Portal w rozbudowie, prosimy o wsparcie.
Uratujmy wspólnie polską tożsamość i pamięć o naszych przodkach.
Zbiórka przez Pomagam.pl

Chroberzg 17.03.1863

Chroberzg 17.03.1863
ob. stopnicki; 10 km. płd. od Pińczowa

Rozbiwszy Sztolzenwalda w Skale, ruszył Langiewicz do Goszczy, gdzie stanął 6. marca. Tutaj dnia 10. marca nastąpiło uroczyste ogłoszenie Langiewicza dyktatorem. W dalszym pochodzie z Goszczy stanął Langiewicz na kilka dni w Sosnówce, dokąd przybył Bentkowski Władysław, który objął szefostwo sztabu w korpusiku dyktator. Na korpusik Langiewicza, liczący około 3000 ochotników, składały się oddziały Dyonizego Czachowskiego, Jeziorańskiego, rozbitki Kurowskiego i świeże zaciągi, jak Waligórskiego i innych. Brygadą piechoty dowodził Śmiechowski, I. pułkiem pułkownik Dąbrowski, pułkiem Czachowski, brygadą kawaleryi Józef Czapski, jednym pułkiem Ulatowski, żuawami, których było około 200 Rochebrune; szefem intendentury był Tomasz Winnicki, kapelanem naczelnym ks. Kamiński Paweł, późniejszy ksiądz starokatolików z ramienia rządu pruskiego. Dla utrzymania komunikacyi z Krakowem stał dosyć silny posterunek w Michałowicach, pod komendą majora Zygmunta Koskowskiego, b. oficera wojsk moskiewskich.

Bitwa pod Chrobrzem

Ściągnąwszy wszystkie oddziały ruszył Langiewicz ku Miechowu i stanął wreszcie 17. marca w Chrobrzu, majątku Wielopolskiego. Tegoż dnia o godz. 3. popołudniu, przeszedłszy przez Nidę, spalił most na rzece, aby w czasie spodziewanego boju z nieprzyjacielem, idącym od Jędrzejowa i Kielc, zabezpieczyć sobie tyły od Miechowa i Działoszyc. Wkrótce ukazały się na wzgórzu od wschodu Zagościa przednie straże moskiewskie. W tej chwili kolumny polskie uszykowały się do boju, zajmując szybkim ruchem prawego skrzydła wzgórza, lewem opierając się o Nidę, a za frontem swojej rozwiniętej linii zostawiając obóz pod ochroną jazdy i małego oddziału strzelców. Moskale pod dowództwem Zwierowa i Czengierego liczyli około 3000 ludzi z 4 działami. Po bezskutecznym i krótkim ogniu artyleryi, która rozpoczęła bitwę, nastąpił ogień plutonowy moskiewskiej piechoty i celny ogień strzelców powstańczych; wówczas kozacy i dragoni, obszedłszy wzgórza prawego skrzydła, uderzyli z tyłu na obóz, wskutek czego niektóre wozy w chwilowym popłochu rzuciły się przez Nidę ku Opatowu, ostatecznie jednak napad ten przez strzelców, potem przez część jazdy, z wielkiemi stratami nieprzyjaciela został odparty. W tym samym czasie, na froncie linii bojowej powstańczej, pomyślne ataki kosynierów i żuawów Rochebruna na wszystkich punktach złamały nieprzyjaciela, który party ku Buskowi, ratował się szybką ucieczką. Zdobyto na nim 2 działa, około 500 karabinów z mnóstwem amunicyi i tornistrów, oraz zabito i raniono przeszło 300 ludzi, z których znaczna część pozostała na placu. Polacy stracili tu i pod Grochowiskami (p. t.) razem w rannych i zabitych około 300 ludzi. Między innymi poległ tu także adjutant dyktatora, idąc przy jego boku do ataku, kapitan Zachert Witołd.
[Ziel.]
Bitwa pod Chrobrzem rys Grzegorzewski

Relacja Adama Piernikarskiego
Adam PiernikarskiNad wieczorem przybyliśmy do Chrobży [Chroberz], rezydencyi margrabiego Wielopolskiego. Chrobża jest położona nad samem brzegiem rzeki Pilicy [Nidy], nad którą ciągnie się długa wieś z domami bardzo schludnemi. Sztab główny i cała starszyzna oddziału ulokowała się w pałacu, a kawalerya w budynkach dworskich, piechota całego oddziału rozlokowana została po domach wieśniaczych. Wieśniacy bardzo chętnie nas przyjmowali, gościli czem tylko mogli. Mięso i chleb dostawaliśmy ze swego obozu. Dnia następnego, około godziny drugiej po południu, kiedy zaczęliśmy gotować obiad, zostaliśmy zaalarmowani. Cały obóz zerwał się, a kto mógł, porwał na wpół ugotowane mięso do kieszeni lub torby i stanął w szereg. Moskale nadciągali z dwóch stron, a to jedni wprost do Chrobży ze strony południowej, a druga część z północnej strony. Przez wieś przepływała rzeka Pilica, nad którą był położony most silny, zbudowany z drzewa, dość długi. Po stronie wsi były brzegi wysokie i dość głębokiej rzeki, z drugiej strony ciągnęły się równiny, a rzeka rozlewając się, tworzyła moczary niedostępne i mało kiedy zamarzające. Odział przeszedł przez most i takowy zaraz za sobą spalił, aby nadchodzące wojsko moskiewskie nie przeszło przez ten most, bo gdyby zajęło nam tyły, mogłoby wziąć nas we dwa ognie. Na roztaczającej się dość obszernie równinie pod Chrobżą, rozłożyły się na nasze oddziały, przyjmując zaraz bitwę a to w dniu 18go marca. Moskale rozlokowali się po zabudowaniach folwarcznych, dragoni, ukryci za budynkami, prażyli nas niemal ciągłym ogniem karabinowym, a znów z za wzgórza ukazała się piechota. Bitwa trwała do późnego wieczora. Moskale zostali pobici.
W tej bitwie pod Chrobżą, poległ mój szkolny kolega, Antoni Kamocki z Zatora, syn marszałka pałacowego Potockich, Kazimierza Kamockiego, żołnierza z roku 1831, który żył lat 105. Po bitwie, już późnym wieczorem, odmaszerowaliśmy do wsi Wełczy [Wełecz k.Buska] na noc.
[Pamiętnik Adama Piernikarskiego, rkps w oprac. Krystyny Szymonowicz]

