Portal w rozbudowie, prosimy o wsparcie.
Uratujmy wspólnie polską tożsamość i pamięć o naszych przodkach.
Zbiórka przez Pomagam.pl

Powstanie Styczniowe - uczestnicy

Największa baza Powstańców Styczniowych.
Leksykon i katalog informacji źródłowej o osobach związanych z ruchem niepodległościowym w latach (1861) 1863-1865 (1866)

UWAGA
* Jedna osoba może mieć wiele podobnych rekordów (to są wypisy źródłowe)
* Rekordy mogą mieć błędy (źródłowe), ale literówki, lub błędy OCR należy zgłaszać do poprawy.
* Biogramy opracowane i zweryfikowane mają zielony znaczek GP

=> Powstanie 1863 - strona główna
=> Szlak 1863 - mapa mogił i miejsc
=> Bitwy Powstania Styczniowego
=> Pomoc - jak zredagować nowy wpis
=> Prosimy - przekaż wsparcie. Dziękujemy

Szukanie zaawansowane

Wyniki wyszukiwania. Ilość: 1546
Strona z 39 < Poprzednia Następna >
Herszlik Kasztan
Jak Herszlik walczył o Polską. Żyd-staruszek brał czynny udział w powstaniu 1863 roku, jako dowódca oddziału kawalerji — Wielokrotnie ranny, nagradzany odznakami i medalami, utrzymywany jest obecnie przez chłopów okolicznych. Rozmowa żyda patrjoty z Marsz. Piłsudskim Herszlik Kasztan dowódca oddziału powstańców w r. 1863-im. Bohaterskie dzieje walk o niepodległość w roku 1863 stanowią jedną z najpiękniejszych kart w historji Polski. Powstanie nie ogarnęło wówczas całego kraju. Bojownicy o wolność napotykali na każdym kroku przeszkody, zmuszeni walczyć z wielokrotnie silniejszym nieprzyjacielem. Bez środków pieniężnych, niedostatecznie zaopatrzeni w broń, dokazywali wówczas cudów męstwa i waleczności. Niewielu pozostało przy życiu uczestników powstania 63 roku. Z pietyzmem i czcią spoglądamy dziś na tych starców w granatowych mundurach, którzy doczekali się ziszczenia ich marzeń. Ale wiele faktów pozostało dotąd niezbadanych. Wiele aktów pięknych zaginęło w okresie niewoli i nigdy już chyba nie wypłyną i nie uzupełnią historji. Tylko od czasu do czasu przypadek pozwala natknąć się na wspaniałe pamiątki z owych czasów. We wsi Krzeczów pod Wieluniem zamieszkiwał na dwóch morgach gruntu wiekowy staruszek — żyd staruszek — żyd Herszlik Kasztan, 95-letnI starzec od dłuższego już czasu cierpiał głód i nędzę. Chłopi, którzy otaczali go wielkim szacunkiem, opowiadali, jadąc do miasta, o tym starcu, który niegdyś był wielkim panem i właścicielem wielkiego majątku. Opowiadali również dziwne historie o jego przeszłości. Wieść szła dalej i oto w ubiegłym roku radca Grigoliński z Częstochowy, do którego dotarły te opowiadania, zainteresował się niemi tak dalece, że osobiście udał się do Krzeczowa i tam na miejscu stwierdził rzecz, napozór nieprawdopodobną. Starzec, który po dzień dzisiejszy nosi chałat i tradycyjną czapeczkę na głowie, okazał się jednym z powstańców 63 roku, nawet więcej, okazał się jednym z dowódców oddziałów powstańczych. Brzmiało to zgoła fantastycznie, gdy jednak zbadano dokumenty i odznaki, które posiadał p. Kasztan, gdy przesłuchano kilku wiekowych chłopów z tej wsi, okazało się, że historja jest prawdziwa.. Herszlik Kasztan, w 1863 roku, ożywiony gorącem uczuciem patrjotycznem zaciągnął się do oddziału