Portal w rozbudowie, prosimy o wsparcie.
Uratujmy wspólnie polską tożsamość i pamięć o naszych przodkach.
Zbiórka przez Pomagam.pl

Powstanie Styczniowe - uczestnicy

Największa baza Powstańców Styczniowych.
Leksykon i katalog informacji źródłowej o osobach związanych z ruchem niepodległościowym w latach (1861) 1863-1865 (1866)

UWAGA
* Jedna osoba może mieć wiele podobnych rekordów (to są wypisy źródłowe)
* Rekordy mogą mieć błędy (źródłowe), ale literówki, lub błędy OCR należy zgłaszać do poprawy.
* Biogramy opracowane i zweryfikowane mają zielony znaczek GP

=> Powstanie 1863 - strona główna
=> Szlak 1863 - mapa mogił i miejsc
=> Bitwy Powstania Styczniowego
=> Pomoc - jak zredagować nowy wpis
=> Prosimy - przekaż wsparcie. Dziękujemy

Szukanie zaawansowane

Wyniki wyszukiwania. Ilość: 1683
Strona z 43 < Poprzednia Następna >
Józef Kazimierz Zajączkowski
Herbu Prus. Ur. 4.3.1844, zm. 30.7.1911 Mikulińce. Syn Ignacego, ekonoma w Kopyczyńcach i Antoniny Domańskiej. Brat Jacka.[6][7] Wyszedł do powstania jako b. uczeń gimnazyum tarnopolskiego. Wstąpił do oddziału Czarneckiego, który po zajęciu wstępnym bojem Tomaszowa, został wyparty z miasta przez zwiększone oddziały Moskali, którzy wypierali gromadki powstańców do Galicyi. W jednej z tych gromadek znachodził się i Zajączkowski, jeden z trzech studentów wśród 17 towarzyszy, jacy pospieszyli przeważnie od warsztatu, wszyscy ze Lwowa, gdy on jeden zdążył do oddziału z gimnazyum w Tarnopolu. Wśród wielkich mrozów przeszedł oddział granicę i został rozbrojony przez żandarmów austryackich przy pomocy kilkunastu chłopów a następnie odstawiony ze związanym Zajączkowskim, który strzelił do jednego żandarma, — do Cieszanowa. Osadzony w oddzielnej ubikacyi, towarzysze we wspólnej kazamacie. Z lat dziecinnych znany naczelnikowi powiatu daremnie przybrał nazwisko Kazimierza Mokrzyckiego, studenta z Lublina, odstawiany dalej konwojem znika w drodze żandarmowi Teleżyńskiemu i z dwoma towarzyszami udaje się do Lwowa.[1] Po raz wtóry spieszy w szeregi i walczy w dniu 6. maja 1863 pod Kobylanką. W oddziale tym walczyło około 80 ułanów, pochodzących przeważnie z dworów i dworków szlacheckich z okolic Tarnopola, Czortkowa i Husiatyna, walczących pod dowództwem . Wobec wielkich posiłków, jakie przybywały nieprzyjacielowi, oddział zachwiał się chwilowo a gdy z karabinem w ręku poszedł w bój sam Jeziorański, nowy duch ożywił słabnące szeregi powstańcze i nieprzyjaciel pewny już zwycięstwa rozprószony został. była największą, jaką przebył Zajączkowski podczas trzynastomiesięcznej swej kampanii. Pod Kobylanką był Zajączkowski kontuzyonowany. Naciskany przez nieprzyjaciela cofnął się oddział do Galicyi, gdzie obce szeregi oddały powstańcom honory wojskowe, poczem wszedł z powrotem na ziemię lubelską a po usunięciu się rannego Jeziorańskiego szedł dalej pod dowództwem , który osaczony coraz bardziej przez Moskali przeszedł w dniu 8. maja granicę galicyjską koło Ulanowa, gdzie cały oddział został rozbrojony. W dniu 15. maja odstawiono Zajączkowskiego z towarzyszami do Rzeszowa, następnie do Lwowa, gdzie go osadzono w Brygidkach, zapowiadając mu równocześnie, że odstawiony zostanie do Tarnopola. Nie tam go jednak wysłano, ale do więzienia Karmelickiego przy ul. Batorego, gdzie spoczął w celi więziennej. Śledztwo w jego sprawie prowadził radca Kuczyński a rozprawę wyznaczono na dzień 20. lipca. Oskarżony o strzał do żandarma w lesie bełzeckim i rzucenie drugiego żandarma do rowu pod Rzeszowem, skazany został na cztery dni więzienia i wykluczenie ze wszystkich szkół austryackich. Więzienie opuścił 24. lipca i ruszył wnet do jazdy Wołyńskiej, stojącej na leżach w okolicy Tarnopola.