Portal w rozbudowie, prosimy o wsparcie.
Uratujmy wspólnie polską tożsamość i pamięć o naszych przodkach.
Zbiórka przez Pomagam.pl

Powstanie Styczniowe - uczestnicy

Największa baza Powstańców Styczniowych.
Leksykon i katalog informacji źródłowej o osobach związanych z ruchem niepodległościowym w latach (1861) 1863-1865 (1866)

UWAGA
* Jedna osoba może mieć wiele podobnych rekordów (to są wypisy źródłowe)
* Rekordy mogą mieć błędy (źródłowe), ale literówki, lub błędy OCR należy zgłaszać do poprawy.
* Biogramy opracowane i zweryfikowane mają zielony znaczek GP

=> Powstanie 1863 - strona główna
=> Szlak 1863 - mapa mogił i miejsc
=> Bitwy Powstania Styczniowego
=> Pomoc - jak zredagować nowy wpis
=> Prosimy - przekaż wsparcie. Dziękujemy

Szukanie zaawansowane

Wyniki wyszukiwania. Ilość: 341
Strona z 9 < Poprzednia Pierwsza
Jan Stanisław Woyczyński
Syn Jana i Józefy z Kisielnickich, naczelnik cywilny okręgu biebrzańskiego w czasie powstania styczniowego, nosił pseudonim „Jan Skarbek”. Urodził się w listopadzie 1831 roku; do szkół chodził w Rydze i Wilnie, następnie jako wolny słuchacz uczęszczał na uniwersytet w Petersburgu. Gdy jego rodzice przenieśli się do Warszawy zarządzał rodzinnym majątkiem Ławsk, będąc jednocześnie członkiem korespondentem Towarzystwa Rolniczego na Królestwo Polskie i członkiem Rady Powiatowej. Do organizacji narodowej należał już prawdopodobnie przed wybuchem powstania, gdyż został na krótko aresztowany. W czasie powstania zajmował się dostawą broni i zaopatrzeniem tutejszych powstańczych oddziałów. W drugiej połowie 1863 roku został mianowany na stanowisko naczelnikiem cywilnym okręgu. Pod koniec roku wyjechał na emigracje do Drezna, gdzie zawarł związek małżeński z Anna Wilczewska. Po powrocie do kraju w 1866 roku aresztowany i osadzony na okres około 1 roku w cytadelach w Warszawie i Modlinie. Złożył dość obszerne zeznania, w których starał się pomniejszyć swoją rolę w powstaniu. Podkreślić należy, że charakter jego zeznań nie miał charakteru denuncjacji. Wymieniał bowiem tylko nazwiska osób o których wiedział, że są na emigracji. Po zwolnieniu z aresztu osiadł w Grajewie w majątku żony. Zarządzał jej dobrami, a także pracował jako sędzia gminny. Jan Woyczński zmarł 01.11.1905 roku
Stanisław Wroński
Urodzony ok. 1840 Belne. Syn Łukasza (zastępca Wójta) i Anny Szabrańskiej.[8] Zmarł 5.1.1898. Uczył się w szkole powiatowej w Lublinie a następnie w Warszawie. Studiował na Szkole Sztuk Pięknych Uniwersytetu Warszawskiego. Już w czasie studiów wyróżniał się pracami z zakresu pejzażu. W 1861 zaangażowany w działalność patriotyczną. W 1863 w Powstaniu jednak nie w walkach z powodu dużej wady wzroku. Działał jako kurier. Zajmował się przewożeniem meldunków i podobnymi zleceniami. Został zatrzymany w marcu w Rossoszy. Znaleziono przy nim meldunki zaszyte w kapeluszu oraz wezwanie Naczelnika powiatu radzyńskiego wzywające do szeregów powstańczych wezwaniem. W śledztwie nie wydał nikogo. 9 sierpnia 1863 roku skazany na pozbawienie wszystkich praw stanu i roboty ciężkie w twierdzach syberyjskich przez lat 10 Pomimo ciężkiej pracy zajmował się rysunkiem a później malarstwem, w szczególności portretem i pejzażowym. Przebywał w Pietrowsku, następnie w Siwakowej wykonując prace stolarskie, ciesielskie, malowanie kadłubów statków itp. Poznał tu m.in. Benedykta Dybowskiego. Latem 1866 przeniesiony został do wód uzdrowiskowych do Darsunia nad Turą, gdzie tworzony był ośrodek leczniczy. Za malowidła dekoracji ściennych, freskowych, kurtynę dla teatru, a także parę obrazów olejnych, wykonane na przybycie generała gubernatora udało mu się sprowadzić z Warszawy potrzebne materiały. W 1868 osiadł w Irkucku. Tu również namalował kurtynę do teatru głównego a także wykonywał prac dla mieszczan oraz pałacu gubernatora. Prowadził tu pracownię malarską z Józefem Barkamen i być może J. Zawalskim. Do 1885 uczył rysunku w szkole. Namalował obraz w ołtarzu głównym kościoła rzymskokatolickiego pw. Wniebowzięcia NMP w Irkucku, wzorując się na postaci Gerwazego Gzowskiego, dwukrotnego zesłańca. Mógł sobie pozwolić na podróże po Syberii - m.in. do Tobolska, Pietrowska, Kultuku. Wyjeżdżał też na Bajkał gdzie rysował ryby i skorupiaki dla Benedykta Dybowskiego a także sporządzał mapy dla Jana Czerskiego. Wystawiał swoje prace wysyłając je do Petersburga (gdzie uzyskał Wielki Medal Srebrny), Sztokholmu i Europy. Współpracował z Konstantym Sicińskim, który zbierał dla niego zamówienia, Stanisław Kietliński i Henryk Nowakowski starli się sprzedawać w Europie jego prace, a Henryk Wohl udostępnił mu pokój w swoim mieszkaniu. W 1892 wrócił do Polski. Wystawiał prace w Zachęcie w Warszawie i we Lwowie. Tworzył w tym okresie wiele pejzaży - m.in przywiózł takie z wyjazdu na tereny Białorusi. Przebywał także na Podlasiu, w domu siostry Karoliny zam. Dzięciołowskiej i w okolicach domu swojego brata w Zbulitowie. Tu zmarł z powodu przewlekłej wady serca. Został w Radzyniu Podlaskim Południowoeuropejskiego typu urody i emocjonalnego usposobienia, towarzyski, z poczuciem humoru, dbał o wygląd. Lubił tańczyć. Wiele jego prac znajduje się w zbiorach Irkuckim Obwodowym Muz. Sztuki im. Sukaczewa, Muzeum Sztuki i Instytutu Politechnicznego w Irkucku (11 dzieł), w Krasnojarsku, Nerczyńsku Nieliczne znane są z Polski, Czech, Szwecji.
