Portal w rozbudowie, prosimy o wsparcie.
Uratujmy wspólnie polską tożsamość i pamięć o naszych przodkach.
Zbiórka przez Pomagam.pl

Powstanie Styczniowe - uczestnicy

Największa baza Powstańców Styczniowych.
Leksykon i katalog informacji źródłowej o osobach związanych z ruchem niepodległościowym w latach (1861) 1863-1865 (1866)

UWAGA
* Jedna osoba może mieć wiele podobnych rekordów (to są wypisy źródłowe)
* Rekordy mogą mieć błędy (źródłowe), ale literówki, lub błędy OCR należy zgłaszać do poprawy.
* Biogramy opracowane i zweryfikowane mają zielony znaczek GP

=> Powstanie 1863 - strona główna
=> Szlak 1863 - mapa mogił i miejsc
=> Bitwy Powstania Styczniowego
=> Pomoc - jak zredagować nowy wpis
=> Prosimy - przekaż wsparcie. Dziękujemy

Szukanie zaawansowane

Wyniki wyszukiwania. Ilość: 988
Strona z 25 < Poprzednia Następna >
Kazimierz Tułodziecki
syn ś. p. Antoniego, dzierżawcy dóbr Osiek \\ lelki w Królestwie Polskiem, i Pelagii z Lipińskich, w r 19 roku życia przerwawszy kursa agronomiczne w Pruszkowie i z trudnością przeszedłszy granicę, połączył się z oddziałem Younga w przededniu mającej się odbyć bitwy na polach Nowejwsi. Tam, dnia 27 kwietnia 1863 r., po bohaterskiej walce śmiertelnie ranny, zakończył życie w Słom ko wie w domu państwa Busse, gdzie był urządzony tymczasowy lazaret, dnia 13 maja t. r. Ciało jego sprowadzono do Ósiecza, zkąd się odbyła uroczysta eksportacya zwłok do parafialnego kościoła w Boniewie pod Czerniewicami, w pobliżu stacyi drogi żelaznej Kowal, gdzie płaski kamień z imieniem i nazwiskiem zmarłego, oraz datą jego uro dzenia i śmierci, pokrywa grób bohaterskiego młodzieńca. Ś. p. Kaźmierz był wzorowym synem, najlepszym bratem i budził najpiękniejsze nadzieje przyszłości w sędziwym już ojcu. Szalona odwaga i zapał mło zieńczy położyły zbyt prędko kres jego życiu. W początku już bitwy okazał się jego sztucer całkiem bezużytecznym. Na uwagę jednego z towarzyszów 7 , aby szedł do furgonu po inny, odpowiedział: „Nie mogę tego uczynić, bo myślanoby, że uchodzę z pola bitwy, a zły przykład nie dobrzeby działał 11 a innych. Stać zatem będę w szeregu, choć bez czynny . 44 Wtem usłyszano komendę: „Na bagnety! Kto ma ochotę wypierać Moskali z ich obronnego stanowiska ?“ Pierwszym był Tułodziecki, który wyskoczył z szeregu, a za nim poszli inni. Przed zgonem, przyszedłszy do przytomności, cieszył się i dziękował Bogu, że mu po zwolił wziąć udział w tej morderczej walce, która chlubę przyniosła orężowi polskiemu. Towarzyszami broni ś. p. Kaźmierza byli: Mieczysław Leitgeber, dawniejszy księgarz w Poznaniu, a dziś w Ostrowie, dr. Lucyan Szmyt, który także poległ, dr. Roma 11 Szymański, obecnie redaktor „Orędownika 44 w Poznaniu, i brat rodzony, ś. p. Stanisław Tułodziecki, zmarły dnia 31 marca 1875 r. w Poznaniu
Witold Turno
W ciasnych ramach czasu objęte czyny wojenne Witolda Turno, od wystąpienia jego na pole walki, aż do chwili śmierci, upływa zaledwo dni kilkanaście. A jednakże postać jego uwydatniła się na tle wydarzeń ostatniego powstania i nazwisko jego zapisanem będzie na kartach krwawego rocznika w liczbie dzielniejszych synów Polski. Witold Turno urodził się w dawnem województwie poznańskiem, z majętnych rodziców 1834 r. Rodzina jego od czasu rozbioru kraju, w każdej Wojnie o niepodległość dostarczała dowódców, tak za księstwa Warszawskiego, jak 1831 roku, był w wojsku jenerałem Turno. Witold młodszy z dwóch braci, po pierwszych przygotowawczych naukach, okazywał skłonność do zawodu wojskowego, w tym celu został wysłanym do Paryża, gdzie uczęszczał przez dwa lata na kursa szkoły politechnicznej, zamkniętej jak wiadomo dla cudzoziemców, uzyskał on ’ wyjątkowe ministerjalne pozwolenie, przez wzgląd, iż dziad jego był w służbie francuskiej. Następnie wstąpił do szkoły wojskowej pruskiej a zostawszy oficerem, pozostał w służbie linjowej czas jakiś, aby się wyrobić praktycznie w za wodzie, którym spodziewał się wspierać walkę o nie podległość ojczyzny. W ciągu tych studjów, zebrał z francuskich dzieł i ułożył „Trygonometrję prostokreślną" opatrzył ją objaśnieniami, Wykładem wag i miar systemu metrycznego. Po ukończeniu tak pomyślnem nauk wojskowych, osiadł na wsi i gospodarował w majątku od danym mu przez rodziców. W każdym zawodzie okazywał czynność i energję, z skrzętnością obiegał też skibę ojczystą, dopełniając gorliwie i sumiennie obowiązku obywatela kraju i pana włości. Krótko przed powstaniem jak we wszystkich częściach Polski, tak i w Poznańskiem, zaczęto przy wdziewać strój polski. Drobna to rzecz na pozór, jednakże nikt z przesiąkłych kosmopolityzmem nie wdzieje go na siebie, a ludzie przeciwni wszelkim ruchom w kraju z niechęcią spoglądają na czamary, jak by się lękali pod niemi bijących serc. Turno chociaż znaczniejszą część życia swego przebył za granicą, przywdział strój narodowy, poczciwa polska natura przemagała nad wszystkiem u niego i cechowała po stępowanie jego na każdym kroku. Skoro tylko do biegła wieść o powstaniu i młodzież gotowała się aby spieszyć w pomoc braciom, co podjęli tak nierówną walkę, Turno krzątał się o zebranie hufca, z którym pragnął co najprędzej dostać się za kordon graniczny. Zbiegiem rozmaitych przeszkód, wyprawa została odłożoną do ostatnich dni lutego. Naprzód wy szedł oddział tak niefortunnie prowadzony przez Garczyńskiego, który starł się z Moskalami pod Mieczownicą i Dobrosołowem, gdzie po klęsce i straszliwej rzezi rannych naszych, powrócił przez kordon pruski. Według ułożonego planu, Turno za tym pierwszym oddziałem miał poprowadzić drugi, kiedy klę ska nastąpiła, nie był jeszcze przekroczył granicy, lecz w pobliżu czekał, bawiąc w gościnie u jednego ze swych znajomych. Tu go aresztowano i chociaż nie znaleziono przy nim broni, ani nic takiego coby podejrzenie ściągnąć mogło, uwięziono go w Gnieźnie. Miejsce w którem go zamknięto z trzema innymi, było tak ciasne, iż kiedy jeden znich się ubierał, trzej inni przytuleni pod ścianą pozostać musieli, a przytem powietrze podwórzowe tak fatalne, że okna uchylić nie mogli. A jeżeli drzwi uchylili, żołnierze stojący na warcie, wymierzając nabitą broń do nich, lżyli ich trzymając tak długo na celu, dopóki się tą dziką igraszką nie nasycili. Zanoszona skarga do oficera, nie odniosła żadnego