Portal w rozbudowie, prosimy o wsparcie.
Uratujmy wspólnie polską tożsamość i pamięć o naszych przodkach.
Zbiórka przez Pomagam.pl

Powstanie Styczniowe - uczestnicy

Największa baza Powstańców Styczniowych.
Leksykon i katalog informacji źródłowej o osobach związanych z ruchem niepodległościowym w latach (1861) 1863-1865 (1866)

UWAGA
* Jedna osoba może mieć wiele podobnych rekordów (to są wypisy źródłowe)
* Rekordy mogą mieć błędy (źródłowe), ale literówki, lub błędy OCR należy zgłaszać do poprawy.
* Biogramy opracowane i zweryfikowane mają zielony znaczek GP

=> Powstanie 1863 - strona główna
=> Szlak 1863 - mapa mogił i miejsc
=> Bitwy Powstania Styczniowego
=> Pomoc - jak zredagować nowy wpis
=> Prosimy - przekaż wsparcie. Dziękujemy

Szukanie zaawansowane

Wyniki wyszukiwania. Ilość: 1683
Strona z 43 < Poprzednia Następna >
Ofufry Syrwid
Ks. Onufry Syrwid. — Nie mamy słów dla wyrażenia przymiotów tego przezacnego i najczcigodniejszego księdza. Tylko święty może pojąć całą doniosłość świętości. Jakżeż opisywać te krainy ducha, w których się nie było? jak zgłębić i wyrazić te uczucia, których się niedoświadczyło. Czując swoją nieudolność, możemy tylko podziwiać, wielbić i czcić te cnoty, które człowieka przekształcają, w anioła.  Jest to staruszek przeszło 70letni, ale z twarzy, pomimo sił bardzo wątłych, zda się nie więcéj nad 50 lat mający, spokojny, łagodny, niewypowiedzianie miły, i chociaż wielkiéj nauki (ukończył uniwersytet wileński ze stopniem kandydata) i świętobliwości, dziwnie pokorny, przystępny i naturalny, że tak powiém, czułości tak wielkiéj, że kiedy spowiada, rzadko od łez wstrzymać się może. Jaką zaś wzbudza w drugich ku sobie cześć i nawet zachwycenie, niech te kilka znanych nam szczegółów z jego życia same przez się świadczą.  Będąc proboszczem w Wasiliczkach (w powiecie lidzkim) podczas powstania 1863. r., przeczytał publicznie z ambony rozporządzenie rządu narodowego, uwalniające włościan od poddaństwa, i nadające im własność ziemską. Za to został przez Moskali aresztowany i wyrokiem sądu wojennego skazany na rozstrzelanie. Gdy wieść o tém się rozeszła, jeden powstaniec, były kapitan wojsk rosyjskich, Klimontowicz, dla ocalenia ks. Syrwida stanął przed sądem i oświadczył, że zmusił ks. Syrwida do przeczytania tego rozporządzenia rządu narodowego pod groźbą odebrania mu życia. Było to oczywiście zmyślenie, lecz w sądzie wojennym zasiadali wówczas ludzie szlachetni, co umieli ocenić i czyn poświęcenia zacnego kapitana i samegoż księdza zacność, kiedy dla ocalenia jego, na niechybną śmierć narażał się kapitan. Obydwaj zatém zostali przy życiu, skazani tylko do ciężkich robót w katordze. Lecz na tém nie koniec. O tém, co się stało w sądzie, wieść do Wasiliczek nie doszła, tam zawsze mniemano, że Syrwid będzie rozstrzelanym, i jak poprzednio było zarządzone, właśnie w samychże Wasiliczkach, niezmierne téż z tego powodu było wzburzenie, włościanie przywiązani do swego proboszcza i inni okoliczni znający go, w liczbie przeszło 4000, zebrali się przy drodze z zamiarem, albo odbić ks. Syrwida, albo razem z nim w obronie jego życie swoje położyć. Zebrani przez kilka dni i nocy czuwali, i nie wpiérw po domach się rozeszli, aż z pewnością się przekonali, że wyrok śmierci na księdza Syrwida wydany, odmieniony został.  Tymczasem ks. Syrwid, skazany do kopalń, został okuty w kajdany (jak moskiewskie prawo nakazywało) i z ogoloną pół głową, w ubraniu zwyczajnego kryminalisty poszedł na Sybir. Kiedy przybył do Petersburga, zdarzyło się, że miejscowy jenerał-gubernator, książę Suworow, zechciał obejrzeć przechodzących przez stolicę na Sybir Polaków. Zaledwie wszedł, książę postrzegł natychmiast naszego staruszka, a ujęty nadzwyczaj miłym jego wyrazem twarzy, kazał w téjże chwili rozkuć go i nadal głowy nie golić. Poczciwy książę nie mógł przytém powstrzymać swego oburzenia, i kilka razy powtórzył: „Jakie barbarzyństwo! jakie barbarzyństwo!