wyłapali Idąc więc już po cichu i rozmawiając szeptem tylko, dochodzimy wreszcie do miejsca, gdzie się krzaki kończą i prześwieca jakaś łączka. Wychylamy głowy ostrożnie na tę łączkę i w głębi spostrzegamy... naszą chorągiew i żuawów w szeregach obok zebranych Przyjemnie się zrobiło, fantazja powróciła i z wesołą miną podniesioną głową, żwawo teraz zdążamy do swoich.
Przyszedłszy na miejsce, a mogła być godzina 4, zastaliśmy tam już pana podporucznika Postolskiego, do którego mam żal i dziś jeszcze, że nas zostawił, chociaż może i on długo błądził zanim odszukał chorągiew.
Rochebrune'a nie było, poszedł on do sztabu dowiedzieć się, jakie są dalsze dyspozycje - a jak się dziś doczytuję w "Notakach" Bentkowskiego i w "Pamiętnikach" Jeziorańskiego, aby się tam dobrze wykłócić za to, że nam żadnej pomocy nie dali do zupełnego zniszczenia moskali.
W oczekiwaniu na pułkownika, omawialiśmy znów wypadki dnia, ciągle zajęci naszym zwycięstwem.
Gdy teraz każdy powiedział, co wiedział, doszliśmy do przekonania, że jednym z warunków powodzenia, były dalekonośne karabiny belgijskie, w które byliśmy uzbrojeni, drugim celne nasze strzały, trzecim naturalnie nieustraszoność pochodu. Te trzy warunki złożyły się na to, żeśmy wybili moskalom mnóstwo ludzi w szeregach, a także konie przy armatach.
Wobec strat poniesionych, biorąc pod uwagę i czynniki duchowej natury, ucieczka moskali była logiczną i nieodzowną. Obraz i wynik bitwy teraz tak sobie można przedstawić:
Śmiałym następowaniem diabłów w czerwonych czapkach nie dbających o życie, wrzeszczących hurra na moskali", zastraszony a bijący się bez moralnej podniety żołnierz moskiewski stracił zapewne od początku fantazję. Następnie celnymi strzałami naszymi - ubytkiem znacznym ludzi w szeregach i utratą koni przy działach, musiał być zupełnie zdemoralizowany. Czengiery, bo on tam dowodził, nie czekał już ręcznego starcia, ale w obawie o utratę baterii, w jak największym pośpiechu uprowadził swoje armaty.
Szkoda, boby stracili te armaty, a tak pozostała tylko sława, że 8 rot, to jest 1600 moskali z 4-ma armatami, uciekło przed garstką żuawów, do 400-tu dochodzącą.
Gdyśmy przyszli do chorągwi, obok naszych szeregów zastaliśmy kilku strzelców ciekawych, którzy przyszli dowiedzieć się o przebiegu bitwy (między nimi i Brzeskiego). Od nich znów mieliśmy wiadomość, że trąbka, którą słyszeliśmy po południu, oznaczała odwrót moskali, przybyłych za nami od Wełcza i atakujących obóz Langiewicza z innej strony; ci również zostali pobici przez strzelców i kosynierów.
Gdy tak rozmawiamy, a przy tym rozglądamy się, czy kogo z bliższych przyjaciół nie brakuje, powrócił Rochebrune - mogła być godzina 5.
Wtem dają znać, że moskale znów są - a przychodzą teraz z innej jeszcze strony.
Tak, jak staliśmy frontem do łączki, a tyłem do lasu, robimy na lewo w tył zwrot i z dyrekcją w lewo maszerujemy naprzód w las. Idąc kilkadziesiąt kroków, dochodzimy do jakiejś drożyny i zwracamy na nią na komendę „w lewo zwrot"; a więc mamy iść dwójkami. Do mojej dwójki należał Zwierkowski teraz, który zapewne nie dosłyszawszy komendy, nie zwrócił się na drożynę I chciał dalej iść prosto; chwytam go więc za ramię, za lewą rękę. bo szedł przede mną i powiadam: zawracaj!
Ledwiem puścił go, a moskale dali salwę rotowego ognia. Zwierkowski krzyknął.
Co ci jest?
- Dostałem postrzał w rękę.
- Моспу?
- Nie wiem, ale boli i nie mogę ruszyć.
- Zostań - powiadam.
A on do mnie:
- A ty idź!
Zatrzymany trochę tym wypadkiem i tą rozmową, wsunąłem się do szeregu, bo już czoło naszej kolumny zaczęło się w tyralierkę rozsypywać. Wszyscy zaczęliśmy teraz biec, aby jak najprędzej linię frontu przed moskalami rozwinąć.
W czasie tego biegu rotowy ogień nie ustaje, kule świszczą słyszę też od czasu do czasu jakiś raptowny krzyk-jęk widzę, jak ten, co przede mną biegł, złapał się nagle za brzuch i nosem o ziemię uderzył: przeskoczyłem biedaka i biegnę dalej do linii tyralierów.
Cala akcja, którą opisałem, nie trwała 20 minut. Myśmy nie strzelali, nie widzieli nawet jeszcze moskali, bo to było w lesie, a oni, stojąc jak myśliwi, doskonale nas widzieli i tym razem dobrze celowali.
Nareszcie już są, już i my ich widzimy, już strzelamy, a podnieceni gorącą akcją, nie ustając w biegu, bez względu na ich strzały, z okrzykiem „hurra na moskali", lecimy wprost na nich...
Nie doczekali nas!
Zaczęli uciekać w nieładzie, a my za nimi w pogoń.
Zaczęła się teraz gonitwa po lesie. Moskale pozbijali się w kupki i my także i rozpoczęła się zacięta walka na bagnety w różnych miejscach.
Ja, widząc przed sobą Rochebrune'a, przyłączyłem się do tej grupki, która była obok niego i zdążaliśmy właśnie do jakiegoś oddziału kilkunastu moskali, któryśmy w odległości jakich 100 metrów spostrzegli, gdy oto z krzaków, nie dalej jak 20 kroków ode mnie, padł strzał niespodzianie. Nikt nie był trafiony. Pobiegłem, jako najbliższy, w tę stronę i zobaczyłem moskala, który na początku zarośli czeka na mnie z bagnetem.
Jednym skokiem byłem obok niego; jednym uderzeniem karabinu podbiłem mu bagnet w górę i znaną wówczas tylko francuskim żuawom sztuką, uderzyłem go kolbą w piersi. Padł.
Wtem koledzy nadbiegli, a mój moskal dźwignął się na kolana i zaczął krzyczeć:
- Pomiłujte gaspada!