Stefan Cyprian Zabłocki
Stefan Cyprian Zabłocki urodził się 17 sierpnia 1826 roku w Kierznie, w Wielkim Księstwie Poznańskim, jako syn Idziego Zabłockiego, ekonoma, i Zuzanny z Sałeckich. Pochodził z rodziny o szlacheckim pochodzeniu, związanej z zarządem folwarków i dworów. W dzieciństwie mieszkał m.in. w Kuźnicy Grabowskiej i Michałowie, gdzie jego ojciec pracował jako dzierżawca. Po śmierci ojca w 1836 roku wychowywany był przez matkę, a następnie ojczyma, Jana Majchrowskiego. Po 1848 roku, już jako sierota, mógł przebywać u krewnych lub dziadków. Ostatecznie związał swoje życie zawodowe z Warszawą, gdzie osiadł jako cukiernik – zawód, który wykonywał co najmniej od początku lat 50. XIX wieku. W 1851 roku ożenił się z Emilią Perkowską, z którą miał sześcioro dzieci. Po śmierci Emilii w 1858 roku, w 1859 roku zawarł drugi związek małżeński z Katarzyną Barbarą Zajkowską, z którą miał kolejne troje dzieci. W latach 60. XIX wieku zaangażował się w działalność patriotyczną, wspierając ruch narodowy. Uczestniczył w organizacji spiskowej przed Powstaniem Styczniowym, zbierał fundusze dla powstańców oraz ukrywał wykonawców zamachu na Pawła Felknera – naczelnika tajnego wydziału kancelarii namiestnika Królestwa Polskiego – dokonanego 20 listopada 1862 roku przez żandarmerię narodową (sztyletników). Aresztowany i skazany wyrokiem Audytoryatu Polowego z 26 sierpnia 1865 roku na 6 lat ciężkich robót, z perspektywą dożywotniego zesłania na Syberię. Zmarł przed końcem odbywania kary, 2 października 1869 roku w Jekaterynburgu, w guberni permskiej, w wieku 43 lat. Jego śmierć została oficjalnie potwierdzona przez władze carskie i odnotowana w aktach stanu cywilnego Warszawy.
Józef Kazimierz Zajączkowski
Herbu Prus. Ur. 4.3.1844, zm. 30.7.1911 Mikulińce. Syn Ignacego, ekonoma w Kopyczyńcach i Antoniny Domańskiej. Brat Jacka.[6][7] Wyszedł do powstania jako b. uczeń gimnazyum tarnopolskiego. Wstąpił do oddziału Czarneckiego, który po zajęciu wstępnym bojem Tomaszowa, został wyparty z miasta przez zwiększone oddziały Moskali, którzy wypierali gromadki powstańców do Galicyi. W jednej z tych gromadek znachodził się i Zajączkowski, jeden z trzech studentów wśród 17 towarzyszy, jacy pospieszyli przeważnie od warsztatu, wszyscy ze Lwowa, gdy on jeden zdążył do oddziału z gimnazyum w Tarnopolu. Wśród wielkich mrozów przeszedł oddział granicę i został rozbrojony przez żandarmów austryackich przy pomocy kilkunastu chłopów a następnie odstawiony ze związanym Zajączkowskim, który strzelił do jednego żandarma, — do Cieszanowa. Osadzony w oddzielnej ubikacyi, towarzysze we wspólnej kazamacie. Z lat dziecinnych znany naczelnikowi powiatu daremnie przybrał nazwisko Kazimierza Mokrzyckiego, studenta z Lublina, odstawiany dalej konwojem znika w drodze żandarmowi Teleżyńskiemu i z dwoma towarzyszami udaje się do Lwowa.[1] Po raz wtóry spieszy w szeregi i walczy w dniu 6. maja 1863 pod Kobylanką. W oddziale tym walczyło około 80 ułanów, pochodzących przeważnie z dworów i dworków szlacheckich z okolic Tarnopola, Czortkowa i Husiatyna, walczących pod dowództwem . Wobec wielkich posiłków, jakie przybywały nieprzyjacielowi, oddział zachwiał się chwilowo a gdy z karabinem w ręku poszedł w bój sam Jeziorański, nowy duch ożywił słabnące szeregi powstańcze i nieprzyjaciel pewny już zwycięstwa rozprószony został. była największą, jaką przebył Zajączkowski podczas trzynastomiesięcznej swej kampanii. Pod Kobylanką był Zajączkowski kontuzyonowany. Naciskany przez nieprzyjaciela cofnął się oddział do Galicyi, gdzie obce szeregi oddały powstańcom honory wojskowe, poczem wszedł z powrotem na ziemię lubelską a po usunięciu się rannego Jeziorańskiego szedł dalej pod dowództwem , który osaczony coraz bardziej przez Moskali przeszedł w dniu 8. maja granicę galicyjską koło Ulanowa, gdzie cały oddział został rozbrojony. W dniu 15. maja odstawiono Zajączkowskiego z towarzyszami do Rzeszowa, następnie do Lwowa, gdzie go osadzono w Brygidkach, zapowiadając mu równocześnie, że odstawiony zostanie do Tarnopola. Nie tam go jednak wysłano, ale do więzienia Karmelickiego przy ul. Batorego, gdzie spoczął w celi więziennej. Śledztwo w jego sprawie prowadził radca Kuczyński a rozprawę wyznaczono na dzień 20. lipca. Oskarżony o strzał do żandarma w lesie bełzeckim i rzucenie drugiego żandarma do rowu pod Rzeszowem, skazany został na cztery dni więzienia i wykluczenie ze wszystkich szkół austryackich. Więzienie opuścił 24. lipca i ruszył wnet do jazdy Wołyńskiej, stojącej na leżach w okolicy Tarnopola.[1] Lwów nie miał połączenia kolejowego z Tarnopolem, to też ruszył Zajączkowski budą {{bałaguła|bałaguły}} tarnopolskiego "starego Srula" i po 18-godzinnej jeździe stanął w Tarnopolu, skąd wyruszył w dom rodzicielski, położony ze dwie mile od tego miasta. Poprzednio zgłosił się w komendzie jazdy Wołyńskiej, mieszczącej się w hotelu Puntscherta, gdzie po przedłożeniu legitymacyi otrzymał rozkaz bezwłocznego udania się do Bohatkowiec i przydzielony został do trzeciego szwadronu rotmistrza Nałęcza. pod koniec maja przedarł się po zwycięskiej bitwie pod Salichą na Podole, gdzie dwory i dworki szlacheckie nader gościnnie Wołyniaków podejmowały.