Portal w rozbudowie, prosimy o wsparcie.
Uratujmy wspólnie polską tożsamość i pamięć o naszych przodkach.
Zbiórka przez Pomagam.pl

Powstanie Styczniowe - uczestnicy

Największa baza Powstańców Styczniowych.
Leksykon i katalog informacji źródłowej o osobach związanych z ruchem niepodległościowym w latach (1861) 1863-1865 (1866)

UWAGA
* Jedna osoba może mieć wiele podobnych rekordów (to są wypisy źródłowe)
* Rekordy mogą mieć błędy (źródłowe), ale literówki, lub błędy OCR należy zgłaszać do poprawy.
* Biogramy opracowane i zweryfikowane mają zielony znaczek GP

=> Powstanie 1863 - strona główna
=> Szlak 1863 - mapa mogił i miejsc
=> Bitwy Powstania Styczniowego
=> Pomoc - jak zredagować nowy wpis
=> Prosimy - przekaż wsparcie. Dziękujemy

Szukanie zaawansowane

Wyniki wyszukiwania. Ilość: 3126
Strona z 79 < Poprzednia Następna >
Walenty Konewko
Wspomnienie pośmiertne. Różne pisma tutejsze ogłosiły następujące wspomnienie po i śmiertne ze Syracuse, N. Y.: Ś. p. weteran Walenty Konewko. Dzień dzisiejszy będzie dniem,który pozostawi niezatartą pamięć między okoliczną polonią, po zgonie jednego z najzasłużeńszych weteranów z r. 1863 ś. p. Walentego Konewki. Złożyliśmy dziś bowiem na wieczny spoczynek zwłoki tego bohatera Wolności na polskim cmentarzu w Sugar Notch, Pa. S. p. Walenty Konewko urodził się dnia 14 lutego, 1832 r. w powiecie Sejneńskim gubernii suwalskiej w Królestwie Polskiem. Odziedziczywszy majątek po rodzicach Rutka-Pachucki, tam się ożenił i pracował na roli. Gdy wybuchło powstanie w roku 1863, śp. Walenty pierwszy rzucił się w „odmęt", o wszystkiem zapomniał i całą duszą oddał się sprawie narodowej! Ówczesny „Rząd Narodowy" oceniając jego niepospolitą pracę mianował go „żandarmem" na powiat sejneński. Nie wielu nas pozostało, co pamiętamy dzieje roku 2863go, my tylko wiemy, jaką odpowiedzialność przyjmował na siebie taki żandarm i co mu groziło. —Werbował on ochotników do powstania, wyznaczał miejsca zebrań i odprowadzał do organizujących się obozów. Wynajdywał on, jako najlepiej znający okolicę, najbezpieczniejsze schroniska dla obozów, a jednocześnie mylił drogę ścigającym powstańców Moskalom, jeżeli widział ich przeważającą siłę. Słowem „żandarm" musiał być wszędzie czujny i czynny, nie zważając na śmierć, która mu na każdym kroku grozi ła. Takim był śp. Walenty. Gdy pewnego razu, nieznaczny oddział powstańców ścigany przez dziesięćkroć przeważającą nawałę moskiewską, był w prawdziwie rozpaczliwem położeniu i zdawało się, że nie pozostaje mu nic, jak zginąć bohaterską śmiercią, wówczas jak duch opiekuńczy, zjawia się przed dowódcą ś.p. Walenty 1 woła:Panie Dowódco, proszę za mną, ja wam wskażę takie miejsce, gdzie was nie tylko Moskale, ale i sam dyabeł nie odnajdzie — spieszcie się tylko, bo Moskale tuż, tuż za nami! — Dowódca znając dzielnego ś.p. Walentego, zawrócił oddział i wpół godziny znalazł się w bezpiecznej pozycyi, gdzie jeden przeciwko dziesięcin mógł walczyć. Wówczas nieustraszony ś.p. Walenty, gdy mu dowódca dziękował, odparł spiesznie: Zostańcie z Bogiem! nie mam czasu, muszę jeszcze szukać Moskali i udał się wprost do swojej sadyby, gdzie zastał już całe mrowie Moskali. — Ci rzucili się na niego i powlekli przed oficera. — Gdzie miatieżniki? — krzyknął — wściekły oficer. — Albo ja wiem, odparł spokojnie śp. Walenty. — Ty nie znajesz, powiesit!