skutku, przeżyli w tern dzikiem traktowaniu przez 4 tygodnie, w niebezpie czeństwie uduszenia się złem powietrzem lub padnięcia od kuli rozpasanego żołdactwa. To nieludzkie obejście, silnie oddziałało na stan zdrowia Turny, wyszedł z więzienia posmutniały, osłabiony i z boleścią w nogach, która mu już do kuczała, aż do czasu udania się na pole walki. Ta słabość fizyczna nie osłabiła jednak dawnej energji duszy, zabrał się zaraz do przygotowania na wojen ną wyprawę, aby się złączyć z pierwszymi spieszą cymi do boju. A z głębokiem uroczystem przejęciem się spieszył do walki, nim opuścił dom rodzicielski, odbył spowiedź i przyjął komunję. W ośiemnaście dni po wyjściu z więzienia, złączył się z oddziałem stojącym w Słupcy, pod dowództwem francuza Faucheux, przy którym został szefem sztabu. Nazajutrz 29 kwietnia był w boju pod Pyzdrami, gdzie Faucheux w pierwszej godzinie walki zo stał rannym.j Turno objął po nim dowództwo i przez ośm następnych godzin, pozostał z oddziałem swoim w przedniej straży pod naczelną komendą Taczano wskiego, gdzie własną odwagą i zimną krwią, umiał utrzymać młodego żołnierza pod siłnym ogniem nie przyjacielskim. Oddział jego głównie się przyczynił dnia tego' do odniesionego zwycięztwa, a to pierwsze tak szczęśliwe wystąpienie dowódcy, zjednało mu przychylność oddziału całego. Zrozumiał też Turno stanowisko dowódcy powstańców, był surowym gdzie potrzeba, lecz w czasie marszu dzielił z żołnierzem wszelkie niewygody, jedząc z nim z jednego kotła, spoczywając na jednej słomie. Po wyruszeniu z Pyzdr, dążyły oddziały po wstańcze ku miastu Kołu, otoczone ciągle przeważnemi nieprzyjacielskiemi siłami, z których strażami częste trzeba było odbywać utarczki. W przechodzie przez Chocz, spoczywali nasi w lesie opodal drogi, przez którą przeciągnął patrol zło żony z 23 kozaków. Turno wezwał na ochotnika, i wyruszył w 5 konnych i 10 pieszych strzelców. Przecięli kozakom drogę, wpadli na nich, 3 ubili, 10 wzięli do niewoli. Z tych Turno dwóch położył własną ręką a jednego ujął. Wiadomo jak wysoko cenią osobistą odwagę towarzysze broni, to też młody dowódca po tym czynie wzrastał wysoko w szacunek w całym obozie. Po sześciu dniach marszu, stanęli nasi w Kole, zaledwie się rozłożyli, kiedy o 3 wiorsty ukazała się przednia straż moskiewska z dwoma działami. Turno rozstawił w lasku za miastem strzelców, wstrzymując przeszło godzinę natarczywość nieprzyjaciela, nie bez straty z naszej strony, gdyż poległ tutaj Kazimierz Unruh kapitan strzelców, młody prawnik, pełen pięknych przymiotów. Tymczasem nasi zdołali zniszczyć częściowo dwa mosty na Warcie, wstrzymując po za sobą Moskali, sami zaś ruszyli w dalszy pochód. Wieczorem 7 maja stanęli w borach lubstowskich, pod kolonją Ignacewo. Taczanowski miał główne dowództwo, Turno pułk strzelców liczący około 700 ludzi. Umocniono na prędce front obozu, sypanemi od domu do domu szańcami. W tej pozycji przepędzili noc, gotowi na przyjęcie walki. Nazajutrz 8 maja około godziny 12 przed południem, zagrzmiały nieprzyjacielskie działa, ukazali się kozacy i piechota, a za nimi ustawione do ataku kolumny. Nasz oddział liczył około 1200 ludzi. Lewem skrzydłem dowodził Taczanowski, prawem Tur no, środkiem Strzelecki. Moskali było przeszło 4000 i z ośmioma działami. W samym początku bitwy, Moskale przypuścili i główny atak na prawe skrzydło, lecz zostali przez Turnę szczęśliwie odparci, straciwszy dużo ludzi pod strzałami naszych. Z drugiej strony parli na lewe skrzydło, które przełamali po godzinnej walce, do wodzący nim Taczanowski został odciętym, bo go nie było widać w dalszym boju. Teraz uderzyli Moskale Całą siłą na środek i pra we skrzydło, gdzie już bój nie ustał przez półtory godziny. Nasi bronili się dzielnie, strzelając z do mów i z po za drzew i wtedy dopiero zaczęli ustę pować, nieprzyjaciel podsunął się pod domy i te zapalił. Wtenczas to poległ dzielny Strzelecki. Turno chcąc otworzyć drogę do przeboju oddziałowi pozo stawionych w rezerwie 60 strzelców, zakomenderował na bagnety. Stanąwszy na ich czele podniósł ( w prawym ręku pałasz, lecz zaledwie postąpił kilka naście kroków, kiedy został śmiertelnie w bole ugodzodzony kulą karabinową. Towarzysze unieśli ukochanego dowódcę przed dzikością moskiewską, zło żyli na wozie, który go uwiózł spiesznie do wsi Lechinia, majątku bliskich jego krewnych. Nazajutrz umarł w skutek śmiertelnej rany, dzielny dowódca strzelców i tamże pochowany został. Resztki oddziału pozostawione bez dowódcy, ze brał Działyński, lecz młody żołnierz łatwo się demoralizował każdą klęską i nie zaraz powracał do zaufania sobie samemu. Rozeszli się ludzie, broń zachowano, która się zmarnowała, jak to się działo najczęściej w takich razach.
Stanisław Turski
Wywodził się on ze znanej szlachty kresowej pochodzenia ormiańskiego. W 1863 roku, w randze pułkownika, brał udział w walkach powstańczych pod dowództwem generała Langiewicza. Opis rozsypki jego oddziału i przedostania się jego żołnierzy do strefy austriackiej: "O świcie 19 marca Langiewicz opuścił obóz z niewielką konną eskortą, pozostawiając rozkaz dzienny, w którym zapewnił "walecznych i wiernych towarzyszy broni", że żegna się z nimi tylko na kilkanaście dni. Tegoż dnia po południu przeprawił się przez Wisłę na stronę austriacką i został przez Austriaków aresztowany. Mówiono wtedy powszechnie, że to mirosławczycy wskazali go austriackiej straży granicznej. Po wyjeździe Langiewicza oddział rozprzęgł się całkowicie. W ciągu paru następnych dni oficerowie na wprzódki z żołnierzami, bezładnie przedostawali się na stronę galicyjską." [Kieniewicz S. "Powstanie Styczniowe", PWN, Warszawa 1983, str. 436] Nie wiemy, czy pułkownik Turski przekroczył Wisłę z grupą eskortującą generała (choć wiele na to wskazuje), czy też później. Faktem natomiast jest, że obaj byli aresztowani przez Austriaków i przez pewien okres internowani. Po zwolnieniu wielu powstańców musiało opuścić tereny Galicji. Powrót na ziemie pod zaborem rosyjskim groził zsyłką na Sybir, pułkownik Turski wybrał więc Zurych w Szwajcarii, gdzie zamieszkał i założył rodzinę. Tam zawarł związek małżeński z Polką, Teklą Ginawską. Z małżeństwa tego urodziło się pięcioro dzieci: trzy córki (Stanisława, Wanda, Maria) i dwóch synów (Tadeusz oraz Karol).