Jeszcze nikt nie miał czasu zdecydować, co z nim zrobić, gdy drugi z krzaków się odzywa:
- Jej Bohu, ja nie strielał!
Co z nimi teraz począć? Puścić? - źle; zatrzymać? - nie ma jak. Kłopot. Rochebrune rozstrzygnął: kazał od nich odebrać karabiny, a im iść przy nas, aby byli ciągle na oku. Teraz przeszukaliśmy jeszcze krzaki, ale nie było już w nich więcej nikogo.
W czasie tej akcji część naszych pobiegła naprzód do owej grupki moskali, którąśmy widzieli, a dopadłszy ich, wszczęli zajadły bój. Już kilku moskali trupem padło, ale w końcu zostali nasi przez liczniejszych otoczeni i skłuci na śmierć. W tej to potyczce, zdaje mi się, Gieżyńskiego, syna emigranta, urodzonego we Francji, kłuli moskale, dopóki się tylko ruszał; 17 pchnięć mu zadali. My, zajęci w krzakach, nie mogliśmy widzieć tej bitwy i podążyć kolegom na pomoc; gdyśmy zaś, wyszedłszy do grubego lasu, zwrócili się w tamtą stronę, już moskale pomordowali naszych, a widząc się teraz słabszymi, zaczęli uciekać i rozbiegli się na wszystkie strony. Widząc ich uciekających, można było do nich teraz strzelać, jak do wilków, ale karabiny mieliśmy wystrzelane (tak jak i oni), bo w gorącej akcji nie było czasu do nabijania, więc i strzelanie nikomu na myśl nie przychodziło rozdzieliliśmy się tylko jeszcze na mniejsze grupki dla pogoni, aby pomścić naszych towarzyszów.
Kilku więc z nas pobiegło teraz za dwoma moskalami, najbliżej będącymi, a jednego z nich dopadł niejaki S... ze szkoły w Cuneo i zwarli się. Żuaw był silniejszy, zręczniejszy, wpakował moskalowi bagnet w piersi. Moskal padł, ale zrywa się jeszcze, a wtem żuaw już rozwścieczony wpakował mu drugi raz bagnet między żebra z taką siłą i zajadłością, że nogę musiał o niego oprzeć, aby żelazo wyciągnąć. Całe to śmiertelne starcie minuty nie trwało, a gdyśmy nadbiegli na pomoc koledze, już moskal krew wyrzucał pełnymi ustami.
Tymczasem, my w biegu, zapatrzywszy się na opisaną tylko co walkę i zatrzymawszy się chwilkę przy naszym towarzyszu, straciliśmy z oczu tego drugiego moskala - i jużeśmy go więcej nie widzieli; gdzieś przywarował tak, że go znaleźć nie można było.
Poszliśmy teraz dalej, moskali jednak jużeśmy więcej nie spotkali, tylko nasi szwendali się tu i ówdzie, poszukując ciągle wrogów.
Nie będę opisywał zasłyszanych szczegółów walk moich kolegów; raz dlatego, że piszę tylko wspomnienia osobiste, a po wtóre dlatego, że szczegóły te już mi wywietrzały z pamięci, lub pomieszały się z czytanymi gdzieś, kiedyś, epizodami podobnych spotkań. Nadmienię jeszcze ogólnie to, co widziałem, że wszyscy żuawi, tak, jak w czasie strzelaniny, z pogardą życia szli na moskali, gdy kule, jak rozzłoszczony rój os, oblatywały, brzęczały i świstały około każdego, tak teraz z niesłychaną odwagą i brawurą rzucali się na moskali i w ręcznym starciu cudów waleczności dokazywali, z bohaterstwem ginąc, lub zwyciężając.
W czasie tej bitwy zaczęło się robić ciemno i noc zapadła -i wszystko ucichło!
Myśmy się dosyć daleko w kilku zapędzili, więc trzeba było wracać - ale gdzie i którędy, nikt nie wiedział. Wracamy więc mniej więcej w tym kierunku, skądeśmy przyszli.
Nim opiszę teraz ten powrót do obozu, przedstawię czytelnikowi ogólny rys wieczornej bitwy i wyświecę zachowanie się moskali wobec nas - moskali, których także za nikczemne wojsko uważać nie można.
Następnie w kilku słowach przedstawię przebieg całej bitwy pod Grochowiskami.
Ranne tego dnia zwycięstwo nad Czengierym, jasne w swoim przebiegu, było wyłączną zasługą żuawów; wieczorem mieliśmy pomoc i to bardzo doniosłą. Tej pomocy wprawdzie nie widziałem, ale zaraz schodząc z pola bitwy o niej się dowiedziałem i o niej przekonałem; tę doniosłą pomoc stanowili strzelcy nasi i kosynierzy.
Po rozpoczęciu bitwy przez żuawów, co wyraźnie zaznaczam, bo pierwsze strzały moskali w tym wieczornym ataku były skierowane do nas żuawów, pojawili się strzelcy z boku, prawie na tyłach nieprzyjaciół i połączone te akcje, to jest nasz napad z frontu, a strzelców od tylu, rozbiły moskali - których było 6 rot, to jest 1200 ludzi. Po rozbiciu zaczęli moskale uciekać i rozbiegli się mniejszymi lub większymi oddziałami po lesie. Myśmy ich gonili, oni zaś w tej ucieczce, zdążając głównie w przestwór między nami i strzelcami, wpadali na ustawionych tamże kosynierów.
Kosynierzy w zwartych szeregach sprawiali im formalną rzeź I wielkie mnóstwo nabili, mimo rozpaczliwej obrony; ale przeciw kosie nie bardzo się może piechur z karabinem bronić, bo kosa to straszna broń, jeżeli jest sposobność jej użycia. Kosa jest dłuższa, niż karabin, a jak tnie, to głowa na pół się rozleci, albo ramię odpada. Tak było pod Grochowiskami; szczęście, że słońce zaszło, a ciemność zalegając las, przerwała te okropne sceny.
Straty obustronne w całodziennej bitwie, według świadectwa proboszcza z sąsiedniego Buska, wynosiły 570 poległych, pochowanych we wspólnym dole; rannych można liczyć dwa razy tyle, wogóle więc straty wynosić mogły przeszło 1700 ludzi w tym jednym dniu. Jest to zatem jedna z najkrwawszych bitew w powstaniu 1863 roku, a nawet i w ogólności ze względu na ilość walczących.
Opis walk dyktatora z moskalami, który czytelnikowi powyżej w formie jednostronnej osobistych tylko wspomnień przedstawiłem, mógłby jednak być umieszczony najzupełniej w ogólny zarys tychże, podany w „Zapiskach" Mikołaja Wasyliewicza Berga ze źródeł wojskowych moskiewskich.
