Portal w rozbudowie, prosimy o wsparcie.
Uratujmy wspólnie polską tożsamość i pamięć o naszych przodkach.
Zbiórka przez Pomagam.pl

Powstanie Styczniowe - uczestnicy

Największa baza Powstańców Styczniowych.
Leksykon i katalog informacji źródłowej o osobach związanych z ruchem niepodległościowym w latach (1861) 1863-1865 (1866)

UWAGA
* Jedna osoba może mieć wiele podobnych rekordów (to są wypisy źródłowe)
* Rekordy mogą mieć błędy (źródłowe), ale literówki, lub błędy OCR należy zgłaszać do poprawy.
* Biogramy opracowane i zweryfikowane mają zielony znaczek GP

=> Powstanie 1863 - strona główna
=> Szlak 1863 - mapa mogił i miejsc
=> Bitwy Powstania Styczniowego
=> Pomoc - jak zredagować nowy wpis
=> Prosimy - przekaż wsparcie. Dziękujemy

Szukanie zaawansowane

Wyniki wyszukiwania. Ilość: 1534
Strona z 39 < Poprzednia Następna >
Józef Leniecki
Józef Leniecki h. Jelita. (Czasem zapisywany Leniewski, Liniewski) Ur. 17.3.1839 Warszawa, zm. 5.1.1909 Tustanowice. Syn Kajetana Dominika Onufrego (geometry gubernialnego) i Walentyny Julii Molsdorf Oficer wojsk rosyjskich. Organizator powstania w rawskim, opoczyński i łowickim z rozkazu Zygmunta Padlewskiego. Pierwszą bitwę stoczył pod Bolimowem. W powstaniu 1863 odbył całą kampanię z Jeziorańskim włączając to udział w całej organizacji Langiewicza - m.in. walcząc w bitwach pod Małogoszczą Skałą, Pieskową Skałą, Chrobrzem i Grochowiskami. Dowodził oddziałem kawalerii kozackiej. Był też w bitwie pod Kobylanką. Z polecenia Waligórskiego sformował własny oddział z którym walczył na Lubelszczyźnie i na Podlasiu. W szczytowym momencie dowodził nawet 1200 ludźmi. Walczył pod Turobinem, Chełmem, Kockiem, Krzywdą, Pakuszewem, Lubartowem a na końcu pod Gołębiem. Awansował do stopnia podpułkownika. Na polu walki działał aż do lutego/marca 1864 kiedy to przeszedł do Galicji. Tu został podczas organizacji kolejnego oddziału, podczas wyjazdu po broń do Krakowa został zaaresztowany i osadzony w Ołomuńcu. Udało mu się zbiec. Przebywał na emigracji we Francji w Paryżu oraz w Belgii gdzie ukończył École des Mines. Zajmował się pracą w belgijskich kopalniach. Prowadził poszukiwania naftowe w Rumunii, Iraku i Turcji a także w Galicji gdzie osiadł w 1883 roku. Był tu dyrektorem kopalni ropy naftowej w Berehach Dolnych, pomagał w zakładaniu kopalni w Borysławiu, mieszkając w sąsiednich Tustanowicach. Był jednym z założycieli Towarzystwa Techników Naftowych i przewodniczącym Towarzystwa Politechnicznego w Borysławiu. Został pochowany we Lwowie. Żona Waleria Podoska (ślub 1877). Dzieci: Paweł, Barbara (zam. Gliński), Walentyna Józefa ( ur. 1884 Sambor, zm. 1936, zam. Mieczysław Longchamps de Bérier, syn powstańca ).