Relacja Feliksa Borkowskiego
Jeszcze 16. marca, gdy dla zmylenia nas, Moskale fałszywym ruchem do Chrobrza nadciągali, cała nasza armia przeprawiała się na drugą stronę rzeki Nidy, na błonia Chroberskie. Tylną straż przy tej przeprawie, stanowił nasz oddział i miał rozkaz zniszczyć po przejściu armii, most na tej rzece. Gdy już cala nasza armia most przeszła, saperzy wzięli się wprawnie do roboty, cały zaś nasz pułk żuawów miał stać przy moście tak długo, dopóki się most zupełnie nie spali i bronić Moskalom przejścia, w razie gdyby po palącym się moście, za naszą armią przejść usiłowali Most został spalony, a niebawem ujrzeliśmy wojska moskiewskie w znacznej sile się rozwijające na błoniach Chroberskich, gdzieśmy ich się wcale nie spodziewali. Bitwa się zaraz rozpoczęła. Moskale od strony Krzyżanowic okropnie bili z dział, nie przynosząc nam jednakże prawie żadnej szkody. Tymczasem Rochebrün spostrzegł kłusujących ku nam kilka szwadronów dragonów moskiewskich i nietylko nie dopuścił w szczupłym oddziele naszym, samotnie w otwartym polu pozostawionym, do żadnego popłochu, ale z wzorową zimną krwią rozwinął nas żuawów w porządną linię bojową i plutonowym ogniem zaczęliśmy sypać na dragonów. Widząc naszą gotowość i determinacye, powstrzymali się dragoni w swoim zapędzie i zsiadłszy z koni, w pieszą uformowali się linię i ogniem z ręcznej broni na nas nacierali, ale zdziesiątkowani naszemi celnemi strzałami, zatrąbili do odwrotu i dosiadłszy koni, w galopie uciekli; nasz zaś dzielny pułk żuawów, złączył się z armią i pochwałę od Langiewicza otrzymał.
[Borkowski Feliks, Przejścia i wspomnienia uczestnika powstania polskiego z roku 1863-4, Kraków 1904]

Relacja Romana Dallmajera
Roman DallmajerNaraz około drugiej po obiedzie zagrały trąbki, uderzono w bębny, to „alarm“, Moskale są tu blisko i wnet poczęła się bitwa.
Pułk Żuawów stanął przy brzegu Nidy, nalewo zaraz od mostu, a pionierzy palili most stary. Koło nas, na prawo szwadron Ułanów komenderował Miniewski, a w centrum nasza dzielna piechota i dwie żelazne armatki; na prawem zaś skrzydle, daleko na wzgórkach, strzelcy już żwawy rozpoczęli ogień.
Nasz pułk rozwinął front w trzy szeregi, a pułkownik Roszbrę, kapitanowie: Czaderski, Postolski i hrabia Komorowski stoją przed frontem i mówią: „nie strzelać bez rozkazu, celować dobrze i palić wtenczas jak będą blisko; pierwszy szereg niechaj uklęknie, drugi stojąco niech mierzy, a trzeci karabin na ramię drugiego szeregu niechaj położy“.
Naraz ponury a straszny zahuczał wystrzał armatni i granat po nad naszemi głowami pruł z groźnym jękiem powietrze; wtem i komenda: „ledz na ziemię“, legliśmy i wstali, by znowu ledz, jak działo zabłyśnie, zadymi. Moskale to widząc, na pewne myśleli, że każdy ich granat trafia, bo puścili na nas pułk Dragonów, by wykłuć nas do nogi. I zagrały trąbki i Dragoni frontem zwiniętym jak rogal księżyca, jak wicher pędzili na nas.
I są bliżej i coraz bliżej; a ziemia się trzęsie, jęczy, stęka, bo pod kopytami ciężkiej konnicy, i słychać już „Urra“ i są już tak blisko, że rozpoznać można twarz Dragona, czy ma wąsy, czy ich nie ma, a Komorowski poszedł za front i silnie zawołał: "tuj! cel! tylko w łeb konia, pal!" i jakby z krateru, tak zadymiło wzdłuż całej linii pułku, huk, grzechot i trzask rozległ się, jakby piorun z Nieba trzasł i znowu komenda: tuj! cel! pal prędko! i znów zadymiło, znowu zagrzmiało aż się ziemia zatrzęsła. A jak się dym rozszedł, warto było widzieć tę rzeź, ten popłoch Moskali.
I moja kula pewnie trafiła, bom dobrze celował i klęczał w pierwszym rzędzie. I widzę pewnie ze stu Dragonów, jak się walają po ziemi i ze sto koni bez jeźdźców; jedne jak szalone prosto lecą na nas, drugie w tył a reszta na boki, a rżą, a rżą żałośnie! a my krzyknęli radośnie: „Jeszcze Polska nie zginęła“.
I patrzym, jak dzielny nasz szwadron Ułanów pędzi, goni, kłuje, siecze, na łeb na szyję uciekających Moskali; wiele zabraliśmy broni i koni.
A w naszem centrum grzmią nasze armatki i ogień karabinowy widać, bo już noc zapadła, jak wężykowate iskry z pięknego fajerwerku. Powoli cichło i wdali i blisko i cały oddział poszedł śpiewając „Boże coś Polskę“ w marsz nocny ku lasom Grochowiskim.
[Dallmajer Roman, Moje wspomnienia z powstania 1863 - 1864 roku, Lipsk 1912]