Według opisu Berga, moskale, śledząc dyktatora, gromadzili siły, aby go zgnieść i zniszczyć. Pod Chrobrzem było tylko przypadkowe spotkanie z Czengierym, który tejże nocy porozumiał się z sąsiadami swoimi, aby nazajutrz jednocześnie z czterech stron uderzyć na obóz Langiewicza. Atoli (nie bardzo jednocześnie) „ze stratami" zostały przez Polaków odparte. Według „Zapisków" miało być pod Grochowiskami około 2.000 piechoty rosyjskiej, 7 dział, kilka szwadronów jazdy i parę sotni kozaków; według zaś źródeł polskich miało być 6 do 8 tysięcy moskali. Przyjąć można na pewno połowę, to jest 4.000 prócz armat i kawalerii.
Wracam teraz do dalszego opisu zejścia mego z pola walki.
Drogą, którą szliśmy z pola walki, ciągnęli jeszcze tu i ówdzie żołnierze nasi tak samo, jak my, późno z pola bitwy schodzący.
Tą drogą właśnie, po rozbiciu, musieli moskale najwięcej uciekać, bo wiodła przez liczne pobojowiska. Pierwsze, przez które przechodziliśmy, było zapewne jednym z tych, na którym znaczniejszy jakiś oddział moskali walczył w spotkaniu z kosynierami. Trupów tu było tak gęsto, że iść było trudno i co chwila trzeba było wymijać leżące na drodze ciała, lub je przestępować.
Jeszcze do dziś dnia odczuwam przykre wrażenie na wspomnienie tego marszu.
O dalszych mniejszych pobojowiskach nie wspominam, ale zauważyłem, że wszędzie między poległymi było trochę naszych, a najwięcej moskali.
Do grozy tego pochodu wśród trupów przyczyniały się jeszcze jęki rannych, jakie tu i ówdzie się odzywały.
Pamiętna to dla mnie noc!
Tak idąc, słyszę z boku znajomy głos:
- Bracia, koledzy, ratujcie! Moskale mnie dobiją, nie porzucajcie mnie, nie zostawiajcie!
A był to głos tak wzruszający, tak proszący, że jakoś tknięty litością zbliżam się do jęczącego i poznaję Zlasnowskiego, żuawa z naszej kompanii.
- Co ci jest? - pytam.
- Jestem ranny, dostałem postrzał w samo jabłko kolanowe, nie mogę iść; poprowadź mnie bracie do obozu, będę ci całe życie wdzięczny. Moskale, jak mnie tu znajdą, będą się pastwili nade mną, dobiją na miłość boską prowadź, będę szedł na jednej nodze.
Cóż było robić? nie byłem w stanie odmówić; biorę go więc pod ramię i idziemy.
Tymczasem zupełna noc się zrobiła; ostatni schodzący z pola bitwy już coraz rzadziej nas mijają. Wreszcie już nic nie słychać - cisza wokoło - tylko nas dwóch wlecze się po drodze.
Ciężka to była podróż. Mój ranny, opierając się z lewej strony na mnie, a z prawej podtrzymując karabinem, skakał tylko na jednej nodze i co chwila stawał ze zmęczenia, więc drogi mało ubywało i późna się godzina zrobiła.
Gdy już tak parę godzin się posuwamy żółwim krokiem, nie widząc nikogo, zaczynamy być w strachu, czy nie błądzimy, czy zamiast zajść do obozu, nie trafimy na moskali. O, to była bardzo przykra myśl, a której jednak nie można się było pozbyć, bo nie znając okolicy i w nocy, łatwo na mylną drogę mogliśmy się skierować.
Tą myślą przejęci i już z obawą idąc może była godzina 2-ga w nocy - spostrzegam, że się coś w dali rusza; powiadam więc do Zlasnowskiego:
- Czekaj tu, ja pójdę zobaczyć, co tam jest.
Nie puścił. Idziemy więc oba razem i widzimy dwóch konnych. Ale teraz pytanie, czy to nasi, czy kozacy? Podchodzimy z największą ostrożnością bliżej i wkrótce przekonywamy się, że to nasi, że to nasza konna wedeta.
Chwała Bogu!
Ulani powiadomili nas, że oddział cały nocuje w Welczu, to jest w tej wiosce, gdzieśmy byli poprzedniej nocy i wskazali dalszą, nie mylną drogę.
Idziemy więc teraz, choć powoli, ale z pewną swobodą umysłu i nad ranem, około godziny 4-tej, dociągnęliśmy do Welcza.
We wsi zaprowadziłem mego towarzysza, który już nie mógł iśc dalej, do pierwszej chaty, gdzie kwaterowali nasi żołnierze i tam go zostawiłem, a sam odszukałem swoją kompanię Tak jak po długiej niebytności, z przyjemnością przybywa się do domu, tak ja z przyjemnością znalazłem się między swoimi w jakiejś stodole. Odszukałem też sobie zaraz chleb i wódkę, bo już 18 godzin nic w ustach nie miałem, a podjadłszy, rozepchałem tych, co już spali i rzuciłem się na słomę.
Spałem do 9-tej rano i byłbym spał dłużej, gdyby mnie nie zbudzili; znów trzeba było się przygotowywać do dalszego pochodu. Po śniadaniu około 10-tej stanęliśmy w szeregi do marszu gotowi. Smutnie teraz wyglądał nasz pułk, tych dzielnych i wesołych żuawów sprzed bitwy: - połowa nas zaledwie stanęła do szeregów, a przy obrachunku nie można było doliczyć 200-ru. Brakowało 180-ciu kilku - dali oni bohatersko życie za ojczyznę, lub spłacili kalectwem dług miłości ku niej. Cześć im!