[1] Lwów nie miał połączenia kolejowego z Tarnopolem, to też ruszył Zajączkowski budą {{bałaguła|bałaguły}} tarnopolskiego "starego Srula" i po 18-godzinnej jeździe stanął w Tarnopolu, skąd wyruszył w dom rodzicielski, położony ze dwie mile od tego miasta. Poprzednio zgłosił się w komendzie jazdy Wołyńskiej, mieszczącej się w hotelu Puntscherta, gdzie po przedłożeniu legitymacyi otrzymał rozkaz bezwłocznego udania się do Bohatkowiec i przydzielony został do trzeciego szwadronu rotmistrza Nałęcza. pod koniec maja przedarł się po zwycięskiej bitwie pod Salichą na Podole, gdzie dwory i dworki szlacheckie nader gościnnie Wołyniaków podejmowały.[1] W czasie wstąpienia Zajączkowskiego do oddziału, był on już uzupełniony, liczył 5 szwadronów po 150 koni i 50 kozaków dla służby wywiadowczej. Zajączkowski przeniesiony do Rosochowaćca mianowany został furierem szwadronu. Z końcem sierpnia stanął cały oddział na stepie strusowskim na przegląd i manewry. Gdy z wymarszem zwlekano udał się Zajączkowski w Sokalskie do oddziału a gdy ta wyprawa zawróciła , przedostał się w Krakowskie do oddziału , gdzie wstąpił w randze porucznika. Po chwilowo odbywanej służbie wywiadowczej wysłany został jako kuryer do Tarnowa i Krakowa, tu został aresztowany, osadzony najpierw "pod Telegrafem* a następnie w więzieniu wojskowem. Przez sąd wojskowy skazany został na sześć tygodni ścisłego aresztu z zastrzeżeniem odesłania szupasem do miejsca przynależności. Po odsiedzeniu więzienia pod eskortą wraca z Krakowa do Tarnopola, po części koleją do Lwowa a następnie furą do miejsca przynależności. Po audyencyi u pułkownika, który w czasie stanu oblężenia był komendantem miasta, skazany został Zajączkowski za męskie zachowanie się wobec niego i pełną godności obronę sprawy powstania na 48 godzin więzienia, poczem był internowany w Tarnopolu aż do chwili zniesienia stanu oblężenia tj. przez przeciąg trzech miesięcy.[1] Po powstaniu poświęcił się Zajączkowski studyom technicznym, był inżynierem kolei państwowych. Umarł w dniu 31. lipca 1911 w 67 roku życia w Mikulińcach, gdzie też został pochowany.[1][8] W małżeństwie z Amalią Hillinger (Hellinger) miał kilkoro dzieci, Stanisławę (ur. 1872 Lwów), Adama (1877-1842, żandarm WP), Bolesława (1881 Kraków - 1920, Orlę Lwowskie, poległ pod Zadwórzem, kawaler VM), Romanę (ur. 1888 Buczacz),[3-7] i Agnieszką(?)[9]
Jan Zaleski
Urodził się na Wołyniu w Zozulińcach wsi położonej w konstantynowskim powiecie, w parę lat po upadku listopadowego powstania. Sprawa Szymona Konarskiego napełniająca patriotami więzienia, szubienice stawiane w Kijowie, męki i wygnanie nie jednego z ludzi szanowanych w rodzicielskim domu, to były pierwsze wrażenia któremi karmiła się dusza dziecięcia; przez całe też życie . gorąca miłość Polski była główną jego namiętnością. Wszedłszy do uniwersytetu w Kijowie, należał tam do nielicznego zrazu grona młodzieży, które cel narodowy za główną podstawę kształcenia się obrało, a które wzrastając ciągle, stanowczy wpływ w końcu na całą młodzież Rusi wywarło. Ukończywszy nauki medyczne w 1858 roku, osiadł jako lekarz na Wolyniu, i umiał w okolicy swojej zjednać miłość i szacunek. Wyjechawszy w rok poźniej za granicę dla dalszego kształcenia się w medycynie i zapobieżenia rozwijaniu się suchot, których zarody czuł w piersiach, wrócił stamtąd z sercem rozgrzaném nadziejami jakie budziła w imię narodowości prowadzona wojna włoska. Nastały wypadki 1861 roku, i szybko po nich rozwijająca się wewnętrzna narodowa organizacja ; oddał się Jan tym pracom wyłącznie, myśląc i marząc już tylko o przyszłej walce. Rozważniejszym co go wstrzymywać chcieli, powtarzał : "Eiada temu, kto daje Ojczyznie pół duszy" Z jego też strony było to oddanie się zupełnie bezinteresowném; chory i stan swój znający doskonale, niczego dla siebie nie chciał, nie szukał - resztki życia i sił oddając tam skąd wierzył że wyjdzie zbawienie ojczyzny. Na