powstańczego, dokazał cudów waleczności w czasie bojów o niepodległość, zaawansowany został przez Orłowskiego i Taczanowskiego, którzy w owym czasie dowodzili oddziałami powstańczei w Kieleckiem do stopnia oficera, a później do stopnia zastępcy komendanta oddziału kawalerji w sile 28S koni, przebył całą kampanię tego historycznego 63 roku. Kilkakrotnie ranny, kilkakrotnie odznaczany. po upadku powstania salwował się ucieczką zagranicę, a gdy po kilku latach udało mu się powrócić, włożył znów swój stary strój i żył spokojnie przez wiele lat nie ulegając się o zaszczyty, o tytuły i honory. Nie opowiadał nikomu o swei przeszłości, nie interesował się tem, że weterani otrzymują rentę, która pozwala im żyć w spokoju, sam cierpiąc wielką nędzę i żyjąc z datków, które otrzymywał od okolicznych chłopów. Radca Grigoliński natychmiast przesłał jego dokumenty do Warszawy. Wywołały one wielkie wrażenie. Kasztana sprowadzono do Warszawy, umieszczono go w hotelu sejmowym, zainteresowano się nim, pchnięto w ruch wszystkie sprężyny i ostatecznie zdecydowano, iż w całej pełni zasługuje na przyznanie mu praw weterana 63 roku, na przyznanie mu stopnia oficerskiego i renty wetęrańsklej za wszystkie lata, od chwili niepodległości Polski. P. Herszlik Kasztan w tych dniach przybył do Łodzi. Przyjechał tu w pewnej swej sprawie i zbiegiem okoliczności trafił do naszej redakcji. Siwiuteńki jak gołąbek, pięknie mówi po polsku, z chłopska. Na zapytania opowiada wiele ze swej przeszłości, nie zdając sobie zupełnie sprawy, dlaczego nagle tak się nim zainteresowano i co w tem nadzwyczajnego, że brał udział w powstaniu narodowem. 69 lat upłynęło od tych pamiętnych chwil, a 95-letni Herszlik Kasztan opowiada te dzieje tak dokładnie, jakby się to działo dopiero wczoraj. Rzetki jest jeszcze, mimo podeszłego wieku, pamięta dokładnie wszystkie potyczki, w których brał udział, wszystkich kolegów z powstania. I rzecz charakterystyczna dla starca — pamiętając tak dokładnie nazwiska z owych czasów, zapomina łatwo nazwisk z czasów dzisiejszych. Gdy go zabrano do Warszawy, m. in. zaprowadzono go również do Belwederu, gdzie długo rozmawiał z Marszałkiem Piłsudskim, opowiadając o tem, jak żyd dowodził oddziałem kawalerji w powstaniu, jak bił kozaków. Wiedział z kim rozmawia. A gdy nam dziś o tem opowiada, nie pamięta już nazwiska swego rozmówcy. — Ten nasz, największy, z wąsami... — tak określa Marszalka Piłsudskiego. Płynie piękna opowieść z ust tego wiekowego starca, trzymającego się tak godnie, z taką powagą. Minione dzieje wstają, jak żywe. — Urodziłem się we wsi Krzeczów, w powiecie wieluńskim, tam, gdzie mieszkam po dzień dzisiejszy. Ojciec mój, Aron, był bogatym człowiekiem, posiadał dwa młyny, papiernię i niewielki folwark, Broników. Dobrze mi było wtenczas. Gdy miałem lat 26 zaczęło się powstanie. Trzeba było walczyć z moskalami. Poszedłem. Ojciec mi nie pozwalał, bał się o mnie, ale ja bardzo kochałem Polskę. — Walczyłem początkowo pod Orłowskim, a później pod Taczanowskim. Pierwszy mój wielki bój był pod Parzymiechami. Tam zostałem ranny piką kozacką w rękę i w głowę. Ale mimo to walczyłem