[1] W czasie wstąpienia Zajączkowskiego do oddziału, był on już uzupełniony, liczył 5 szwadronów po 150 koni i 50 kozaków dla służby wywiadowczej. Zajączkowski przeniesiony do Rosochowaćca mianowany został furierem szwadronu. Z końcem sierpnia stanął cały oddział na stepie strusowskim na przegląd i manewry. Gdy z wymarszem zwlekano udał się Zajączkowski w Sokalskie do oddziału a gdy ta wyprawa zawróciła , przedostał się w Krakowskie do oddziału , gdzie wstąpił w randze porucznika. Po chwilowo odbywanej służbie wywiadowczej wysłany został jako kuryer do Tarnowa i Krakowa, tu został aresztowany, osadzony najpierw "pod Telegrafem* a następnie w więzieniu wojskowem. Przez sąd wojskowy skazany został na sześć tygodni ścisłego aresztu z zastrzeżeniem odesłania szupasem do miejsca przynależności. Po odsiedzeniu więzienia pod eskortą wraca z Krakowa do Tarnopola, po części koleją do Lwowa a następnie furą do miejsca przynależności. Po audyencyi u pułkownika, który w czasie stanu oblężenia był komendantem miasta, skazany został Zajączkowski za męskie zachowanie się wobec niego i pełną godności obronę sprawy powstania na 48 godzin więzienia, poczem był internowany w Tarnopolu aż do chwili zniesienia stanu oblężenia tj. przez przeciąg trzech miesięcy.[1] Po powstaniu poświęcił się Zajączkowski studyom technicznym, był inżynierem kolei państwowych. Umarł w dniu 31. lipca 1911 w 67 roku życia w Mikulińcach, gdzie też został pochowany.[1][8] W małżeństwie z Amalią Hillinger (Hellinger) miał kilkoro dzieci, Stanisławę (ur. 1872 Lwów), Adama (1877-1842, żandarm WP), Bolesława (1881 Kraków - 1920, Orlę Lwowskie, poległ pod Zadwórzem, kawaler VM), Romanę (ur. 1888 Buczacz),[3-7] i Agnieszką(?)[9]
Władysław Zawadzki
Autor . 10.2. Brał udział w egzekucji kolonisty skazanego na rozstrzelanie. Uczestnik oddziału broniącego 11.2. klasztor i wzgórze od zachodu. Ranny w nogę. "[i]Tegoż dnia rano, stosownie do rozkazu, cały oddział w porządku wojskowym na placu egzekucji stanął jedną połową po stronie lewej a drugą na wprost skazanego, kawalerja zaś zajęła stronę tylko strona północna była wolną, ale tu wykopany był grób dla skazanego zbrodniarza. Bataljon majora Czachowskiego zajął stronę placu na wprost tego grobu. Do wykonania egzekucji wyznaczono pluton, w którym ja służyłem. Że zaś major nie wiedział, któremu z nas pod względem celności strzałów zaufaćby można, wy bór też dziesięciu strzelców nam samym zostawił. Zarządzenie to nie okazało się praktycznem, bo chociaż każdy był ochotnikiem powstania. przecież na ochotnika egzekucji nie tak nam łatwo zdecydować się było. Tem samem nikt nie odważył się pierwszy przed front z szeregu wystąpić, pomimo nalegań majora. Przez chwilę, przebywszy moralną walkę z niemiłem uczuciem własnem, wystąpiłem z szeregu, a po streszczeniu kolegom winy delikwenta i po przedstawieniu, że każdy z nas, będąc narodowym żołnierzem, nie może w podobnych wypadkach krępować się uczuciami, ale rozkazom swej władzy posłuszny być winien, a nadto przypomniawszy obozową przysięgę wykonaną w Wąchocku - rozstrzygnąłem chwiejność kolegów. Skutkiem czego niebawem i innych dziewięciu obok mnie stanęło. Wszyscy dziesięciu byliśmy dawni myśliwi, a więc jako strzelcy zawodowi umówiliśmy się o miejsca do jakiego każdy z nas ma mierzyć, żeby śmierć skazanego była pewną i szybką. Wprowadzonego kolonistę postawiono nad grobem, zwróconego piersiami ku nam. Komisja wojskowo-sądowa zajęła miejsce przed kawalerją. Porucznik Lionard wystąpiwszy naprzód, głosem donośnym i dźwięcznym odczytał streszczenie całej sprawy i wydany wyrok, poczem ks. kapelan oddziału ubrany w komżę i stułę podszedł do skazanego wysłuchał go spowiedzi, a przedstawiwszy, iż wkrótce na sądzie Bożym ma stanąć, do przyznania się do winy pobudzał. Zawzięty Niemiec wszystkie te przedstawienia kapłańskie i widok swego grobu, bez wrażenia przyjmował. Mimo tego szlachetny ksiądz-Polak o darowanie mu życia prosił, ale odmówił tej prośbie. Podczas zawiązywania białą chustką oczów klęczącego kolonisty, który jeszcze przed wprowadzeniem miał związane ręce w łokciach, oznajmiono nam, że za trzecim powiewem chustki przez por. Lionarda, wszyscy dziesięciu mamy jednocześnie strzelić. Za chwilę rozległ się odgłos dziewięciu wystrzałów i trup kolonisty w głębi swego rowu runął. Ja, chociaż innych zachęcałem do przyjęcia udziału w tej egzekucji, sam jednak nie strzeliłem. Z rozdrażnienia zapomniałem nawet odwieść kurków sztućca. (...) Tegoż dnia, na usilne przedstawienia wyż pomienionych członków rządu narodowego, ażeby większą baczność i ostrożność także od strony Kielc zarządzić, Langiewicz wysłał do klasztoru pół plutonu czyli 36 strzelców i tyleż kosynierjów, ale zarazem oznajmił, że załoga wysłaną została więcej dla pilnowania, ażeby nikt z obozu bez specjalnego pozwolenia w klasztorze nie bawił, aniżeli dla strzeżenia drogi przed przyjściem Moskali. Do załogi tej i ja należałem, a dowodził nią podporucznik Gudziński, były sekretarz administracji