— zakomederował. W tej chwili czterech sołdatów wprawnych do podobnej operacyi, pochwyciło biednego Walentego, a założywszy mu stryczek na szyję, poczęli go ciągnąć na najbliższej gałęzi do góry. Śp. Walenty ani jęknął, wzniósł oczy ku niebu, jakby wzywając pomsty na swych o prawców. — Apustit! (spuścić) — za brzmiał głos oficera. Gdy śp. Walenty przyszedł do przytomności, oficer grożąc mu pięściami, woła: — Skazy, gdiemiatieżniki! — Nie wiem — odpowiada z rezygnacyą śp. Walenty. — Powiesit! — zakomenderował znowu oficer. I znowu biedaka „hajstują" do góry. — Apustit! Spuszczają już na pół żywego, a ten zbój oficer (niestety Polak, Markiewicz czy Markow ski) woła zapieniony: jeżeli nie powiesz w którą stronę poszli „miatieżniki", to będziesz wisiał — W tamtą stronę poszło jakieś wojsko — rzecze śp. Walenty, wskazując ręką w przeciwną stronę, gdzie przed godziną odprowadzał obóz, — ale nie wiem, czy to byli Moskale czy miatieżniki. — Kogo ty nazywasz moskalami?! — woła oszalały oficer. — A no was, bo inaczej was tu nie nazywają — odparł spokojnie śp. Walenty. — Powiesić! — krzyknął zbójca i znowu oprawcy zabierają się do ostatecznej operacyi. — W tem główny dowódca oddziału, Moskal, przyglądając się z oddali tej barbarzyńskiej scenie, spojrząwszy z pogardą na kata Polaka: — Stój! — krzyknął — pustit jewo swobodno! — Szlachetne serce moskiewskie, lepiej potrafiło odczuć hart duszy śp. Walentego, który wolał ponieść śmierć męczeńską, niż zdradzić świętą sprawę. — Oto jeden z epizodów z życia śp. Walentego Konewki! Śp. Walenty, aż do upadku powstania nie ustawał w pracy, narażając się nieraz na największe niebezpieczeństwa. — Gdy już widział, że wszystko stracone i niema nadziei ratunku, zajął się gorliwie gospodarstwem i wychowaniem dzieci. — Gdy dzieci, a zwłaszcza synowie poczęli dorastać, aby nie zostali moskiewskimi „sołdatami" wysyłał ich do Ameryki; nareszcie i sam (będąc wciąż pod nadzorem policyi, jako „niebłagonadiożny") gdy począł podupadać na zdrowiu, przybył wraz z żoną i czworgiem dzieci do Ameryki w r. 1896. —Po stracie żony, zamieszkał śp. Walenty u najstarszego syna Kazimierza w Ashley, gdzie przez całą familię, aż do śmierci otaczany był najczulszą miłością i opieką. — Od pięciu lat śp. Walenty zupełnie zaniewidział, co pobudziło dzieci do tem czulszej nad nim opieki, od czterech zaś miesięcy nie podnosił się z łoża boleści i dnia 23 czerwca o godzinie 2:45 popołudniu rozstał się z tym światem, opatrzony św. Sakramentami. Zwłoki śp. Walentego odprowadzono z domu żałoby w Ashley o godzinie 10 dniu 27 czerwca do irlandzkiego kościoła w Sugar Notch (kościół polski zgorzał doszczętnie od uderzenia pioruna dnia 21 czerwca rb. o godzinie 3 rano), gdzie czcigodny miejscowy proboszcz ks. Dreier odprawił solenne żałobne nabożeństwo zaspokój duszy zmarłego w asystencvi dwóch innych księży. Następnie po wygłoszeniu dłuższej pożegnalnej mowy, w Której szanowny kapłan odzwierciedlił cały przebieg życia weterana, jego zasługi dla kraju, jego