dalej. Napiłem się tylko okowity, bardzo lubialem okowitę. I własnoręcznie posłałem 5 kozaków na tamten świat. Generał Orłówski dał mi wówczas medal. Później była wielka bitwa w Lututowskim lesie. Zostaliśmy okrążeni przez kozaków. Orłowski lubiał mnie bardzo i pamiętam, jak dziś, powiedział do mnie: — Zginęlismy, Herszko, co ? Wówczas wpadłem na pomysł. Poradziłem, by rozpalono wielkie ognisko, a sam, znając dobrze te strony, pod osłoną nocy wyprowadziłem cały oddział. Kozacy zmyleni ogniskiem, rozpoczęli atak. Rozpoczęli go z dwóch przeciwległych stron i w ten sposób wytrzebili się wzajemnie. Za ten manewr dostałem drugi medal i awans na oficera. A później walczyliśmy w Popowie za Wieluniem, w Dąbrowie pod Wieluniem. Pod Krzeszowicami, a byłem już wówczas komendantem oddziału w sile 288 koni, ocaliłem życie jednemu księdzu. Znęcali się nad nim kozacy, ponieważ udzielił gościny powstańcom. Rozbiłem oddział kozacki, wziąłem księdza na swego konia i umieściłem go u chłopa w Krzeszowicach, Stanisława Orszulskiego. Ten to Orszulskl żyje jeszcze. I teraz pod przysięgą w kościele zeznawał, że to prawda, i że mnie zna, i ze byłem w powstaniu i przywiozłem do niego rannego księdza. Jak się ten ksiądz nazywał — nie wiem* Po powstaniu uciekłem zagranicę. Tam zachorowałem poważnie. Zaopiekował się mną pewien lekarz, który wystarał mi się o zaświadczenie, że od 5 lat przebywałem w Berlinie. Z tem zaświadczeniem odważyłem się wrócić. Następnego dnia po powrocie zaaresztowali mnie żandarmi, ale zaświadczenie uratowało mi życie. Moje papiery i medale schowałem w garnku, który zakopałem w polu. Teraz to wszystko już jest w Warszawie. W czasie wojny sprzedałem cały swój majątek, chciałem kupić wielkie gospodarstwo, 30 włók, by gospodarować na roli. Sprzedałem wszystko za 150-000 rubli, pozostawiając sobie tylko dwie morgi, na pamiątkę po ojcu. Ale po wojnie już nic nie zdążyłem kupić. I te 150.000 rubli mam do dnia dzisiejszego w swym kuferku. Już to nic nie jest warte- I tak żyłem z tego, co mi dobrzy ludzie dawali. Gdy mnie w zeszłym roku zabrali do Warszawy, wzięli mnie do pałacu, gdzie rozmawiałem z tym naszym, największym, z tymi wąsami... — Z Marszałkiem Piłsudskim? — podpowiadamy. — Tak, tak, z nim. Pyta mnie się o wszystko. Zapytał też, skąd miałem, ranny, tyle sił by dalej walczyć. Powiedziałem, że wypiłem trzy kwaterki okowity. — A teraz napilibyście się jeszcze, dziadku? — zapytał mnie Piłsudski. — Naturalnie — odpowiedziałem. I wówczas dali mi jeść i pić, kupili bilet na drogę powrotną i dali 30 złotych.Powiedzieli, że teraz dostanę 19 tysięcy złotych, za cały czas od powstania Polski i będę dostawał pensję aż do śmierci i że mi sprawią mundur weterana. Już pięć miesięcy od tego czasu upłynęło, ale ja czekam- Tymczasem to mi starosta z Wielunia daje od czasu do czasu na życie, póki przyjdą te pieniądze z Warszawy... Siwiuteńki, jak gołąbek, staruszek, skończył opowiadanie. Siedzi przez chwilę zadumany. Czy wspomina te dni, gdy jako młody chłopiec poszedł walczyć za Polskę? Poważnie żegna się i majestatycznym krokiem wychodzi. Żyd, dowódca oddziału powstańczego 63 roku.