zakładu. (...) W nocy nagle budzi mnie gospodarz, mówiąc, że przyszedł chłop z wiadomością, iż moskale maszerują na klasztor i że są już blisko. Wiadomość ta wydała mi się z razu się prawdziwą, zerwawszy się jednak z posłania, podążyłem na odwach, a po krótkiem i pospiesznem porozumieniu się z kolegami, pobiegłem do pikiety. Zaledwie zbliżyłem się do niej, a strzelec nasz dał ognia do awangardy kozackiej. Kozacy, nie spodziewając się w tem miejscu powstańców, po odpowiedzeniu strzałami, szybko cofnęli się ku swoim, a my we dwóch do klasztoru wrócili. W obec grożącego niebezpieczeństwa por. Gudziński zajął się ukryciem swej rodziny. Ja zaś w chwilowem jego zastępstwie kazałem bezzwłocznie główne drzwi wchodowe zamknąć, a postawiwszy przy nich kosynjerów, poleciłem, nikogo ani wpuszczać, ani nie wypuszczać. Wyjątek tylko zrobiłem dla Uzłowskiego, który zażądał pozwolenie wyjścia celem zawiadomienia Langiewicza o nadejściu Moskali. Było to około godziny 6. rano, dnia 11. lutego 1863 r. (...) Po powrocie moim z pikietą do klasztoru, dobry kwadrans upłynął zanim piechota moskiewska kolumną wysunęła się z lasu i naprzeciw okien naszego odwachu stanęła. Dzieląca nas przestrzeń wynosiła 60 kroków. W tejże chwili strzelcy z dubeltówek po dwakroć dali do nich ognia, co zapewnie bezskutecznem nie było, bo Moskale zaraz po tem rozsypali się w tyraljerkę. Ja, podczas tych strzałów będąc w odwachu, byłem świadkiem, jak kula moskiewska rozbiła w kawałki refektarzowy zegar, wiszący poza głowami naszych strzelców. Gdyby Moskale wiedzieli, że nas w klasztorze tylko garstka była, to i przez drzwi na rozwież otwarte: a które z odwachu na plac bitwy wiodły, mogli się byli wprost do nas dostać. O zamknięciu tych drzwi zapomnieli wszyscy, gdy więc to spostrzegłem mimowolnie na ganeczek zewnątrz klasztoru wyszedłem, aby drzwi pierwsze od muru odczepić, a następnie i drzwi od wewnątrz na dwie zasuwy zamknąć. Moskale to widząc, nie skąpili kul do mnie, ale tylko drzwi w kilku miejscach przedziurawione zostały. W odwachu były trzy okna, a więc nasi w tyleż ustawiwszy się kupek, strzelali na przemian. Dość ciasno im było, przeto zabrawszy dwóch z karabinami, udałem się z nimi do miejscowej kuchni mającej dwa okna i ztąd znowu strzelaninę rozpocząłem. Za nami przyszło do tej kuchni jeszcze paru naszych, którzy żadnej broni nie mieli. Strzały padały bez przerwy, dwaj bowiem koledzy nabijali, a ja po kolei ze wszystkich trzech karabinów strzelałem. Jakkolwiek pruszący śnieg i cień lasu utrudniały mi celowanie, jednak mającemu wzrok dobry i wprawę myśliwską, zdaje się, dość pomyślnie mi się wiodło, skoro Moskale chroniąc się przed mojemi kulami zwinęli w tem miejscu front, a natomiast jeden za drugim „gęsiego" za drzewami stanęli. Ta ich ostrożność i moją taktykę zmieniła, bo odtąd strzelałem tylko, gdy się który z po za drzewa wychylił, lub też do krzaku z po za którego błysk, albo dym ich strzału spostrzegłem. Po długiem w ten sposób wzajemnem strzelaniu, część Moskali znowu rozwinęła się frontem i skrzydłem lewem zaczęła się rozsuwać w łańcuch dla otoczenia klasztoru. Żeby to otaczanie utrudnić pobiegłem do celi zaraz po za kuchnią będącej, zkąd po kilku strzałach do celi następnej i tak aż do celi ostatniej zabiegając - strzelałem. Skoro Moskale już wszystkie okna minęli, bezzwłocznie do drzwi głównych się udałem, żeby wraz z kosynierami wejścia do klasztoru bronić. Byłem bowiem pewny, że już wkrótce dobywać się do nich zaczną, a tem samem, że dla nas wszystkich będących w klasztorze ostatnia chwila życia nadeszła. Przebiegając obok odwachu, słyszałem jak nasi strzelali bez przerwy, lecz zdaje się, że o działaniach moich żaden z nich nie wiedział, bo nie mieli czasu ich widzieć. Przy drzwiach zastałem kosynjerów w porządku. O spodziewanem dobijaniu się Moskali nie mówiąc, zapytałem tylko czy czasem kto nie puka. Po nadsłuchiwaniu doszedł nas odgłos strzałów i ze strony lewej czyli z cmentarza. Że zaś Moskale z prawej strony strzelali, więc zaczęliśmy odgadywać, że to chyba nasi z pomocą nam przybywają. Dla przekonania się o tem, kazałem drzwi otworzyć i rzeczywiście tak było. Z uciechy serdecznej pobiegłem powitać kolegów, bez uwagi nawet, że trzeba było pod strzałami stron obydwóch tę przestrzeń przebyć. Przede wszystkiem zażądali koledzy przyniesienia im z klasztoru ładunków, a gdy je przyniosłem, znowu o kapiszony prosili. Przy ponownen moim na cmentarz powrocie, zabrałem z sobą kolegę Lemego, inni zaś na swych stanowiskach zostali w klasztorze. (...) Przybyły na górę oddział, zajął cały cmentarz klasztorny, ale główną linją bitwy były okna klasztoru, oraz ta strona cmentarza, którą Czachowski zajmował. Ze strzelców na cmentarzu tylko dwa pierwsze szeregi czynne być mogły, następne zaś służyły tylko do zmiany. Ja stałem w trzecim szeregu, nie było mi więc wolno strzelać, koledzy bowiem przedemną stojący, tworzyli bardzo ściśnięty szereg. Gdy jednak podczas tego spostrzegłem Moskala, przesuwającego się od jednego drzewa ku drugiemu, bez namysłu wsunąłem karabin między głowy kolegów, stojących przedemną i do niego