Leon Ulrich
ur. 10. kwietnia 1845 w Nowej wsi, w guberni warszawskiej. Uczył się kotlarstwa w warstacie Sylwestra Okońskiego w Warszawie, gdy wybuchło powstanie. Wyrusza do szeregów 13. maja wraz z dwoma towarzyszami na rogatkę Wolską i kieruje się wraz z nimi w stronę Nowego Miasta, gdzie za Pilicą organizował się oddział Drewnowskiego. Po drodze rósł zastęp i doszedł do cyfry około 200 ludzi, wstąpił tedy do owego oddziału, a gdy nie było dla wszystkich broni, nowo zaciężni zostali poumieszczani po kwaterach w najbliższej okolicy. Tymczasem oddział Drewnowskiego zaatakowany przez znaczniejsze siły moskiewskie przyjmuje bitwę w lesie nad Pilicą koło Nowego Miasta, zostaje jednak pobity i rozprószony. Bitwa rozpoczęła się około 3-ciej po południu w tym czasie, gdy Ulrich przebywał na kwaterze oddalonej w jednym z okolicznych dworków. Podwody, które wiozły Moskali w kierunku powstańczego oddziału, powracając z łupem kos, zdobytych na nim, przywiozły smutną nowinę o rozprószeniu oddziału. Ulrich wraz z towarzyszami udaje się w kierunku Iłży, w poszukiwaniu za oddziałem natrafia na dworek szlachecki, którego właściciel formował oddział powstańczy. Gdy formowanie zastępu ulegało zwłoce, Ulrich opuścił ów dworek i po dłuższem błąkaniu się dotarł do Iłży, gdzie u pewnego zduna przemieszkiwał w ukryciu dni kilkanaście, wkońcu postępując we wskazanym kierunku zaciągnął się do oddziału Czachowskiego, który go przydzielił do kompanii kapitana Dolnickiego. Z oddziałem Czachowskiego wyrusza w dalszy pochód, bierze udział w trzech większych potyczkach, wśród nich w ostatniej pod Bobrzą, a gdy oddział został rozprószony, pociągnął dalej pod miasteczko Rataje, gdzie wobec nadciągających większych oddziałów nieprzyjacielskich, nasi powstańcy musieli się rozprószyć. Ulrich dotarł do fabryki żelaza w Brodach, przy trakcie radomskim, gdzie przez czas pewien przebywał, poczem wstąpił do oddziału Ćwieka. Ruszył z nim na nową walkę i w krótkim czasie wziął udział w krwawej bitwie pod Kowalami. Odcięty chwilowo z kompanią od oddziału bronił się wraz z towarzyszami zająwszy silną pozycyę za karczmą i przydrożnemi lipami i zdołał się wkońcu połączyć z oddziałem, który tymczasem zajął obronną pozycyę pod lasem, gdzie koło dworu wywiązała się krwawa walka. Przeciągnęła się do północy i skończyła się klęską przeciwnika, który z dwóch kompanii piechoty i sotni dragonów zachował jedynie kilku żołnierzy. Po bitwie wyruszył oddział pod Kowalów, oparł się kilkakrotnie naporowi wojsk rosyjskich, jakie pędził milę całą w stronę osady fabrycznej, ]eryny. Wobec pojawiających się wieści o nadciąganiu z kilku stron kolumn rosyjskich, które za wszelką cenę oddział starały się rozprószyć, zarządził Ćwiek przeprawę przez Wisłę i marsz do guberni lubelskiej. Dziarskim szykiem, w cztery oddziały sformowanym, ruszył oddział ku Wiśle, którą na promach zdołał przebyć, zanim z przyległych wzgórzy zdążyli nad brzeg dragoni oraz piechota. Moskale, uformowawszy się na brzegu, poczęli strzelać, strzały jednak żadnej siejby śmiertelnej nie niosły z powodu znacznej odległości, jedyna kula musnęła kawalerzystę zadrasnąwszy go lekko. Drużynami ruszył oddział dalej i skierował się w stronę miasta Biłgoraja i w sąsiednich lasach stanął obozem. Mieszkańcy z miasta przywieźli wiele żywności, niedługo jednak spokój panował w obozie, rychło bowiem doniesiono, że od strony Lublina zbliżają się furgony z piechotą rosyjską. Do przejeżdżających szosą dali powstańcy ognia, cofnęli się jednak do lasów, przez noc całą forsownym marszem szli dalej a połączywszy się po drodze z oddziałem Lelewela stanęli na folwarku pomiędzy Porębą a Panasówką. Na folwarku z powodu zbliżania się nieprzyjaciół ruch panował znaczny. Oddziały połączone zajęły pozycyę na wzgórzu, Ulrichowi wyznaczono miejsce na skrzydle lewem. Nadeszły roty moskiewskie i rozpoczęła się bitwa pod Panasówką. Ulrich walczył tuż koło płonącego folwarku od 4-tej popołudniu do 1 I-tej w nocy zmieniając się kolejno z towarzyszem w nabijaniu i strzelaniu. W chwili gdy towarzysz ów stał na przedzie a Ulrich za nim broń nabijał, padł strzał i położył na miejscu owego towarzysza, przyczem kula przemknęła tuż obok Ulricha. Po zwycięskiej bitwie pod Panasówką ruszyły oddziały powstańcze do Zwierzyńca, gdzie pozostawiły swych rannych i pochowały zabitych, a następnie do Opolska. Po bitwie odjechał Ćwiek za kordon celem uformowania nowego oddziału i zebrania broni a oddział swój pozostawił pod dowództwem swego szefa sztabu, Kowalskiego. Oddziały ciągnęły w dalszą drogę w pobliżu Zamościa a myląc w tropy postępujących nieprzyjaciół stanęły we wsi Otroczu, przez którą wiedzie głęboki wąwóz. Z jednej jego strony stały zastępy Ćwieka, z prawej Lelewela, broń ułożono w kozły i zatoczono chwilowo obóz. W tym czasie Ulrich jako szeregowiec pełnił obowiązki podoficera. Gdy nagle z widety nadbiegł koń bez jeźdźca, znak był niezbity, że nieprzyjaciel się zbliża. I rzeczywiście w krótkim czasie nadciągnęły znaczne siły z sześciu armatami, z których natychmiast rozpoczęły ogień w kierunku obozu powstańczego. Oddziały cofnęły się w lasy i przyszły pod Batorz, gdzie wąwóz między wzgórzami obsadziły oba oddziały w ten sposób, że lewą zajęli