Relacja Marcina Rembacza
Marcin RembaczRuszyliśmy w dalszą drogę i przybyliśmy do Chrobrza, własności margrabiego Wielopolskiego. Tutaj dyktator dozwolił na rekwizycję. Najwięcej ofiar dostarczały obory, chlewy i kurniki margrabiego, a piwnice zaopatrzone obficie wypróżniano w okamgnieniu. Wiara rozpalała ogniska, piekła na patykach kury, gęsi, indyki, ćwiartki baraniny, wołowiny, robiła chwilowe zapasy, popijała zawzięcie na pohybel Moskalom, przy czym śpiewy powstańcze patriotyczne rozbrzmiewały dalekim echem.
Po wypoczynku wyruszyliśmy z Chrobrza. Gdy przeszliśmy przez most rzeki Nidy, dały znać wedety o zbliżającym się nieprzyjacielu. Na obszernej równinie zoranej rozkazano nam rozsypać się w tyralierkę, aby Moskali powstrzymać jak najdłużej; kosynierów umieszczono opodal w rezerwie, zaś kawalerię zostawiono na skrzydłach rozciągniętej linii bojowej. Snać Moskale nie czuli się dość silnymi do wstępnego boju, więc z jednej jak i z drugiej strony tylko ogień tyralierski trwał przez kilka godzin. Żaden jednak ruch stanowczy nie zaznaczył się ze strony nieprzyjaciela, jeno dragoni niepokoili nas podjazdami na skrzydła. Jenerał Czapski poprowadził dwa szwadrony, by szarżować dragonów, którzy ze swej strony ruszyli naprzeciw, lecz że łąka była bagnista, konie grzęzły głęboko, wyżej kolan, spotkanie nie mogło dojść do skutku. Kawaleria nasza ucierpiała wtenczas od strzałów piechoty moskiewskiej.
W potyczce tej zginął między innymi niejaki Nikolski; był on wyznania prawosławnego, siostrzeńcem i wychowankiem popa ruskiego w Lublinie Czechowicza, zaciętego wroga Polaków.
Niepowodzenie szarży skłoniło Moskali do ustąpienia. Był to wtedy tylko silny podjazd, mający na celu zatrudnić powstańców, dopóki inne kolumny moskiewskie nie nadciągną.
Z jakim zapałem i zimną krwią walczyli nasi strzelcy pod Chrobrzem, choć to była pierwsza potyczka po opuszczeniu Goszczy, dowodzi przykład jednego strzelca w naszej rozciągniętej linii, który, mając karabin belgijski, postanowił sobie choć jednego kozunia położyć trupem i mimo kartaczy wpadających w nasze szeregi, tak długo celował celu nie dopiął. Dokonawszy swego z radością zawołał:,,Jest", za co też od nas otrzymał brawo.
[Rembacz Marcin, Z biegu życia kilka wspomnień dla pamięci młodszego pokolenia, w: Kozłowski Eligiusz (oprac.) Wspomnienia chłopów powstańców 1863 roku, Kraków 1983]

Opis Aleksandra Zdanowicza
Nazajutrz 17 marca zaledwie ludzie zdążyli spożyć obiad, dano znać o zbliżaniu się nieprzyjaciela - była to zawsze taż sama kolumna Bentkowskiego. Langiewicz ze sztabem uznali pozycyę Chrobrza za niewygodną do przyjęcia bitwy, więc zostawiono Rochebruna z żuawami dla obrony miejscowości, dopóki cały oddział z bagażami nie przejdzie mostu na lewy brzeg Nidy, następnie Rochebrune winien był cofnąć się ostatni i spalić most za sobą. Manewr ten odbył się z akuratnością, lecz na lewym brzegu Nidy zjawił się nieoczekiwany wcale Czengiery, który wzmocniony kolumną Jabłońskiego, już 16-go marca wyruszył z Jędrzejowa ku Chrobrzu. Ustawił on artyteryę na wzgórzu naprzeciw Zagościa i rozpoczął ogień granatami, co wywołało wielki popłoch w kolumnie marszowej Langiewicza aż do chwili kiedy strzelcy Czachowskiego zajęli wzgórza równoległe do rzeki, a Rochebrune po spaleniu mostu rozwinął się czołem przeciw piechocie i dragonom moskiewskim; nasz ogień tyralierski, szczególniej strzelców Czachowskiego, którzy razili moskali z boku, powstrzymał zapędy Czengierego
Kawalerya nasza otrzymała rozkaz szarżowania dragonów, i z obu stron ruszono do ataku, lecz jedni i drudzy wpadli na moczary i szarża do skutku przyjść nie mogła; natomiast obie kawalerye ucierpiały wiele od strzałów piechoty. W potyczce na moczarach poległ niejaki Nikolski, były uczeń szkoły wojskowej w Genui; był on religii prawosławnej, a co więcej, był on siostrzankiem i wychowańcem Czechowicza, byłego Dominikanina, a później popa moskiewskiego w Lublinie, zawziętego wroga Polaków i Polski
Do późnego zmierzchu trwał ogień tyralierski z obu stron, aż nareszcie nieprzyjaciel zaprzestał bezcelowej pukaniny, odstąpił parę kilometrów ku północy i rozpalił ognie biwakowe; były to ognie dla złudzenia powstańców, bo Czengiery cofnął się jeszcze kilka kilometrów wyżej ku północy. Langiewicz zaś przez Zagość cofnął się do Welecza dla posiłku i odpoczynku
Straty w ludziach były stosunkowo nieznaczne, ale część bagaży z żywnością i amunicyą zabłąkała się w lasach nocą i oddziału odnaleźć nie mogła
[Zdanowicz Aleksander, Dziesięć dni dyktatury : wspomnienie z lat ubiegłych, wyd. 1901]

Relacja o. Serafina Szulca
Serafin SzulcNazajutrz, 17 marca, dano rozkaz do wymarszu. Wyciągnęło wojsko na rzekę Nidę ku Pińczowu na obszerne błonia, na które spuszczali się z wolna kozacy z wysokiej góry. Za nimi pokazali się dragony, posunęliśmy się dalej. Zostającym w ariergardzie żuawom i saperom rozkazał szef sztabu, Władysław Bentkowski, spalić most na Nidzie, aby przeciąć komunikację Moskwie, która za nami ciągnęła od Chrobrza i z dwóch stron nas wziąć chciała. Żuawi i saperzy zapalili most, gdy wysunęło się przeciw nim dwa szwadrony dragonów i piechota moskiewska z zamiarem odcięcia ich od reszty naszego wojska. Moskale już byli może na sześćset kroków, gdy się żuawi sformowali. Rochebrun zakomenderował ognia.
Jedna linia strzeliła, potem druga, mierząc bardzo celnie, zamieszanie zrobiło się wielkie między dragonami, wielu spadło na ziemię z koni, aż wreszcie wraz z piechotą zwrócili się w tył, nie dokazawszy swego. Bitwa była dość zaciętą. Langiewicz wśród boju zachował zimną krew, nie wiem jednak, ile wpływał na rozporządzenia w czasie bitwy. Mój pułk był wystawiony na wielki ogień, a Wanert przytomnością swoją dodawał mu ochoty. Furgonom kazano pojechać do pierwszej wsi kościelnej na drodze ku starej Wiślicy. Tam więc stanęły z kompanią strzelców w asekuracji, którą ustawiono na cmentarzu obwiedzionym wysokim murem, skąd jednak furgony pojechały sobie gdzieś indziej. Moskwa usiłowała zająć wysokie góry swoimi tyralierami, lecz nasi spod Czachowskiego ich uprzedzili, wdarli się na szczyty i nie sformowaną jeszcze Moskwę zepchnęli na dół. Walka trwała do późnego wieczora, naszych padło niewielu.
[Szulc Serafin ks., Pamiętnik kapelana księdza Serafina Szulca, w: Kozłowski Eligiusz (oprac.) Zapomniane Wspomnienia, Warszawa 1981]