strzeliłem. Czy Moskal się przewrócił, nie wiem, ale strzał ten wzniecił między pierwszemi szeregami obawę, Czachowski zaś poradził mi, bym się udał do swego plutonu. Rada ta skutkowała o tyle, że, aby być zupełnie niezależnym i swobodnym w strzelaniu, a także i bliżej być Moskali, skierowałem swe kroki na dziedziniec. Czachowski, widząc niebezpieczeństwo, na jakie się narażam, zawołał głośno: „Nie idź tam, bo pamiętaj, że nie wrócisz“; lecz ja, odpowiedziawszy: „Kto ma wisieć nie utonie“, poszedłem naprzód, na razie zatrzymując się na rogu klasztoru, zkąd dość długo strzelałem. Następnie posunąłem się aż ku klasztornej stajni i wozowni, a dostawszy się tam, zaledwie 40 kroków miałem od siebie Moskali. Początkowo zadowolony byłem z tego miejsca, bliskość Moskali dawała mi bowiem możność tem celniejszych strzałów. Moskale za często jednak do mnie strzelali a konie na uzdzienicach rwały się z przerażenia. Czułem, że stanowisko to jest niebezpieczne, na wypadek bowiem otrzymania rany nietylko, iż nikt z kolegów nie przyszedłby mi w pomoc, ale i konie mogły mnie stratować. Znowu więc na dawne miejsce pod mur klasztorny wróciłem, a mając jeszcze w zapasie dość ładunków, nie oszczędzałem ich wcale. Skutkiem ciągłego strzelania karabin mój po kilkakroć chłodzić musiałem śniegiem. Í w chwili właśnie, gdy pewnego razu z pod muru dla wzięcia śniegu wysunąłem się, upadłem. Zrazu zdawało mi się, że się tylko pośliznąłem, niebawem atoli przekonałem się, i straciłem władzę w prawej nodze, że zostałem ranny. Leżąc wznak, kiwałem ręką, ażeby zwrócić na siebie uwagę kolegów, daremnie jednak, byli oni zajęci bitwą - lecz skoro Moskale w celu zabrania mnie poczęli się wysuwać pojedynczo z swych szeregów, wówczas Czachowski, spostrzegłszy mnie, kazał dać do Moskali ognia, a sam z kilku strzelcami podbiegłszy, zaniósł mnie do drzwi klasztornych. Oddano mnie w ręce kosynjerów, których rano przy tych drzwiach postawiłem na straży. Tak się zakończył mój czynny udział w 9godzinnej bitwie Śt .- Krzyskiej dnia 11. lutego 1863 roku we wtorek około godziny trzeciej po południu. (...) Dopiero po oddaniu mnie kosynierom przekonałem się, że rana moja była ciężką. Koledzy zanieśli mnie do pierwszej celi, a zastawszy tu księdza, który żegnając nas krzyczał „uciekajcie djabły“ i „vade satanas“, zostawili mnie, powracając sami na pole bitwy. Ksiądz pochwycił krucyfiks i ponawiając żegnania oraz wezwania, wsunął się ze żelazne łóżko i począł je sunąć, aby mnie do ucieczki zmusić. W tej dopiero chwili przypomniałem sobie obłąkanego, który nie chciał opuścić klasztoru. Z obawy, aby nie najechał na mnie łóżkiem, lub nie zabił, począłem wołać kosynierów celem przeniesienia mnie do innej celi, co się też nareszcie stało. Wkrótce odwiedził mnie p. Józef Janowski i major Leonard Lepkowicz celem udzielenia pierwszego ratunku. Że zaś dr. Uzłowski do klasztoru nie wrócił, a felczerzy nie wiedzieli co robić, więc major L. sam się zabrał do udzielenia mi pomocy. W czasie operacji straciłem przytomność a następnie zasnąłem i gdy w kilka godzin później obudziłem się, chociaż słyszałem dolatującą mnie rozmowę kolegów na korytarzu, nie siliłem się nawet na zdanie sobie sprawy z tego co zaszło. Ze niespodziewana wizyta dwóch Polek, ubranych po zakonnemu w towarzystwie majora Ł. i kolegę Zagrodzkiego, a że od dnia bitwy żadnych kobiet w obozie nie było, zdziwiłem się przeto ich widokiem nie mało. Po przywitaniu, oznajmiły, iż przybywają z Warszawy dla niesienia pomocy i pociechy rannym. Odświeżały mą twarz wodą kolońską. a pomarańczą łagodziły pragnienie, przy tem obdarzyły mnie szarpiami i bandażami, których u nas był brak zupełny. W kilka dni po tem zostawszy jako ranny, przewieziony do pewnego domu obywatelskiego, dowiedziałem się, że była to pani Mazaraki i panna Jadwiga N. z Warszawy, że do tegoż domu przybyły podczas naszej bitwy i że po przebraniu się w suknie zakonne, podążyły na górę bocznemi ścieżkami przez śnieżne zaspy celem niesienia ulgi cierpiącym. Odwiedziny te były mi przyjemne, bo serdeczne słowa pociechy pani M. i przypomnienie mi miasta rodzinnego, kochanej Warszawy, łagodziły cierpienia i bole. Po półgodzinnej rozmowie znowu samotny zostałem, ale już zająłem się myślą o przykrym losie. Po pewnym czasie powrócił Ł. z wiadomością, że oddział nasz klasztor opuszcza, że mnie zabrać z sobą nie może, więc mam pozostać. Oznajmienie to dotknęło mnie boleśnie, samo już bowiem rozdzielenie się z obozem, w którym żyć lub zginąć postanowiłem, obojętnem mi nie było. Z myślą samotnego pozostania w klasztorze także w żaden sposób pogodzić się nie mogłem, prosiłem tedy, aby mnie zastrzelono. Nie uwzględniono toli tej prośby i po naradzie z Langiewiczem przeniesiono mnie do Starej Słupi. Do przetransportowania mnie przeznaczył Langiewicz 12 strzelców i tyluż kosynierów oraz majora Czachowskiego. (...) Doszliśmy do Słupi. Tu opuszczono mnie i odtąd choć przestałem być żołnierzem oddziału, uczuciem i myślą towarzyszyłem mu wszędzie, serdecznie życząc osiągnięcia celu, w jakim dnia 22. stycznia 1863 roku zbrojnie wystąpiliśmy[/i]".