Julian Kędrzycki
Podolanin, szkoły ukończył w Niemirowie, a uniwersytet w Kijowie na wydziale historyko-filologicznym w roku 1848. Gdy rząd rosyjski postanowił wprowadzić katedry języka polskiego na Litwie i Rusi przed wypadkami 1861 do 63 roku, Kędrzycki otrzymał nominację na to stanowisko w szkole niemirowskiej. Przedtem zaś i potem pracował jako nauczyciel domowy u Mazarakich na Ukrainie. Był to człowiek bardzo zdolny, wysoko wykształcony i przyjemny w towarzystwie. Pozostawił po sobie wiele utworów okolicznościowych, które starałem się zebrać, uporządkować i umieściłem bądź w pamiętnikach, bądź w aneksach do nich. W roku 1863 znalazł się w szeregach powstańczych, pomimo iż był w najwyższym stopniu krótkowidzem i w powodzenie ruchawki nie wierzył. Naturalnie iż jako krótkowidz nie mógł nikogo skrzywdzić, sam zaś został pojmany, umęczony, do cytadeli kijowskiej wtrącony i do ciężkich robót skazany. W Usolu, dokąd był przeznaczony, mieszkał czas jakiś z Mieczysławem Bardeckim, następnie z ks. Włodzimierzem Czetwertyńskim i utrzymywał się tak w Usolu, jak w Irkucku z lekcyj, dawanych dzieciom wygnańców i krajowców. Po przeniesieniu się do Rosji dłuższy czas przemieszkiwał w Spasku w gub. tambowskiej, skąd dzięki staraniom ks. Włodzimierza Czetwertyńskiego powrócił do kraju. Tu przez czas jakiś mieszkał pod jego gościnnym dachem w Milanowie, następnie u doktorowstwa Jachimowiczów w Odesie, potem u krewnych na Podolu i w zakładzie leczniczym nałęczowskim, gdzie dłuższą odbył kurację. w końcu udał się do Petersburga w celu odwiedzenia kolegi uniwersyteckiego i przyjaciela, mecenasa Borszczowa, a zachorowawszy niespodziewanie wstąpił do szpitala i tu życie zakończył, nie zdoławszy zobaczyć się z tymi, których pragnął odwiedzić.
Józef Adam Jan Kłoczowski
Herbu Rawicz, ur. 1818 Góra Kalwaria, zm. 1870, Syn Stanisława i Konstancji Piaseckiej. W czasie powstania burmistrz Piaseczna. Zimą 1863 roku do Piaseczna dotarł z Belgii duży transport karabinów przeznaczonych dla powstańców. Kłoczowski pozwolił na ukrycie ich w magistracie i w swoim mieszkaniu. W tym samym czasie do Piaseczna wszedł kilkusetosobowy oddział Kozaków. Burmistrz był zmuszony zaprosić dowództwo oddziału na śniadanie. Wyjaśnił, że w skrzyniach jest sprzęt do remontu biura. Prawd. naczelnik wojenny powiatu. Pełniąc obowiązki burmistrza, pisał banalne sprawozdania (o powszechnie znanych wydarzeniach) dla swoich carskich zwierzchników lub biorąc w obronę mieszkańców miasta przed represjami. Według opowiadań Eugeniusza Kłoczowskiego opublikowanych w „Drugich szkicach z dziejów Piaseczna i okolic" w pewnym momencie powstania Józef Kłoczowski skierował oddział Rosjan wprost na zasadzkę, ponieśli oni duże straty, więc "wpadli jak szatani do Piaseczna, aby powiesić zdrajcę – burmistrza. Wyszarpano go z biura, podprowadzono do latarni, żołnierze ruszyli szukać jakiejś linki czy lejców. (...) oto ze wszystkich sklepików i kramów, ze wszystkich warsztatów rzemieślniczych, z domów piaseczyńskiej biedoty runął na rynek tłum, wcale nie bojący się knutów i kolb.(...) Piaseczanie nie dali powiesić swojego burmistrza." Uwięziony w warszawskiej Cytadeli. Przebywał tam około 8–10 miesięcy, umarł w roku 1870, prawdopodobnie na skutek katowania w więzieniu. Brat Juliana Henryka. Żona: Teodozja Kostecka. 8 dzieci: Bronisława Sabina, Bolesław Mieczysław, Aleksandra Teodozja, Emilia Maria, Piotr Józef, Helena Agnieszka, Stanisław Tadeusz, Zofia
Strona z 39 < Poprzednia Następna >