Portal w rozbudowie, prosimy o wsparcie.
Uratujmy wspólnie polską tożsamość i pamięć o naszych przodkach.
Zbiórka przez Pomagam.pl

Powstanie Styczniowe - uczestnicy

Największa baza Powstańców Styczniowych.
Leksykon i katalog informacji źródłowej o osobach związanych z ruchem niepodległościowym w latach (1861) 1863-1865 (1866)

UWAGA
* Jedna osoba może mieć wiele podobnych rekordów (to są wypisy źródłowe)
* Rekordy mogą mieć błędy (źródłowe), ale literówki, lub błędy OCR należy zgłaszać do poprawy.
* Biogramy opracowane i zweryfikowane mają zielony znaczek GP

=> Powstanie 1863 - strona główna
=> Szlak 1863 - mapa mogił i miejsc
=> Bitwy Powstania Styczniowego
=> Pomoc - jak zredagować nowy wpis
=> Prosimy - przekaż wsparcie. Dziękujemy

Szukanie zaawansowane

Wyniki wyszukiwania. Ilość: 2965
Strona z 75 < Poprzednia Następna >
Ksawery Bolewski
herbu Bodzia, oficer artyleryi z r. 1831, następnie trzydziestoletni tułacz, ojciec rodziny, przybyły na odgłos po wstania w r. 1863 z Francyi do Lwowa, zginął bohaterską śmiercią pod Poryckiem na Wołyniu dnia 2 listopada t. r. Urzędowe sprawo zdanie o śmierci Ksawerego Bolewskiego brzmi: „W miesiącu listopadzie 1863 roku miała miejsce wyprawa na Wołyń, składająca się z oddziałów do operowania na Wołyniu prze znaczonych. Oddziały te : 4, 6 i 7-my stały pod naczelnem dowództwem podpułkownika wojsk narodowych, Wojciecha Komorowskiego. „W jeździe oddziału 7-go służył Ksawery Bolewski w stopniu porucznika, komenderując drugim plutonem ułanów, znajdujących się pod bezpośrednią komendą majora Karola Zaremby (Szkarłata). „Oddziały przekroczyły granicę austryacką dnia 3 listopada o godzinie 2 po południu. Jazda 7-go oddziału została odkomenderowaną na przednią straż, którą dowodził porucznik Bolewski. Zachowanie się jego podczas pochodu i sposób spełnienia danego mu polecenia, dowowodziły oficera doświadczonego i żołnierza śmiałego. Nad wieczorem dowódzca zatrzymał oddziały we wsi Wielkie Zdżary, gdzie przez kilka godzin obozowały, będąc zmuszonemi do spoczynku i do wzięcia pożywienia. Około godziny 2 po północy dowódzca kazał zatrąbić do marszu i oddziały ruszyły w drogę ku Poryckowi. O 6 godzinie z rana staneły wobec Porycka. Tu dowódzca dał rozkaz majorowi Zarembie zająć prawe skrzydło, t. j. przestrzeń od wsi Samowoli ku miasteczku, podczas kiedy dowódzca sam z resztą sił lewe skrzydło od wsi Uadnowa ku miasteczku zajął. Otoczywszy Poryck ze wszystkich stron i zająwszy najgłówniejsze punkta, mianowicie cmentarz i chaty położone w pobliżu cmentarza, kroczono do rozstawienia forpocztów. Porucznik Bolewski otrzymał polecenie udania się z pół plutonem ułanów na wzgórze po łożone pod lasem, w celu śledzenia nieprzyjaciela i uwiadomienia swego komendanta, gdyby się Moskale od strony lasu zjawili. „Wkrótce pokazało się na brzegu tegoż lasu trzech dragonów moskiewskich, podjeżdżających ku pikiecie porucznika Bolewskiego, chcąc go zwyczajem swoim w zasadzkę wprowadzić. Po spostrzeżeniu tego rekonesansu nieprzyjacielskiego porucznik Bolewski wysłał jednego z podkomendnych mu ułanów do swojego dowódzcy, ażeby go o tein zawiadomić. Ułan ten, nie zrozumiawszy dobrze danego mu rozkazu, a myśląc, że raport swój dowódzcy oddziału zdać ma — a nie dowódzcy prawego skrzydła, majorowi Zarembie — pojechał w' przeciwną stronę, t. j. ku lewemu skrzydłu, lecz nie mógł do głównego korpusu dojechać, gdyż