“ (kakoje warwarstwo, kakoje warwarstwo.)  W katordze koledzy nie dopuścili księdza Syrwida do robót, wyjednali u władzy, że zamiast robót katorżnych, kazano mu być stróżem i zamiatać koszary więzienne. Od tego już nie pozwolił siebie zwolnić. Nieraz i ja, co to piszę, będąc razem z ks. Syrwidem w téjże saméj, co i on katordze, usiłowałem go wyręczyć, lecz nigdy nie mógłem od niego tego wyjednać nie pozwalał nigdy nikomu siebie zastąpić. O czytelniku! wzrokiem duszy twéj szlachetniéj sięgnij w te lodowate dalekie strony, i w wyobraźni swéj utwórz obraz 70letniego księdza, wysoce wykształconego i świętobliwego, z ogoloną na pół głową, w kajdanach, w prostéj siermiędze idącego na Sybir, i tak brudne więzienne zamiatającego koszary. Czyż to ci nie przypomni czasów piérwszych naszych wiary świętéj wyznawców? Pomimo tego wszystkiego, nigdy nikt od niego nie słyszał żadnego słowa narzekania. Zdawało się, patrząc na zawsze miły wyraz twarzy, że żadna w jego położeniu nie zaszła zmiana, spokojny, uprzejmy, z rozlaną w całéj postaci jego duszy pogodą, zdaje się nie czuł swego wygnania, ciężkiéj swéj doli. Tak samo jak dawniéj odprawiał wszystkie swego powołania obowiązki, tak samo jak dawniéj był nawet — szczęśliwy! Jeśli kto w jego obecności przeklinał ciemięzców naszych, odzywał się zwykle: „nie godzi się, nie godzi się“ (to właśnie są jego słowa) nikogo przeklinać, owszem trzeba bardziéj litować się nad nimi, bo jeśli się dopuszczają okrucieństw nad Ojczyzną naszą, czynią to w zaślepieniu i bardziéj siebie na sławie krzywdzą, niżeli nam szkody przynoszą. Nam się nic złego nie stanie, jeśli cierpliwie znosić będziemy to dopuszczenie Boże, wytrwajmy tylko, a wszystko nam się na dobre obróci. Cierpienia nasze wreszcie Ojczyźnie naszéj zaszczyt przynoszą, bo dowodzą, że wolimy wszystko znieść — niżeli się jéj przeniewierzyć.
Ludwik Szaciński
Ludwik Szaciński de Rawicz urodził się 16 kwietnia 1844 roku w Suwałkach w rodzinie adiunkta tamtejszego Towarzystwa Kredytowego, Feliksa, jako jedno z dziesięciorga jego dzieci. Ludwik jako chłopiec wysłany był na naukę do Szkoły Kadetów w Warszawie, gdzie przebywał do 1863 roku. Brał czynny udział w powstaniu styczniowym, uzyskując stopień porucznika kawalerii za zasługi w walce. Poważnie ranny, z wyrokiem śmierci ciążącym na nim za udział w powstaniu, musiał uciekać zagranicę. Przez rok młody Ludwik wraz z młodszym bratem i przyjaciółmi znajdującymi się w podobnej sytuacji, wędrował po Europie, aż trafił do Christianii. Tam dzięki swojemu talentowi, urokowi osobistemu i umiejętności nawiązywania kontaktów towarzyskich, stosunkowo szybko stał się najpopularniejszym fotografem w mieście. Jego prace były wielokrotnie nagradzane na wystawach w takich miastach, jak Wiedeń, Paryż, Drezno, Christiania czy Filadelfia. Jemu także przypisuje się ideę utworzenia Norweskiego Towarzystwa Fotograficznego, a także Związku Zawodowego Fotografów, na których czele stał przez długie lata. Wyrazem uznania dla jego pracy było przyznanie mu w 1888 roku stanowiska oficjalnego królewskiego fotografa. Oprócz fotografii pasją Ludwika było myślistwo. Wiele czasu spędzał z przyjaciółmi na polowaniach z udziałem psów, a jego ulubioną zwierzyną łowną były bekasy. Przyjaciele żartobliwie nazywali go „Bekasiński”. Szaciński był aktywnym członkiem norweskiego Towarzystwa Łowieckiego. Interesował się także okultyzmem, do którego zamiłowanie wyniósł z domu rodzinnego. Ludwik Szaciński ożenił się z piękną córką rybaka, Huldą Hansen. Miał jedynego syna, Stanniego. Obydwoje – żona i syn, również zajmowali się fotografią. Pomimo wszystkiego, co osiągnął w swoim życiu, Ludwik nie był szczęśliwy. W 1894 roku, w 30 lat po opuszczeniu Polski popełnił samobójstwo. Został pochowany w Christianii z wielkimi honorami, a na jego trumnę wysypano zgodnie z jego pragnieniem, ziemię przywiezioną z ukochanej ojczyzny.