nieskazitelny długoletni żywot i tą bez graniczną miłość Ojczyzny, jaką do ostatniej chwili żywił zmarły, z powodzi wieńców i kwiatów i jarzących świec, nad któremi widniał krzyż, godło zbawienia, wyniesiono zwłoki nieodżałowanej pamięci śp. Walentego i odpro wadzono na wieczny odpoczynek. Zacny nasz ks. Dreier, wraz z asystującymi mu kapłanami aby oddać cześć zasłudze, piechotą, pomimo dokuczliwego gorąca i kurzu, odprowadzili zwłoki, na parę mil odległy cmentarz. Nad grobem wiel. ks. Dreier w krótkich, lecz rozrzewniających słowach, żegnając w imieniu zmarłego pozostałe dzieci, wnuki i prawnuczkę, krewnych i przyjaciół, ze łzami w oczach zakończył: Niech ta obca, choć nierodzima ziemia, którą śp. Walenty nadewszystko ukochał,lekką mu będzie! Cześć jego pamięci! I Tobie cześć zacny kapłanie patryoto! A teraz, żegnaj zacny druhu weteranie — spełniłeś swój obowiązek jak na prawego syna Ojczyzny przystało 1 Niech Cie Bóg przyjmie do swej chwały wiekuistej !
Władysław Kopystyński
h. Leliwa, prywatny oficjalista. Zamieszkały w Leżajsku. Urodzony 29 stycznia 1846r. w Leżajsku. Żonaty, ojciec 5 dziatek, wyznania rzymskokatolickiego. Przed powstaniem „był u Augusta Schumana w zawodzie mechanicznym, gdzie w dniu 29 stycznia udał się do Komitetu Narodowego śp. Armatysa, gdzie stamtąd udał się do oddziału Jana Czarnevkiego – stamtąd powróciwszy po uwięzieniu w domu karnym pozostał uwolniony – gdzie udał się na powrót do oddziału Jungiego, następnie po rozsypce powrócił do Galicyi – gdzie udał się natychmiast do oddziału J. Jeziorańskiego na okolice Leżajska. W temże oddziale był w bitwach 1 i 6 maja pod Kobylanką, gdzie 6 maja pozostał ranny i do szpitala Cieszanowa, następnie Lubaczowa odstawiony. Po wyleczeniu się udał się po czwarty raz do oddziału Pułkownika , w którem to oddziele brał udział w bitwach pod Polichną, pod Kaniwolą, w której Wierzbicki pozostał ranny, następnie pod Urzędowem czyli Parszywej Górze, pod Nadrybiem – Rzerzyną i Wojsławicami, gdzie w dniu 24 sierpnia 1863 pozostał wzięty do niewoli. Konwojowany do Prockiej Cytadeli, następnie do Warszawy i Moskwy, gdzie tam za wstawieniem się Jenerała Chruszczowa jako małoletni uwolniony pozostał. Po odsiedzeniu półtora roku kary więziennej po powrocie (...) aresztowany do c.k. Armii Austriackiej. Był ranny w głowę 6 maja pod Kobylanką a 24 sierpnia pod Wojsławicami w palce lewej ręki i dwa pchnięcia bagnetów w kark i nogę prawą. Służył w oddziale Czarneckiego i Jungiego jako szeregowiec, zaś w oddziale Jenerała Jeziorańskiego jako szeregowiec i podoficer, w oddziale Wierzbickiego jako sierżant i porucznik. Ma poświadczenia z miejsca urodzenia wydane przez władze, świadectwa lekarskie poświadczające zasługi i rany na ciele, następnie odwołuje się na Jana Czarneckiego, Józefa Mosza, zamieszkałych w Lwowie, Jana Gniewosza, Romana Kality, Rudolfa Raszeckiego, Leona Hana, Jana Majchera, Józefa Bielińskiego, Langa Smalawskiego, Walętego Niemczyckiego, Józefa Kellermana”. Zobowiązał się do wpisowego 1 złotego i składki rocznej w wysokości 3 złotych reńskich. Oświadczenie podpisał we Lwowie 19 (brak miesiąca) 1888r. Przyjęty na członka czynnego 23 czerwca 1888r.