go bagna i głębokie, wodą napełnione rowy od niego oddzielały. Tymczasem podjazd moskiewski znacznie się zbliżył, strzelając z karabinków do pikiety porucznika Bolewskiego. Ten, widząc się w r sile prze waż nej a chcąc języka dostać, uderzył szybko na Moskali, którzy się w tej samej chwili"ku lasowi cofali. Podczas tego ścigania nieprzyjaciel raptem w sile jednego szwadronu klinem lasu wystającym pod naszą pikietę się podsunął, zająwszy jej tył w największym pędzie. Równocześnie drugi szwadron dragonów z przodu na naszych uderzył, tak że w oka mgnieniu ze wszystkich stron dragonami otoczeni zostali, broniąc się najzacięciej, o czem major Zaremba nic wiedzieć nie mógł, gdyż, jak już wyżej wspomniano, ułan wysłany przez porucznika Bolewskiego, drogę zmylił. Nieprzyjaciel w sile 2 szwadronów podsunął się ku cmentarzowi, lecz powitany celnym ogniem żuawów, do odwrotu był zmuszonym. Wzmocniwszy się piechotą, Moskale powtórny atak do cmentarzy przypuścili. Wtenczas żuawi po za cmentarz ku nieprzyjacielowi się wysunęli, rażąc go ogniem tyralierskim. Przekonani o męztwie naszych przez pięciu bohaterów walczących z porucznikiem Bolewskim przeciwko przeszło 200 dragonom, Moskale po półgodzinnym żywym ogniu w r pospiechu ku lasowi się cofnęli. Ponieważ cały nasz korpus już przez kozaków zaniepokojonym został, strzelcy nasi na swoje silne stanowisko powrócili, nie mogąc się za nieprzyjacielem w gęsty, nieznany im las zapuszczać. Tymczasem główny korpus przez ogień tyralierski o boju toczącym się na prawem skrzydle zawiadomiony został. Major Zaremba, komendant prawego skrzydła, objeżdżając plac boju około cmentarza, dowiaduje się o potyczce pocztu stojącego pod komendą porucznika Bolewskiego i wkrótce też smutny widok go spotkał. Na wyż wspomnianem wzgórzu znalazł on bowiem pięciu naszych bohaterów odartych do naga z odzieży i porąbanych tak mocno, że tylko po silniejszej tuszy swojego dzielnego porucznika poznał, który spełniając sumiennie swój obowiązek, dawną sław r ę polskiego oręża wznowił! „Obok tych bohaterów, których cnota młodzieży polskiej za przy kład stanie, leżało 7 zabitych dragonów moskiewskich, rannych bowiem Moskale- z pobojowiska ze sobą zabrali. Zawiadomiony o tern dowódzca kazał ciała naszych braci zaniesc 11 a cmentarz i księdza katolickiego zawołać, ażeby zwłoki pogrzebał i pobłogosławił. Ponieważ sie to jednak wieczorną porą działo, a korpus nasz na kilku punktach przez kozaków zaatakowany został, nie można było zwłokom naszych bohaterów oddać wojskowej czci. na jaką zasłużyli wojownicy, którzv tak walecznie ziemi Ojców swoich bronili! „Działo się to 4go listopada 1863 r. o godzinie 5 po południu. „Cześć i sława niechaj będzie ich pamięci! (Podp.) Generał Edmund Różycki. Podpułkownik wojsk polskich, Major Zaremba Karol. dowódzca oddziałów wołyńskich dowódzca prawego skrzydła. 4go, 6go i 7go. Marceli Krajewski, adjutant. Wojciech Komorowski. , Do powyższego dodam, że Ksawery Bolewski urodził się 11 listo pada 1811 r. w Żydowie pod Lubrańcem na Kujawach z ojca Dominika i matki Elżbiety z Klichowskich. Pierwsze nauki odbywał w Włocławku, a wyższe w liceum w Warszawie, gdzie 19-letniego młodzieńca zaskoczyło powstanie listopadowe. Wstąpiwszy do artyleryi, brał udział w całej kampanii pod dowództwem pułkownika Kej mano wąskiego. Pod Ostrołęką stracił trzy palce u nogi. Posunięty na oficera artyleryi