Relacja Kazimierza Frycza, ps. "Kaźmirz Grabówka"
Po kilku dniach tak uciążliwego marszu, dotarliśmy w nocy 16 marca do Chrobrza. Chroberz, własność margrabiego Wielopolskiego, ówczesnego Naczelnika Rządu Cywilnego, ze swym dużym pałacem, otoczonym rozległą i zamożną wsią był wymarzonym przytułkiem dla zbiedzonego oddziału. Tu wypada mi zanotować, że jakkolwiek nie miałem wstępu do samego pałacu, który zajmował Langiewicz ze swym sztabem, to jednak, ponieważ żuawi kwaterowali bardzo blisko, w oficynach, mogłem był wiedzieć, co się tam dzieje, a przecież nie zauważyłem nic, co by miało charakter rabunku, jak to głosiła później nieprzyjazna fama - boć wypicia i zjedzenia wszystkiego, co się dało, zabrania kilku koni, a nawet stłuczenia lustra przez jakiegoś niezgrabę czy głupca, nie można nazwać rabunkiem.
Nadzieja dłuższego spoczynku w Chrobrzu zawiodła nas wkrótce, bo już około południa wezwano rozpierzchłych po wsi żołnierzy do szeregów; wszczął się ruch ogólny, i, gdy inne oddziały wychodziły na lewy brzeg Nidy, żuawów i szwadron kawalerii postawiono przy moście, który, po zupełnym opuszczeniu Chrobrza, miał być spalony. Poza Chrobrzem, nad Nidą, rozciągają się ogromne równe błonia aż po wzgórza, oddalone o parę wiorst, i górujące nad doliną tej rzeki. Cały oddział dążył pospiesznym marszem w poprzek tej doliny i zaraz u wstępu na wzgórza zetknął się z dywizją rosyjską gen. Czengierego, która przybyła z Kielc przez Pińczów.
Zawiązała się potyczka, ale my i szwadron kawalerii staliśmy przy moście bezczynnie z bronią u nogi, dopóki miejscowi chłopi nie zniszczyli mostu. Wtedy jedyny raz widziałem bitwę z oddalenia. Nasi tyralierzy rozsypani na stoku wzgórz, snuli się, jak mrówki, to w tę, to w tamtą stronę, dając niekiedy ognia do nieprzyjaciela, którego z naszej pozycji nie było widać, ponieważ stał wyżej, już na płaskowzgórzu; widać było tylko galopujących, pojedynczych jeźdźców; wreszcie ryknęły armaty rosyjskie. Kosynierzy stali nieruchomi u podnóża wzgórz, nie biorąc żadnego udziału w potyczce. Nasza kolumna przy moście czekała jeszcze bezczynnie. Nareszcie most zburzono, w tejże chwili ruszyliśmy. Towarzyszący nam szwadron kawalerii pomknął kłusem; my przyspieszonym krokiem brniemy za nim w straszliwym błocie, lepiącym się do butów, a Rochebrun z konia nagli coraz niecierpliwiej; en avant! en avant! naprzód! naprzód! biegiem! Dobywamy ostatka sił.
Gdy przebiegliśmy mniej więcej połowę przestrzeni, dzielącej nas od pola bitwy, spostrzegamy czarną masę, jakby płachtę, sunącą ku nam ukośnie od strony wzgórz. Rozlega się komenda „stój". Rochebrun szykuje nas w dwa ściśnięte szeregi, w rowie, za wałem drogi, frontem ku nieprzyjacielowi; oficerowie objaśniają, że zbliża się kawaleria rosyjska, że przypuścić mamy ją na 30 kroków i dać ognia na komendę. Najprzód pierwszy szereg, klęczący w rowie, potem drugi, stojący za nim: „Kula w łeb temu, kto strzeli wcześniej!".
Nieprzyjaciel zbliża się powoli. Widzimy go coraz lepiej; słychać trąbki; jest już tylko o kilkaset kroków; czekamy z dreszczem niecierpliwości; oficerowie przypominają, żeby nie strzelać, żeby przypuścić na 20 kroków! Wtem pada strzał z naszej strony, jeden, drugi, wreszcie cała salwa; nabijamy broń pospiesznie, strzelamy bezładnie raz, drugi... z szeregów dragońskich rozpierzchło się kilka koni bez jeźdźców; zamiast zdeptać nas od razu kopytami i rozbić na miazgę - stanęli, cofają się, zostawiają nam wolną drogę. Ruszamy dalej ku oddziałowi; nieprzyjaciel kieruje w nas strzały armatnie, ma nas jak na dłoni, wali granatami, które pękają gdzieś za nami, bo Moskale, mierząc, górują; strzały następują co kilka minut; z początku kłaniamy się schyleniem głowy granatom, przelatującym z szumem; oswojeni prędko, rachujemy je lecz już się zmierzcha, strzały słabną, ustają; już po ciemku łączymy się z oddziałem.
Tak bez rezultatu skończyło się spotkanie pod Chrobrzem, bo nie mieliśmy ani zabitych, ani rannych, nawet krążyła między nami wieść, że Moskale umyślnie tak źle strzelali.
Pod Chrobrzem przepadł bez wieści jeden kawalerzysta, Kuciński, syn obywatela z Miechowskiego, co się z nim stało - nie wiadomo: nikt nie widział go rannym, ani poległym rodzina mimo długich poszukiwań nie odnalazła nigdy żadnych po nim śladów.
[Frycz Kazimierz, Wspomnienia z r. 1863 - 1864, Kraków 1912]