Kazimierz Szermentowski
Ur. 19.2.1840 Bodzentyn. Syn Stanisława i Heleny Matyskiewicz. Brat malarza Józefa, a także Katarzyny (zam. Sadkowski, Matysiak, Adamczyk), Emilii, Franciszki (zam. Kasprzyckiej), Joanny (zam. Masternak), Marianny (zam. Schummer) Pomagał w pracy malarskiej starszemu bratu, pod kierunkiem Tomasza Zielińskiego, który uczył go kopiowania. Od 1859 student warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Konspirator. Brał udział w demonstracjach 1861 roku. Pierwszego dnia Powstania wziął udział w szturmie na garnizon w Bodzentynie[7]. W Powstaniu dosłużył się stopnia oficerskiego. Walczył z oddziałami rosyjskimi i werbował ochotników do oddziałów. Zesłany za udział w Powstaniu na Syberię. 2 września 1865 r. skazał Szermentowskiego na pozbawienie wszystkich praw stanu i osiedlenie na Syberii, a wyrok ten Namiestnik konfirmował 29.8/10.9 1865. Został wysłany do Tobolska. W 1865 w Tiumeniu, będącego w drodze na zesłanie spotkał go Piotr Derengowski[1]. Przebywał w Tobolsku, a w 1870 w Omsku pod nadzorem policji.[8] Widział Irkuck, Wiatkę, Sachalin. "".[9] Wg pamiętników Edwarda, w 1871 został zwolniony z zesłania i przyjechał do Paryża. "[i]Zrazu Józef go nie poznał. Dłuższą chwilę stał niemy przed brodaczem o siwych włosach, z zapadniętymi policzkami. Przybysz miał ubiór niezwykły - barani kożuch przepasany sznurem, wojłokowe buty, jakie w Rosji nazywają "walenkami", olbrzymią futrzaną czapę... I zapach szedł od niego osobliwy jaki, nie tutejszy. A jednak Józef nie mógł oderwać wzroku od jego bladoniebieskich oczu, od zarysu brwi, od wklęsłych nieco skroni. Coś w nich było znajomego, bliskiego ale co - tego w żaden sposób nie umiał sobie przypomnieć. Postać w baranim kożuchu jakiś czas stała nieruchomo dysząc ciężko, wreszcie uśmiechnęła się blado i wyszeptała - Bracie... Józef ściągnął brwi w bolesnym skurczu. Ten głos.... Ach! Kazik![/i]" Wg ksiąg zmarłych par. w Omsku, zmarł jednak w 1877 na Syberii w tym mieście (być może inny)
Józef Szlenkier
Józef Władysław Szlenker, ur. 7.5.1844 Warszawa[6], zm. 23.11.1893 Warszawa. Był synem wielce zasłużonego dla sprawy polskiej kupca i Anny Zeltt. Brat - również powstańca i zesłańca. Studiował nauki rolnicze w Lipsku. Na odgłos wybuchu Powstania pośpieszył do Warszawa. W Powstaniu został przydzielony do komórki wywiadowczej Rządu Narodowego, jako agent wojskowy do bezpośrednich kontaktów z Komisją Wojny. Odbierał informacje od innych wywiadowców o zarządzeniach władz zaborczych i ruchach wojsk nieprzyjacielskich i osobiście przekazywał dyrektorowi wydziału. Pracował tak do jesieni, kiedy to musiał uciekać z Warszawy. Był adiutantem przy lecz w grudniu wraz z dowódcą swym dostał się do niewoli. Skazany został (wraz z dowódcą) 18.6.1864 na ciężkie roboty w twierdzach po lat 10, pozbawieni wszystkich praw stanu i konfiskatę majątku. Konfirmacja naczelnika nastąpiła 8/20.6.1864. W drodze został zawrócony do Warszawy dla złożenia zeznań w sprawie zabójstwa Józefa Aleksandra Miniszewskiego. Zeznania okazały się "niewystarczające", więc został wysłany ponownie. Kilkukrotnie podejmował próby ucieczki - w Tiumeniu wraz z innymi próbował opanować statek, Tobolsku, Tarze, Tomsku - gdzie nie wrócił z przepustki, lecz został schwytany. We wrześniu 1865 w Krasnojarsku przyłączył się do spisku krasnojarsko-kańskiego. Został