i ozdobiony krzyżem Virtuti militari, po upadku powstania udał się na tułactwo i ciągle prawie przebywając w Paryżu, pomimo musu pracy odbył i skończył tamże szkołę sztabu. Czynny i gorliwy członek Towarzystwa demokratycznego, w r. 1843 wszedł do Towiańszczyzny. Ożeniony z Francuzką, zmarłą w r. 1860, pozostawił dwoje dzieci, syna i córkę, oddając je pod opiekę swej siostry, Maryi Bolewskiej, która sierotom była odtąd rzeczywistym aniołem opiekuńczym. Pamięć bohaterskiej śmierci Ksawerego Bolewskiego i jego czterech towarzyszy, z których jednego tylko, Mireckiego, nazwisko jest wiadome, uczcili rodacy uroczystem nabożeństwem żałobnem we Lwowie i w r Paryżu, gdzie także w r kościele Wniebowzięcia zebrało się całe Towarzystwo kredytowe ziemskie francuskie, którego Bolewski był przez wiele lat urzędnikiem. Córka Ksawerego Bolewskiego Marya wyszła za mąż za doktora Glabisza w Gniewkowie w W. Księstwie Poznańskiem, syn zaś prze bywa w Paryżu.
Marcin Borelowski ps. Lelewel
Lelewel, naczelnik sił zbrojnych województwa podlaskiego. Urodził się w 1829 r. w Krakowie na Półwsiu Zwierzynieckim. Ojciec jego mularzem. Marcin ukończył trzy klasy szkoły wydziałowej w Chrzanowie. W 1846 r. pomagał powstańcom przenosząc broń. Prusacy go złapali na skazali na 50 plag, które publicznie wymierzono mu na rynku. Był chrzest patriotyczny Marcina. Potem przeniósł się do Krakowa, gdzie terminował u majstra blacharskiego. Wyzwoliwszy się na czeladnika udał się w podróż po Węgrzech, Czechach, Austrii i Niemczech. Jako maszynista i studniarz przebywał w rozmaitych miastach w Galicji. W 1859 r. przeniósł się do Warszawy, gdzie został majstrem studniarskim i gdzie zaczęło mu się dobrze powodzić. Brał czynny udział w ruchach narodowych w latach przedpowstańczych. Później okazał się znakomitym partyzantem. W połowie maja ze swoim oddziałem był pod Tomaszowem, niedaleko granicy galicyjskiej, a juz w Końcu tego miesiąca ucierał się szczęśliwie w lasach gościradzkich, pomiędzy Zawichostem i Zaklikowem. Ścigany przez nieprzyjaciela stawił mu 1 czerwca czoło pod Opolem, posunął się do Kazimierza i zmyliwszy pogoń pod Firlejami połączył się z Rudzkim i Koskowskim i stoczył bitwę pod Korytnicą. Potem, przeprawiwszy się przez Wieprz wpadł do Międzyrzecza, zaalarmował Kałuszyn i 22 czerwca pobił atakujących go Rosjan. Na drugi jednak dzień, w okolicach Stoczka pod wsią Różą, zaalarmowany przez ogromne siły rosyjskie - miało być 2000 piechoty, szwadron dragonów, 2 sotnie Kozaków i 4 działa - nadesłane z okolicznych miast, po siedmiogodzinnej walce poniósł ogromną stratę i musiał szybko uchodzić, utrzymując wszakże oddział w dobrym porządku. Zdawszy naczelnictwo województwa podlaskiego Krukowi wyruszył w Lubelskie, gdzie od 6 lipca do 25 sierpnia organizował i uczył nowy oddział , a połączywszy się później z Ćwiekiem i Eminowiczem pobił między Zwierzyńcem a Terespolem 3 września 3000 Moskali. Moskale wysłali przeciwko niemu znaczne siły, które go zaskoczyły w lasach pod Batorzem 6 września. Bitwa skończyła się straszną klęską powstańców. Lelewel został śmiertelnie ranny, a bitwa ustała prawie równocześnie z jego życiem. Żołnierze serdecznie go kochali i wesoło śpiewali w obozie: Ej Marcinie Lelewelu/ Nie chmurz Twego czoła/ Bo choć nas tu jest niewielu/ Każdy z nas zawoła:/ Wodzu Lelewelu, licz na nasze męstwo/ My gotowi zginął, by Bóg dał zwycięstwo!