powstańcy z pod znaku Ćwieka, prawą z pod znaku Lelewela. Ulrich stał tuż obok drogi, ciągnącej się wąwozem. Lelewel sądził, że zająwszy wzgórza nad wąwozem uchwyci nieprzyjaciół w pułapkę, popadł jednak sam w zasadzkę, atakowany odrazu przez nieprzyjaciół z kilku stron nadciągających. Wobec pewnego zamętu, jaki wynikł w pierwszej chwili walk!, cofnął się Ulrich do oddziału Lelewela, gdzie zaraz w pierwszej chwili omal nie padł od kuli, która przeszła tuż obok ucha naszego powstańca. Gdy padł Lelewel oddział poszedł na bagnety, został jednak rozprószony. Powstańcy ustąpili z pola a Ulrich wpadłszy między furgony zdołał się w ten sposób ochronić przed gęsto padającemi kulami nieprzyjaciela. Rozbici zebrali się powstańcy w lesie granicznym, poczem przeszli kordon w liczbie około 60. Na gruncie galicyjskim osaczeni przez żandarmów, poprowadzeni zostali do Radomyśla, którego ludność wśród wielkiego entuzyazmu witała powstańców. Polki z tego miasteczka poznawszy po mowie, iż Ulrich jest Kongresowiakiem, starały się go uwolnić, plan jednak cały zawiódł w zupełności. Pod silną eskortą żandarmów i wojska odstawieni zostali powstańcy do Jarosławia, gdzie próba uwolnienia Ulricha znowu nie dała rezultatu. Ulrich przyznał się tymczasem, że pochodzi z Warszawy, podał swe nazwisko a gdy poprzednio innem się osłaniał, skazany został za podanie fałszywego nazwiska na areszt dwutygodniowy a po odsiedzeniu kary pod eskortą odstawiony został do Krakowa i więziony czas dłuższy »pod Telegrafem.. Tu jednak nie był kres mitręgi więziennej Ulricha, który niebawem przewieziony został do więzienia w Ołomuńcu. Powzięty przez Ulricha zamiar ucieczki z twierdzy ołomunieckiej udał się o tyle, iż zdołał się wraz z 10 towarzyszami wydostać z więzienia, po sześciodniowej jednak włóczędze koło Skoczowa przez chłopów przytrzymany, wrócić musiał znów do więzienia w Ołomuńcu, gdzie go zaraz na wstępie czekał w kaźni podziemnej sześciodniowy areszt o chlebie i wodzie, a następnie przeniesienie do drugiej fortecy, Tafelbergu, gdzie stosunki pod każdym względem były o wiele ostrzejsze aniżeli w pierwszem więzieniu. Wobec tego, że nazwisko Ulricha znalazło się na wykazie tych, którzy mieli być Rosyi wydani, nie pozostawało mu nic innego jak zaciągnąć się do oddziałów, jakie formowano z przeznaczeniem na wojnę w Meksyku. Kampanię meksykańską przeszedł Ulrich szczęśliwie, poczem powrócił do Galicyi, gdzie z biegiem lat osiadł w Tarnopolu. Tu w fabryce Ant. Olszańskiego zatrudniony był do r. 1913, w którym usunął się od ciężkiej pracy fizycznej, gdy siły sterane zostały twardem a ciężkiem życiem.
Napoleon Urbanowski
Napoleon Telesfor , h. {{Prus}}, ps. "Stanisław Boruchowicz" ur. 26.12.1838 Targowa Górka, zm. 25.08.1896 Kraków. Syn Wojciech Wawrzyńca i Zofii Koszutskiej. Ukończył gimnazjum w Piotrkowie. Z wykształcenia inżynier. Ukończył Szkołę Centralną Sztuk i Rzemiosł w Paryżu. Następnie pracował w Centralnej Kompanii Kolei Żelaznej Parysko-Orleańskiej oraz na Kolei Żelaznej Warszawsko-Petersburskiej. Nauczyciel fizyki i nauk matematyczno-inżynierskich w szkole rolniczej w Żabikowie. Jeszcze przed powstaniem działał w organizacji. W 1861 był wysłannikiem Komitetu Centralnego do Krakowa z poleceniem podporządkowania się organizacji krakowskiej. Wywołało to secesję Mierosławczyków.[13] W Powstaniu był adiutantem . Otrzymał misję sformowania oddziału w rejonie sieradzkim. Oddział liczył 250 osób i Urbanowski stanął na jego czele. opisywał go jako "."[10] Walczył w kaliskim: 12.04.1863 (oddział wyprowadzony z matni przez Józefa Oxińskiego), 15.04.1863 . Po tej walce oddział uległ rozsypce a Urbanowski, zagrożony wyrokiem śmierci udał się na emigrację do Galicji.[5] W 1864/5 był sądzony przez Sąd Wojenny w Krakowie, za zbrodnię zaburzenia spokojności publicznej. Obciążony przestępstwem przeciwko zarządzeniom publicznym, od zbrodni uwolniony z braku dowodów, za przestępstwo skazany na 1 miesiąc więzienia, areszt śledczy policzony za karę.[4] Po powstaniu pracował w fabryce Hipolita Cegielskiego. W 1872 Razem z Zygmuntem Niegolewskim i Józefem Romockim założył Fabrykę Maszyn Rolniczych i Lejarnię Żelaza połączoną ze Składem Lokomobil, Młockarni i Żniwiarek w Poznaniu przy ul. Kolejowej 1. Gdy zmarł jego szwagier (Stanisław), przejął fabrykę swojego teścia Antoniego Krzyżanowskiego przy ul. Garbary w Poznaniu. Zainicjował budowę kościoła na Łazarzu.[8] Był też członkiem dyrekcji Teatru Polskiego w Poznaniu, oraz stowarzyszenia "Pomoc". W 1887 na zjeździe Towarzystwa Młodych Przemysłowców, którego był przewodniczącym mówił: "."[12] Śmierć zastała go w Krakowie, gdzie leczył się na raka żołądka. Pogrzeb zanotowany w parafii św. Szczepana odbył się na Rakowicach, w kw. AB (zgon oraz pochówek w te same dni co Teodora Matejko - ceremonia jedna po drugiej)[20]. 27.11.1897 został ekshumowany do grobu w kwaterze X(iks) delta, rząd zachodni, grób po prawej Jaworskich.[21] Żona (1866) Katarzyna Krzyżanowska. Dzieci: Witold (ż. Anna Niegolewska), Czesław (ż. Zofia Wortmann), Maria Halina Antonina (m. Feliks Wize), Maria Stanisława Janina (zm. 1880). Synowie przejęli firmę po śmierci ojca, rozwijając ją i prezentując np. maszyny gorzelniane na krajowej wystawie we Lwowie.