pierwszy odgłos wybuchu 1863 roku, choć coraz mocniej chory, pośpieszył do Krakowa, aby się jako lekarz do oddziału powstańczego zaciągnąć - siły go zawiodły, musiał pozostać w Krakowie, gdzie się stał jednym z najezynniejszych członków Rady lekarskiej. Lato całe zeszło mu na opatrywaniu rannych przybywających z pola walki. Z nadejściem jesieni choroba wzmagać się zaczęła, wyjechał więc do Konstantynopola, z wysyłanym tam wtenczas ajentem Rządu narodowego, myśląc, że spędzona na południu zima pozwoli mu na wiosnę wejść do legjonu który w księstwach naddunajskich spodziewano się sformować, przeznaczając go na Ruś. Nadzieje wszystkie zawiodły upadek sprawy, której był całą duszą oddany, strawił resztę sił. W Sierpniu 1864 roku już prawie umierający przybył do Florencji, ostatnie też tygodnie jakie tam spędził były tylko długiém boleśnem konaniem, ale duch jego prawdziwie wyanielał. Widząc zgon bliski i ze ścisłością lekarza oceniając postępy choroby, spokojnie i z uśmiechem patrzał w wieczność, coraz goręcej garnąc się do Boga. Miał koło siebie kilku przyjaciół, a dał mu Pan Bóg, że i niewieście polskie serca znalazły się przy jego łożu. Ostatnie dni były budujące dla wszystkich, pogodą, jasnością, podniesieniem religijném. Parę dni przed skonaniem opatrzony wszystkiemi sakramentami, gdy czuł już ostatnią zbliżającą się chwilę, prosił przytomnych aby głośno modlitwę za konających odmówić chcieli, i powtarzając ją za niemi, z wyrazem modlitwy na ustach ducha Bogu oddał, dnia 17 Pażdziernika 1864 roku w 31 roku życia. Należał do tych ludzi czynnych, a gotowość poświęcenia łączących z zupelném zaprzaniem się siebie, którzy czystością swego ducha opromienili ostatnie nieszczęśliwe usiłowania narodu.
Władysław Zawadzki
Autor . 10.2. Brał udział w egzekucji kolonisty skazanego na rozstrzelanie. Uczestnik oddziału broniącego 11.2. klasztor i wzgórze od zachodu. Ranny w nogę. "[i]Tegoż dnia rano, stosownie do rozkazu, cały oddział w porządku wojskowym na placu egzekucji stanął jedną połową po stronie lewej a drugą na wprost skazanego, kawalerja zaś zajęła stronę tylko strona północna była wolną, ale tu wykopany był grób dla skazanego zbrodniarza. Bataljon majora Czachowskiego zajął stronę placu na wprost tego grobu. Do wykonania egzekucji wyznaczono pluton, w którym ja służyłem. Że zaś major nie wiedział, któremu z nas pod względem celności strzałów zaufaćby można, wy bór też dziesięciu strzelców nam samym zostawił. Zarządzenie to nie okazało się praktycznem, bo chociaż każdy był ochotnikiem powstania. przecież na ochotnika egzekucji nie tak nam łatwo zdecydować się było. Tem samem nikt nie odważył się pierwszy przed front z szeregu wystąpić, pomimo nalegań majora. Przez chwilę, przebywszy moralną walkę z niemiłem uczuciem własnem, wystąpiłem z szeregu, a po streszczeniu kolegom winy delikwenta i po przedstawieniu, że każdy z nas, będąc narodowym żołnierzem, nie może w podobnych wypadkach krępować się uczuciami, ale rozkazom swej władzy posłuszny być winien, a nadto przypomniawszy obozową przysięgę wykonaną w Wąchocku - rozstrzygnąłem chwiejność kolegów. Skutkiem czego niebawem i innych dziewięciu obok mnie stanęło. Wszyscy dziesięciu byliśmy dawni myśliwi, a więc jako strzelcy zawodowi umówiliśmy się o miejsca do jakiego każdy z nas ma mierzyć, żeby śmierć skazanego była pewną i szybką. Wprowadzonego kolonistę postawiono nad grobem, zwróconego piersiami ku nam. Komisja wojskowo-sądowa zajęła miejsce przed kawalerją. Porucznik Lionard wystąpiwszy naprzód, głosem donośnym i dźwięcznym odczytał streszczenie całej sprawy i wydany wyrok, poczem ks. kapelan oddziału ubrany w komżę i stułę podszedł do skazanego wysłuchał go spowiedzi, a przedstawiwszy, iż wkrótce na sądzie Bożym ma stanąć, do przyznania się do winy pobudzał. Zawzięty