Mieczysław Ignacy Borkowski
Mieczysław Ignacy Dunin-Borkowski h. Łabędź. Mieczysław hr. Dunin-Borkowski ur. 30.7.1833 Płotycz, zm. 11.11.1906 Płotycz, poch. Mielnicy Podolska. Syn Henryka Jakuba i Julii Marii Korytkowskiej, z hrabiów Korytowskich [9] Odziedziczył dobra Mielnicę z Mazurówką i Wołowszczyznę oraz Chudykowice [5] W 1851 r fundował kościół w Mielnicy. [9] W 1863 r miał powierzone przez Rząd Narodowy przeprowadzenie organizacji powstańczej na Podolu. [5] Organizator powstania z ramienia Rządu Narodowego na Podolu. Poseł na Sejm Krajowy, odznaczony licznymi orderami. Po powstaniu był marszałkiem Rady Powiatowej w Borszczowie i urząd ten nieprzerwanie sprawował aż do ostatniego dnia swego życia. [5] Był posłem sejmowym i parlamentarnym, w końcu członkiem izby panów. Gdy podczas pobytu cesarza we Lwowie w r. 1894 przypadła rocznica urodzin cara Aleksandar III, hr. Borkowski jako podkomorzy odmówił przyjęcia zaproszenia, nie mógł bowiem gdy siwizna pokryła jego skroń, on organizator powstanie z r. 1863 pogodzić się z myślą, aby piś toast na cześć cara [5] W 1868 r został marszałkiem borszczowskiej rady powiatowej [9' W 1881 r był posłem na sejm krajowy [9] Od 1883 r był posłem w sejmie mniejszych posiadłości powiatu borszczowskiego. [9] Należał do komisji drogowej i dyscyplinarnej. [9] W latach 1891-1897 należał do Rady państwa [9] W 1897 r został powołany do Izby panów [9] Prezes oddziału boryszczowskiego towarzystwa gospodarczego [9] Doprowadził do odrestaurowania kościoła w Okopach św. Tórjcy, poświęcenie kościoła odbyło się 3 lipca 1904 r [9] Żona: (15.1.1867 [8] hrabianka [9] Maria Eleonora Stanisława Wodzicka [8] z Olejowa [9] (jej rodzice: hrabia [9] Kazimierz Wodzicki [8], [9] i Eleonora Plater [8]) Dzieci: 1. Henryk Kazimierz Dunin-Borkowski -ur. 1868 - zm 11.09.1868 Mielnica par. Mielnica Podolska [6] 2. Kazimiera (1869), 3. Florentyna 4. Helena (1871, żona Kazimierz Dunin-Karwickiego) 5. Juliusz (1875), Władysław (1877) 6. Jadwiga (1879, żona Henryka Mniszek-Tchórznickiego) 7. Maria Karolina Dunin-Borkowska - ur. ok. 1872 - zm. 01.10.1874 Mielnica par. Mielnica Podolska [7] Przodkowie - znana gałąź zapiastowskich komesów ze Skrzyna Dunina herbu Łabędź, która od dóbr Borkowic w sandomierskiem wzięła dzisiejsze swe nazwisko i z której Jan na Borkowicach otrzymał dd. Augsburg dnia 15 marca 1597 r od Ferdynanda, króla rzymskiego tytuł hrabiowski S.J.R. Jego wnuk, hr. Stanisław, kasztelan połaniecki, przeniósł się na kresy, tego syn Jerzy pułkonik kresowy zostawił Jerzego, bohaterskiego obrońce Wiśniowca i tamże zabitego przez Tatarów 1675 r, zaś prawnuk Jan pułkownik, który także między innymi walczył pod Wiedniem zostawił Jerzego męża rycerskieg, buńczuckiego królewskiego, kasztelana gostyńskiego, a tego syn także Jerzy na Gródku, starosta radelicki, zostawił z Józefy Olizarównej trzech synów, założycieli trzech nowych gałęzi tego rodu. Z nich najstarszy h. Jerzy Jakób - dziedzic Mielnic z przyl., marszałek szlachty prowoncji tarnopolskiej, żonaty z Julią hr. Lanckorońską był dziadkiem Mieczysława Dunin-Borkowskiego. [9]
Marceli Józef Tomasz (używane imię Tomasz) Borzęcki