Karol Eugeniusz Lewakowski
Ur. 22.3.1836 Snopków (obecnie Park Snopkowski we Lwowie), zm. 13.11.1912 Rapperswil. Syn Ignacego i Oktawii Gerard de Festenburg. Brat Alfreda, Augusta i Władysława. W 1855 uzyskał maturę we Lwowie a następnie w 1862 doktora na Uniwersytecie Jana Kazimierza na Wydziale Prawa. Jeszcze jako student praktykował w kancelarii późniejszego powstańca . Działacz Czerwonych, członek Czerwonej Ławy. Następnie działał aktywnie w organizacji. Wraz z braćmi prężnie zaangażowani w działania powstańcze. W szczególności prowadzili organizację oddziałów i zaopatrzenie w swoich dobrach snopkowskich. Zamawiali broń, ubrania (np. u ). Walczył w oddziałach Czachowskiego jako adiutant dowódcy, Borelowskiego i Żalplachty - Zapałowicza (również jako adiutant). Walczył pod Potokiem, Tyszowcami, Mołozowem i Starą Wsią. Odznaczył się w Dosłużył się stopnia kapitana. Współpracował w Stellą-Sawickim. Pod koniec 1863 wyjechał do Rumunii aby przeprowadzić inspekcję oddziału Miłkowskiego, został przedstawicielem Rządu Narodowego na Rumunię (Multany). Na początku 1864 wyjechał do Rumunii ponownie - uciekając przed procesem o organizację oddziału Krysińskiego. Pozostał tam do 1880 roku prowadząc aktywną działalność polską i pracując jako urzędnik kolei Jassy-Bukareszt. Po powrocie do kraju związał się z przemysłem naftowym prowadząc wydobycie w Słobodzie Runguskiej, Iwoniczu, Borysławiu (Schodnicy). Coraz bardziej rozszerzał działalność polityczną wiążąc się z ruchem ludowym zostając pierwszym prezesem Stronnictwa Ludowego. W 1884 został posłem do Sejmu Krajowego - mandat z przerwami z powodu konfliktu ze "stańczykami" sprawował do 1897. W 1897 odbył podróż po USA wspólnie z Zygmuntem Balickim, gdzie byli entuzjastycznie przez emigrację polską. Prowadził działalność patriotyczną także na emigracji będąc wiceprezesem Rady Muzeum Rapperswilu. Tam mieszkał pod koniec życia, nazywając swoją willę: Snopków. Żona: Maria Strap - bezdzietni. Zmarł po chorobie na skutek wypadku z rowerem. Pochowany w Rapperswilu. Był człowiekiem olbrzymiej prawości osobistej i szczerych przekonań patriotycznych, przywiązanym do ideałów dawnej demokracji polskiej. Miał żywy temperament.
Kazimierz "Wszołczyk" Lipka
Syn Ignacego i Józefy. Dziedzic wsi Lipki. Mieszkaniec zaścianka Lipki Stare, być może szlachcic herbu Nałęcz. Zadenuncjowany przez szpiega został uwięziony w listopadzie lub grudniu 1863 r. w więzieniu w Sielcach. Żona: Julianna Bartosik. "W celi zastałem dwóch współlokatorów, zakwalifikowanych jak i ja do stryczka. W malutkiej, miniaturowej tej celce, zbudowanej dla jednego tylko więźnia, zamknięto nas aż trzech i nic w tym dziwnego, gdyż wszystkie cele przepełnione były, a było nas w tym czasie około dziewięciuset do tysiąca samych tylko więźni politycznych w gmachu, nie licząc więźni kryminalistów, złodziei. Było przyjętym, że pierwszy wstępujący na mieszkanie do celi zajmował owe na drągach żelaznych łóżko. Współlokatorowie moi nazywali się: Kazimierz Wsołczyk i Antoni Dobrski. Więc pierwszy z nich jako dawniejszy lokator miał w posiadaniu łóżko, ja zaś i Dobrski spaliśmy na gołej ceglanej posadzce, bez żadnej literalnie pościeli." "Wsołczyk był chłop, gospodarz spod Węgrowa, mężczyzna młody, lat trzydziestu kilku, wzrostu średniego, zdrów, barczysty. Miał żonę i czworo dzieci; był czynnym w organizacji i oskarżony był jako żandarm polski, czyli że należał do policji wykonawczej. W listopadzie czy też w grudniu 1863 roku zadenuncjowany przez szpiega, uwięziony został i przywieziony do Siedlec. Opowiedział on mi w celi o całej swej niedoli. Szpieg, który go denuncjował, aresztowany był z