[Grzegorzewski Stanisław, Wspomnienia osobiste z Powstania 1863 roku, Kraków, 2023]

Relacja Ludomira Grzybowskiego
Nazajutrz od rana rozpoczęła się kanonada bardzo silna, bo to dały się słyszeć armaty, fruwały race i strzały karabinowe nadzwyczaj gęste. Atakowani byliśmy ze wszystkich stron, gdyż zewsząd strzały było słychać. Pozycji jednak ani naszej, ani wojska ruskiego określić nie jestem w możności, gdyż było to w lesie. Naszemu trzeciemu batalionowi (w którym ja ciągle byłem) kazano przejść z jednego lasu do drugiego, wytykając nam drogę przez kilkudziesięcio-morgową porębę. Kiedyśmy weszli na to odkryte pole, stał tam dom, zdaje się gajowego, a przy nim cały sztab i Langiewicz. Moskale widocznie ukryci byli w lesie z lewej strony, bo za naszym ukazaniem się na wspomnianej porębie rozpoczęli do nas ogień działowy i karabinowy. Piechota nasza przyśpieszyła wprawdzie kroku ku wskazanemu lasowi, a jakkolwiek nie było widać nieprzyjaciela, bo był ukryty za drzewami, jednak odstrzeliwała się w tym kierunku, skąd pociski wychodziły. Nie było tam wprawdzie ani ładu, ani składu, w każdym razie trzymaliśmy się kupy. Ale proszę było widzieć ów światowy sztab, jak to na koniach uciekało, zmykało en carrière. Była, jak mówiłem, poręba, więc bardzo dużo stało pni po ściętych drzewach. Konie o takowe się potykały i nierzadko przewracały. Jednego szczególniej pamiętam pędzącego w całym galopie na pięknym karym koniu. W impecie koń się potknął i smagnąwszy kozła stanął na nogach. Ludzi smagających w ten sposób kozły widziałem nieraz, ale konia nawet w cyrku nie zdarzyło mi się widzieć. Zresztą mniejsza o konia, lecz że jeździec siedzący na nim nie został zmiażdżony, było zastanawiające, bo koń padając na łeb, a następnie na krzyż i zad, gniótł całym ciężarem jeźdźca, tymczasem patrzyłem na to, jak koń stanąwszy na nogach przez chwilę stał jak oszołomiony, a jeździec żywy i zdaje się nie poszwankowany, bo zmusił konia do dalszego biegu i polecieli w galopie.
Rochebrun, dowódca żuawów, widząc taką ucieczkę począł krzyczeć i wymyślać po francusku: „Wstydźcie się Polacy, tchórze! Każę do was strzelać", a widać było, jak był zirytowany, bo nieomal iskry z oczów mu się sypały.
Nareszcie doszliśmy do wskazanego lasu i tu po raz pierwszy zeszliśmy się z Moskalami oko w oko. Czy czekali na nas w owym lesie i nie strzelali, aby rzucić się na nas z bagnetami, czy oni szli w tym kierunku, nie widząc, że się spotkamy, nie wiem, lecz to ostatnie jest prawdopodobniejsze. Bo kiedy poczęli krzyczeć: „hura! hura!" i z bagnetami ku nam się rzucili, w tej chwili za nimi zjawili się kosynierzy i również z krzykiem uderzyli na nich, siekąc kosami. Pomieszaliśmy się jak groch z kapustą i jak kto umiał, jak kto mógł, walczył. Moskale przerażeni zaczęli się rozbiegać po lesie. Tylko w środku nas będących siedemnastu z oficerem na czele, nie mając żadnego miejsca do ucieczki, a przy tym kiedy podbiegł kosynier i dziabnął oficera kosą przez głowę powyżej ucha, ten zasłaniając się ręką wołał: „Nie bijcie, pardon, pardon" i wyciągnął pałasz do oddania. Wtedy i tych siedemnastu żołnierzy opuściwszy karabiny na dół wołali: „Pardon", następnie oddali karabiny, ładownice z ładunkami bez żadnego oporu, oficer pałasz i rewolwer, i tak rozbrojeni pozostawali pod eskortą kosynierów.
Bitwa trwała jeszcze dość długo, bo aż ku wieczorowi, ataku już na bagnety nie było wprawdzie, ale wciąż strzelaliśmy do siebie i jakoś Moskale placu nie dotrzymywali.
Nasz trzeci batalion ustawili nad łąką będącą w lesie i wkrótce vis-à-vis na drugim końcu tej łączki o jakieś 300 kroków wyszła dość duża gromada ruskiej piechoty. Przyjęliśmy ich rotowym ogniem, oni odpowiedzieli strzałami, lecz wkrótce cofnęli się w las. Nam kazano ich gonić, lecz gdyśmy dobiegli do lasu, ani śladu, gdzie się podziali.
Nad wieczorem strzały umilkły
[Grzybowski Ludomir, Opis powstania polskiego w roku 1863 i 1864 w województwie krakowskim, Kielce 1994]

Relacja Józefa Ożegalskiego
Józef OżegalskiAni godziny nie odpoczywaliśmy a już musieliśmy iść, lecz tą razą niedaleko, bo po krótkim marszu stanęliśmy w środku dużych lasów należących do wsi Grochowisk. Rozniecono zaraz ogniska, aby przy nich ugotować co do jedzenia. Położyłem się przy jednym z nich i smacznie zasnąłem. Około jedenastej godziny zostałem zbudzony na śniadanie, lecz zamiast co dostać ugotowanego, otrzymałem kawałek surowego mięsa, tak jak i inni z mojej kompanii. Każdy z osobna zaczął sobie przyrządzać, ponieważ nie miałem w czym gotować, wyjąłem stępel od strzelby i piekłem na nim, jak na rożnie; gdy mi się zdawało, że już nie jest surowym, zacząłem je jeść chciwie bez soli i chleba, którego nie miałem. Ale zaledwie połknąłem ostatni kęs, gdy już dostałem wielkich mdłości. Z bijącym sercem leżałem jak nieżywy na ziemi, dopiero ulżyły mi silne wymioty.
Podczas tego na forpocztach prawie ze wszystkich stron słyszymy strzały. Robi się alarm w obozie, odzywają się komendy do broni! do broni! formuj się! Ja osłabiony moją chorobą, ledwo podnoszę się ze ziemi i co tylko staje w szeregu, przyjeżdża adiutant Pióro z rozkazem, aby nasza kompania na miejscu została i dotąd wstrzymywała Moskali, aż się cały oddział stąd nie oddali i w szyk bojowy nie rozstawi, po czym mieliśmy podążyć za oddziałem, czyli po prostu, jak się mówi po żołniersku, zostaliśmy na straconej pikiecie.
Rozkaz w tej chwili wykonujemy, rozrzuciwszy się w tyraliery na prawo i lewo. W tym miejscu był gruby sosnowy las. Za drzewami ukrywamy się wygodnie, mnie, z kilkoma innymi wypadło stanąć za dużym wywróconym drzewem, którego pień ze ziemią dawał doskonałą zasłonę. Za plecami naszymi leży szeroka łąka, na której widzimy oddalający się nasz oddział. Przed nami, na jakie sto kroków, widzimy z poza drzew wysuwających się ostrożnie rosyjskich tyralierów. Kapitan komenderuje, kompania ognia! na całej linii huknęły strzały. Moskale też dłużnymi nie zostają, bo zaraz gęsto do nas plują kulami. Na drodze, któreśmy tu przymaszerowali, widzimy nie dalej jak na pięćdziesiąt kroków armaty.