używane imię Tomasz [1], [2], [3], [4], [5], [6] h. Półkozic [8] (1828-1904), dozorca kolei, właściciel wytwórni artystycznych ram do obrazów w Wieliczce. Mieszkał na ul. Jezuickiej (ob. Sienkiewicza). [1] Urodziła się 26.04.1828 [7] Kraków[3], [7] Ślub 22.02.1857 r Kraków [4]. Żona - Antonina Kaczmarkiewicz [3], [4] (jej rodzice Franciszek Kaczmarkiewicz [4] i Marianna Kaszycka [4]) Zmarł 03.05.1904 Wieliczka [3] lat 75 [3], pozostawił żonę Antoninę Kaczmarkiewicz [3] Został upamiętniony, wraz z innymi powstańcami styczniowymi, na tablicy wmurowanej w kaplicę na cmentarzu komunalnym w Wieliczce. Wraz z nim upamiętniono innych, związanych z Wieliczką: Stanisław Bączewski, Jan Bogda, Wojciech Chełmecki, Władysław Ciepły, Jan Ciepły, Błażej Hyśko, Kasper Jamróz, Tytus Klemensiewicz, Ludwik Kolasa, Roman Krupa, Seweryn Łempicki, Karol Malinowski, Ignacy Makomaski, Józef Olesiak, Szczęsny Pachel, Marcin Rembacz, Szymon Rupik, Kazimierz Wałacki, Zygmunt Urasiński, Józef Zieliński, Karol Zięba, Adam Znański. [2] Dzieci: * Filip Jakub Borzęcki - ur 1857 Kraków [5] * Józef Maciej Borzęcki - ur 1861 Kraków [6] Rodzice: 2. Tomasz [4] Stanisław [4], [8] Borzęcki [4] h. Półkozic [8] - major wojsk polskich [8], wdowiec po Tekli Nowaczyńskiej [8] 3. Józefata Błeszyńska [4] __ślub 21.-2.1814 Kraków [8] Dziadkowie 4. Jan Borzęcki [8] 5. Ewa Rucińska [8] ___ślub 6. Wincenty Błeszyński [8] 7. Franciszka Staszewska [8] ___ślub
Stanisław Briganti
Stanisław Briganti (właśc. Briganty, zapisywany też Bryganty) h. {{Jastrzębiec}}, ur. ok. 1820, zm. 21.2.1886. Syn Wincentego Ferreriusz i Wiktorii Kunegundy Anastazji Trzebińskiej (rodzice pobrali się w 1818 w Trzebini). Miał brata Władysława Wincentego Pawła (prawd. zmarł w dzieciństwie), oraz dwie siostry: Julię Eugenię Olimpię (zam. z Ferdynandem Tarczewskim), oraz Antoninę Eufemię Krystynę (zam. z - jednym z czołowych organizatorów Powstania 1846, również aktywnym w Powstaniu Styczniowym) Pochodził z rodziny mającej od XVII wieku polski indygenat, osiadłej we wsi Przebieczany pod Wieliczką. Ojciec był oficerem wojsk polskich w kampanii napoleońskiej (odznaczony), który po bitwie pod Berezyną dostał się do niewoli rosyjskiej i kilka lat spędził na Syberii. W 1846 więzień stanu przez 2 lata w Sączu i Krakowie. W 1848 oficer 1. Pułku Ułanów Legii Polskiej. W Bitwie pod Temeszwarem należał do eskorty gen. Dembińskiego, który był przyjaciele jego ojca. Internowany w Kutahji a następnie wyjechał do Francji. Tam imał się prostych prac, zostając na posadzie urzędnika kolei zachodniej. W 1863 pośpieszył do Powstania, gdzie brał udział w partii Wysockiego w bitwie pod Radziwiłłowem. Po powstaniu pracował jako urzędnik w magistracie krakowskim. Pochowany 22.2.1886 w Krakowie, cm. Rakowicki, w kwaterze Ra na wsch. od pomnika poległych.[4] Jego pogrzeb był dużą manifestacją. Towarzysze broni nieśli trumnę ze szpitala św. Łazarza na cmentarz. Na pogrzebie byli obecni rektor Łepkowski, rodzina Lucjana Siemińskiego, rodzina senatora Hoszowskiego, poseł Weigel i in. Msza żałobna z udziałem ks. biskupa, miała miejsce w kościele oo. Kapucynów.