Relacja Stanisława Grzegorzewskiego
Stanisław GrzegorzewskiOkoło godz. 1 z południa przyjechały, czy przystawiono jakieś dwie panie, które zawiadomiły sztabowców, że moskale już są w pobliżu Chrobrza i idą od strony Miechowa, to jest od tej, skąd myśmy także przyszli. Wiadomość tę natychmiast sprawdzono i zaczęto się przygotowywać do bitwy. Gdy zaś Chrobrz, jako miejscowość, był niedogodny do przyjęcia na pole walki, co twierdzi Bentkowski w swoich „Notatkach", więc dano rozkaz do wymarszu i przejścia na lewy brzeg Nidy.
Żuawów przeznaczono do ariergardy i asekuracji saperów, mających zniszczyć most po przeprowadzeniu wojska naszego, aby się moskale za nami nie wlekli.
Ponieważ nieprzyjaciel miał być już niedaleko Chrobrza, więc najpierw kazano nam żuawom obsadzić wieś od tej strony, skąd przybywał, celem wstrzymania go, dopóki się cały oddział na lewą stronę rzeki nie przeprawi.
Moskale nie nadeszli i nas ściągnięto ze wsi, a ustawiono przy moście po drugiej stronie Nidy; mogła być godzina 4 po południu. Saperzy wzięli się do roboty, a myśmy stali.
Jeszcze robota nie była skończona, gdy się moskale zaczęli wysuwać, ale z innej strony, nie od Chrobrza.
Teraz dla jasności opisu akcji, która nastąpiła, dodam jeszcze, że nizina lewobrzeżna, zaznaczona powyżej, przedstawiała się wówczas jako równe, gładkie pastwisko, rozciągające się na wprost mostu, na szerokość około 3 kilometrów. W tej odległości rozpoczynały się wzgórza 20 do 30 metrów wysokie, porosłe krza-kami, które w górę rzeki, to jest w lewo, jeżeli patrzymy z mostu, łagodnym łukiem zbliżają się do Nidy i ograniczają z tej strony owo pastwisko. Trochę na prawo od mostu Chroberskiego, u stóp wzgórza, bieleją chaty Woli Zagojskiej: Zagość zaś położony jest znacznie na prawo i bliżej Nidy.
Stojąc więc w szeregach obok mostu i oczekując ukończenia pracy saperów, widzieliśmy, że całe wojsko nasze przeszło już równinę i znajdowało się obok Woli Zagojskiej pod wzgórzami.
Jeszcze saperzy mieli dosyć do roboty, gdy z przesmyku między opisanymi wzgórzami a Nidą, z lewej strony naszej, zaczęły się wysuwać kolumny moskali. Było to od nas może 2 kilometry, może trochę więcej; położenie więc nasze nie było do pozazdroszczenia, ale kazano stać, stoimy. Stoimy może jeszcze z pół godziny; moskali coraz więcej sypie się na łąkę i już zaczynają się formować do bitwy - więc saperzy nasi, nie dokończywszy rozbierania mostu, resztę podpalili.
Gdy most już się dobrze palił, zakomenderował Rochebrune pochód i poszliśmy najkrótszą drogą, przez szerokość doliny, ku centrum naszego wojska.
Idziemy.
Gdy to się dzieje kolo mostu, gdy moskale ustawiali się do bitwy na początku przesmyku i w naszym wojsku wszczął się ruch. U wierzchołka wzgórza ukazują się na horyzoncie strzelcy pojedynczo w pewnej od siebie odległości, a więc tyralierzy. którzy, postępując ku moskalom, zaczęli już strzelaninę. Na dole. zdawało się u podnóża góry, pułki zmieniają swe stanowiska i białe sukmanki kawalerii widać także w ruchu.
Moskale ze swej strony w szyku bojowym wyciskają się coraz głębiej naprzód, na równinę, tak, że jeszcze trochę, a będą mogli łatwo odciąć nas żuawów, nie dopuścić do połączenia z oddziałem i zniszczyć.
My idziemy ciągle, a idziemy pospiesznym marszem, nie byliśmy jednak w 1/3 części drogi, gdy widzimy, że kawaleria moskiewska wybiegła przed kolumny piechoty i stanęła - a po chwili, caly pulk. czy ilu ich tam było, leci w największym pędzie wprost ku nam.
Położenie nasze teraz zaczęło być poważne bardzo, serce żywiej bić zaczęło, a ci i owi, co niecierpliwsi, wybiegają ze szeregów i strzelają na moskali. Mimo to idziemy ciągle naprzód frontem w kolumnach plutonowych i w możliwym porządku. Oficerowie, starszyzna, krzyczą, nawołują, aby nie strzelać, ale bez skutku, bo młody żołnierz nie mógł wyczekać, aż moskale przybliżą się na pewny strzał, nie miał dość zimnej krwi, nie mógł opanować podniecenia.
Tymczasem moskale pędzą galopem, przestrzeń między nimi a nami szalenie się zmniejsza, a położenie nasze staje się coraz groźniejsze. My jednak maszerujemy i trzymamy się dobrze, a nie tracąc z oczu szarżujących i myśląc o starciu w ręcznej walce, przygotowujemy się do zmiany frontu, gdy już będą przed nami.
Już dragonów można rozpoznać, już słychać wyraźnie tętent galopu, już za chwilę nas najadą - więc cisza się zrobiła w szeregach, wszyscy spoważnieli; tu i ówdzie tylko kończą nabijanie karabinów, poprawiają na sobie ładownice, lub opatrują bagnety, czy dobrze osadzone i ostre.
Wtem widzimy, że nasza kawaleria, pod górą stojąca, rusza z miejsca, wybiega naprzód i pędzi wprost na moskiewską.
I w tejże chwili wszystko stanęło.
Moskale pierwsi osadzili konie, zagrożeni odcięciem od swoich i wzięciem we dwa ognie; potem nasza kawaleria -nie wiem dlaczego, może była za słabą do pojedynku w otwartym polu - a nareszcie i my stanęliśmy bez rozkazu, mimowolnie, pod wpływem odniesionych wrażeń.
Odetchnąwszy cokolwiek ze wzruszenia, jakie ta szarża sprawić musiała w organizmie każdego i zrównawszy szeregi, znów maszerujemy dalej, a byliśmy już prawie w połowie drogi i mogła być godzina około pół do 6-tej.
Zaledwieśmy uszli kilkadziesiąt kroków, widzimy, że między moskalami wszczął się ruch na nowo i zmieniają swoje pozycje. Kawaleria, która szarżowała na nas, cofa się i ustępuje na bok, a inni wysuwają się szybko naprzód i kręcą się na miejscu. Wtem błysk, huk - a po chwili szum gruby, buczenie jakieś w powietrzu nad nami, dały znać, że ustawiali baterie w dogodnej pozycji i walą teraz z armat na nas.
Ha, cóż robić było! oni strzelają, a my idziemy dalej.
Ciekawy to był widok jednak tego naszego żołnierza, nieoswojonego jeszcze z kulami armatnimi. Błysk i huk nie robił wrażenia, dopiero słysząc buczenie w powietrzu, ten i ów mimowolnie przysiadał do ziemi. Ile razy moskale strzelili, a warczenie granatu dało się słyszeć, jak na komendę pewna ilość naszych przycupnęła, choć żadna kula nie może być szkodliwą, gdy się ją słyszy, już bowiem przeleciała, sprawiając tylko ruch w powietrzu, głosem się wyrażający.
Moskale haniebnie strzelali; ani jeden granat między nami nie eksplodował. Z początku przenosiły nas pociski i za nami ryły się w ziemię; potem znów przed nami widzieliśmy bałwanienie się gruntu.
Ale można się oswoić ze wszystkim; wkrótce też pewność i swoboda powróciły do szeregów i żartowano, jak na paradzie. Ja wtenczas miałem mocniejsze nerwy i nie robiła na mnie zbyt wielkiego wrażenia ta szarża dragonów, a już żadnego ta strzelanina; z tytułu zaś podoficerskiej rangi starałem się utrzymać porządek w moim półplutonie i dodawać animuszu żołnierzom.
Przypominam sobie, żem w tej myśli, wraz z kilkoma kolegami, chciał, słysząc szum, zobaczyć kulę, lecącą w powietrzu; daremne jednak były nasze wysiłki.
Tak idąc pod tym ogniem armatnim, zbliżaliśmy się do naszych głównych sił. O zachodzie słońca armaty ucichły, w spokoju dobili do swoich. a myśmy już
Lżej się na sercu zrobiło.
Przyjęto nas okrzykami życzliwości i podziwu za ten marsz, więcej niż godzinę trwający, wobec niebezpieczeństwa śmierci w każdej chwili, rzeczywiście świadczący o duchu męstwa, karności i gotowości do poświęceń młodego żołnierza; za tę defiladę garstki, wobec potęgi zgromadzonej moskwy, garstki, wytrzymującej z zimną krwią grozę napadu licznej konnicy w czystym polu; - za tę defiladę pod ogniem działowym, którą, nawet najwięcej ostrzelane wojsko, szczycić by się mogło.
Dyktator i naczelnicy pospieszyli uścisnąć dłoń Rochebrune'owi. My w szeregach odczuliśmy żywo to podziękowanie naczelnika narodu, a chwila ta wzniosła wraz z szlachetną dumą, zostanie do śmierci w pamięci każdego żuawa.
Gdyśmy trochę wypoczywali, mrok zaczął zapadać. Moskale znikli, straciliśmy ich z oczu i nasz oddział zaczął się wkrótce ruszać w dalszą drogę.
W tej bitwie, w tej potyczce raczej, jak teraz obrachowałem, według opisów polskich i moskiewskich, wzięło udział moskiewskiego wojska około 1600 piechoty, dwa szwadrony dragonów, 40 kozaków i 4 działa, pod dowództwem pułkownika Czengierego.
Ofiar z naszej strony nie było żadnych, nikt nie był ranny nawet; Rochebrune miał tylko konia zabitego od kuli jakiegoś, zapewne naszego szeregowca, gdy się wyrywano do strzelania na moskiewską kawalerię.
Czy dragoni czego nie oberwali, to trudno było sprawdzić, jak również nie wiem, czy był jaki krwawy rezultat utarczki naszych strzelców na wzgórzu.
Gdy pamięcią sięgnę jeszcze w te czasy i gdy dziś wczytuję się w historię tej kampanii dyktatorskiej, widzę i przekonywam się, jak śliczne to było położenie, ta równina nadnidziańska, do wydania bitwy moskalom i do wygrania.
Dlaczego wówczas Langiewicz nie skorzystał z tak dogodnej pozycji, jaka była pod Chrobrzem, z takiej przewagi sił nad nieprzyjacielem i nie zniszczył zupełnie Czengierego?
Dlaczego nie wydarto armat moskalom, dlaczego? dlaczego?!
[Grzegorzewski Stanisław, Wspomnienia osobiste z Powstania 1863 roku, Kraków, 2023]