Adolf Vayhinger
Adolf Vayhinger, c.k. notaryusz, uczestnik powstania w r. 1863, obywatel honorowy m. Starego Sącza, kawaler orderu Żelaznej korony III. kl., etc. etc., urodzony w r. 1837 w Pilżnie, zmarł dnia 30 listopada 1912 r. w Tarnowie. Całe życie śp. Adolfa Vayhingera było jedną długą służbą narodową, choć na rozmaitych spełnianą polach. Gdy po roku więzienia za udział w organizacyi powstania styczniowego, osiadł jako notaryusz nasamprzód w Grybowie, potem w Starym Sączu, brał czynny udział we wszystkich gałęziach pracy publicznej, już to jako radny gminny i członek rady powiatowej, już to jako przewodniczący rady szkolnej miejscowej i założyciel Kółek rolniczych. W r. 1886 wybrany posłem do Rady państwa, należał w Kole polskiem do grupy posłów postępowych, był sekretarzem Koła, zasiadał w wielu komisyach i nawet z dobrym skutkiem udało mu się przeprowadzić dwie ważne sprawy, a mianowicie: Kiedy minister Dunajewski wniósł projekt ustawy, zniżającej opłaty skarbowe od darowizn, zapisów mniejszej wartości i t. p., a chciał odbić się za to na Towarzystwach asekuracyjnych, mówca wraz z drugim kolegą z Koła polskiego oparł się temu stanowczo i zmusił rząd do ustąpienia i opodatkowania raczej wygranych w loteryę i w totalizatora. Podobnie w sprawie wódczanej Koło polskie żądało najpierw rocznego wynagrodzenia milion złr., skłaniało się jednak do ustępstw, od których zdołał je powstrzymać ze skutkiem ś.p. Vayhinger i jego polityczni przyjaciele. Przy każdej sposobności bronił ś. p. Vayhinger samorządu, — interesów miast w obrębie ustaw: drogowej, szkolnej, kwaterunkowej i gminnej, lecz nigdy nie zapominał, że jest Polakiem i interes narodowy zawsze na pierwszym stawiał planie. W r. 1890 przeniósł się na stałe do Tarnowa, a już w październiku w 1895 r. wybrano go tutaj posłem na Sejm krajowy, gdzie zasiadł jako członek polskiego klubu demokratycznego, którego duszą był w owym czasie ś. p. Tadeusz Romanowicz. Na tym posterunku pracował w komisyi kolejowej, petycyjnej i prawniczej, poczem w r. 1898 wybrany został członkiem Wydziału krajowego. Przez długi szereg lat piastował godność prezesa Izby notaryalnej, z której zrezygnował dopiero w roku bieżącym. Był to jednem słowem wytrawny parlamentarzysta, demokrata nie „przełomowy", ale z przekonań i popędu serca, to też śmiało o nim powiedzieć możemy, że z nim schodzi do grobu "ostatni z Romanowiczów". Cześć pamięci zacnego patryoty-obywatela!
Ludwik Walesiak
Prawdziwi bohaterowie nie domagają się chwały ani nagród. Nie wypinają piersi do orderów. Nie oczekują zadość uczynienia, ani nawet odnotowania w społeczeństwie swoich czynów. Stają się bohaterami spełniając swoją patriotyczną powinność, nie reżyserują swoich działań z myślą o nagrodzie czy sławie. Nie zdają sobie sprawy z faktu, że właśnie to co zrobili, było bohaterstwem. Oni postępują zgodnie z zasadami, z sumieniem, z potrzebą działania na rzecz wszystkich i w obronie własnych ideałów, w przekonaniu, że te ideały są wspólne wszystkim i że każdy na ich miejscu zachowałby się identycznie. Są to ludzie dla których zdrada jest hańbą, tchórzostwo również i którzy cierpią za miliony, kiedy dowiedzą się, że inni zdradzali, dekowali się i unikali jak ognia poświęcenia. Naiwni, prawi szczerzy, wspaniali ludzie. Był taki wśród naszych pradziadów. Żył, gospodarzył i walczył jak potrafił, w Chobocie. Jako młodziutki emisariusz działał na terenie gminy już kiedy tylko zaczęły się przygotowania do patriotycznego zrywu, jakim było powstanie styczniowe 1863r. Nazywał się Ludwik Walesiak. Miał jedenaścioro rodzeństwa i sześcioro dzieci. Dlatego większość mieszkańców tej okolicy jest w bliski lub nieco dalszy sposób spokrewniona z nim. Ludwik był człowiekiem skromnym i sława jego nie wykraczała poza opowieści dla wnucząt. Nie dbał o to. Ale zatroszczył się o niego sam marszałek Piłsudski, zaraz po uzyskaniu przez nasz kraj wytęsknionej niepodległości. W 1918 roku, marszałek chcąc poznać osobiście weteranów powstania, zaprosił tych jeszcze żyjących do Sulejówka. Kiedy jego wnuczka, sześcioletnia Nastusia Walesiakówna znalazła się tam razem z dziadkiem i stanęła oko w oko a nawet podała rączkę wąsatemu człowiekowi z portretu na ścianie – wiedziała, że to ktoś wielki o którym wszyscy mówią z podziwem. I ten wielki człowiek obejmował teraz jej dziadunia, wręczał mu szablę, czapkę oficerską, całował go z dubeltówki i okazywał mu wielki szacunek! A więc dziadek był jeszcze kimś ważniejszym dla tego najważniejszego! Od tej pory - opowiada sędziwa w tej chwili pani Anastazja – nie było jesiennego ani zimowego wieczoru bez opowieści dziadka. Oczywiście o czasach cierpień pod rozbiorami, pod nahajką carską. O świętej miłości ojczyzny, o honorze i oczywiście przygodach dziadka jako emisariusza i łącznika – kuriera. O czasie, gdy dostarczał pocztę jednemu z pułków powstańczej armii generała Traugutta w lesie zwanym Borkiem na skraju pól należących do Walesiaków. Z wielu opowieści najważniejsza, niesamowita, jest ta o cudownym ocaleniu, wręcz zmartwychwstaniu naszego wówczas dziewiętnastoletniego powstańca. A było to tak: Krytycznego dnia Ludwik udał się na pole, gdzie tuż przy lesie leżało powalone drzewo. Obuchem siekiery waląc w ten pień, w umówiony sposób – dawał znać zbrojnym, że przyniósł pocztę. Ledwie zdążył ją przekazać i żołnierz zniknął w lesie, jeszcze nie odłożył topora, jak na koniach w galopie dopadło go kilku rosyjskich żandarmów. Wiedzieli po co tu przyszedł. Na początek dali mu lekcję pejczami, kiedy nie odpowiadał na żadne pytania, przeszli do perswazji wciskając mu w ręce woreczek pełen złotych carskich rubli. Kiedy nadal milczał przeszli do ostrych tortur. Zaczęto go tratować końmi. Konie niechętnie brały w tym udział, nie mniej mocno go poobijali i poranili nie szczędząc bicza. Ukrył się częściowo pod pniem owego leżącego drzewa. Zakrwawiony, półprzytomny, został wywleczony i moskale postanowili go po prostu powiesić na najbliższym drzewie, wychodząc z założenia, że tego polaczka - zakapiora nie złamią w żaden sposób. Kaźnia trwała już dłuższy czas. Wszystko to widział ukryty w zbożu młodszy brat: Ludwika – Józef. Ruscy jak postanowili, tak zrobili, Ludwik odruchowo chwycił sznur tuż nad głową. Stracił palec kiedy szablą moskal utrącił mu ten uchwyt. Zawisł. Żandarmi