Józef Zduńczyk
Służyliśmy razem z bratem, Adolfem, w oddziale Jasińskiego — obaj w randze oficerów, brat mój bowiem brał już poprzednio udział w kampaniach wielkopolskiej i węgierskiej, w latach 1846. i 1848,49, ja zaś w wojnie węgierskiej i sebastopolskiej, ostatecznie w charakterze oficera rosyjskich grenadyerów W d. 12. sierpnia r. 1863. stanął Jasiński obozem nad Narwią, pomiędzy Gostkowem a , kiedy otrzymaliśmy z ust naczelnika naszej żandarmeryi doniesienie o zbliżaniu się licznych oddziałów moskiewskich, wysłanych z Pułtuska. Z rozkazu naczelnika zajął brat mój z swoim batalionem strzelców, tudzież z kosynierami, pod komendą kapitana Lipińskiego, pozycye nad Narwią, podczas gdy mój batalion czekał na razie w odwodzie. Rozpoczęła się żwawa palba karabinowa. Sałdaci, którzy chcieli przejść w bród rzekę, padali gęsto od naszych strzałów. I bylibyśmy odparli wnet nieprzyjaciela, gdyby nie nadciągnęła mu w sukurs artylerya. Pod silnym ogniem kartaczowym musiał Adolf cofnąć się z nad brzegu rzeki, a ja wszedłem z moim batalionem w akcyę, wstrzymując pochód przeciwnika. Ostatecznie wyparły i mnie z pozycyi przemagające liczebnie i lepiej uzbrojone zastępy i uderzyły na resztę oddziału, stojącego pod komendą samego Jasińskiego. Widząc to rzucił się brat mój w wir walki, nie podtrzymany jednak należycie przez swych podkomendnych nie zdołał wstrzymać nawały... Poległ śmiercią bohaterską, rozniesiony formalnie na kozackich pikach. Jasiński z kawaleryą wycofał się z pola bitwy, a oddział poszedł w rozsypkę... W bitwie tej starłem się z rosyjskim dragonem. Jakkolwiek silnem uderzeniem pałasza zsadziłem go z konia, odniosłem sam głębokie cięcie w lewą stopę. Rannego odwieźli mnie chłopi z Gostkowa do Sielca i oddali pod opiekę obywatela Gąsowskiego. Wyleczywszy się z ran otrzymałem rozkaz Rządu narodowego zorganizowania rozbitego pod Magnuszewem oddziału. W ciągu d. 14-tu stanęło 350-iu ludzi pod bronią, nad którymi objął komendę kapitan rosyjskiej marynarki Lasocki, pod nazwiskiem Dubois. Mnie mianowano jego szefem sztabu. W d. 12. listopada nastąpiło , — trwało ono od g. 8-mej rano aż do późnego wieczora. Lasocki zniknął nam z oczu, a ja, objąwszy dowództwo, utrzymałem się na pozycyi, dzięki tej okoliczności, iż znając, jako oficer rosyjski, sygnały trąbki przeciwnika mogłem go uprzedzać w moich dyspozycyach. W dniu tym zostali ranieni nasz chorąży, tudzież lekarz oddziału Chłopicki Po bitwie przeprawiłem się zaraz przez Bug do wsi Brzozy, gdzie osaczony przez przemagające siły musiałem rozpuścić mój oddział. Z kolei objąłem po Aleksandrze Grzymale komendę nad oddziałem konnym 120- tu ludzi. Podzieliwszy go na cztery sekcye, alarmowałem i niepokoiłem po nocach rosyjskie załogi w łomżyńskiem. Wreszcie pod Zambrowem powiodło mi się w 3O-tu ludzi przepędzić sotnię kozaków. Spełniwszy na razie swoje zadanie udałem się z kolegami, Józefem Kubickim, późniejszym profesorem Akademii rolniczej w Dublanach i Hipolitem za kordon pruski. Aresztowani przez patrol, otrzymaliśmy za interwencyą niejakiego Reicha, agenta Rządu narodowego, z rąk landrata karty upoważniające do pobytu pierwotnie w Wilburgu, następnie w Warmii. Nie dano mi wszakże spocząć dłużej. W marcu r. 1864. przysłał rai Rząd narodowy nominacyę na pułkownika i wojennego naczelnika trzech wschodnich powiatów województwa płockiego. Zarazem nakazano mi zorganizować bez zwłoki nowy oddział. Uzbroiłem już 120-tu ludzi, ćwicząc ich w musztrze, gdy cywilny wojewódzki, Olszański, odwołał imieniem Rządu pierwotne zarządzenie, a to wobec nagromadzonych na granicy zastępów wojska rosyjskiego. Wyjechałem teraz z kraju na długą tułaczkę. Nie ciężki los bolał, ale żarła duszę za ziemią, za tem, co swoje tęsknota... I dopiero po latach znalazłem we Lwowie serca bratnie, i dzięki łasce Stwórcy, doczekałem się tu dziewiątego krzyżyka, oraz półwiekowego jubileuszu owych chwil pamiętnych, w których gotowi na wszystko stawaliśmy pod znakiem Orła i Pogoni!
Józef Paweł Zieniewicz
Urodził się 10 marca 1842 r. we wsi Ostrówek, parafii Szudziałowo[2] (obecnie woj. podlaskie, pow. Sokółka, gm. Szudziałowo), zmarł 17 października 1913 r. w Tobolsku, pochowany tamże. Syn Adolfa Zieniewicza i Weroniki z Borowskich. Ojciec pochodził z drobnej szlachty bezrolnej ziemi słonimskiej (parafia Dziewiątkowicze Nowe), matka pochodzenia szlacheckiego z Podlasia (parafia Szudziałowo). Babka Józefa po stronie matki Anna Borowska pochodziła ze znanego litewskiego rodu Eysmontów. Józef posiadał liczne rodzeństwo (dwanaścioro), jednak do dorosłego wieku dożyło sześcioro (Władysław, Emilia, Konstancja, Anna, Kazimierz oraz Wincenty). Rodzice Józefa, nie posiadając własnej ziemi, często zmieniali miejsce zamieszkania, zatrudniając się przy różnych majątkach lub dzierżawiąc ziemię (m.in. Ostrówek par. Szudziałowo, Mostowlany par. Jałówka, Niziany par. Wołkowysk, Samojłowicze par. Piaski). W okresie pobytu w granicach dóbr Mostowlany, należących do Kalinowskich, chrzestnym jednego z braci Józefa był Szymon Kalinowski, ojciec Wincentego Konstantego Kalinowskiego. [3] W okresie Powstania Styczniowego Adolf i Weronika z dziećmi zamieszkiwali najpewniej w ziemi nowogródzkiej, być może w pobliżu miejscowości Nowojelnia.