Tadeusz Korzon
W Warszawie zmarł w 79 r. tycia znakomity historyk polski prof. Tadeusz Korzon. Ody SK5 tragedii r. 1863 naród wejrzą? w siebie. obudzi} się w nim obok innych twórczych pierwiastków zmysł historyczny. Na gruzach nie pewnej, mglistej tóst6rjozofji, która niejednokrotnie uwodziła nas ku błędnym szlakom, zasiadło dziejopisarstwo, trzeźwe, z uprzedzeń wyzwolone, świadome celu wiedzy, by gruntownem roztrząśnięciem przeszłości pod przyszłość podłożyć trwały fundament. Jak budowniczowie są ci znakomici historycy, co to niby wieńcem gwiazd jasnych zabłyśli na nieboskłonie naszej doby, wnosząc ożywcze światło w atmosfery życia narodowego. / Z wielkich i czcigodnych nazwisk w tym zakresie utworzył się regestr imponujący. Jednak w ich rzędzie mało które taką zdobyto sobie popularność, jak nazwisko Tadeusza Korzona. Nie dla mnogości pism i rozległości obszarów nauki historycznej ujętej przezeń, ani dla kuszącej umiejętności słowa, która leżała poza obrębem „antencji tego pisarza. Tajemnica- wziętości tkwiła w tym wypadku gdzie indziej — w żarliwości patryotycznej tak wielkiej, żę każda z książek Korzona niosła nie tylko światło, lecz także owiewała serca czytelników ciepłem i to w epoce, kiedy tego ciepła tak bardzo było potrzeba dla podtrzymania i przetrwania. Był szermierzem prawdy i tylko prawdy, lecz podawał ją nie zimną ręką zacietrzewionego badacza, uznającego życie w tem tylko, co zamarło, jeno z ową gorącą chęcią, iżby zdobycze nauki spożytkowane były dla dobra narodu iżby ze wskazań przeszłości wyłoniła się bita droga ku odzyskaniu tego, cośmy stracili. Sp. Tadeusz Korzon przyszedł na świat w Ministra d. 29. października 1839. Ukończywszy na Uniwersytecie moskiewskim studja prawnicze, uzyskał jako dwudziestoletni młodzieniec dyplom "kandydata", na podstawie rozprawy z zakresu procedury karnej. (Porównawczy pogląd na francuską i angielską procedurę karną.) Nie uśmiechała mu się wszakże ani prawnicza niwa, ani tem-ci mniej służba u obcych dla obcych. Więc przeniósł się do Kowna, by objąć posterunek nauczyciela gimnazjalnego Tu, niedługo przed ukończeniem drugiego roku. napotkał, jak sam opowiada. fale ruchu politycznego przed powstańczego i przyłączył się do tzrw. stronnictwa ruchu. Śladem ówczesnej agitacji politycznej, która zaprowadziła go do więzienia, a stamtąd "na wygnanie do Orenburga, są listy wysyłane do "Dzien. P__na". a zebrane w. "Moim pamiętniku Przedhistorycznym" (Kraków 1912). Za kratą więzienną uśmiechnęło s5ę Korzonowi szczęście niezwykłe: znalazł w osobie Jadwigi Kulwieciównej anioła opiekuńczego, dozgonną towarzyszkę życia, osłodę w dobrej, podporę w złej doli Na wygnaniu zwrócił się do dziejopisarstwa, ale przeczuwając jeszcze, że wyłącznie przykuje go ono do siebie. Ułaskawiony na podstawie manifestu wierzbołowskiego, po powrocie do kraju (1867) osiadł w Piotrkowie i stąd po dwóch latach przeniósł się do