widać nie lubili takiego widoku bo podcięli konie do galopu, aby po chwili zniknąć za zakrętem drogi. Wtedy wyskoczył z lasu nasz żołnierz powstaniec. Jednym cięciem uwolnił Ludwika. Ciało spadło ale po rozluźnieniu pętli już nie dawało oznak życia. Wtedy wiedza o reanimacji była znikoma, właściwie żadna. W dodatku ciało było pokłute bagnetami i zakrwawione. Powstaniec wrócił do lasu, a Józef pognał do domu z tragiczną wiadomością. Carski zakaz zabraniał szacownego pochówku buntowników za jakich uważano wtedy polskich patriotów. Ciało ofiary za karę i ku przestrodze miało wisieć tam gdzie je powieszono przynajmniej przez kilka dni. Taka okrutna to była władza. Ale rodzina Walesiaków nie ulękła się i nie miała szacunku dla carskich ukazów! Trudno opisać sytuację w rodzinnym domu Walesiaków, ludzi światłych, której senior – Jan, ojciec Ludwika nazywany był we wsi zimowym nauczycielem. Szkoły nie było ale analfabetów też niewielu, bo Jan właśnie zimą dawał chłopskim dzieciom lekcje pisania i czytania. Zaciemniono okna. Tej nocy kobiety modliły się i płakały, a mężczyźni pod kierunkiem ojca zabrali się do zbijania trumny z którą jeszcze przed świtem chcieli pojechać na skraj lasu, zapakować do niej ciało i wywieźć na cmentarz aby po chrześcijańsku je pochować. Już wiedzieli, że zginął bo nikogo nie wydał ale do ich domu rano mogli załomotać w drzwi moskale! Spieszyli się. Około północy dziewczyna pomocnica, usłyszała jakieś skrobanie do drzwi, wyjrzała w ciemność i wydawało jej się, że to pies zbłąkany głodny przyszedł po łaskę. Powiedziała to swojej gospodyni. Walesiakowa, tak jak i jej rodzina, nigdy człowieka ani zwierzęcia bez pomocy nie pominęła. Kazała dziewce dać psu chleba. Dziewczyna wyszła przed schodki... i ku swemu przerażeniu znalazła czołgającego się Ludwika, nieprzytomnego broczącego krwią! Rodzinę poderwało, byli pewni, że to martwego Ludwika ktoś przyniósł. Okazało się, że ten zdrowy, silny o atletycznej budowie chłopak, nie tylko charakter miał niezłomny. Ciało też. Ludwika umyto, krwawiące rany zaklejono chlebem ugniecionym z miodem i pajęczyną. Wprawdzie nie od razu odzyskał przytomność i wielu fragmentów swojej odysei nie pamiętał. Ale przeżył. A trumna przydała się do przewiezienia go na furmance aż do Mińska pod opiekę zaufanego lekarza. Ten przywrócił go do zdrowia po kilkumiesięcznej troskliwej kuracji. Wszyscy byli przekonani, że Ludwik po prostu jakimś cudem zmartwychwstał. Ale szeroko nie opowiadano o tej sprawie, ze zrozumiałych powodów. Powstanie upadło i nadal byliśmy pod carskim knutem. Ludwik wyzdrowiał. Po kilku latach ożenił się z Rozalią z Szatańskich z gminy Jakubów. Całe życie przeżyli gospodarząc w Chobocie. Urodziło im się sześcioro dzieci. Wszystkie wychował w miłości ojczyzny i najwyższych wartościach. Skuteczne to musiały być metody wychowawcze, skoro po dziś dzień, dla jego prawnuków hasło „Bóg, Honor i Ojczyzna” nie jest sloganem. Dają temu wyraz w czynach. Ludwik może być dumny z działań Anastazji w latach II wojny światowej. Dla Anastazji był bohaterem, ale potrzebę pokazania jego bohaterstwa wszystkim, musiała tłumić przez wiele lat. Kiedy tylko przyszedł odpowiedni czas – wystawiła mu pomnik na terenie rodzinnej posesji. Zaprojektował go Ryszard Netzel artysta plastyk. Ludwik Walesiak jest wzorem Polaka patrioty przez wielkie „P” i wzorem przyzwoitego człowieka. Gospodarza, ojca, społecznika. A przy tym skromny, nie przechwalający się, on nie wystawiał piersi po medale. O jego wielkości wiedzieli ci, którzy wiedzieć powinni. Dali temu wyraz w opublikowanej ustawie z dnia 2 stycznia 1919 roku (Dziennik Praw nr 66, Ex 1919) o weteranach Powstania Styczniowego, zweryfikowanych Komisją Kwalifikacyjną. Ustawa ta była zatwierdzona przez Ministra Spraw Wojskowych i Ministra Skarbu. Imię Ludwika umieszczono w Dzienniku Personalnym Ministerstwa Spraw Wojskowych w latach 1921-1924. Na mocy tej samej ustawy otrzymał stopień oficerski i przyznana mu była stała pensja. Ludwik zmarł mając 80 lat w 1924 roku w Chobocie. Był patronem 7-go pułku ułanów, który przybył konno do Chobotu na jego pogrzeb aby oddać mu hołd. Trumnę ciągnęły na marach cztery białe konie a przykryta była biało-czerwoną flagą, na której leżała czapka oficerska z trzema gwiazdkami. Orkiestra wojskowa odprowadzała Ludwika na miejscowy cmentarz w Długiej Kościelnej. Zasłużył na takie wzruszające honory. Wielu młodych we wsi dopiero wtedy zrozumiało kto żył wśród nich. Pora aby dowiedzieli się o tej postaci wszyscy. Wśród pamiątek i dokumentów, do najcenniejszych należy przysłany naszemu bohaterowi list od Rządu Narodowego w 1863 roku. Jest to list dziękczynny za odwagę i poświęcenie. Na czele Rządu Narodowego stał wówczas Romuald Traugutt, dowódca, który również drogo zapłacił za swój patriotyzm. Ale to już znana historia. Myślą przewodnią listu jest udokumentowanie wydarzenia jak i prośba Rządu Narodowego o przekazanie pokoleniom Polaków przykładu „jak należy Ojczyznę i braci kochać i wiernie im służyć” co my niniejszym staramy się uczynić. A list o którym mowa, jeszcze dzisiaj daje się odczytać. Bożena Abratowska
Aleksander Waligórski
Urodzony w Krakowie 1794 roku, wcześnie zaciągnął się do wojska; w 1813 r. był podoficerem; za czasów Królestwa kongresowego oddał się naukom wojskowym i w 1822 r. został profesorem w szkole artyleryi w Warszawie. W powstaniu listopadowem otrzymał stopień kapitana artyleryi i krzyż virtuti mili tar i. Po skończonej kampanii, dostał się do Norwegii, gdzie był naczelnym inżynierem rządowym w Christianii. W czasie wojny krymskiej, prosił o urlop nie ograniczony, żeby się udać na plac boju; gdy rząd norwegski urlopu od mówił, podał się do dymisyi i na Wschód pospieszył. Był jeneralnym kwatermistrzem dywizyi jenerała Zamoyskiego, w stopniu majora; ale nie długo już kampania trwała, a po jej ukończeniu Waligórski powrócił znowu do Norwegii, gdzie miał zasługi. Dawniejszą jednak posadę swoję znalazł już przez innego zajętą; pozostały mu więc tylko przedsiębierstwa prywatne. Podjął się przekopania kanału, w celu połączenia z sobą dwóch zatok morskich, w mieście Moss, o sześć mil od Christianii; przy wykona niu jednak tego przedsięwzięcia natrafił na nieprzewidziane w pokładach miejscowych trudności, które spowodowały