Relacja Ludomira Grzybowskiego
Do Chrobrza dano znać, że wojsko ruskie idzie przeciwko nam. Dlaczego Langiewicz nie przyjął bitwy mając niezłą pozycję? Nie wiem, dość że zarządzono pochód już dobrze po południu, kierując się za rzekę Nidę, ku Buskowi. Kiedyśmy przeszli most na Nidzie, tuż za Chrobrzem, takowy oblawszy smołą, podpalili. I to był nonsens, bo rzeka Nida nie jest ani tak głęboka, ani z takimi przeszkodami, żeby nie można było wpław przejść. Tym więcej, że, jak się pokazało, Moskale nie szli za nami, ale przeciwko nam, bo gdyśmy znaleźli się na błoniach, poza Nidą, od strony zachodniej, tj. od wsi Krzyżanowic pokazał się nieprzyjaciel. Celem uniknięcia bitwy maszerowaliśmy dalej, a widocznie dla piechoty ruskiej dystans był za daleki, aby nas mogła atakować. Wysłali więc tylko masę kawalerii, tj. dragonów i kozaków, którzy dość szybko zdążali do nas. Że nasze wojsko żadnych środków obronnych nie przedsiębrało, lecz szło zwykłym porządkiem po czterech w szeregu, skutkiem czego rozciągnęło się na jakie parę wiorst. Kawaleria ruska miała zamiar przypuścić szarżę, bo zaczęła rozwijać front. Wtedy pułk żuawów, który szedł w ariergardzie, sformował carré i rozpoczął ogień karabinowy. Kawaleria ruska porzuciła myśl szarżowania, tylko poczęła odpowiadać ogniem karabinowym. Żuawi wtedy sformowali łańcuch tyralierski i zasłaniając cały oddział Langiewicza szli za nim strzelając wciąż do dragonów i trzymali ich tym sposobem w pewnym oddaleniu. Wieczór począł zapadać, robiło się coraz ciemniej. Dragoni się cofnęli i na tym dnia tego potyczka się skończyła.
[Grzybowski Ludomir, Opis powstania polskiego w roku 1863 i 1864 w województwie krakowskim, Kielce 1994]