wysłany dalej do Kańska (lub Iłańska). Tu zamieniwszy się dokumentami z jednym chorym i uciekł z etapu. Został jednak schwytany w Krasnojarsku, gdzie próbował wzniecić bunt. Skazany na dodatkowe 15 lat został w kajdanych wysłany do Irkucka i dalej do Nerczyńska, i kopalni Akatuj. Również i tutaj próbował namówić współwięźniów do ucieczki do granicy Chin. W 1868 został zwolniony. Po wyjściu na wolność otworzył firmę w Irkucku, zatrudniając wielu syberyjskich pracowników. Prowadził magazyn towarów warszawskich, kierując także handel futrami. Podczas pobytu na Syberii poznał swoją przyszłą żonę, Szkotkę Katarzynę Campbell, która udzielała lekcji angielskiego w domach wyższych urzędników w Irkucku. Pomimo wielokrotnych starań rodziny nie udało mu się uzyskać długo zezwolenia na powrót. Dopiero w 1876 udało się uzyskać aby o zwolnienie wystarał się osobiście u cara książę Edynburga. Po powrocie do Warszawy dalej prowadził firmę, która jednak z powodu braku możliwości opuszczania przez niego Królestwa wkrótce upadła. Pod koniec życia stracił wzrok. Pochowany Warszawa, cm. Ewangelicko-augsburski, kw. C, rz. 1, (obecnie grób nie posiada inskrypcji)
Józef Szmyt
Ś. p. Józef Szmyt. W czwartek. 26. grudnia roku zeszłego o godzinie 3. rano umarł po krótkich cierpieniach najstarszy z dziennikarzy wielkopolskich, Józef Szmyt, redaktor „Wielkopolanina”, w 71. roku życia a dwudziestym drogim pracy w redakcyi wymienionego pisma. Ś. p. Józef Szmyt urodził się w r. 1885 w Radżowie pod Bninem; po ukończeniu nauk w gimnazyum Marii Magdaleny, oddał się nauce agronomii, poczem przez kilka lat spędził na praktyce w Lubelskiem. Walka w r. 1863 powołała go na plac boju, gdzie wraz z braćmi swymi dr. Lucyanem i Janem, mężnie walczył za ojczyznę; brat jego Lucyan, zginął w bitwie pod Strykowem, cięty szablą w głowę przez czerkiesa, drugi zaś Jan, raniony w obie nogi w bitwie pod Nową Wsią, umarł po trzech miesiącach ciężkich cierpień, śp. Józef zaś ciężko raniony został pod Olszową. — Powróciwszy do Księstwa w końcu roku 1863 przesiedział trzy miesiące w więzieniu w Śremie, za odmówienie świadectwa w sprawie śledczej, uwięzionego w Hausvogiel pułkownika Edmunda Calliera. W roku 1865 ożeniwszy się z Maryą z Kompfów, nabył wieś Stankowo pod Gostyniem, gdzie przez lat 18 przebywał. Sprzedawszy wieś, przeniósł się do Poznania i wstąpił do redakcyi „Kuryera Poznańskiego", za naczelnej redakcyi ks. dr. Kanteckicgo; następnie pracował przez krótki czas w „Orędowniku“, a w r. 1885 przeszedł do redakcyi „Wielkopolanina", gdzie przebył lat 22. Umarł niemal z piórem w ręku, gdyż jeszcze w numerze sobotnim, będąc już ciężko chorym, sam skorygował napisane przez siebie artykuły. Rok ubiegły i obecny był dzięki prokuratorom pruskim, niezwykle ciężki dla pism naszych, nękano pisma ciągłemi procesami za strajk szkolny. Nieboszczykowi wytoczono kilkanaście procesów z tego powodu, w których skazano go na wysokie kary pieniężne, aż w ostatnim procesie zapadł wyrok, skazujący go na więzienie; sprawa poszła do Lipska i jak się tego można było spodziewać, sąd rzeszy zatwierdził wyrok poznańskiej izby karnej, wyrok stał się prawomocnym i zaraz po świętach śp. Szmyt miał pójść odsiadywać kaźń. Śmierć wyzwoliła go od więzienia pruskiego. Ś. p. Józef Szmyt. W czwartek. 