Mając tak duży cel, kierujemy nasze strzały w tę stronę. Robimy między nimi wielkie zamieszanie, gdyż prawie każdy nasz strzał trafia, końmi i ludźmi zabitymi barykadują sobie dalszą drogę.
Tyraliery ich korzystają z tego, żeśmy gdzie indziej skierowali nasze strzały, i przybliżają się do nas znacznie. Wykonawszy rozkaz w zupełności, naciśnięci z dwóch stron przeważnymi siłami, nie możemy już dłużej stawiać oporu, kapitan też komenderuje do odwrotu. Ruszamy szybko z miejsca, ale teraz dopiero zaczyna się dla nas prawdziwa łaźnia. Chcąc pójść za oddziałem, musimy przechodzić przez łąkę, gdy na nią wybiegamy, obsypuje nas grad kul karabinowych wraz z kartaczami, jeden koło drogiego zabity się przewraca, tak, że musimy przez nich przeskakiwać nie chcąc z pośpiechu obchodzić, może ze dwie minuty musieliśmy biec gołym miejscem. Na dobitek wszystkiego, gdy już mamy wejść w las, piechury rosyjskie wyskakują nam z przodu, strzelając i zastępując drogę bagnetami. Będąc parci z tyłu, rzucamy się na nich z wielkim impetem, zastrzeliwszy z nich kilku, reszta nam schodzi z drogi. Wpadamy znowu w las, gdzie kartacze i granaty nad naszymi głowami urywają wierzchołki drzew i gałęzie, nam już mniej szkodząc.
W pięć minut później znajdujemy się w centrum naszego oddziału, gdzie zewsząd znoszą rannych, gdyż na wszystkich punktach już wre bitwa.
W braku noszy, jednych niosą na kosach, drugich na karabinach, innych zaś na rękach, lub prowadząc pod ramiona, lżej ranni sami idą, podpierając się bronią, lub po dwóch wspierając się wzajemnie.
Jakiś kawalerzysta siedzący na koniu był prowadzonym przez dwóch pieszych, z których jeden wiódł konia, a drugi podtrzymywał rannego na siodle, bo ten się chwiał na wszystkie strony, blady jak trup, oczy miał zamglone a wargi sine, krew mu obficie ciekła z piersi.
Odgrywały się przerażające sceny, na ziemi leżało kilkudziesięciu rannych, jedni wijąc się mocno krzyczeli, drudzy z bólu drapali ziemię; tu doktorzy opatrują rannych, tam kapelan modli się za umierającym; krew wszędzie leje się strumieniem, aż czerwono jest na ziemi, słowem straszny widok.
Jednemu rannemu, może siedemnaście lat mającemu, który miał na wylot przestrzelone piersi, kapelan dawał ostatnią absolucję, podczas czego dwóch kolegów podtrzymało klęczącego pod ramiona. Słyszałem jak prosił księdza, bardzo słabym głosem, aby mu z kieszeni wyjął list pisany do matki, i oddał podług adresu. Ostatnie jego słowa były: matka! matce! potem mu się dużym strumieniem rzuciła krew z ust, opuścił głowę na piersi i oddał Bogu ducha. Grabarze w tej chwili zrobili koło niego dołek, aby go do niego zakopać.
Myśmy też ze sobą z naszej kompanii przyprowadzili dużo rannych, między nimi był i nasz poczciwy Warszawiak, któremu kula przeszyła dłoń, gdy nabijał strzelbę. Nie stracił wcale fantazji i niewiele sobie robił ze swej rany, wyjął tytonierkę z kieszeni, i prosił mnie, abym mu ukręcił papierosa, od tego czasu już go więcej nie widziałem w mym życiu.
Nadjechał w to miejsce z cygarem w ustach, spokojny i zimny Langiewicz, jakby odbywał przejażdżkę lub spacer po lesie, a nie wrzącą bitwę. Gdy nas zobaczył, kazał nam połączyć się z tymi, którzy się opodal biją.
Wykonaliśmy zaraz jego rozkaz, i poszli w tamtą stronę, skąd dochodziły nas strzały. Uszedłszy paręset kroków, spotkaliśmy prawie cały nasz oddział formujący się, na długiej wąskiej łące, do ataku. W zaroślach, na wzgórku, widzieliśmy czerwone czapki żuawów, rozrzuconych w tyraliery i strzelających do Moskali. Wszyscy zostali ściągnięci, i wraz z nami ustawieni we dwa szeregi. Na skrzydłach mieliśmy kilka kompanii kosynierów.
Kapitan w szeregu obliczył nas sześćdziesięciu; ponieważ było nas sto dwudziestu w kompanii, przeto połowa ubyła nam w zabitych i rannych w pierwszym spotkaniu. Między nami pozostało jeszcze kilku lekko rannych, którzy nie chcieli zostać przy ambulansie.
Widziałem też pewnego oficera trzy razy rannego, w głowę, w lewą rękę i w bok, pomimo tego z pałaszem w ręku prowadził swych żołnierzy do bitwy. Inny jakiś powstaniec z ustrzelonym uchem jeszcze dowcipkował, mówiąc, że teraz może śmielej iść na Moskali, jak inni, bo ma mniej do stracenia o jedno ucho.
Zapał i wesołość, przebijała się we wszystkich twarzach taka, jakbyśmy się ustawiali do tańca, a nie do ataku na bagnety.
Wzdłuż całej naszej linii, zaświszczały kule. Głowy prawie wszystkich pochylają się, co się wydaje, jakbyśmy się komu kłaniali, lub byli kłosami poruszonymi wiatrem. Choć każdy dobrze wiedział, że się nie cofnie przed kulą, pomimo tego robił to nerwowo, wiedziony instynktem zachowawczym. Niektórzy się żegnają i cicho modlą, inni znowu z błyszczącymi oczami od zapału, wołają, żeby nas jak najprędzej poprowadzono na tych Moskali, a nauczymy ich rozumu. Nikt się z szeregu nie cofa, choć gęsty las mamy za plecami, taka jest między nami pewność zwycięstwa, i zapał do bitwy.