nim razem i oskarżony również jako żandarm. Był to jeszcze młody, kilkonastoletni chłopak. Przy indagacji Wsołczyka był zawsze obecnym i jak to u nas wówczas mówiono, „dowodził” w oczy, że Wsołczyk był żandarmem i powiesił paru szpiegów. Wsołczyk bronił się mocno, powołując się na to, że oskarżający go wiedząc, co go czeka jako żandarma, winy więc swoje zwalić chce na niego, aby siebie ocalić." "Otóż opowiadał mi Wsołczyk tak: Od czasu do czasu, to jest co parę tygodni prowadzono mnie przed audytora, który zmuszał mnie, abym się przyznał do tego, o co mnie szpieg oskarża. Zawsze odpowiadałem audytorowi, że o niczym nie wiem, do niczego nie należałem i że jestem niewinny. Aż pewnej nocy, a było to w styczniu, klucznik otworzył celę, a Dergaczow wszedłszy kazał mi się odziać i iść z sobą do komisji. Wdziałem na siebie kożuch i poszedłem za Dergaczowem. Gdym wszedł do audytorium, tam stało już kilku sołdatów, a czterech z nich z karabinami, pod ścianą leżał pęk rózeg powiązanych w miotełki. Audytor jak zwykle pyta się mnie: - Przyznaj się, Wsołczyk, żeś był żandarmem i żeś wieszał. - Jakże mogę się przyznać do czegoś - mówię - kiedym nic złego nie zrobił i o niczym nie wiem. - A więc zaraz się przyznasz - powiada i skinął na sołdatów. Ci ściągnęli ze mnie kożuch, rozesłali go na ziemi, obnażyli mnie prawie zupełnie i rozciągnęli na kożuchu. Czterech sołdatów siadło mi na ręku i na nogach, dwóch stanęło nade mną z bagnetami, a dwóch stanąwszy z obu stron zaczęli siec mnie owymi miotełkami. Od czasu do czasu audytor kazał przestać bić i pytał się, czy się przyznaję. Sołdaci, zmęczeni biciem, zmieniali się, zmieniali i miotełki na świeże, którymi mnie bili i bili. Pode mną na kożuchu stała ze krwi mej kałuża, w której leżałem. Z bólu strasznego ściąłem kożuch zębami, puściłem kożuch, krzyczałem, jęczałem, a kaci bili i bili. Zemdlałem raz, ocucono mnie i bito, zemdlałem jeszcze parę razy i znów mnie ocucono i bito. Dostałem już ze trzysta rózeg, a jednak dotąd nie przyznałem się do niczego. Nareście audytor krzyknął na sołdatów: - Komelkami jewo! Na rozkaz audytora bijący mnie sołdaci wziąwszy świeże miotełki, odwrócili je grubymi końcami i tymi skatowane, odpadające od kości ciało poczęli bić niemiłosiernie. Wtedy wytrzymać już nie mogłem. Krzyknąłem: - Stójcie, wszystko powiem. Audytor kazał zaraz przestać bić, a zwracając się do mnie, gdym wstał spod rózeg, powiedział: - Idź i przygotuj się na jutro jak do spowiedzi, abyś wszystko powiedział. Skatowany, cały krwią zbroczony, przyprowadzony do celi, położyłem się na ziemi na brzuchu, bo na plecach ani na boku położyć się nie mogłem. I tak jęcząc z bólu przeleżałem resztę nocy i dzień cały. Całe plecy od szyi aż do stóp pokryte było jednym strupem ociekającą po nim ropą. Dzień ten przeszedł spokojnie, nie wzywano mnie do komisji przed audytora. Myślałem, że zostawią mnie w spokoju, dopóki nie zagoi się cokolwiek skatowane ciało moje. Ale zawiodłem się niestety. Znów otworzyły się w nocy drzwi do celi i znów Dergaczow poprowadził mnie do komisji. Gdy wszedłem do audytorium ujrzałem znów to samo. Audytor za kratkami, kilku sołdatów i pęk rózeg pod ścianą. Audytor zwraca się do mnie i mówi: - Nu, gadaj wszystko. - Cóż - mówię - mam mówić, kiedy nie wiem o niczym. - Nu, wczora mówiłeś, że powiesz wszystko. - A boście - mówię - mnie katowali, tom z bólu sam nie wiem, com powiedział. Wtedy krzyknął na sołdatów: - Razdiewajtie jewo! Rozog! Sołdaci zdarli ze mnie kożuch i przyschłą do zranionego ciała bieliznę. Boże mój, Boże! cóż za okropna chwila! Noc głęboka, sam jeden, nikogo przy mnie z mych bliskich. Stoję otoczony dokoła