wielkie koszta i zupełną biednego przedsiębiercy ruinę. Opuścił powtórnie Norwegią, zostawiwszy tam pamiątkę po sobie: mapę geograficzną tego kraju, do dziś dnia poczytywaną za najlepszą. W tym czasie stracił żonę. Znalazłszy się we Francyi, wezwanym został 1862 r. na profesora matematyki do szkoły wojskowej polskiej w Cuneo, zostającej wtenczas pod zarządem jenerała Wysockiego. Na pierwszą wieść o powstaniu 22 stycznia 1863 r. pospieszył z 15-letnim synem do Krakowa, i z młodzieńczą energią organizował oddziały w obozie Langiewicza. Mianowany przez rząd narodowy pułkownikiem i jenerałem, po wejściu Langiewicza do Galicyi, przyłączył się do oddziału Jeziorańskiego, udającego się w Lubelskie. Pod Kobylanką, dnia 6 maja 1863 roku złożył dowód wielkiego serca; kiedy swój oddział miał powtórnie prowadzić do ataku, przyniesiono mu wiadomość o śmierci młodziutkiego syna. Na tę wieść zalał się łzami, ale po chwili: „to nie miejsce, rzeki, na takie raporta; pierwej byłem Polakiem niż ojcemi zwracając się do podwładnych silnym głosem zawołał: „baczność! naprzód!“ i kolumnę swoję w ogień poprowadził. Jego energii, zdrowym radom, i uległości wodzowi, której przykład wszystkim dawał, przypisują głównie świetny rezultat tej potyczki. Kiedy Jeziorański przez wojska rosyjskie wpartym został do Galicyi, wtenczas Waligórski raz jeszcze, dla organizowania nowych oddziałów w Lubelskie się udał, i jeden z ostatnich pomiędzy walczącymi kraj opuścił. Wróciwszy do Paryża, zamieszkał na Batignolach i utrzymywał się z rysowania map dla francuzkiego towarzystwa geograficznego. W czasie oblężenia Paryża przez Prusaków, zaciągnął się do gwardyi narodowej paryzkiej jako prosty żołnierz, i całą służbę pełnił. Po zawarciu pokoju ciężko na reumatyzm zapadł i czas rządów komuny w łóżku przeleżał; pomimo to, wśród roznamiętnie- nia tej chwili, za winy innych rodaków do odpowiedzialności pociągnięty, osm miesięcy na pontonach w Cherburgu przebył, zkąd go sąd jako zupełnie niewinnego uwolnił. Próba jednak była zbyt ciężką; wrócił do Paryża zgrzybiałym starcem. Ośm dni spędził w szpitalu św. Ludwika, zkąd do Domu św. Kazimierza przeniesiony, tamże po trzech dniach, na ręku jenerała Wysockiego Bogu ducha oddał, dnia 19 lipca 1873 roku. Pochowany na cmentarzu Ivry. Do grobu odprowadziły go dzieci polskie w Zakładzie tym wychowywane, Siostry Miłosierdzia i garstka braci tułaczy.
Jan Edward Wańkowicz
"Leliwa". Ur. 10.10.1838 Ślepianka, pod Mińskiem. zm. 2.8.1899. Syn Walentego (malarz, przyjaciel Mickiewicza) i Anieli Rostockiej. 1856 ukończył petersburską Akademię Leśną w stopniu podchorążego, w 1859 wysłany do guberni jekatrynosławskiej z mianowaniem na porucznika. 1860 otrzymał mianowanie na nadleśnego w Puszczy Białostockiej. Matka wszczepiła jemu i dwóm braciom (Adamowi i Kazimierzowi) ideały filareckie dlatego wszyscy pośpieszyli do powstania. Jan Edward został dowódcą kompanii strzelców w oddziale Florentego Stasiukiewicza w woj. podlaskim, następnie przeniesiony do oddziału Czarneckiego Bończy. Brał udział w ataku na Międzyrzecz w pomocy Krysińskiemu. Ranny tam w nogę opuścił na jakiś czas oddział dzięki czemu uniknął konsekwencji rozbicia grup. 8 maja otrzymał awans na kapitana i dowódcę powstania brzeskiego. Skutecznie powiŁększył oddział i utrzymywał komunikację z Trauguttem. Niestety nie zdążył mu pomóc pod Horkami, zebrał jednak uciekinierów. Zręcznie manewrował w lasach lecz pod Koreczynm poległo mu 13 ludzi. W końcu połączył się z Trauguttem koło Porzecza Skirmuntowskiego - zostając dowódcą kompanii.. Odniósł znaczne zwycięstwo pod Woroniem. Pod Żydyniem 29 czerwca musiał się wycofać na skutek malejącego poparcia dla powstania. Napadnięty pod Solinem uciekł w las z malejącym oddziałem ponosząc klęskę 13 lipca pod Kołodnem. Wańkowicz po tym wydarzeniu zastępował chorego Traugutta. Z dworu w Ludwikowie zostali wysłani karetą do granicy Kongresówki. skąd dostał się do Galicji. Czekał we Lwowie biorąc udział w niefortunnej wyprawie wołyńskiej. 4 grudnia mianowany naczelnikiem kadr wojskowych obwodu żółkiewskiego pracuje do 22.3.1846 kiedy został uwięziony przez władze austriackie. Do Franci wyjechał jesienią 1864 (nie wiadomo jak uciekł). W 1869 wraca do Polski i osiada w Krakowie, pracując jako urzędnik banku galicyjskiego dla handlu i przemysłu. 1871 ożenił się ze Stanisławą Jaskłowską, z którą zaręczył się jeszcze przed powstaniem. Ich dworek stał się miejscem patriotycznej łączności ziem polski i spotkań artystów. Wańkowicz cieszył się ogromnym zaufaniem, często obierany na opiekuna zapisów i fundacji. Zmarł w Krakowie.
Michał Warecki
nauczyciel szkoły ludowej, zamieszkały w Urlowie w powiecie złoczowski (ostatnia poczta: Zarudzie). Urodził się 10 września 1835 roku w Bogdanówce, wyznania rzymskokatolickiego, żonaty, ojciec sześciorga dzieci. Przed powstaniem był nauczycielem prowizorycznym w Opakach w powiecie złoczowskim. W powstaniu walczył w stopniu podoficera – w oddziale hr. Komorowskiego w III kompanii żuawów pod Żdżanami i Poryckiem (13 listopada) i w drugim oddziale tegoż samego dowódcy 18 stycznia 1864 roku pod Starą Wsią o Wasilowem. Pod Poryckiem został lekko ranny szablą w ramię a pod Starą Wsią lancą ułańską w głowę - pozostawionego tam na polu walki wzięto do niewoli. Oprócz „paszportu” tzn. zaświadczenia o uwolnieniu z niewoli nie posiadał żadnych dokumentów poświadczających jego udział w powstaniu. Powołał się na świadectwo Marcelego Steifra ze Lwowa i Emila Kratochwila, urzędnika Banku Krajowego we Lwowie. Zobowiązał się do wpłacenia wpisowego w wysokości 1 złotego reńskiego i składki rocznej w wysokości 3 złotych reńskich. Zobowiązanie podpisał w Urlowie 1 września 1894 roku. Pod zobowiązaniem znajduje się dopisek: „Szanowny Wydziale! Przedkładając prośbę Michała Wareckiego, nauczyciela szkół ludowych w Urlowie, osobiście mi nieznanego, upraszam o zapytanie się powołanych w oświadczeniu świadków, którzy należą do tamtejszej delegacji, gdyż sam o nim żadnej dokładnej informacji zebrać nie mogłem. Z delegatury Towarzystwa Wzajemnej Pomocy Uczestników Powstania z 1863 r. w Złoczowie, dnia 7 września 1894, delegat – podpis niewyraźny”. Pieczęć owalna: Delegacya Złoczowska Wydziału Towarzystwa wzajemnej pomocy uczestników powstania polskiego z roku 1863/4.