Warszawy i nie opuścił jej już do końca życia. Nie wolny od trosk materialnych, jako pedagog zdobywał sobie środki egzystencji, a jakim był pedagogiem, jak troskliwie i umiejętnie zaszczepiać umiał miłość Ojczyzny w młodych sercach. przyświadczyć mogą wszyscy jego uczniowie. Poza nauczaniem znajdował jednak dość czasu, by poświęcać najlepsze swe siły pracy naukowej. Oddał jej się niepodzielnie. gdy w r. 1897 powołany na stanowisko bibliotekarza w Bibliotece ordynacji hr. Zamoyskich, nie potrzebował już sił swych rozpraszać. W r. 1900 powołała Korzona Akademja Umiejętności do grona swych członków. W cztery lata później wypadło ma przeżyć najcięższy cios osobisty, jakim był zgon małżonki. Nawet jednak ów ból nie złamał go i nie odsunął od pracy naukowej, którą uważał za &we posłannictwo i której też wiernym do ostatniego tchu pozostał. Przebogaty spadek pozostawia po sobie Korzon. Z wielkiej liczby dzieł jego dwa przede wszystkiem, jak dwie cenne perły, wybijają się na czoło „Wewnętrzne dzieje Polski za Stanisława Augusta 1704—1794" i „Kościuszko". Włożył w nie podziwu godny ogrom pracy i tu właśnie bardziej niż gdzie indziej odczuwa się w nim tego uczonego, który nie odrywa się od 'życia' •narodowego gwoli spekulacjom naukowym, lecz był żywą na jego pmu gałęzią. Zanim zawodowi znawcy rozsądzą dokładnie wielkość zasług Korzona, ten głos niechaj zaznaczy cześć głęboką narodu i smutek, jaki staje nad rozwartą mogiłą, w której spoczną szczątki jednego z najlepszych synów Polski Kralrów. (TBK.) O ostatnich chwilach ś.p. Korzona podają dzienniki za pismami warszawskiemi następujące szczegóły: Nękany dusznią od lat kilku nie przestał sędziwy uczony pracować umysłowo. Na krótko jeszcze przed zgonem ze spokojem myśliciela dawał otaczającej go rodzinie ostatnie rozporządzenia. Polecił przesłać kolegom zawodowym wyrazy pożegnania i dał wskazówki co do pogrzebu. Umierając polecił dzieciom, aby w jego imieniu ofiarowały skromny grosz Towarzystwu miłośników historii i Towarzystwu opieki nad zabytkami przeszłości, jako dowód życzliwości Jego dla tych instytucji. AKADEMIA UMIEJETNOSCI WOBEC ZGONU S P. KORZONA. Kraków. Z Akademii umiejętności komunikują: W niedzielę rano nadeszła do naszej instytacji telegraficzna wiadomość o zgonie prof Tadeusza Korzona w Warszawie. Ostatni to chyba z licznej plejady starszych uczonych warszawskich, którzy tak świetnie reprezentowali naukę polską i byli ozdobą Akademii krakowskiej/Pogrzeb śp. Korzona naznaczony był na poniedziałek rano. Mimo największych usiłowań Akademia nie mogła w dniu wczorajszym nadać telegramu do Warszawy. Akademia pragnęła, aby bawiący w Warszawie jej członek prof. Szymon Askenazy w jej imieniu nad trumną przemówił. Instytucja nasza ubolewa, że nienormalne obecne stosunki nie pozwoliły jej w sposób, jak tego pragnęła uczcić pamięć nieodżałowanego ś$. Tadeusza Korom,
Strona z 79 < Poprzednia Następna >