26. grudnia roku zeszłego o godzinie 3. rano umarł po krótkich cierpieniach najstarszy z dziennikarzy wielkopolskich, Józef Szmyt, redaktor „Wielkopolanina”, w 71. roku życia a dwudziestym drogim pracy w redakcyi wymienionego pisma. Ś. p. Józef Szmyt urodził się w r. 1885 w Radżowie pod Bninem; po ukończeniu nauk w gimnazyum Marii Magdaleny, oddał się nauce agronomii, poczem przez kilka lat spędził na praktyce w Lubelskiem. Walka w r. 1863 powołała go na plac boju, gdzie wraz z braćmi swymi dr. Lucyanem i Janem, mężnie walczył za ojczyznę; brat jego Lucyan, zginął w bitwie pod Strykowem, cięty szablą w głowę przez czerkiesa, drugi zaś Jan, raniony w obie nogi w bitwie pod Nową Wsią, umarł po trzech miesiącach ciężkich cierpień, śp. Józef zaś ciężko raniony został pod Olszową. — Powróciwszy do Księstwa w końcu roku 1863 przesiedział trzy miesiące w więzieniu w Śremie, za odmówienie świadectwa w sprawie śledczej, uwięzionego w Hausvogiel pułkownika Edmunda Calliera. W roku 1865 ożeniwszy się z Maryą z Kompfów, nabył wieś Stankowo pod Gostyniem, gdzie przez lat 18 przebywał. Sprzedawszy wieś, przeniósł się do Poznania i wstąpił do redakcyi „Kuryera Poznańskiego", za naczelnej redakcyi ks. dr. Kanteckicgo; następnie pracował przez krótki czas w „Orędowniku“, a w r. 1885 przeszedł do redakcyi „Wielkopolanina", gdzie przebył lat 22. Umarł niemal z piórem w ręku, gdyż jeszcze w numerze sobotnim, będąc już ciężko chorym, sam skorygował napisane przez siebie artykuły. Rok ubiegły i obecny był dzięki prokuratorom pruskim, niezwykle ciężki dla pism naszych, nękano pisma ciągłemi procesami za strajk szkolny. Nieboszczykowi wytoczono kilkanaście procesów z tego powodu, w których skazano go na wysokie kary pieniężne, aż w ostatnim procesie zapadł wyrok, skazujący go na więzienie; sprawa poszła do Lipska i jak się tego można było spodziewać, sąd rzeszy zatwierdził wyrok poznańskiej izby karnej, wyrok stał się prawomocnym i zaraz po świętach śp. Szmyt miał pójść odsiadywać kaźń. Śmierć wyzwoliła go od więzienia pruskiego. Śp. Józef Smyt miał niezwykły dar humorystycznego wierszowania, napisał kilka większych humoresek: „Lekarstwo na kota”", „Mody niewieście”, oraz komedye „Kto podsłuchuje” i „Kapitan jakich mało”. W roku zeszłym wydał zbiorowe wydanie swych pomniejszych prac pod tyt.: „Rymy oko- i nieokolicznościowe”. Przechodził w życiu ciężkie koleje, jak humorystycznie nieraz się wyrażał, że był więcej pod wozem niż na wozie ale humor dobroduszny, staropolski nie opuszczał go nigdy. Uczynny, przystępny dla wszystkich, prawego charakteru, oto zalety zmarłego. Patryotą był gorącym, nic ustami jednakże, ale sercem i wierzył zawsze w odrodzenie nasze. Umarł po kilkodniowej zaledwie chorobie na zapalenie płuc, osierocając sędziwą małżonkę i dwóch synów. Z prawdziwym żalem żegnamy naszego kolegę i przyjaciela, który całem sercem kochał Polskę. Cześć Jego pamięci, pokój Jego zacnej i prawej duszy! Pogrzeb ś p. Józefa Szmyta odbył się w ubiegłą niedzielę po południu z zakładu św. Józefa. Przed zamknięciem trumny pożegnał zmarłego kolegę naczelny redaktor „Wielkopolanina”, p. Walery Łebiński. Kondukt prowadził ks. prałat dr. Lewicki w asyście kilku duchownych. Jak wielką cieszył się Zmarły sympatyą, przekonać się można było z nader licznego udziału w pogrzebie osób ze wszystkich sfer naszego społeczeństwa. Zwłoki złożono na starym cmentarzu świętomarcińskim.