Stefan Brykczyński
Ten ostatni... W dniu 30 maja odprowadzono na miejsce wiecznego spoczynku ostatniego w Krakowie weterana z powstania 1863 r., Stefana Brykczyńskiego, który zmarł 28 maja. Rzadko mam czas na słuchanie radia, to też uważać można za szczególnie zrządzenie losu, że onego popołudnia, 6 czy 7 lat temu, miałam właśnie słuchawki na uszach... Tajemniczymi falami płynęła z przestrzeni entuzjastyczna opowieść o roku owym, gdy tłumy na ulicach Warszawy stawały nieustraszenie przeciw najeźdźcy, zbrojne jedynie w krzyż i czarodziejstwo pieśni. Nie słyszałam początku, ale zaraz przy pierwszych paru zdaniach stanęła mi jasno przed oczami ta cyfra i szereg obrazów: 1861 rok... Grottgerowski ponury cykl... pierwsze trupy... zamykanie kościołów... żałoba narodowa... A przecież mocny męski głos, co wskrzeszał tamte dzieje, brzmiał dziwnie jasno, rześko, jakby samą tylko radością zawartego w nich nieśmiertelnego piękna. Aż w pewnej chwili buchnął młodzieńczością uniesienia: - Wtedy, po pierwszej salwie, zobaczyłem oficera – Moskala, jak wybiegł przed front, wyrwał z pochwy pałasz, złamał go na kolanie i odrzucił przecz od siebie. Blady był, oczy mu płonęły... Ja to widziałem!!! A więc mówił starzec co najmniej 80 letni – czy to możliwe? Porwał chyba wszystkich słuchaczy, tak jak mnie, upił życiem tętniącym w historii i czymś więcej jeszcze: żarem duszy. - Nazajutrz wysłałam do dyrekcji krakowskiego radia list adresowany do prelegenta, Stefana Brykczyńskiego, oraz prośbę, aby takie zachwycające odczyty powtarzały się częściej. Na wyrazy mego hołdu i nieśmiałą prośbę o adres odebrałam odpowiedź dopiero w kilka tygodni później. Pan Brykczyński musiał się wpierw przewiedzieć kim jestem, wydostać i przeczytać moje wspomnienia z wojny, a wówczas zwrócił się do mnie z jowialnym uznaniem, jakby do kolegi, akcentując wielką swą cześć dla Marszałka, która go zjednała także dla mojej książki. Na szczęście mieszkał w Krakowie, w zakładzie Helclów. Prosił, aby go odwiedzić. Jakże się lękałam zawodu dążąc chłodnymi, długimi korytarzami do wskazanych drzwi!... Może autor nie będzie taki, jak ten odczyt, jak ten list. I rzeczywiście: ni jedno, ni drugie nie mogło dać jeszcze całkowitego pojęcia o ogromie żywotności umysłowej, wdzięku i temperamentu, które promieniowały od wysokiej, barczystej postaci Weterana. Długa, srebrna broda przy czerstwej cerze, stanowiła efekt niebywały, niebieskie oczy, nie zimne, jakby u dobrego, rozumnego dziecka wychodziły zawsze tak ślicznie naprzeciw odwiedzających! Lubił bardzo gości, tak dawnych przyjaciół, jak i znajomości nowe, wśród których orientował się bystro i swobodnie. Z trudem, lecz niezmiennie, odruchem światowym a serdecznym, dźwigał się z fotela, żartobliwie tłumacząc ociężałość swej ''nóżki'', przestrzelonej na wylot w powstaniu. Przez całe długie, bujne życie nie dawała wcale znać o sobie, pozwalając nawet na sporty, aż o kilku lat coraz więcej dokazuje, że chodzić trudno... Z miejsca zaczynały się opowiadania, jak to było z ta raną, z tą potyczką i tylu