Niemiec wszystkie te przedstawienia kapłańskie i widok swego grobu, bez wrażenia przyjmował. Mimo tego szlachetny ksiądz-Polak o darowanie mu życia prosił, ale odmówił tej prośbie. Podczas zawiązywania białą chustką oczów klęczącego kolonisty, który jeszcze przed wprowadzeniem miał związane ręce w łokciach, oznajmiono nam, że za trzecim powiewem chustki przez por. Lionarda, wszyscy dziesięciu mamy jednocześnie strzelić. Za chwilę rozległ się odgłos dziewięciu wystrzałów i trup kolonisty w głębi swego rowu runął. Ja, chociaż innych zachęcałem do przyjęcia udziału w tej egzekucji, sam jednak nie strzeliłem. Z rozdrażnienia zapomniałem nawet odwieść kurków sztućca. (...) Tegoż dnia, na usilne przedstawienia wyż pomienionych członków rządu narodowego, ażeby większą baczność i ostrożność także od strony Kielc zarządzić, Langiewicz wysłał do klasztoru pół plutonu czyli 36 strzelców i tyleż kosynierjów, ale zarazem oznajmił, że załoga wysłaną została więcej dla pilnowania, ażeby nikt z obozu bez specjalnego pozwolenia w klasztorze nie bawił, aniżeli dla strzeżenia drogi przed przyjściem Moskali. Do załogi tej i ja należałem, a dowodził nią podporucznik Gudziński, były sekretarz administracji zakładu. (...) W nocy nagle budzi mnie gospodarz, mówiąc, że przyszedł chłop z wiadomością, iż moskale maszerują na klasztor i że są już blisko. Wiadomość ta wydała mi się z razu się prawdziwą, zerwawszy się jednak z posłania, podążyłem na odwach, a po krótkiem i pospiesznem porozumieniu się z kolegami, pobiegłem do pikiety. Zaledwie zbliżyłem się do niej, a strzelec nasz dał ognia do awangardy kozackiej. Kozacy, nie spodziewając się w tem miejscu powstańców, po odpowiedzeniu strzałami, szybko cofnęli się ku swoim, a my we dwóch do klasztoru wrócili. W obec grożącego niebezpieczeństwa por. Gudziński zajął się ukryciem swej rodziny. Ja zaś w chwilowem jego zastępstwie kazałem bezzwłocznie główne drzwi wchodowe zamknąć, a postawiwszy przy nich kosynjerów, poleciłem, nikogo ani wpuszczać, ani nie wypuszczać. Wyjątek tylko zrobiłem dla Uzłowskiego, który zażądał pozwolenie wyjścia celem zawiadomienia Langiewicza o nadejściu Moskali. Było to około godziny 6. rano, dnia 11. lutego 1863 r. (...) Po powrocie moim z pikietą do klasztoru, dobry kwadrans upłynął zanim piechota moskiewska kolumną wysunęła się z lasu i naprzeciw okien naszego odwachu stanęła. Dzieląca nas przestrzeń wynosiła 60 kroków. W tejże chwili strzelcy z dubeltówek po dwakroć dali do nich ognia, co zapewnie bezskutecznem nie było, bo Moskale zaraz po tem rozsypali się w tyraljerkę. Ja, podczas tych strzałów będąc w odwachu, byłem świadkiem, jak kula moskiewska rozbiła w kawałki refektarzowy zegar, wiszący poza głowami naszych strzelców. Gdyby Moskale wiedzieli, że nas w klasztorze tylko garstka była, to i przez drzwi na rozwież otwarte: a które z odwachu na plac bitwy wiodły, mogli się byli wprost do nas dostać. O zamknięciu tych drzwi zapomnieli wszyscy, gdy więc to spostrzegłem mimowolnie na ganeczek zewnątrz klasztoru wyszedłem, aby drzwi pierwsze od muru odczepić, a następnie i drzwi od wewnątrz na dwie zasuwy zamknąć. Moskale to widząc, nie skąpili kul do mnie, ale tylko drzwi w kilku miejscach przedziurawione zostały. W odwachu były trzy okna, a więc nasi w tyleż ustawiwszy się kupek, strzelali na przemian. Dość ciasno im było, przeto zabrawszy dwóch z karabinami, udałem się z nimi do miejscowej kuchni mającej dwa okna i ztąd znowu strzelaninę rozpocząłem. Za nami przyszło do tej kuchni jeszcze paru naszych, którzy żadnej broni nie mieli. Strzały padały bez przerwy, dwaj bowiem koledzy nabijali, a ja po kolei ze wszystkich trzech karabinów strzelałem. Jakkolwiek pruszący śnieg i cień lasu utrudniały mi celowanie, jednak mającemu wzrok dobry i wprawę myśliwską, zdaje się, dość