Paweł Szymkiewicz
Organizował w okolicy miasteczka Kroże oddział dla Cytowicza, lecz po jego śmierci pod Cytowianami, nie mając poczucia że potrafi dowodzić, przeszedł do lasów szyneławskich niedaleko Bolcz i tam kontynuował organizację oddziału z celem zebrania ich dla Dłuskiego. Zebrał ok 100 osób mających ok 50 dubeltówek, kilkanaście pistoletów i pałaszy. W kilka dni po rozpoczęciu formacji, jenerał Majdel na czele trzech bataljonów piechoty, dwóch szwadronów i dwóch dział, odwiedził okolicę. Ruch ten odciął Szymkiewicza znajdującego się na wyprawie z kilkunastu ludźmi. Pobyt Majdela w pobliżu, jako też i rejterada organizatora w stronę zawczasu nie obmyślaną, uniemożliwiły powrót powstańców do obozu. Szymkiewicz więc został odcięty i zostawiony samemu sobie. Ochotnicy błąkający się po lesie, jako też i rozbitki z różnych oddziałów, zwiększyli liczbę jego żołnierzy. W połowie kwietnia Szymkiewicz był już na czele dwuchset przeszło ludzi (w tym 15 szlachty), uzbrojonych w broń myśliwską i kosy. Nie mając jednak upoważnienia rządu narodowego, nie znając przytem wojskowości, Szymkiewicz nie posiadał tych danych, które stanowią kompetentnego dowódcę. Dobra wola i chęć sumiennego służenia sprawie, wynagradzały owe niedostatki i stawiły go w rzędzie zacnych obywateli, wspierających sprawę czem mogą. Z tego to stanowiska wychodząc, Szymkiewicz nie pragnął być samodzielnym dowódcą. Nie mogąc się połączyć z organizatorem, z wytrwałością zbierał ochotników i błąkał się z nimi po lasach, w celu oddania ich pułkownikowi Jabłonowskiemu. Porozumiał się z nim i wzajemnie naznaczono miejsce spotkania. Jabłonowski tam nie przybył, a natomiast przysłał Szymkiewiczowi instruktora, nieco obeznanego z wojskowością, dla nauczenia musztry i zorganizowania od działu po wojskowemu. Tym więc sposobem Szymkiewicz de facto został naczelnikiem licznego oddziału 1 ), chociaż władze nie dały mu żadnego na to upoważnienia. Daleki od uzurpacji chciał się go pozbyć, ale władze powstańcze nie zawsze przychodziły tam w pomoc gdzie rzeczy wista była tego potrzeba. Stanowisko owe nie było całkiem zadowalające, bo wyczekując zręczności od dania swych ludzi kompetentnemu dowódcy, uniewładniał samodzielność swych ruchów. Z tego więc względu unikał potyczki, a organizacja wewnętrzna zaledwie ograniczyła się na umundurowaniu i uzbrojeniu żołnierzy. Okolice Kroż i lasy wornoławskie z rozkazu władzy zostały uprzywilejowanem miejscem pobytu Szymkiewicza, gdzie znajomość pozycji na stręczała mu kryjówki niedostępne dla Moskwy. Zasługa Szymkiewicza jest przede wszystkiem propagatorska. Lud i pozyskanie jego dla narodowej sprawy, byty dla niego najlepszem polem działania. Szczęśliwa myśl!... W tym względzie podani kilka wypadków. W oddziale był kapelanem ks. Gargas (rozstrzelany przez Moskwę), później ks. Majewski, wymowny kaznodzieja Żmudzi. Szymkiewicz posiadał już 30 kawalerzystów dzielnych i żwawych, którymi dowodził Aleksander Krasowski. Wyborowy ów zastęp posyłany był na uroczystości, święta i jarmarki do miasteczek, lub wsi parafialnych, dla zbrojnej propagandy. W przeciągu kwietnia i maja, miasteczka: Wajgów, Kurtowiany, Szawkiany, Uźwenty, Łukniki, Wornie (stolica djecezji) i t. d. były zwiedzane po razy kilka przez Krasowskiego. Działo się to zwykle w