Relacja Józefa Ożegalskiego
Józef OżegalskiW południe nasz gospodarz znowu dał nam dobry obiad,ale ledwo siedliśmy do niego, zostaliśmy zaalarmowani. Chwyciliśmy za broń i skoczyli na plac zborny naszej kompanii, a po sformowaniu poszliśmy na drogę, gdzie się cały ustawiał od-dział. Wnet ruszyliśmy ku rzece Nidzie płynącej zaraz za wsią, i przeszliśmy przez most. W ariergardzie szli żuawi i saperzy. Ci ostatni dostali rozkaz spalić za nami most, co też uczynili, gdyż za sobą ujrzeliśmy wielkie kłęby dymu palącego się mostu.
Maszerowaliśmy podwójnym krokiem, rozciągnięci wielką równiną ku Zagościowi, przed nami leżącymi o jakie ćwierć mili. Dzień był pochmurny i posępny, kruki kracząc wielkimi stadami, przeciągały nad nami, jakby przeczuwały bitwę i dopominały się dla siebie o daninę.
Kolumny nasze w milczeniu posuwają się szybko naprzód. Za-ledwie uszliśmy z wiorstę od rzeki, spostrzegamy Moskali po lewej
ręce naszego oddziału. Najpierw pokazuje się nam chmara bez-ładna kozaków uwijających się po równinie, wydawali się nam w swych burych płaszczach, jak wilki żerujące po polu. Za nimi pojawiają się dragoni sformowani szwadronami, obok nich rozsypują się piechurzy w tyraliery, i zaczynają się ku nam powoli posuwać, strzelając raz po raz. Z pomiędzy nich błyska kilka dużych świateł, potem widzimy duże kłęby dymu i jednocześnie słyszymy głośny huk armat, przeraźliwy świst kartaczy, i wycie granatów nad naszymi głowami.
Oddział nasz tak składnie, jak regularna armia w najszybszym biegu, w ogniu kartaczowym, rozwija się w szyk bojowy w następującym porządku: Żuawi zostają na błoniach niedaleko Nidy i stanowią lewe skrzydło. Wieś Zagość zostaje zajęta przez kosynierów, kawalerię i artylerię. Przed wsią zaś rozwija się nasz pułk, Langiewicza i Waligórskiego w tyraliery. To wszystko tworzy centrum oddziału, wzgórza zaś leżące równolegle do koryta Nidy, zajmuje pułk Czachowskiego i stanowi prawe skrzydło.
Na całej naszej linii odzywają się strzały, słyszymy dragońskie trąbki wzywające do ataku. Po chwili widzimy, jak dwa szwadrony pędzą w pełnym galopie na żuawów, którzy zrobili karę; w szeregach ich ukazuje się biały wężyk dymu, po czym słyszymy huk salwowego ognia. Kilkunastu dragonów spada z koni, drudzy cofają się w nieładzie, ale zaraz na nowo się formują, i znowu idą do szarży, lecz i tą razą przyjęci celnymi strzałami żuawów, z pół drogi się wracają, zostawiając kilkunastu zabitych i rannych na ziemi. Konie ich, bez jeźdźców, na wszystkie strony biegały po równinie.
W centrum oddziału zasypują nas kartacze i granaty. Mo-skale chcą też zapalić wieś Zagość, aby pozbyć kawalerię zakrycia, ale tak źle strzelają, że nie trafiają żadnego domu. Nasze śmigownice odpowiadają Moskiewskim armatom, ale ich głos, w porównaniu z tamtymi, jest taki, jak odszczekiwanie się małego pieska dużemu brytanowi.
Moja kompania rozrzucona w równym i czystym polu w tyraliery, leży na ziemi, by nie dawać dużego celu ze siebie artylerii. Ci tylko z nas strzelają, co mają gwintowane karabiny. Nie po-suwamy się naprzód, tylko oczekujemy na miejscu zbliżenia się Moskali, a gdy to następuje, ostro dajemy do nich ognia. Na prawym skrzydle najzaciętsza bitwa wre. Moskale koniecznie chcą zająć tę pozycję. Z okrzykiem hurra, trzy razy biegną do szturmu, ale zawsze odparci zostają z dużymi stratami.
Gdy Czachowski ze swymi strzelcami wbiegł na te góry, już z przeciwnej strony na nie wchodzili Moskale. Gdyby nam za-brali tę pozycję, bylibyśmy wzięci we dwa ognie i mogliśmy być wpędzeni do Nidy, za którą byli także Moskale, dla których spaliliśmy most.
Na początku bitwy, gdyśmy się rozrzucili w tyraliery, byłem na samym skrzydle obok kapitana. Kartacze ciągle nad nami świszczały, dziwiło mnie bardzo, że nikogo nie zabijają, gdyż wyobrażałem sobie, że z armat można celniej strzelać. Odezwałem się do kapitana, ale też to kiepsko strzelają ci Moskale, szkoda ich prochu! ledwom tych słów dokończył, gdy z gromady kartaczy, które nam jak bąki przeleciały nad głowami, jeden upadł między mną a kapitanem, obryzgawszy nas ziemią zarył się na polu ze trzy łokcie. Skoczyłem w to miejsce, i choć z wielkim trudem, wykopałem go ze ziemi, aby mieć pamiątkę. Była to żelazna kulka wielkości włoskiego orzecha. Po krótkiej chwili upada przed nami granat, może na trzydzieści kroków, i z wielkim hukiem pęka, wyrzucając do góry swoje czerepy i dym zmieszany ze ziemią. Odłamki jego zabrzęczały koło nas i jednego z naszej kompanii raniły w głowę. Pewien strzelec z naszej kompanii przybliża się do mnie, dość pomieszany, i mówi:
Dowiedziałem się, że kolega jest z Częstochowskiego, moi rodzice także mieszkają w tej okolicy, nazywam się D., jeżeli bym zginął, to proszę kolegi im to donieść.
Dobrze odpowiedziałem, i ja proszę o taką przysługę, gdyby mnie to samo spotkało, chociaż mam nadzieję, że to dziś jeszcze nie nastąpi, po czym oddalił się ode mnie.
Drugi znowu przychodzi, abym mu pożyczył stępla, bo jego się złamał. Ale ja mu odmówiłem powiedziawszy „nie pożyczę, bo sam nie miałbym czym nabijać. Prędzej byłbym mu dał mój zegarek lub pulares z pieniędzmi, gdybym go miał, jak stępel podczas bitwy.
Furgony nasze, których co najmniej mieliśmy sto kilkadziesiąt, na początku bitwy zostały zatrzymane na drodze, aby nie tamowały przejścia oddziałowi, były bardzo wystawione na ogień działowy. Kilka z nich zostało zdemontowanych i poprzewracanych. Woźnice ich, poodprzęgawszy konie i powsiadawszy na nie, przyjechali do nas w galopie.
Gdy się zaczęła bitwa, pierwszy raz zobaczyłem pannę Pustowojtów, pełniącą służbę adiutanta. Przejechała koło nas w galopie i znikła nam za domami wsi Zagościa, gdzie stał sztab Langiewicza, nie mogłem z tego nic wnioskować o jej odwadze.
W zajętej pozycji przed Zagościem, ciągle obsypywani karta-czami, staliśmy na miejscu aż do zmierzchu. Tyralierzy rosyjscy cofnęli się i zaprzestali ognia, tylko artyleria ich z naszymi śmigownicami nie przestają się kłócić, i na prawym skrzydle jeszcze zacięta wre bitwa, a że się już ściemniało, widzieliśmy stamtąd nieustające błyski od strzałów.
Wszystko dopiero ucichło, gdy zapadła noc. W naszej kompanii mieliśmy trzech rannych, jednego od granatu, drugiego od kartacza, a trzeciego od karabinowej kuli. Rochebrunowi granat zabił konia, kilku kawalerzystów było też rannych od granatów i kartaczy. Z pułku Czachowskiego najwięcej zginęło, gdyż o ich pozycję najbardziej się dobijali Moskale.
Podczas całej bitwy nie doznałem uczucia strachu, tylko wtenczas się trochę wzdrygnąłem i przeraziłem, gdy mnie kartacz
obryzgał ziemią, ale to prędko przeminęło. Śmierci ani na chwilę nie przypuszczałem, może żem był za młody i za lekkomyślny. Bitwa przedstawiała mi się jak igrzysko i zabawka, przeważała we mnie radość, że jestem w boju nad obawą o życie. Czułem się dumnym, że przeszedłem krwawy chrzest żołnierza, i ceniłem sobie to wyżej, jak nie wiem jakie szczęście.
Jakże byłbym się teraz cieszył, gdybym mógł się zobaczyć z moim dziadkiem Zacharyaszem Suchorzewskim i opowiedzieć mu moje wrażenia i dzisiejsze przygody.
Walka ta dostała nazwę bitwy pod Chrobrzem. Po stronie rosyjskiej dowodził generał Czengery, miał około czterech tysięcy piechoty, kilka szwadronów dragonów, parę sotni kozaków, i cztery działa. - Pułkownik Zwirow ze Staszowa nie mogąc przejść Nidy, został w Chrobrzu i nie brał udziału w bitwie.
[Ożegalski Józef, Wspomnienia krwawych czasów z roku 1863, wyd. 1893]