innymi (Tyszowce, Tuczempy, Mołozów). Jak to się bił o Polskę ów 15 letni Stefek... radosna jego beztroska, młody animusz i zapał biły od każdego słowa i gestu starca. Co za barwność, obrazowość narracji , jaki mocny kontakt z psychiką słuchacza, ekspresja głosu, ruchu, spojrzenia! Co opowiadanie, to małe arcydziełko swoistego kunsztu, a taką przepojone siłą i prostotą zdrowego duchowego życia, że chciałoby się przyprowadzić tu na naukę, po kolei, całe szkoły... W tym malutkim pokoiku, przy zagraconym stole, nakrytym gazetami, naprzeciw kilku ubożuchnych fotografii na przybrudzonej ścianie przeżywało się jakieś cudowne podróże ''a la recherche du temps... passe'', w piękno epoki umarłej niby, która jednak stanowi istotny podkład dla wszelkich przyszłych możliwości niepodległego bytowania. Tu się czuło wieczność, przeświecającą poprzez mijanie czasu, ale tak po prostu, bez górnych frazeologii, bo staruszek, jako inżynier z zawodu, mocno trzymał się realizmu życiowego, trzeźwą logiką i zmysłem rzeczywistości. Interesowało go wszystko, co się w Polsce dzieje i czyni, jakby ciągle czuł swoją cząstkę odpowiedzialności za naród. Z jego to inicjatywy i z wybitnym współudziałem zorganizowano w Krakowie, przez niewielu laty, podoficerską szkołę pływacką, był bowiem od dawna konsekwentnie czynnym propagatorem (także przez rasę) tego sportu. - Każdy mały Niemiec umie pływać – mówił do mnie z żalem- bo go tego w szkole uczą – a u nas? Topi sie tego co lata w każdej rzeczułce, jak szczurów – czy nie szkoda?! A w razie wojny... aż myśleć przykro. Widział, że społeczeństwo, że armia nie docenia wartości owej podstawowej nauki – to było jedyną kroplą goryczy w jego jasnym na świta spojrzeniu. Jakże pięknie, przejmująco opowiadał o swoim bohaterskim czynie w drodze na katorgę: skoczywszy w rozszalałe nurty jakiejś ogromnej rzeki syberyjskiej, uratował z nich tonącego żołnierza rosyjskiego, za co potem został uroczyście ułaskawiony i odznaczony wysokim orderem. Najbardziej jednak cieszyło go to, że uratowany okazał się Polakiem. Wyobrażałam sobie nieraz, jakim uosobionym huraganem musiał być ten człowiek w młodości i w sile wieku: istny Kmicic tego niewdzięcznego okresu, kiedy to nic się nie działo właściwie. Cóż dziwnego, że szukał sobie ujścia w jakichś pionierskich niemal zadaniach inżynierskich w głębi Rosji, dorabiając się wśród zmagań z obcą, pierwotną przyrodą, aby wreszcie do kraju powrócić i założyć rodzinę. Tamten najdawniejszy błysk, krótki a świetny – powstanie – został mu w sercu, rozrastał się z latami: w perspektywy widać wyraźnie, że on to prześwietlił sobie życie całe. Pozostał godnym jego do końca! Ileż dzielności, wielkopańskiej jakiejś fantazji, finezyjnego humoru w tej jego dumnej rezygnacji, nienarzucającej się nikomu: on przecie wiedział, że już nigdy nie będzie normalnie chodził, że jego rówieśni odeszli niemal wszyscy, a on sam jest właśnie na odlocie... Czy zdawał sobie sprawę, że poza szczupłym gronkiem przyjaciół, był żałośnie, krzywdząco samotny: on , co mógł był obdzielać całe