większe uroczystości. Powstańcy przybywali na nabożeństwo, zajmowali miasteczko, a ks. Majewski przywdziewał komżę i wstępował na ambonę. Gospodarował on i niszczył administrację nieprzyjacielskiego rządu. Władzę miejscową oddawał w ręce gmin włościańskich i ich starszyzny, wprowadzając w wykonanie manifest 22 stycznia i odbierając przysięgę na wierność rządowa narodowemu. Zawieszał przytem biura rządowe i kasował poczty, od urzędników moskiewskich brał piśmienne zobowiązanie się zerwania otwarcie z Moskwą i wyrzeczenia się dwu licowego, pseudowalenrodycznego nałogu. Zwiedził w ten sposób 18 parafij, wszędzie wprowadził porządek narodowy, zabrał kasy podatkowych pieniędzy i dostawił w ręce Szymkiewicza przeszło pięć tysięcy rubli. Laskowski z ks. Mackiewiczem, po klęsce birżańskiej, na czele czterech batalionów (1000 ludzi) przybyli w okolice Niemokszt. Szymkiewicz nieomieszkał widzieć się z szefem sztabu Dołęgi. Jako organizator zdał sprawozdanie ze swych czynności i prosił o przyjęcie oddziału lub udzielenie dowódcy. Laskowski zalecił czekać rozporządzenia, a za kilka dni przysłał Szymkiewiczowi nominację na dowódcę oddziału. Działo się to 7 maja. W tydzień potem Szymkiewicz stacza bitwę z dwoma kompaniami piechoty pod Szawkiunami. Nie znając sam wojskowości, polegał na instruktorach, lecz dwaj dzielni oficerowie Zalęski i Składowski w pierwszej chwili ataku utracili życie, a zaś instruktor Zienkiewicz nie fortunnem znalezieniem się sprowadził niesforne co fanie się. Moskale stracili 13 zabitych, ale zaniechali pogoni, obawiając się zasadzki. Skoro powstańcy wyruszyli w marsz, moskale poszli za ich śladem. Powstańcy niszczą most na rzeczce Użwenta i zmuszają Moskwę do zaniechania pogoni. Stąd Szymkiewicz udaje się pod pruską granicy w okolice Retowa, nie przyjmuje jednak broni, bo się obawiał potyczki z przeważnemi siłami, rozłożonemi w tych stronach. Oczy wiście iż popełniłby błąd wielki, gdyby broń prawdziwie znajdowała się na granicy, bo po przyjęciu łatwo byłoby ukryć ją i przybyć z licznemi siłami po jej zabranie. Różne powody, szczególniej zaś iż włościanie nad granicą z wielką niechęcią ich przyjmowali, zmusiły Szymkiewicza udać się w. okolicę Krąż. Nie wszyscy z otwartem oczekiwali go sercem, szczególniej szlachta miejscowa, która oskarżają go o nieczynność i ospałość, bo żal jej było tłustych wędlin i starej gorzały, którą wypijali powstańcy. Stąd o Szymkiewiczu wiele złego mówiono, a zapomniano o tem, iż więcej odeń wymagano niż zrobić był w stanie. W pierwszych dniach czerwca Szymkiewicz wy ruszył znowu pod pruską granicę, zachodząc z tyłu Jabłonowskiemu w celu połączenia się. Zamiar się nie udał, Szymkiewicz więc postanowił o własnych siłach broń przyjąć i dostarczyć ją w głąb województwa. Po małej, potyczce pod Pojurzem, udaje się znowu pod Retów (dziedzictwo ks. Ogińskiego) i przyjmuje następującą ilość broni: 27 zepsutych sztućców, 27 karabinków (bez bagnetów), 17 dubeltówek, 9 rewolwerów, 5 pistoletów i 25 funtów prochu (26 czerwca), W tej chwili Jabłonowski już byt rozbity, a oddział jego rozproszony; wieść o tem nadwątliła do reszty wytrwałość i ducha powstańców. W obozie wszczynał się już nieład i wahanie się, wielu prosiło o uwolnienie, słabszych zaś wyprawiono z oddziału. Upadek ducha na wszystkich