pomyślnie mi się wiodło, skoro Moskale chroniąc się przed mojemi kulami zwinęli w tem miejscu front, a natomiast jeden za drugim „gęsiego" za drzewami stanęli. Ta ich ostrożność i moją taktykę zmieniła, bo odtąd strzelałem tylko, gdy się który z po za drzewa wychylił, lub też do krzaku z po za którego błysk, albo dym ich strzału spostrzegłem. Po długiem w ten sposób wzajemnem strzelaniu, część Moskali znowu rozwinęła się frontem i skrzydłem lewem zaczęła się rozsuwać w łańcuch dla otoczenia klasztoru. Żeby to otaczanie utrudnić pobiegłem do celi zaraz po za kuchnią będącej, zkąd po kilku strzałach do celi następnej i tak aż do celi ostatniej zabiegając - strzelałem. Skoro Moskale już wszystkie okna minęli, bezzwłocznie do drzwi głównych się udałem, żeby wraz z kosynierami wejścia do klasztoru bronić. Byłem bowiem pewny, że już wkrótce dobywać się do nich zaczną, a tem samem, że dla nas wszystkich będących w klasztorze ostatnia chwila życia nadeszła. Przebiegając obok odwachu, słyszałem jak nasi strzelali bez przerwy, lecz zdaje się, że o działaniach moich żaden z nich nie wiedział, bo nie mieli czasu ich widzieć. Przy drzwiach zastałem kosynjerów w porządku. O spodziewanem dobijaniu się Moskali nie mówiąc, zapytałem tylko czy czasem kto nie puka. Po nadsłuchiwaniu doszedł nas odgłos strzałów i ze strony lewej czyli z cmentarza. Że zaś Moskale z prawej strony strzelali, więc zaczęliśmy odgadywać, że to chyba nasi z pomocą nam przybywają. Dla przekonania się o tem, kazałem drzwi otworzyć i rzeczywiście tak było. Z uciechy serdecznej pobiegłem powitać kolegów, bez uwagi nawet, że trzeba było pod strzałami stron obydwóch tę przestrzeń przebyć. Przede wszystkiem zażądali koledzy przyniesienia im z klasztoru ładunków, a gdy je przyniosłem, znowu o kapiszony prosili. Przy ponownen moim na cmentarz powrocie, zabrałem z sobą kolegę Lemego, inni zaś na swych stanowiskach zostali w klasztorze. (...) Przybyły na górę oddział, zajął cały cmentarz klasztorny, ale główną linją bitwy były okna klasztoru, oraz ta strona cmentarza, którą Czachowski zajmował. Ze strzelców na cmentarzu tylko dwa pierwsze szeregi czynne być mogły, następne zaś służyły tylko do zmiany. Ja stałem w trzecim szeregu, nie było mi więc wolno strzelać, koledzy bowiem przedemną stojący, tworzyli bardzo ściśnięty szereg. Gdy jednak podczas tego spostrzegłem Moskala, przesuwającego się od jednego drzewa ku drugiemu, bez namysłu wsunąłem karabin między głowy kolegów, stojących przedemną i do niego strzeliłem. Czy Moskal się przewrócił, nie wiem, ale strzał ten wzniecił między pierwszemi szeregami obawę, Czachowski zaś poradził mi, bym się udał do swego plutonu. Rada ta skutkowała o tyle, że, aby być zupełnie niezależnym i swobodnym w strzelaniu, a także i bliżej być Moskali, skierowałem swe kroki na dziedziniec. Czachowski, widząc niebezpieczeństwo, na jakie się narażam, zawołał głośno: „Nie idź tam, bo pamiętaj, że nie wrócisz“; lecz ja, odpowiedziawszy: „Kto ma wisieć nie utonie“, poszedłem naprzód, na razie zatrzymując się na rogu klasztoru, zkąd dość długo strzelałem. Następnie posunąłem się aż ku klasztornej stajni i wozowni, a dostawszy się tam, zaledwie 40 kroków miałem od siebie Moskali. Początkowo zadowolony byłem z tego miejsca, bliskość Moskali dawała mi bowiem możność tem celniejszych strzałów. Moskale za często jednak do mnie strzelali a konie na uzdzienicach rwały się z przerażenia. Czułem, że stanowisko to jest niebezpieczne, na wypadek bowiem otrzymania rany nietylko, iż nikt z kolegów nie przyszedłby mi w pomoc, ale i konie mogły mnie stratować. Znowu więc na dawne miejsce pod mur klasztorny wróciłem, a mając jeszcze w zapasie dość ładunków, nie oszczędzałem ich wcale. Skutkiem ciągłego strzelania karabin mój po kilkakroć chłodzić musiałem