rzesze chlebem żywiących wspomnień i mądrości radosnej? Miałam szczęście zaliczać się do bliskich mu – a przez całe te 6 lat nie poskarżył się przede mną nigdy na nikogo i na nic w ogóle. Przychodząc bez zapowiedzi, o najróżniejszych porach dnia, zastawałam go zawsze, zawsze pogodnym, w ochoczej gotowości do pogawędki, takiej właśnie, jaka mogła gościa interesować. Kochał prawdziwie i potrafił podbijać młodzież: to też lekcje konwersacji francuskiej, którymi mile zabijał czas, sztukując zarazem swe weterańskie ubóstwo, dawały początek przyjaźniom obustronnym, długotrwałym. Dwunastoletnia wówczas córka moja uskarżała się nieraz, że ją prowadzam w Krakowie ''po samych starych ciotkach'', ale rwała się zawsze samorzutnie do ''naszego Weterana''. I warto było widzieć jak się witali! Zostanie mi w oczach ten obraz: złota, bujna czupryna dziewczątka, przytulona czule do bielutkiej brody – wyraz obu twarzy... i dziękuję Bogu, że dał mojemu dziecko wziąć w serce na całe życie błogosławieństwo tamtych oczu! Od pół roku mniej więcej wzrok tak nie dopisywał staruszkowi, że nie mógł wcale czytać – o tym jednym wspominał z lekką melancholią. Zmobilizowane przeze mnie ''pewiaczki'' (przysposobienie wojskowe kobiet) przychodziły w ostatnich czasach czytywać mu, dyżurami – ileż przy tym zyskać musiały niezastąpionych wspomnień! O śmierci Pana Brykczyńskiego dowiedziałam się zupełnie nagle i poraziła mnie jakby lękiem myśl, że nigdy, przenigdy nie będzie można przyjść do znanego domu, do małego pokoiku, odetchnąć tamtym powietrzem... jakby się zapadła w morze czarodziejska wyspa. Nie nad nim płakałam, tylko nad sobą, nad nami wszystkimi... Kraków witał właśnie Pana Prezydenta Rzplitej, kiedy koło dworca przechodził kondukt żałobny ze sztandarem powstańczym – za karawanem prowadzonym przez pluton wojska szło 30 może osób, dalej, w dorożce dwaj weterani (z Podgórza i Chrzanowa). Zmarły był w samym Krakowie ostatnim. Gdybyż o dwie godziny później... kto wie, może sam najwyższy dostojnik państwa brałby udział w tym pogrzebie?... Los chciał inaczej – a nie będzie już dane miastu błędu niepojętego naprawić – bo taką trumnę odprowadza się na cmentarz raz tylko – nigdy więcej... Lecz nie mogło to zaważyć ani cieniem na słonecznej duszy starca – idącej teraz śmiało, lekko, jak niegdyś do bitwy ku ''wzgórzom wiekuistym''. Jakby się koniec wiązał z początkiem w logice prostej, nieuchronnej...: ''Bój, zwycięstwo: Czarowne słowo, cudne uczucie, z niczym nieporównane. Ono to chłodziło grenadierów napoleońskich wśród spiekłych pustyń Egiptu, a rozgrzewało wśród mroźnego dnia pod Austerlitz... Mnie, wychowanemu w tych tradycjach, brzmiało w uszach po francusku: Mourir pour la patrie, c’est le sort le plus doux, le digne d’envie!''. Jedna taka chwila za życie starczy, żal mi tych, co jej nigdy nie doświadczyli... Broń zdawała się nam w ręku jak piórko... jakby unosiła w górę, każdy niby skrzydeł dostawał i wnet wlot pofrunie'' (S. Brykczyński: Moje wspomnienia, s. 62). Zofia Zawiszanka
Strona z 75 < Poprzednia Następna >