odbił się sercach, a stąd brak energii i tchórzostwo. Moskale zwrócili swe siły naprzód na Jabłonowskiego, potem na Pisarskiego, i na koniec na Szymkiewicza. Na trzeci dzień po przy jęciu broni (t. j. 29 czerwca), Moskale zdybali go i znienacka na czystem polu zaatakowali. Niewielki gaik zajęty na prędce przez powstańców, stał się polem walki, która była urywana i nieporządna. Wszędzie był nieład i brak przytomności. To samo stosuje się do Szymkiewicza, jak do ostatniego z jego żołnierzy. Bitwa pod Ławkowem więcej była chaosem, niż bitwą, więcej rzezią bezbronnych powstańców, niż walką, bo powstańcy broń rzucali ufając jedynie w wytrwałości nóg swoich. Niecelność strzałów moskiewskich sprawiła, iż naszych padło tylko 30tu, jeńca wzięto 17, zabitych zaś Moskali było około 60. Zamieszka owa trwało przeszło dwie godziny. Broń i bagaże wpadły w ręce Moskwy — ostatecznie zaś powstańcy zostali rozproszeni. Szymkiewicz lekko raniony ratował się ucieczką. Ku wieczorowi Krasowski zebrał kilkudziesięciu rozbitków i przybył z nimi do Szymkiewicza, będącego w pobliskim lesie. Szymkiewicz nie widział innego ratunku nad uwolnienie żołnierzy do domów na wypoczynek. Po tygodniu przybyło kilkudziesięciu na naznaczone miejsce i z tych 30 wsiadło na przygotowane konie, reszta zaś rozeszła się do domów. Szymkiewicz pozbył się więc piechoty. Powstanie w drugim ustępie swego istnienia zmieniło zupełnie pierwiastkowy charakter, bo piechota znikła, a natomiast na całej przestrzeni tworzą się kawaleryjskie oddziały. Szymkiewicz zatem, bądź po wodowany przykładem współkolegów, bądź idąc za popędem własnej niemocy, dał pokój wojnie, a wsiadł na konia, aby się łatwiej uchronić przed Moskalami. W początkach sierpnia, oddział wynosił już. 80. kawalerzystów. Kryli się i unikali wroga, ale nie zbaczali, z raz obranego kierunku. We wsiach niszczyli rogatki, założone przez Moskwę, włościan skłaniali do przysięgi na wierność rządowi narodowemu, niszczyli komunikacje, aresztowali złoczyńców i szpiegów moskiewskich i spełniali na nich egzekucje. Bywali również na uroczystościach i festynach ludowych, ale jakżeż inaczej przemawiali do ludu. Już nie swej broni, ani Dołędze, ani Jabłonowskiemu wróżyli moc zwalczenia Moskali, ale wskazywali ludowi na interwencję i przyjście Francuzów. Lud wierzył i cieszył się, tak jak uprzednio wierzył w wymarzone wojsko polskie, mające przyjść na pomoc. Poczciwy lud żmudzki!.... Szymkiewicz uciekał, a Moskale go gnali. Pod Kalwarją (w Telszewskiem) zaszło, niewielkie spotkanie, po którem Moskwa zdwoiła pogoń. Szymkiewicz dla omylenia pogoni dzieli oddział na trzy części. Jedna po niejakimś czasie weszła w skład oddziału Pisarskiego, druga uległa rozbiciu, reszta zaś 30 koni pod dowództwem Krasowskiego przybyła na miejsce zbioru, skąd mając Szymkiewicza na czele udała się w głąb Żmudzi. Niedługo trwała owa tułaczka. Za mieniła się ona na tułaczkę po za zaborem moskiewskim. W pierwszych dniach października Szymkiewicz, opuścił Żmudź i po niejakims czasie przybył do Paryża. Resztki oddziału kryły się przez zimę, a na wiosnę w r. 1864 wystąpiły znowuż konno i zbrojno. W maju Krasowski był jeszcze, na czele 40 ludzi, ąż na koniec zawiedzione nadzieje interwencji wyparły go z rodzinnych łanów.
Strona z 43 < Poprzednia Następna >