śniegiem. Í w chwili właśnie, gdy pewnego razu z pod muru dla wzięcia śniegu wysunąłem się, upadłem. Zrazu zdawało mi się, że się tylko pośliznąłem, niebawem atoli przekonałem się, i straciłem władzę w prawej nodze, że zostałem ranny. Leżąc wznak, kiwałem ręką, ażeby zwrócić na siebie uwagę kolegów, daremnie jednak, byli oni zajęci bitwą - lecz skoro Moskale w celu zabrania mnie poczęli się wysuwać pojedynczo z swych szeregów, wówczas Czachowski, spostrzegłszy mnie, kazał dać do Moskali ognia, a sam z kilku strzelcami podbiegłszy, zaniósł mnie do drzwi klasztornych. Oddano mnie w ręce kosynjerów, których rano przy tych drzwiach postawiłem na straży. Tak się zakończył mój czynny udział w 9godzinnej bitwie Śt .- Krzyskiej dnia 11. lutego 1863 roku we wtorek około godziny trzeciej po południu. (...) Dopiero po oddaniu mnie kosynierom przekonałem się, że rana moja była ciężką. Koledzy zanieśli mnie do pierwszej celi, a zastawszy tu księdza, który żegnając nas krzyczał „uciekajcie djabły“ i „vade satanas“, zostawili mnie, powracając sami na pole bitwy. Ksiądz pochwycił krucyfiks i ponawiając żegnania oraz wezwania, wsunął się ze żelazne łóżko i począł je sunąć, aby mnie do ucieczki zmusić. W tej dopiero chwili przypomniałem sobie obłąkanego, który nie chciał opuścić klasztoru. Z obawy, aby nie najechał na mnie łóżkiem, lub nie zabił, począłem wołać kosynierów celem przeniesienia mnie do innej celi, co się też nareszcie stało. Wkrótce odwiedził mnie p. Józef Janowski i major Leonard Lepkowicz celem udzielenia pierwszego ratunku. Że zaś dr. Uzłowski do klasztoru nie wrócił, a felczerzy nie wiedzieli co robić, więc major L. sam się zabrał do udzielenia mi pomocy. W czasie operacji straciłem przytomność a następnie zasnąłem i gdy w kilka godzin później obudziłem się, chociaż słyszałem dolatującą mnie rozmowę kolegów na korytarzu, nie siliłem się nawet na zdanie sobie sprawy z tego co zaszło. Ze niespodziewana wizyta dwóch Polek, ubranych po zakonnemu w towarzystwie majora Ł. i kolegę Zagrodzkiego, a że od dnia bitwy żadnych kobiet w obozie nie było, zdziwiłem się przeto ich widokiem nie mało. Po przywitaniu, oznajmiły, iż przybywają z Warszawy dla niesienia pomocy i pociechy rannym. Odświeżały mą twarz wodą kolońską. a pomarańczą łagodziły pragnienie, przy tem obdarzyły mnie szarpiami i bandażami, których u nas był brak zupełny. W kilka dni po tem zostawszy jako ranny, przewieziony do pewnego domu obywatelskiego, dowiedziałem się, że była to pani Mazaraki i panna Jadwiga N. z Warszawy, że do tegoż domu przybyły podczas naszej bitwy i że po przebraniu się w suknie zakonne, podążyły na górę bocznemi ścieżkami przez śnieżne zaspy celem niesienia ulgi cierpiącym. Odwiedziny te były mi przyjemne, bo serdeczne słowa pociechy pani M. i przypomnienie mi miasta rodzinnego, kochanej Warszawy, łagodziły cierpienia i bole. Po półgodzinnej rozmowie znowu samotny zostałem, ale już zająłem się myślą o przykrym losie. Po pewnym czasie powrócił Ł. z wiadomością, że oddział nasz klasztor opuszcza, że mnie zabrać z sobą nie może, więc mam pozostać. Oznajmienie to dotknęło mnie boleśnie, samo już bowiem rozdzielenie się z obozem, w którym żyć lub zginąć postanowiłem, obojętnem mi nie było. Z myślą samotnego pozostania w klasztorze także w żaden sposób pogodzić się nie mogłem, prosiłem tedy, aby mnie zastrzelono. Nie uwzględniono toli tej prośby i po naradzie z Langiewiczem przeniesiono mnie do Starej Słupi. Do przetransportowania mnie przeznaczył Langiewicz 12 strzelców i tyluż kosynierów oraz majora Czachowskiego. (...) Doszliśmy do Słupi. Tu opuszczono mnie i odtąd choć przestałem być żołnierzem oddziału, uczuciem i myślą towarzyszyłem mu wszędzie, serdecznie życząc osiągnięcia celu, w jakim dnia 22. stycznia 1863 roku zbrojnie wystąpiliśmy[/i]".