Kule rosyjskich karabinów, systemu Miniego, choć stożkowe, robiły wielki świst, bo były dużego kalibru, miały bowiem 16 1/2 milimetra; były przy tym złej konstrukcji, dlatego często rekoszowały, to jest traciły równowagę i odwracały się w locie, zmieniając swój kierunek robiły młynka, a że miały pod spodem duże dziury, wydawały podczas tego dziwne jęki, podobne do puszczonego bąka lub trąby colskiej. Najbardziej się je słyszało, gdy przełatywały wysoko ponad głowami. Kula na bliską odległość trafiwszy w ciało, nie robi wielkiego bólu, widziałem takich, co dopiero spostrzegli, że są ranni, gdy ich oblała krew. Na dalszy dystans, choć lekkie draśnięcie, ranny zaraz poczuje, gdyż kula wolniej idąc, bardziej rozszarpuje ciało, i więcej zadaje bólu. Strzaskanie
MARCIN: lub najmniejsze draśnięcie kości, sprawia duży ból,kula natrafiwszy na większy opór, prawie zawsze przewraca rannego swym impetem. Widziałem z naszej kompanii, draśniętego lekko w ramię, który pomimo tego przewrócił się na miejscu, gdyż był trafionym w kość, podniósłszy się, przeraźliwie krzyczał z bólu. Przestrzelenie kulą brzucha nie robi w pierwszej chwili wielkiego bólu, dużo takich, o własnych siłach, szło kilkaset kroków. Rany takie, z powodu tego, że bywaliśmy prawie zawsze głodni, nie były najniebezpieczniejsze, gdyż kule najczęściej prześlizgiwały się między kiszkami, nie nadwyrężając tychże, dużo na wylot przestrzelonych wyleczyło się. Ranni w piersi, prawie zawsze się przewracali i najciszej jęczeli.
Po jakimś kwadransie czasu dostajemy rozkaz, aby wejść na pagórek przed nami leżący, a gdy staniemy na szczycie, abyśmy szybko na drugą stronę zbiegli, i uderzyli na stojących tam Moskali.
Na całej naszej linii wraz ruszamy, i szybko wbiegamy na wzgórek, stanąwszy na szczycie obsypuje nas grad kul od Moskali stojących na dole, armaty ich także zioną kartaczami. Dużo między nami pada zabitych lub rannych. Pomimo tego nie zatrzymujemy się ani chwili, tylko pędem zbiegamy na dół, i z okrzykiem hurra, jak huragan, wpadamy na Moskali. Gdy już jesteśmy o kilkanaście kroków, strzelamy do nich z naszych strzelb i karabinów. Ponieważ stoją w kolumnach na łące, nasze strzały dużo ich na miejscu zabijają, i robią między nimi wielkie zamieszanie, kosyniery dopadają ich i rąbią bez miłosierdzia. Na całej linii uciekają przed nami. Armaty ich są już prawie w naszych rękach, lecz ponieważ wszyscy się uganiają za piechurami, niespostrzeżenie nam uciekają.
Przed mymi oczami, w tej krótkiej chwili, odbywa się parę krwawych scen. Wypadłszy na łąkę, na której stali Moskale, gdym moją dubeltówkę wystrzelił z obydwóch luf, przystanąłem, aby ją nabić, wtem! widzę przed sobą na kilka kroków oficera rosyjskiego, z podniesionym do góry pałaszem, krzyczącego na swych żołnierzy: na pierot! (to jest naprzód), trębacz przed nim postępuje i trąbi do ataku. Ale pomimo tego przykładu pierzchają jego żołnierze, wtem! kosyniery wpadają na nich z boku, a jeden z nich przyskakuje do oficera z tyłu i jednym cięciem go zabija, trębacza ten sam spotyka los. W innej stronie widzę, jak kilkunastu uciekających piechurów obskakują kosyniery, a wziąwszy ich w środek, rąbią po nich, jakby młócili cepami, tylko brzęk kos uderzanych o karabiny było słychać, dopiero ucichło, gdy wszyscy na ziemi legli sołdaci.
Po tym ataku Moskale rozbiegają się na wszystkie strony. Ustaje pomiędzy nimi wszelki ład i porządek, my także za nimi w różne strony się rozbiegamy i między sobą mieszamy. Na każdym kroku można teraz spotkać tak swego, jak i Moskala. Atak ten rozstrzygnął wygranie bitwy na naszą stronę. Od tej chwili tak są popłoszeni Moskale, że wszędzie przed nami uciekają; karabiny ich co kawałek można spotkać, porozrzucane na ziemi, powstańcy je pilnie zbierają, uzbrajając się w nie zaraz. Wszystkie były jednakowe, gwintowane i kabzlowe, tym się tylko różniły, że strełkowe roty (strzeleckie kompanie), których było po dwie w każdym pułku, miały wizjery na 1200 kroków, inni zaś na 600. Ja mej dubeltówki na karabin nie zamieniłem, gdyż uważałem, że w lesie, na tak bliskie dystanse, była praktyczniejszą od karabinu, zwłaszcza, że prawą lufę nabijałem lotkami, którymi mogłem i dwóch naraz zabić lub ranić.
Kilkuset nas strzelców, żuawów i kosynierów zwraca się w las, nie widząc przed sobą Moskali idziemy wąską drożyną, pomiędzy gęstymi zaroślami, w stronę, gdzie słyszymy bitwę.
Wtem! pada do nas kilkadziesiąt strzałów z gąszczy, od zaczajonych poza drzewami Moskali. Paru z nas zostaje rannych lub zabitych na miejscu, pewien kapitan kosynierów, idący na przedzie,
dostał aż trzy kule w prawą rękę. Nie namyślając się, wszyscy naraz strzelamy z naszych strzelb, i z okrzykiem hurra, rzucamy się gwałtownie na nich, gdyż nie dalej są od nas, jak o dwadzieścia kroków. Oni podniósłszy się ze ziemi, na której leżeli za drzewami, zaczynają spiesznie uciekać, lecz my ich doganiamy i straszny robimy odwet, choć padają przed nami na kolana, prosząc o pardon, nie wzbudzają w nas litości, po takim nas przyjęciu kulami, wszyscy, których doganiamy zostają zabici na miejscu.
Pewien powstaniec puszcza się w pogoń za oficerem, a nie mogąc go złapać, rzuca karabin i z gołymi rękami biegnie za nim, dopiero wtenczas chwyta uciekającego za kołnierz. Zaczynają się ze sobą szamotać, lecz kilku naszych nadbiega w sukurs i zarąbuje oficera.
Zabiliśmy w tym niespodziewanym spotkaniu około dwudziestu Moskali. Na odgłos bitwy przybiegło do nas na pomoc, z rozmaitych stron, kilkudziesięciu powstańców, lecz już na nic nam nie byli potrzebni, bośmy sami sobie z nimi dali radę.
Strzały po lesie nie ustają, kule gęsto świszczą w rozmaitych kierunkach, urywając gałęzie, które nam się sypią na głowy, można zginąć na każdym kroku, nie wiedząc nawet z czyjej ręki.