Relacja Filipa Kahane
Filip KahaneNazajutrz przeszliśmy rzekę Nidę, a widząc, że Moskale ciągną za nami, spaliliśmy most za sobą. Niebawem jednak na-potkaliśmy oddział dragonów, z którymi mieliśmy potyczkę. Rochebrune uformował nas żuawów w dwa szeregi - i podczas gdy jeden szereg strzelał, drugi broń nabijał. Mieliśmy wtenczas już sztućce belgijskie. Dowódzca nasz zakomenderował: „en avant! au pas gimnastique!" i sam na czele prowadził nas na dragonów. Ubito pod nim konia, on ani się obejrzał, tylko krokiem gimnastycznym pędził naprzód. Dragoni sądząc, że nas jest więcej, zaczęli się cofać, a my dalej na nich nacierać. Pościg krokiem gimnastycznym był uciążliwy i niektórzy zaczęli zostawać, wtenczas Rochebrune zwrócił się do nas twarzą i postępując ciągle, wyciągnął rękę z rewolwerem, grożąc nim każdemu kto by ustał lub krok zmienił.
Zwyciężyliśmy wtenczas, ale też i wodza mieliśmy - pod którego rozkazami warto było służyć!
Bitwa ta nie przybrała większych rozmiarów, dla tego, żeśmy przez spalenie mostu utrudnili przeprawę ścigającemu nas wojsku.
[Kahane Filip, (1903), Dzieje Żuawa, w: W czterdziestą rocznicę powstania styczniowego 1863-1903, s. 160-169]

List Stanisława Tarnowskiego
Wojsko było ogromnie zmęczone marszem, wygłodzone, przez to samo do nie-karności skłonne, kiedy 17 napadli Moskale pod Zagościem niedaleko Wiślicy. Langiewicz, jak mówi Bętkowski, nie wydawał rozkazów, nieporządek był największy tak w sztabie, jak w wojsku. Pomimo tego jednak Moskali pobili i odepchnę-li, a nawet posunęli się za nimi ku Buskowi.
[List Stanisława Tarnowskiego do Hotelu Lambert z 21.3.1863, B.Czart. rkps. 5869-III, k. 267-274]

Czas 20.3.1863
Dokładnych doniesień o tym boju jeszcze do tej chwili (10 godzina wieczór) nie mamy, a dotychczasowe wiadomości w następujący sposób bój ten opowiadają. Dyktator Langiewicz wyruszywszy z wojskiem z Chrobrza, przeszedł w dniu wczorajszym Nidę, a przeszedłszy spalił most za sobą na tej rzece, zapewne dla tego, aby mógł naprzód stoczyć bój z oddziałami moskiewskiemi, które od Jądrzejowa i Kielc się posuwały, zasłonięty rzeką od ataku kolumny moskiewskiej ktora od Miechowa przez Działoszyce dążyła. Wkrótce po przejściu Nidy ujrzano wczoraj popołudniu forpoczty moskiewskie pokazujące się na wzgórzach po wschodniej stronie Zagościa, lecz szybkim ruchem prawego skrzy dla polskiego uprzedzono moskali w zajęciu tych wzgórzy. Korpus polski rozwinął się w szyk bojowy przypierając lewem skrzydłem do Nidy, prawem o te wzgórza się opierając, a przed sobą mając szeroką równinę między Zagościem a Krzyżanowicami się rozciągającą. Tabor pociągów ustawiono w tyle, a przy nim oddział jazdy i mały oddział piechoty. Siła walczących wojsk moskiewskich nie jest dobrze nam znaną, a wiadomożci podają ja od od 3000 do 5000 z czterema działami. Dowodzić mieli moskalami pułkownicy Zwirow i Czengeri, a ten ostatni sławny jest z rabunków wraz z pułkiem smoleńskim, który się między moskiewskiemi hordami odanacz. barbarzyństwem i dzikością od czasu jeszcze spalenia Sachedniowa i Wąchocka. Artylerya moskiewska bój rozpoczęła około godziny 3ej po poładniu, lecz strzelała prawie bez żadnego skutku.
Wkrótce jednak zapalił się bój ogniowy piechoty. Podczas tego boju na froncie toczonego oddział kozaków obszedłszy zdaleka wzgórza, o które się prawe skrzydło polskie opierało, uderzył na pociągi w tyle stojące, w skutek czego powstało między wozami zamieszanie; część wozów poszła w bród Nidę cofając się wraz z oddziałem jazdy ku Opatoweu, lecz strselcy odparli wkrótce owych kozaków z tyła atakujących. Tymczasem na froncie boj wziął obrót pomyślny dla korpusu polskiego, a jakkolwiek nie umiemy jeszcze opowiedzieć szczegółów tego boju, wiemy tylko, iż dwa działa zdobyto zaraz na placu walki i moskale cofać się zaczęli ku Baskowi, któryto odwrót moskiewski zmienił się wkrótce w ucieczkę przy energicznym pościgu polskim. Według ostatnich doniesień, Polacy ścigali moskali przez Busk, Szaniec ku Kielcom, i w pogoni tej wziąść miano 500 przeszło karabinów, część amunicyi, tornistry i t. d. Na tem kończą się wiadomości przez nas otrzymane.
Id
433
Data
17.03.1863
Miejsce
Chroberzg
Region
Krakowskie
Zdjęcie
Inne nazwy
Zagoście, Zagość
Artykuł
brak
Uwagi
brak
Link do tego rekordu
Link wewnętrzny GP (BBCode)