Aleksander Fortunat Zdanowicz
z zawodu publicysta, zamieszkały w Nicei we Francji, a od 4ch miesięcy w Krakowie przy ul. Szewskiej 25. Urodził się 26 lutego 1839 w Zdanówce pod Staszowem (woj. Sandomierskie). Stanu szlacheckiego. Wyznania katolickie. Stosunki z rodziną w Królestwie zerwał od roku 1880 z powodu publikacji w prasie francuskiej o organizacji Policji tajnej rosyjskiej we Francji i innych artykułów przeciwko Moskwie. Przed powstaniem podaje szkołę wojskową, w czasie powstania posiadał stopień porucznika Kosynierów, a następnie strzelców. W czasie powstania walczył w oddziale Cieszkowskiego, z Jeziorańskim i Langiewiczem pod Małogoszczem, z oddziałem Mierosławskiego pod Igołomią komenderował kompanią przeznaczoną dla zasłaniania odwrotu w zastępstwie kapitana Szeligiewicza poległego. W dwóch potyczkach w Hrubieszowskiem z oddziałem Alladara w okolicy Podladonia? i w Ciałuszy w Zamojskiem ze Swidzińskim. Został raniony kulą w ramię pod cmentarzem w Skale. Kulą w nogę pod Igołomią, i 22 ran od lanc i pałaszy pod Ciałuszą. Jego dokumenty z powstania pozostały w Nicei. Powołuje się na Stanisława Królikowskiego, lekarza towarzysza lat dziecinnych – Księdza Drohojewskiego, kolegi ze szkół gimn. W Lublinie –Stachurskiego, Uziębłę i Ludwińskiego kolegów z powstania – Adama Asnyka, znajomego jeszcze przed powstaniem z Heidelberga – Józefa Męcińskiego z Partyzna?, kolegi szkolnego – również na Amborskiego we Lwowie. Zadeklarował zapłatę wpisowego 1zł, oraz składkę roczną w wysokości 1 zł. Na oświadczeniu nie figuruje data ani podpis.
Józef Zduńczyk
Służyliśmy razem z bratem, Adolfem, w oddziale Jasińskiego — obaj w randze oficerów, brat mój bowiem brał już poprzednio udział w kampaniach wielkopolskiej i węgierskiej, w latach 1846. i 1848,49, ja zaś w wojnie węgierskiej i sebastopolskiej, ostatecznie w charakterze oficera rosyjskich grenadyerów W d. 12. sierpnia r. 1863. stanął Jasiński obozem nad Narwią, pomiędzy Gostkowem a , kiedy otrzymaliśmy z ust naczelnika naszej żandarmeryi doniesienie o zbliżaniu się licznych oddziałów moskiewskich, wysłanych z Pułtuska. Z rozkazu naczelnika zajął brat mój z swoim batalionem strzelców, tudzież z kosynierami, pod komendą kapitana Lipińskiego, pozycye nad Narwią, podczas gdy mój batalion czekał na razie w odwodzie. Rozpoczęła się żwawa palba karabinowa. Sałdaci, którzy chcieli przejść w bród rzekę, padali gęsto od naszych strzałów. I bylibyśmy odparli wnet nieprzyjaciela, gdyby nie nadciągnęła mu w sukurs artylerya. Pod silnym ogniem kartaczowym musiał Adolf cofnąć się z nad brzegu rzeki, a ja wszedłem z moim batalionem w akcyę, wstrzymując pochód przeciwnika. Ostatecznie wyparły i mnie z pozycyi przemagające liczebnie i lepiej uzbrojone zastępy i uderzyły na resztę oddziału, stojącego pod komendą samego Jasińskiego. Widząc to rzucił się brat mój w wir walki, nie podtrzymany jednak należycie przez swych podkomendnych nie zdołał wstrzymać nawały... Poległ śmiercią bohaterską, rozniesiony formalnie na kozackich pikach. Jasiński z kawaleryą wycofał się z pola bitwy, a oddział poszedł w rozsypkę... W bitwie tej starłem się z rosyjskim dragonem. Jakkolwiek silnem uderzeniem pałasza zsadziłem go z konia, odniosłem sam głębokie cięcie w lewą stopę. Rannego odwieźli mnie chłopi z Gostkowa do Sielca i oddali pod opiekę obywatela Gąsowskiego. Wyleczywszy się z ran otrzymałem rozkaz Rządu narodowego zorganizowania rozbitego pod Magnuszewem oddziału. W ciągu d. 14-tu stanęło 350-iu ludzi pod bronią, nad którymi objął komendę kapitan rosyjskiej marynarki Lasocki, pod nazwiskiem Dubois. Mnie mianowano jego szefem sztabu. W d. 12. listopada nastąpiło , — trwało ono od g. 8-mej rano aż do późnego wieczora. Lasocki zniknął nam z oczu, a ja, objąwszy dowództwo, utrzymałem się na pozycyi, dzięki tej okoliczności, iż znając, jako oficer