okrutnymi katami. Powalono mnie znów na rozesłany na ziemi kożuch i zestrupiałe, ociekające materią me ciało zaczęli siec rózgami. Znieść już teraz tak strasznej katuszy nie mogłem. Po kilkudziesięciu jeszcze uderzeniach zerwałem się nadludzką jakąś siłą spod siedzących na mnie sołdatów i krzyknąłem: - Kazałem! Nie wieszałem sam, a kazałem powiesić! To moje powiedzenie wystarczyło dla audytora. Odprowadzono mnie do celi, gdzie dotąd siedzę, i nic nie wiem, co mnie czeka." "Oddział wojska ze skazanym przybył do wsi już wieczorem. Wsołczyka pod silną strażą, okutego na ręce i nogi umieszczono w obcym, nie zaś w jego własnym domu na nocleg. Szubienica tylko w jego własnym podwórzu stała gotowa. O całym przebiegu egzekucji opowiadał mi naoczny świadek, sąsiad Wsołczyka, którego spotkałem będąc już na Syberii. Jakaż to okropna noc była dla obojga małżonków! Żona nie wiedząc jeszcze o przybyciu do wsi męża swego patrzała nieszczęśliwa na to, jak czarne rusztowanie ustawiano w jej podwórzu i wtedy zrozumiała, że na nim odda życie jej mąż najmilszy i ojciec jej dzieci. Gdy go przywiedziono do wsi, zabrała swe dzieci, padła na ziemię opodal domu, w którym umieszczono jej męża, zwrócona twarzą ku mieszkaniu, w którym był i całą noc tam przebyła, a nieludzkie jej krzyki rozpaczy przeszywały boleścią serca mieszkańców wioski. Nazajutrz rano kozacy zegnali z okolicznych wsi sporo ludzi i ustawili wokoło szubienicy, aby patrzyli na kaźń swego brata-sąsiada, aby wiedzieli, jak karzą tych, co śmią kochać swą matkę – Ojczyznę, swą polską ziemię. Około godziny dziesiątej delikwenta przyprowadzono przed szubienicę, którą otoczono silnym kordonem wojska. Oficer odczytał skazanemu wyrok śmierci. Rozkuto go z kajdan, a ksiądz już obecny wysłuchał [je]go spowiedzi i zasilił wiatykiem na drogę wieczności, po czym skazany prosił oficera, aby mu pozwolił pożegnać się z żoną i dziećmi. Krótkie, lecz straszne, rozdzierające serca widzów było to pożegnanie. Po pożegnaniu kat przystąpił do delikwenta, ujął go pod ramię, wprowadził na szafot, włożył na niego z szarego płótna długą koszulę, związał w tyle ręce, postawił na schodkach, spuścił kaptur od koszuli na twarz, założył stryczek na szyję, wytrącił schodki spod nóg i biedny męczennik zawisł w powietrzu. Drgnął kilka razy, a po pięciu minutach męczarni zwisła mu głowa na piersi – skonał, a duch jego wzniósł się nad tę ziemię, którą za życia tak bardzo kochał. Żona widząc bezwładnie wiszące ciało męża zemdlała, dzieci wyciągając ku wiszącemu ich ojcu rączyny rzewnym zanosiły się płaczem, a lud otaczający szubienicę, padłszy na kolana, łkając głośno, modlił się za duszę zamordowanego. Naoczny świadek mi mówił, że nawet otaczający szubienicę żołnierze zwiesiwszy głowy pogrążeni stali w zadumie, a niektórym z nich łzy ukazały się na twarzach"
Franciszek Longchamps de Berier
Ur. 07.09.1840 Lwów, zm. 21.02.1914. Syn Bogusława (powstańca listopadowego) i Leokadii Deptuowicz. Powstanie styczniowe rozpoczęło się gdy był na studiach prawniczych we Lwowie. Wyszedł do walki 7 marca 1863. Brał udział w walkach na Podlasiu i Lubelszczyźnie w oddziałach „dublańczyków” Żuawów Śmierci pod dowództwem, Czachowskiego, Zapałowicza, Gołuchowskiego, Komorowskiego, Lelewela, Ponińskiego, Rocheforta oraz gen. Walerego Wróblewskiego, którego był adiutantem. Walczył w 22 bitwach, między innymi pod Księżopolem, Hutą krzeszowską, Potokiem, Tyszowcami, Tuczępami, Poryckiem, Baranimi Peretokami, Sawinem, Maziarnią, Garbowem, Małą Bukową, Uścimowem (awansowany na porucznika), Jedlanką, Lublinem, Wojciechowem itd. Po powstaniu urzędnik banku oraz urzędnik kolei żelaznej. Żona Wanda