ur - zm. 1913 Buenos Aires [1]Żołnierz 1863 r, po powstaniu emigrant w Ameryce Południowej. [1]"Wzięty do wojska po dojściu do pełnoletności, Lewicki służył w pułku dragonów, stojącym załogą w jednym z miasteczek litewskich, gdy wybuchło powstanie 1863 r. Młody, zapalczywy ucieka z pod sztandaru w lasy i przyłącza się do pierwszego spotkanego oddziału powstańców. Przetrwał z nimi, walcząc i znosząc trudy wojenne aż do roku następnego , poczem, jak wielu innych, przedarł si eprzez granicę i znalazł się we Francji. nie mając zawodu w ręku i nie mogąc dostać stałego zajęcia, zaciąga się znów do wojska. Zaliczono go do trzeciego pułku strzelców afrykańskich, stojących załogą w Algierze. Wkrótce potem wybucha zatarg z Meksykiem i oto wiarus nasz wędruje z pułkiem za dalekie morze, bierze udział we wszystkich bitwach na ziemi meksykańskiej. Poeblą granat wybucha przed frontem pułku strzelców. Żachnęły się konie, ten i ów wali się na ziemię, przygniatając jeźdźca. Stojąc w pobliżu Lewickiego major Galifet słania się i zsuwa z siodła. Rodak nasz spieszy ranionemu z pomocą i unosi go z pola bitwy. Mija pięć lat. Wysłużywszy swoje w pułku afrykańskim, osiedla się Lewicki w Paryżu i żeni z Franciszką. Tam zastaje go wojna z Prusami. Prusacy oblegają stolicę Francyi. W Paryżu rewolucja. Nazwiska Jarosława Dąbrowskiego i Walerego Wróblewskiego wywierają wpływ magiczny na tułacza. Zaciąga się do gwardyi narodowej. Schwytany przez wersalczyków i zawleczony do pobliskiego gmachu magistrackiego ma stanąć przed sądem doraźnym. Czekając na swoja kolej, widzi wyprowadzanych co chwila z sąsiedniego pokoju byłych towarzyszy broni z ulic paryskich. Żołnierze wiodą ich na podwórze , stawiają pod murę i - kulą w łeb. Na byłym naszym powstańcu skóra cierpnie, pot kroplisty zalewa mu czoło, dawno zapomniane słowa modlitwy cisną się do ust. Błędnym wzrokiem wodzi po sali. Już tylko trzech towarzyszy jego pozostaje do osądzenia. Już tylko dwóch. Na podwórzu słychać salwę. Już tylko jeden. Znowu salwa. I oto nadeszła kolej na Lewickiego. Podchodzi żołnierz, chwyta biedaka za rękaw i budzi z zadumy. Dotknięcie to działa na starym wojaku jak prąd elektryczny. - Niech psie juchy nie widzą, że dusza na wylocie - powiada sobie w duchu, prostuje się, chociaż dreszcz zimny przebiega po nogach i kroczy wśród bagnetów do sali sądowej. W oczach mu się mieni, krew uderza do głowy, Po chwili jednak odzyskuje przytomność i spogląda na stół sędziowski. Omal, że nie krzyknął. Bo oto za stołem siedzi z twarzą surową, wzrokiem zimnym, niegdyś major jego w trzecim pułku konnych strzelców afrykańskich, a dziś generał brygady - margrabia de Gallifet. Promień nadziei przebiegł przez kolejne konające myśli polskiego rewolucjonisty. - Nazwisko ! zabrzmiał głos od stołu. - Lewicki, były szeregowiec w trzcim pułku konnych strzelców afrykańskich. Twardy wzrok generała zmiękł jakość i spoczął pytająco na postać biedaka. - W trzecim pułku kosynierów ? - Taak, generale, w pierwszym plutonie pierwszego szwadronu. Uniosłem cię, generale, pod Pueblą z pola bitwy, gdyż runął z konia raniony granatem - głosem szybkim, stłumionym wyrecytował były strzelec słowa powyższe i podniósł rękę do głowy, jak wówczas gdy słuchał poleceń przełożonego i powtarzał. - Wedle rozkazdu panie maajorze. Twarz ostra generała zmieniła się nagle. Coś jakby cień walki wewnętznych przeleciało po niej , ale trwało to tylko mgnienie oka. Bo Bo Galliefet nie zastanawiał się długo. wszak przed kilku zaledwie miesiącami, gdy pod Sedanem armia pruska otoczyła żelaznym pierścieniem mfrancuską, a generał Duerot zwróciłs ię do niego z prośbą o spróbowanie po raz ostatni przerwania linii piechoty niemieckiej, Gallifet odparł bez namysłu, stanął na czele szwadronów i prowadził je obok generała Beauffremonta trzykrotnie do słynnego ataku. I teraz uczucie wdzięczności względem człowieka, który mu życie ocalił, przemogło od razu wszelkie inne. - Odprowadzić ! rozkazał krótko. Żołnierze wyprowadzili Lewickiego, a tydzień później odstawiony do granicy, znalazł się na bruku brukselskim, skąd po latach kilku, zawędrował aż do Buenos Aires, pchając ciężką beczkę żywota tułaczego, jak ów żołnierzyk, co to idzie birem i lasem, przymierając z głodu czasem..." [1]