rosyjski, sygnały trąbki przeciwnika mogłem go uprzedzać w moich dyspozycyach. W dniu tym zostali ranieni nasz chorąży, tudzież lekarz oddziału Chłopicki Po bitwie przeprawiłem się zaraz przez Bug do wsi Brzozy, gdzie osaczony przez przemagające siły musiałem rozpuścić mój oddział. Z kolei objąłem po Aleksandrze Grzymale komendę nad oddziałem konnym 120- tu ludzi. Podzieliwszy go na cztery sekcye, alarmowałem i niepokoiłem po nocach rosyjskie załogi w łomżyńskiem. Wreszcie pod Zambrowem powiodło mi się w 3O-tu ludzi przepędzić sotnię kozaków. Spełniwszy na razie swoje zadanie udałem się z kolegami, Józefem Kubickim, późniejszym profesorem Akademii rolniczej w Dublanach i Hipolitem za kordon pruski. Aresztowani przez patrol, otrzymaliśmy za interwencyą niejakiego Reicha, agenta Rządu narodowego, z rąk landrata karty upoważniające do pobytu pierwotnie w Wilburgu, następnie w Warmii. Nie dano mi wszakże spocząć dłużej. W marcu r. 1864. przysłał rai Rząd narodowy nominacyę na pułkownika i wojennego naczelnika trzech wschodnich powiatów województwa płockiego. Zarazem nakazano mi zorganizować bez zwłoki nowy oddział. Uzbroiłem już 120-tu ludzi, ćwicząc ich w musztrze, gdy cywilny wojewódzki, Olszański, odwołał imieniem Rządu pierwotne zarządzenie, a to wobec nagromadzonych na granicy zastępów wojska rosyjskiego. Wyjechałem teraz z kraju na długą tułaczkę. Nie ciężki los bolał, ale żarła duszę za ziemią, za tem, co swoje tęsknota... I dopiero po latach znalazłem we Lwowie serca bratnie, i dzięki łasce Stwórcy, doczekałem się tu dziewiątego krzyżyka, oraz półwiekowego jubileuszu owych chwil pamiętnych, w których gotowi na wszystko stawaliśmy pod znakiem Orła i Pogoni!
Ignacy Żelechowski
Żelechowski Ignacy, wieku lat trzydzieści kilka, syn Kwiryna oficera armii z nad Berezyny, zesłanego na Syberyą i Genowefy z Zarębów; wnuk naczelnika konfederacyi wielkopolskiej. Już od pierwszej młodości oddychał gorącym patryotyzmem, który lubo się objawiał tylko zamiłowaniem czytania polskich książek, ściągnął na niego prześladowanie nauczycieli galicyjskich gimnazyów, upatrujących wówczas najwyższą mądrość w wytępianiu wszystkiego, co choćby cień polskości na sobie nosiło. Z tych przyczyn Ignacy przymuszonym był do opuszczenia szkół publicznych, lecz w domu gorliwie nad wzbogaceniem umyslu swego pracował, pilnie śledząc w wypadkach politycznych zwrotu na korzyść Polski mogącego wpłynąć zbawiennie. nok 184G zastał go jeszcze zbyt młodym i do czynu nieprzygotowanym, lecz za to 1i r. 11:$48 pospieszył do legionu polskiego na Węgry, i tam raniony w potyczce, wzięty został do niewoli przez Moskali i wydany władzom austryackim. Skazany wskutek tego do kompanii karnej, w drodze na miejsce swego przeznaczenia prowadzony, uszedł do Prus, i tam podając się za poddanego pruskicgo wstąpił do wojska, i dosłużył się stopnia oficera artyleryi. otrzymawszy dymisyę powrócił do domu i od samego początku ostatnich wypadków czynny w nich brał udział. Rozważny i niedowierzający lada komu, był do prowadzenia sprawy rewolucyjnej jedynym. - Organizacya narodowa przeznaczyła go do prowadzenia artyleryi powstańczej, która w województwie Krakowskiem przeciw Moskwie użytą być miała. Wyruszył tedy z oddziałem Miniewskiego 5 maja 1863 r. prowadząc dwa działa na wozach. Na placu boju pod Krzykawką mógł dopiero dobrze obejrzeć armaty i urządzić. Nadspodziewanie jednak znalazł w nich tyle niedostatków, iż się w dniu owym użyć nie dały. Schował więc dziala, a sam stanął w szeregach piechoty, walcząc mężnie i zagrzewając drugich do walki, lecz ugodzony kulą w głowę padł na miejscu. Był to człowiek rzadkich przymiotów i szlachetnego charakteru. Pobożny, skromny a gotowy zawsze do poświęcenia, poczytanym był od każdego, kto się z nim zetknąć miał sposobność, za wzr Polaka i poczciwego człowieka.
Strona z 43 < Poprzednia Następna >