Dybowska (uczestniczka ruchu "Klaudynek"). W wianie otrzymał Sokoliki nad Sanem, które jednak utracił. Pracował przy budowie linii kolejowej Lwów – Czerniowce jako kierownik odcinka, później jako zawiadowca stacji w Łużanach i Kołomyji. Od 1879 roku w spółce z Karolem Lewakowskim prowadził pionierskie wiercenia poszukiwawcze ropy naftowej w Rypnem i Słobodzie Runguskiej. Członek Towarzystwa Wzajemnej Pomocy Uczestników Powstania 1863/4 we Lwowie. Od 1902 mieszkał w Ławocznej u syna Jana gdzie zmarł. Pochowany we Lwowie. Gorący patriota, zaangażowany w życie społeczności lokalnej, czynnie pomagający weteranom powstań narodowych, miłośnik i znawca Huculszczyzny. Jego najmłodszy syn Bogusław II zanotował we wspomnieniach: "życie ojcowskie, użyteczne ojczyźnie ofiarną służbą bez wytchnienia, bez odpłaty, bez namysłu poświęcające sprawy osobiste”. Dzieci: Helena (1870, zam. Estreicher), Jan (1872), Mieczysław (1876), Wanda (1878), Bogusław (884)
Ignacy Łopaciński
Ur. 19 sierpnia (st. st.) 1822 r. w Sarji (w gub. witebskiej), zmarł 29 kwietnia (st. st.) 1882 r. Był synem Józefa i Doroty z Morykonich, wychowanie odebrał w domu pod światłym kierunkiem b. przeora pijarów połockich ks. Joachima Dębińskiego. W latach 1856—59 był marszałkiem pow. drysieńskiego z wyborów i w epoce uwłaszczenia włościan czynny brał udział w naradach w Witebsku, a następnie od r. 1860 w Wilnie, gdzie zazwyczaj od r. tego spędzał zimę, zaś część lata w poblizkich Kojranach, skąd parę razy tygodniowo wyjeżdżał do Wilna. Po zawiązaniu „Komitetu białych" wszedł do niego, jako jeden z sześciu członków, następnie po zlaniu się Komitetu tego z Komitetem ruchu, był członkiem t. zw. „Wydziału zarządzającego prowincjami Litwy". O działalności jego na tern stanowisku podają szczegóły pamiętniki niniejsze. Pomimo roli, jaką odegrywał, aresztowany nie był, i raz tylko (sierpień r. 1863) był przywieziony pod eskortą kozaków do Wilna do ówczesnego gubernatora Paniutina dla tłumaczenia się. Przyczyną tego uniknięcia kary było z jednej strony to, iż miał opinię człowieka wielce, spokojnego, z drugiej zaś ta okoliczność, iż nie był wydany przez żadnego z uwięzionych uczestników organizacji. W Dyneburgu wszakże przez sąd wojenny za otwarcie szkółki (r. 1862), w Sarji, skazany został zaocznie na wysłanie do gub. wschodnich cesarstwa. Wyrok ten Murawjew uchylił i zamienił na znaczną (około 10000 rs. wynoszącą) karę pieniężną, która, opłacona pośpiesznie, zachwiała stanem majątkowym rodziny. Po powstaniu mieszkał stale w Kojranach, pod silnym dozorem policyjnym, tak, iż dopiero w r. 1867 otrzymał po raz pierwszy pozwolenie na wyjazd do Sarji. Wskutek przejść lat ostatnich, interesa Ign. L. były mocno zachwiane, tak, iż zmusiły go do sprzedania Kojran (Józefowi hr. Tyszkiewiczowi) i wyniesienia się nawet na czas pewien do Warszawy. Umarł wszakże w swym gnieździe ojczystym w Sarji. Żonaty był Ign. Łop. z Marją Szumską, z którą miał troje dzieci: Józefa (zmarłego w dzieciństwie), Zofję (za Feliksem Rzewuskim) i Stanisława (obecnie żyjącego właściciela dóbr Sarja). Po śmierci Ign. Łopacińskiego wspomnienia pośmiertne zamieściły „Niwa" i „Wiek". Wiadomość powyższą zawdzięczamy synowi Ignacego Łop. p. Stanisławowi Łopacińskiemu. W broszurze Gieysztora p. t. Aleksander Chmielewski (wydanej bezimiennie), znajdujemy (na str. 19) następującą charakterystykę Ign. Łopacińskiego: „Człowiek wielkiej zacności, serdeczny i zdolny, ze wszystkich członków Komitetu obywateli najbliższe miał stosunki z ruchem. On miał wydział prasy i korespondencji i z pod jego pióra wyszła odezwa do duchowieństwa i inne".
Strona z 39 < Poprzednia Następna >