[4] O udziale Józefa Zieniewicza w powstaniu nie udało się dotąd ustalić jakichkolwiek faktów. Pewnym jest, że w związku z jakąś formą zaangażowania w powstanie (lub podejrzeń o takowe) został skazany na zesłanie na Syberię. Według żyjących w Rosji potomków miała to być kara dwudziestu pięciu lat katorgi. Ze „”[5] dowiadujemy, że pierwotnie trafił do wioski Jełtyszewo, wołości biegiszewskiej guberni tobolskiej. Na początku w 1865 r. przyznano mu zasiłek w wysokości 10 rubli rocznie. Następnie, w roku 1869 został przeniesiony na osiedlenie do wołości bronikowskiej, do wsi Zawalna, tym razem bez zasiłku. W dokumentach metrykalnych Józef Zieniewicz określany jest jako „”. W dniu 8 lutego 1866 r. w Tobolskim Kościele Katolickim zawarł związek małżeński z osiemnastoletnią panną Józefiną Szyszkowską, córką Feliksa i Elżbiety Tokarzewskiej, pochodzącą z guberni grodzieńskiej, powiatu brzeskiego (parafia Brześć Litewski).[6] Już 4 listopada 1866 r. w Tobolsku na świat przyszedł pierworodny syn Zygmunt, ochrzczony 1 stycznia 1867 r. w miejscowym Kościele Parafialnym przez ks. Wincentego Koncewicza.[7] Ogółem Józef i Józefina doczekali się aż ośmiorga dzieci, spośród których czworo dożyło do wieku dorosłego tj. Zygmunt, Adolf Józef (ur. 1869 r.), Feliks (1871 r.) oraz Maria Elżbieta (1875 r.). Józef utrzymywał kontakt korespondencyjny z rodziną na historycznej Litwie. W roku 1875, na wieść o śmierci matki oraz złej sytuacji rodzeństwa, zwrócił się z podaniem o zezwolenie na trzymiesięczne odwiedziny majątku Kuścin w powiecie nowogródzkim guberni mińskiej, w celu zadbania o byt małoletnich sióstr i braci.[8] Zezwolenie takowe otrzymał. Zieniewiczowie podejmowali starania o możliwość przeniesienia do miasta Tobolska, co ostatecznie udało im się ok. 1878 r., mniej więcej od tego czasu są tytułowani mieszczanami tobolskimi. Józef odnalazł w Tobolsku lepsze warunki do rozwoju swoich, zapewne rozpoczętych wcześniej, interesów. Niestety, rodzinę dosięgła tragedia, w dniu 12 lutego 1883 r., w czasie kolejnego połogu Józefa Zieniewicz umarła wraz z nowonarodzonym dzieckiem.[9] Józef zajmował się handlem, był kupcem należącym do rosyjskiej drugiej gildii. Prowadzony przez niego sklep mieścił się zapewne we własnym domu przy ul. Małej Archangielskiej w Tobolsku. Handlował różnymi artykułami, według tzw. „” za rok 1901 winem[10] , być może także artykułami aptecznymi. Doświadczenie w Tobolsku przy ojcu zdobywał stopniowo najstarszy syn Zygmunt, który wykształcił się na prowizora aptecznego. W roku 1895 r. (w dniu 27 czerwca), w wieku 52 lat, Józef Zieniewicz ożenił się w Tobolsku po raz wtóry. Jego wybranką była młodsza o dwanaście lat Malwina Worotyńska, córka zesłańca Jana i Emilii z Iwanowskich, wywodząca się z rodziny szlacheckiej guberni witebskiej, powiatu połockiego[11]. W roku 1896 (24 czerwca), w Tobolsku, na świat przyszła Eleonora, jedyne dziecko Józefa i Malwiny, jej matką chrzestną została przyrodnia siostra Maria Elżbieta Zieniewicz. Według niepotwierdzonych informacji, Józef z żoną, córkami Marią i Eleonorą, a także synem Zygmuntem i synową Marią miał około 1906 r., przenieść się do Tiumeniu, gdzie miał nabyć dom i otworzyć aptekę. Bardziej prawdopodobne wydaje się, że do tego syberyjskiego miasta przeniósł się Zygmunt z żoną, być może także z siostrami, gdzie do 1918 r. prowadził aptekę we własnym domu na rogu ul. Spasskiej i Sadowej. Józef Paweł Zieniewicz zmarł w Tobolsku 17 października 1913 r. w wieku 71 lat, spoczął na miejscowym cmentarzu.[12] Do niepodległej Polski udało się wrócić wdowie Malwinie Zieniewiczowej (ok. 1926 r.), najstarszemu synowi Zygmuntowi z żoną oraz córce Eleonorze z mężem Tadeuszem Antonim Głębskim (obydwie rodziny wyjechały do Polski ok. 1922 r.).Bracia Feliks i Adolf Zieniewiczowie pozostali na Syberii, los ich siostry Marii Elżbiety pozostaje nieznany. Kiedy w 1933 r. Towarzystwo Przyjaciół Powstańców 1863 r. zainicjowało stworzenie kwatery Powstańców Styczniowych na cmentarzu wojskowym na Powązkach w Warszawie, Eleonora Głębska zadbała, by na murze pamięci powstańców zmarłych na zesłaniu lub emigracji zawisły tabliczki z imionami i nazwiskami jej ojca Józefa Zieniewicza oraz dziadka Jana Worotyńskiego. Groby rodzinne Eleonory i jej brata Zygmunta znajdują się na tym samym cmentarzu, symbolicznie, w sąsiedztwie kwatery powstańczej.
Józef Żuliński
(21.04.1840 - 06.08.1908 Lwów ) [1] - ps. Zenon Zetowicz - Powstaniec Styczniowy [1] "za udział w powstaniu więziony m. in. na Wawelu i w Sołnogrodzie. Po odzyskaniu wolności dyrektor Seminarium Nauczycielskiego Żeńskiego we Lwowie, wybitny pedagog, przyjaciel króla serbskiego Milana Obrentowicza, założyciel kolonii leczniczej w Rymanowie." [1] Urodzony 21.04.1840 [16] Ślub - żona Łucja Gross [3] vel Gros [5], [6] rodzice: Adam Gross [7, [8], [7] i Teresa [7],[8] Tolkmit [8] vel Tolk [7] Zmarł 06.01.1908 Lwów ul. Ossolińskich 11, [3] lat 68 [3] na gruźlicę płuc [3] wdowa Łucja Gross [3] Pochowany na tym samym cmentarzu, na którym jest pochowana jego matka [15] i dwaj bracia: Kazimierz i Tadeusz. [1], czyli na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie, ale w innym niż ta rodzina grobie, bo w kwaterze 72 nr obiektu 56. [16] Razem z nim w jednym grobie są pochowani: - dr. Tadeusz Żuliński - lekarz adiutant J. Piłsudskiego, komendant Polskiej Organizacji Wojskowej pod Zaborem Rosyjskim w latch 1914-1915, porucznik VI baonu 3 pułku i brygady Legionów Polskich ranny w walce z Moskalami pod Kamieniuchą dnia 28.10.1915 , zmarł 05.11.1915 w wieku 26 lat , oznaczony pośmiertnie krzyżem Virtuti Militari [16] - Teresa z Żulińskich Czarnikowa, córka Józefa , matka dr. Leszka Czarnika, żyła lat 61 zmarła 26.03.1944 [16] Rodzeństwo: 1____Roman Żuliński (ok. 1830 - 05.08.1864 Warszawa) - Powstaniec Styczniowy [1], członek Rządu Narodowego, stracony na stokach Cytadeli Warszawskiej [1] [c.d i źródła - patrz hasło w Słowniku Biograficznym i w bazie Powstańców Styczniowych] 2____Kazimierz Samuel Walenty Żuliński (14.02 1831 Radom - 1904 Lwów) - Powstaniec Styczniowy [1], ksiądz [1] [c.d i źródła - patrz hasło w Słowniku Biograficznym i w bazie Powstańców Styczniowych] 3____Tadeusz Żuliński (1839 - 1885) [1] - Powstaniec Styczniowy [1], lekarz [1] [c.d i źródła - patrz hasło w Słowniku Biograficznym i w bazie Powstańców Styczniowych] 4____Aleksander vel Alexander [10] Tomasz [12] Żuliński [10] ( 08.09.1832 Warszawa [12] - ) ślub - 1872 Warszawa [10], żona Kazimiera Czaplińska [10] (rodzice Antoni Czapliński [10] i Józefa Wizdek [10]) 5____Edward Kalikst Maksymilian Zuliński [14] ( 1842 Kraków [14] - ) - Powstaniec Styczniowy ? [2] [c.d i źródła - patrz hasło w Słowniku Biograficznym i w bazie Powstańców Styczniowych] Dzieci: 1___ Barbara Żulińska [5] ur 1881 Lwów [5] 2____Teresa Kazimiera Żulińska 1-vo Czarnik [4] ur 1883 [6] Lwów [4], [6] zm. 26.03.1944 Lwów w wieku 61 lat [16] ślub 14.01.1905 Lwów , ona panna 21 lat, mąż Stanisław Jakub Czarnik , doktor medycyny kawaler lat 37 z Bobórki (rodzice: Jakub Czarnik i Karolina Oppenauer); świadkowie Edward Żuliński urzędnik Krakowskiego Towarzystwa Wzajemnych Ubezpieczeń i Kazimierz Czarnik [4] ich syn - dr. Leszek Czarnik [16] 3____Łucja Stanisława Żulińska [7] u 1886 Lwów [7] 4____Tadeusz Józef Żuliński [8] - lekarz adiutant J. Piłsudskiego, komendant Polskiej Organizacji Wojskowej pod Zaborem Rosyjskim w latch 1914-1915, porucznik VI baonu 3 pułku i brygady Legionów Polskich, oznaczony pośmiertnie krzyżem Virtuti Militari [16] ur 1889 Lwów [8] zm. 05.11.1915 na skutek ran odniesionych w walce z Moskalami pod Kamieniuchą [16] 5____Maria Żulińska [9] ur ok. 1889 Lwów [9] zm. 02.06.1890 Lwów, ok. 1 rok [9] Rodzice: 1___Jan [13] Tadeusz Żuliński [7], [8] rachmistrz Banku Polskiego [11] w 1832 r lat 36 (czyli ur. ok. 1798) zamieszkały Warszawa ul. Krakowskie Przedmieście nr 369 [11] urodzony w Sandomierzu [13] 2___Barbara [7], [8] Fryderyka [13] Michelson [7], [8], [13] 1-vo Żulińska [13] ur 20.04.1817 [15] zm. 05.03.1881 Lwów, pochowana na Cmentarzu Łyczakowskim razem z dwoma synami: Tadeuszem i Kazimierzem [15] - ślub 08.02. 1829 Warszawa [13] świadkowie Tomasz Werner ........ lat 50 z Warszawyi Szymon Werner .................. lat 36 z Warszawy [13], on rz-kat kawaler lat 32 zamieszkały od 5 lat w Radomiu; ona ewangeliczka, panna Dziadkowie: 1.1__Józef Żuliński [13] - zm. Sandomierz [13] 1.2__Marianna [13] - zm. Sandomierz [13] 2.1__Samuel Michelson [13] urzędnik Akademii Ku.... [13] 2.2__Pelagia Werner [13 - zm. Petersburg [13]
Kazimierz Samuel Walenty Żuliński
(14.02. 1831 Radom - 10.03.1904 Lwów) - Powstaniec Styczniowy, ksiądz [1] "Przed powstaniem wikary w parafii św. Aleksandra w Warszawie, autor wielu kazań patriotycznych, za wygłoszenie płomiennej mowy nad grobem Agatona Gillera w Stanisławowie usunięty administracyjnie z diecezji krakowskiej , później kapelan i katecheta w małym miasteczku w Galicji Wschodnie." [2] Urodził się 14.02.1831 Radom ale akt urodzenia Warszawa 1832 r [11] Założyciel stowarzyszenia kapłanów polskich na emigracji zmarł 10.03.1904 r we Lwowie w wieku 73 lat. Pogrzeb z domu żałoby ul Teatyńska 3. [1] Zmarł 10.03.1904 we Lwowie, w Szpitalu Sióstr Szarytek w wieku 73 lat [2] Pochowany na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie, tym samym, na którym są pochowani dwaj jego bracia: Józef i Tadeusz [2] Rodzeństwo: 1____Roman Żuliński ( - 05.08.1864 Warszawa) - Powstaniec Styczniowy, członek Rządu Narodowego, stracony na stokach Cytadeli Warszawskiej [2] [c.d i źródła - patrz hasło w Słowniku Biograficznym i w bazie Powstańców Styczniowych] 2____Aleksander vel Alexander [10] Tomasz [12] Żuliński [10] ( 08.09.1832 Warszawa [12] - ) ślub - 1872 Warszawa [10], żona Kazimiera Czaplińska [10] (rodzice Antoni Czapliński [10] i Józefa Wizdek [10]) 3____Tadeusz Żuliński ( 1839 - 1885) [1] - Powstaniec Styczniowy [1], lekarz [1] [c.d i źródła - patrz hasło w Słowniku Biograficznym i w bazie Powstańców Styczniowych] 4____Józef Żuliński ( ok. 1840 - 1908 ) - ps. Zenon Zetowicz - Powstaniec Styczniowy [2] pedagog [2] [c.d i źródła - patrz hasło w Słowniku Biograficznym i w bazie Powstańców Styczniowych] 5____Edward Kalikst Maksymilian Zuliński [14] ( ur. 1842 Kraków [14] - ) - Powstaniec Styczniowy ? [2] [c.d i źródła - patrz hasło w Słowniku Biograficznym i w bazie Powstańców Styczniowych] Rodzice: 1___Jan [13] Tadeusz Żuliński [7], [8] rachmistrz Banku Polskiego [11] w 1832 r lat 36 (czyli ur. ok. 1798) zamieszkały Warszawa ul. Krakowskie Przedmieście nr 369 [11] urodzony w Sandomierzu [13] 2___Barbara [7], [8] Fryderyka [13] Michelson [7], [8], [13] 1-vo Żulińska [13] ur 20.04.1817 [15] zm. 05.03.1881 Lwów, pochowana na Cmentarzu Łyczakowskim razem z dwoma synami: Tadeuszem i Kazimierzem [15] - ślub 08.02. 1829 Warszawa [13] świadkowie Tomasz Werner ........ lat 50 z Warszawyi Szymon Werner .................. lat 36 z Warszawy [13], on rz-kat kawaler lat 32 zamieszkały od 5 lat w Radomiu; ona ewangeliczka, panna Dziadkowie: 1.1__Józef Żuliński [13] - zm. Sandomierz [13] 1.2__Marianna [13] - zm. Sandomierz [13] 2.1__Samuel Michelson [13] urzędnik Akademii Ku.... [13] 2.2__Pelagia Werner [13 - zm. Petersburg [13] Bibliografia
Strona z 9 < Poprzednia Pierwsza