Kręcąc się po lesie, dochodzimy do szeroko wyciętej linii, przez którą widzimy przeskakujących Moskali, strzelamy do nich jak do saren na polowaniu, dopokąd wszyscy nie przebiegli i nie pokryli się w lesie. Gdyśmy zaszli na to miejsce, zobaczyliśmy kilkunastu przez nas zabitych i rannych.
Wychodzimy później na jakąś małą łączkę, ale ledwo na niej stajemy, pada do nas kilkaset strzałów od Moskali, ukrytych na przeciwległej stronie łąki, kule, jak rój os zabrzęczały koło nas. Straciwszy kilku, cofamy się spiesznie do lasu i stamtąd zaczynamy rzęsiście strzelać, tak, że opuszczają swe stanowisko, nie mogąc na nim wytrzymać.
Takich spotkań i utarczek, już po ataku, i rozbiciu Moskali, było kilkanaście na rozmaitych punktach. Słyszało się też wkoło huk strzałów karabinowych i armatnich, świst kul i kartaczy, urywanie i łamanie gałęzi, trzaskanie kul po drzewach, komendy polskie i rosyjskie, okrzyki: naprzód! za mną! do ataku broń! ognia! hurra! szczęk kos, krzyki i jęki rannych, słowem, taki wrzask, gwar, i zamieszanie w całym lesie, jak w ulu.
Około czwartej godziny, zaczął sypać śnieg ogromnymi mokrymi płatami tak, że prawie nie było widać światu. Wrzawa wojenna powoli cichnie, rzadziej już słychać strzały. Odzywają się z różnych stron rosyjskie trąbki, zwołujące swych rozproszonych żołnierzy. Moskale wychodzą z kryjówek, aby się połączyć ze swymi rotami. Idąc ku sygnałom wpadają często na nas, a myśląc w zmierzchu, żeśmy Moskale, zapytują się, która tu rota, w odpowiedzi dostają po kilka kul naraz. W ten sposób zabiliśmy ich kilkudziesięciu.
Gdy się ściemniło, słychać było ze wszystkich stron jęczenia i wołania rannych o pomoc. Spotkałem się teraz z Brunonem, najpierw zapytaliśmy się wzajemnie, czy nie jesteśmy ranni, a gdyśmy się upewnili, że nic nam nie brakuje, on wykrzyknął z tryumfem: mamy wielkie obydwaj szczęście, bo to przecież nie przelewki były! gorszych i w piekle nie może być opałów! kiedy taki straszny przeżyliśmy dzień, i żaden z nas nie ma skręconego karku, ani urwanej łapy, to pewnie żyć będziemy tak długo, dokąd sami zechcemy! Chwycił manierkę i napił się do mnie wódki, mówiąc: na zdrowie nasze, a na pohybel tym zbójom kacapom! Z przyjemnością zrobiłem parę łyków, bo wielką czułem czczość. Brunon już nie był uzbrojony w kosę, ale w karabin, który zabrał przez siebie zarąbanemu Moskalowi, jak to przynajmniej opowiadał, mówił: teraz mi nikt go nie odbierze, ani Langiewicz, ani jego Pusty Wojtek (tak nazywał Pustowojtów) nie zaprzeczy mi
być strzelcem, kiedym go sam sobie zdobył. Na śniegu wszędzie było widać duże place i strugi krwi. Spotykaliśmy zabitych i rannych na każdym kroku, czasem po kilku lub kilkunastu przy sobie, często zaś byli pomieszani z Moskalami, swoich zabieraliśmy, tych ostatnich zaś zostawialiśmy swemu losowi. Szukając rannych, znaleźliśmy kilkudziesięciu zupełnie zdrowych Moskali, udawali rannych lub zabitych; gdyśmy się do nich zbliżali, bojąc się, abyśmy się nad nimi nie pastwili, klękali, prosząc o litość, wołali: pomiłujtie się nad nami! otwierali swoje ładownice, pokazując, że mają całe osiemdziesiąt nietkniętych ładunków, bo do nas nie chcieli strzelać. Wiedzieliśmy, że to robili nie z miłości do nas, ale z tchórzostwa. Rozbrajając ich z karabinów i patrontaszy, nie robiąc im nic złego, braliśmy do niewoli. Tornistrów nie mieli, gdyż ich podczas powstania, wychodząc na wyprawy, nie brali dla lżejszego marszu.
Po tym ataku Moskale rozbiegają się na wszystkie strony. Ustaje pomiędzy nimi wszelki ład i porządek, my także za nimi w różne strony się rozbiegamy i między sobą mieszamy. Na każdym kroku można teraz spotkać tak swego, jak i Moskala. Atak ten rozstrzygnął wygranie bitwy na naszą stronę. Od tej chwili tak są popłoszeni Moskale, że wszędzie przed nami uciekają; karabiny ich co kawałek można spotkać, porozrzucane na ziemi, powstańcy je pilnie zbierają, uzbrajając się w nie zaraz. Wszystkie były jednakowe, gwintowane i kabzlowe, tym się tylko różniły, że strełkowe roty (strzeleckie kompanie), których było po dwie w każdym pułku, miały wizjery na 1200 kroków, inni zaś na 600. Ja mej dubeltówki na karabin nie zamieniłem, gdyż uważałem, że w lesie, na tak bliskie dystanse, była praktyczniejszą od karainu, zwłaszcza, że prawą lufę nabijałem lotkami, którymi mogłem i dwóch naraz zabić lub ranić.
Kilkuset nas strzelców, żuawów i kosynierów zwraca się w las, nie widząc przed sobą Moskali idziemy wąską drożyną, pomiędzy gęstymi zaroślami, w stronę, gdzie słyszymy bitwę.
Wtem! pada do nas kilkadziesiąt strzałów z gąszczy, od zaczajonych poza drzewami Moskali. Paru z nas zostaje rannych lub zabitych na miejscu, pewien kapitan kosynierów, idący na przedzie,
[Ożegalski Józef, Wspomnienia krwawych czasów z roku 1863, wyd. 1893]

Relacja Filipa Kahane
Filip KahaneDrugiego dnia stanęliśmy pod Grochowiskami. Wiara nasza zmęczona i wygłodzona, ustawiała broń w kozły, ciesząc się nadzieją spoczynku i widokiem dużych kotłów, pod którymi zapalono ogień, wrzucając do nich całe ćwierci wołu i sypiąc kaszę. Od paru dni nie mogliśmy nigdzie zdobyć pożywienia! nawet chleba zabrakło, a w obozie coraz większe objawiało się niezadowolenie i rozprzężenie.
Jeszcze się jedzenie nie zagotowało, gdyśmy usłyszeli strzały armatnie. Żegnaj więc nadziejo spoczynku i pożywienia. Nie będę opisywał przebiegu bitwy, bo o niej, nie jeden zdolniejszy i lepszą pamięcią obdarzony kolega już opowiadał, wspomnę tylko o moim w niej wypadku.
Gdy moskiewskie armaty coraz większe spustoszenie zaczęły robić w naszych szeregach, wtenczas Rochebrune wezwał nas na ochotnika by pójść na armaty. Wystąpiło nas kilkunastu żuawów, między nimi Zwierkowski i ja, i popędziliśmy naprzód oddalając się od całego oddziału.
Naraz Zwierkowski chcąc mnie powstrzymać i zwrócić w inną stronę, szarpnął silnie za ramię żem się obrócił na miejscu; w tejże chwili kula kartaczowa zgruchotała mi prawą rękę. Strzelba upadła naprzód, a ja doznałem uczucia że i moja ręka gdzieś naprzód poleciała wpatrzyłem się więc przed siebie, aby zobaczyć, gdzie się ona podziała. Słabo mi się zrobiło; usiadłem na zrębie, aby zebrać myśli i przecie do-wiedzieć się co się z moją ręką stało, bo jej przy sobie dostrzedz nie mogłem. Ona tymczasem zwisała bezwładnie za mną i dla tego jej na zwykłem miejscu znaleźć nie mogłem, a dowiedziałem się o tem dopiero gdym usiadł a ręka zwisająca dotknęła ziemi. Uczułem wtenczas ból srogi, a przyciągnąwszy rękę naprzód zobaczyłem strugę krwi. Wstałem i poszedłem między walczących; tam już czynnego udziału brać nie mogłem, ale chciałem poledz i w tym celu wysuwałem się ciągle przed szeregi walczących, a zwracając się do Moskali dawałem im znaki lewą ręką, aby we mnie celowali. Co mi po życiu, kiedy już bić się nie byłem zdolny! Snując się tak spotkałem Rochebruna, który mi kazał pójść do ambulansu. Nie usłuchałem, bo co mnie tam po takiem życiu teraz, ot lepiej skończyć odrazu. A tu jak na złość kule przelatują dokoła, brzęczą koło ucha, a żadna nie trafia! Ot Zwierkowskiemu przeszyła lewą rękę. Tu, tu strzelajcie! -patrzcie - w ten krzyż biały w ten fez czerwony!
Spotkałem Rochebruna raz drugi i trzeci, aż w końcu widząc moje nieposłuszeństwo, odkomenderował 2 żuawów, aby mnie odprowadzili do ambulansu, opodal za lasem. Lekarza nie było rozłupano tylko skrzynkę z amunicyi, odcięto rękaw od kożuszka, związano rękę w łupki, wpakowano nas po kilkunastu na wozy i transport wyruszył na noc ku Tarnowu. Trzeciego dnia pod wieczór, przybyliśmy na miejsce.
[Kahane Filip, (1903), Dzieje Żuawa, w: W czterdziestą rocznicę powstania styczniowego 1863-1903, s. 160-169]

List Stanisława Tarnowskiego
u zastali 18-go silny oddział Czengierego, połączony z innym, który za powstańcami wzdłuż Nidy się posuwał. Bitwa była zacięta i długa, zaczęła się źle dla powstańców. Kawaleria pierzchła. Kosyniery pierzchały także, ale ich Bętkowski nawrócił i w ogień prowadził, Żuawy i strzelcy zdecydowali bitwę, która stanowczo była wygrana. Moskale stracili dużo broni i ludzi; powstańcy zostali na placu boju. Podczas tej bitwy także nie było żadnej komendy, jenerałowie nawet w ogniu nie byli, wojsko zniechęcone do najwyższego stopnia nic już słuchać nie chciało, nawet wedet zaciągać. Wtedy doszła do sztabu wiadomość, że silny oddział Szachowskiego zbliża się od strony Miechowa, drugi Uszakowa od Kielc, trzeci od Stobnicy.
[List Stanisława Tarnowskiego do Hotelu Lambert z 21.3.1863, B.Czart. rkps. 5869-III, k. 267-274]

Czas 20.3.1863
Nazajutrz dnia 18, tenże nasz korpus w pogoni za nieprzyjacielem, doścignął go za Buskiem; lecz ścigane i rozbite oddziały Czengerego i Zwierowa wzmocnione już były nowém i o wiele liczniejszém wojskiem, przybyłym z Pinczowa i Chmielnika. Skoro przednie nasze straże zaczeły się wysuwać z lesistéj pozycyi Grochowisk, przyjęte zostały kartaczowym i karabinowym ogniem 4-ch dział i licznej moskiewskiéj piechoty, razem około 5,000 ludzi wynoszącej i ustawionej w bojowym szyku.
Nasi żuawi i strzelcy, to rozsypani, to uszykowani po laskach, odpowiadali rzęsistym ogniem, mocno i widocznie szeregi moskiewskie przerzedzając; następnie prowadzeni przez Dyktatora, który ze swemi adjutantami szedł na ich czele, po kilku natarciach z bagnetem w ręku, spędzili z pozycyi przeważne moskiewskie sily i zmusili je do zupełnej ucieczki ku Pinczowowi. - Gidy atak ten od północy odpierano, żuawi i strzelcy pułkownika Czachowakiego z kosynierami, dowodzeni przez majora Zygmunta Kotkowskiego, odparli inny oddział moskiewski od Stopnicy idący: rozbili go w zupełności i ścigając go, ogromne zadali mu klęski. W tej bitwie zabito i ranino Moskalów przeszło 400 ludzi.Wzięto do niewoli kilkunastu oficerów, między ktoremi podpułkownika i majora, oraz kilkudziesięciu żołnierzy; zdobyto znaczną ilość broni, amnnicyi i tornistrów.
Rozbitki moskiewskie rzucając swoich rannych na placu, pierzchły po kilku lub kilkunastu w największym nieładzie ku Stopnicy. Z naszej strony, w obu powyżej opisanych bitwach, legło lub było ranionych około 300 ludzi, między któremi legł kapitan Zachert, dzielny adjutant Dyktatora, idąc przy jego boku do ataku. W bitwie pod Grochowiskami, między innemi, ktorych lista byłaby za długą, odznaczyli się szczególną walecznością kosynierzy: Stefan Koskowski i porucznik Emil ciężko ranny. Wojsko nasze na pobojowisku odpocząwszy, nocowało o wiorstę dalej pod wsią Wełce.
Id
438
Data
18.03.1863
Miejsce
Grochowiska
Region
Krakowskie
Zdjęcie
Inne nazwy
Busk, Pińczów, Wełecz
Artykuł
brak
Uwagi
brak
Link do tego rekordu
Link wewnętrzny GP (BBCode)