Romuald Wilusz
Ur. 30.1.1840 Soboniów, Zm. 15.2.1922 Drohobycz. Syn Władysława i matki z domu Janowskiej. Własność Sobniów została nieuczciwie zlicytowana, więc rodzice przenieśli się do do posiadanych dóbr matki - część w Błaszkowej (ob. Błażkowa). Ukończył gimnazjum św. Anny w Krakowie (matura 5.7.1861 (niezdana), powtórna 18.1.1862. Od 1861 student prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego. W roku 1862/3 a następnie 1866/7 na Wydziale Lekarskim. Został zwerbowany i przysięgę składał przed dziesiętnikiem Zygmuntem Gebhartem. 7.2.1863 zapisany na liście ochotników w obozie w Ojcowie. Przyniósł ze sobą dwa rodzinne pistolety, które zostały mu jednak zabrane "na przechowanie" przez człowieka, który potem znikł z obozu. Został zakwalifikowany do kawalerii, często przez niechęć dowódcy wysyłany na patrole i straże, uzbrojony jedynie w pałasz i lancę. Otrzymał dość niesfornego ogiera, który często kłopotów przyprawiał rwąc się do klaczy. Walczył pod Miechowem, gdzie jego oddział szybko musiał wycofać się. Po przejściu granicy zaaresztowany przez Austriaków w Czernej pod Krzeszowicami po denuncjacji przez chłopów. Po krótki procesie uniewinniony. Następnie wszedł w skład oddziału Mossakowskiego, gdzie powtórnie został w podobny sposób zaaresztowany po denuncjacji przez Austriaków. Odsiedział 2 miesiące, głównie w trakcie śledztwa w więzieniu św. Michała w Krakowie. Wszedł w skład 3-ciej kompanii karabinierów w oddziale Czachowskiej, która była formowana w . Walczył pod Czachowskim, gdzie otrzymał awans oficerski. Brał udział w bitwie pod Rybnicą. Wzięty do niewoli tym razem przez Rosjan w , gdzie bronił się w karczmie. Została ona podpalona, więc ratując się przed spaleniem wyskoczył z okna. Życie uratowała mu dziewczyna-strzelec z oddziału, również wzięta do niewoli - , która pomogła mu ściągnąć płaszcz pomimo otaczających ich Rosjan. Zastał wywieziony do Rosji Centralnej. Tam sądzony we Włodzimierzu, skazany został na 3 lata rot aresztanckich na Syberii. Przebywał w Permie, Symbirsku, Tule. Powrócił do kraju w 1866 dzięki staraniom ks. Ruczki. Pracował jako urzędnik pocztowy. Ożenił się z Kazimierą Strawińską. Miał syna Adama Seweryna, ur. w Tarnowie ok 1877, profesora gimnazjum, ożenionego w 1907 w Brzeżanach z Zofią Warchoł.
Tomasz Jędrzej Winnicki
Tomasz Jędrzej Winnicki, pseud. "Chmurski". Ur. 1828 Majdan Sopocki (par. Sopot, lubelskie), zm. 25.4.1883 Berehy Dolne. Syn Józefa, (s. Jędrzej i Pelagii Wasilczuk, ksiądz unicki, wówczas administrator parafii) i Julianny Lipińskiej (c. ks. Demetrego i Anny Chotynieckiej). Udzielał się patriotycznie na łamach prasy warszawskiej, niezależnie od stronnictwa. M.in redaktor pisma "Strażnica". Nawiązał dobre kontakty z jednym z urzędnikiem sądowym z Cytadeli, dzięki czemu miał codziennie świeże informacje i wiele osób ustrzegł przed więzieniem. Będąc urzędnikiem poczty w Królestwie zorganizował także tajną pocztę przedpowstańczą wykorzystując do tego trasy rządowe a także podwody obywatelskie. Zadenuncjowany przez urzędnika bankowego Ziemęckiego. W 1861 9 miesięcy więziony w Warszawie, skazany na śmierć, co zostało 15.5.1862 zamienione na Sybir - zesłanie do guberni tambowskiej. Powrócił jednak wkrótce w czasie amnestii w czasach Wielopolskiego. Zastępca członka Komitetu Centralnego Narodowego "czerwonych", odpowiedzialny za resort łączności i od 17.1.1863 policję narodową - której formę praktycznie stworzył po raz pierwszy na ziemiach trzech zaborów. Na wzór struktury warszawskiej, i przy udziale Tomasza Winnickiego zakładano komórki w całym kraju, co niezwykle wzmocniło podziemne państwo polskie. W chwili wybuchu powstania poddał się di dymisji aby wziąć czynny udział w walkach. Organizował oddział w rawskiem. Dowódca kawalerii, szef sztabu Jeziorańskiego. Mianowany pułkownikiem pod Małogoszczem. Brał też udział w bitwach pod Pieskową Skałą, Sosnówką, Grochowiskami. Po ustąpieniu Langiewicza, będąc duszą zgrupowania nawet proponowany na naczelnego wodza - czego nie przyjął. Wspierał też powstanie finansowo, przekazując 8.4.1863 1200 złp na cele powstańcze. Miał wielki wpływ na zwycięstwa oddziału Jeziorańskiego w tym na tryumf . Został tam ciężko ranny w głowę odłamkiem kartacza. Umieszczony w szpitalu w Cewkowie. Rekonwalescencję odbył we dworze w Ostrowie własności Adama Brodzkiego. Poznał tu swoją przyszłą żonę, która się nim opiekowała - Izydorę Pyszyńską (c. Michała i Marii Szarawskiej). Następnie wszedł do oddziału i został ponownie ranny 22.10.1863 w . 16.12.1863 rekomendowany przez Rząd Narodowy do prac komisarzowi pełnomocnemu w zaborze austriackim - W. Majewskiemu. Powołany przez Agenora Gołuchowskiego na szefa sztabu i organizatora prawego skrzydła wojsk - naczelnik województwa lwowskiego, a 8.5.1864 po ustąpieniu Strusia zastępca głównego Organizatora Galicji. W lutym 1865 sądzony przez wojenny sąd w Przemyślu "za posiadanie fałszywych lub cudzych dokumentów legitymacyjnych" i skazany na 8 dni aresztu. Po powstaniu agent Towarzystwa Reasekuracyjnego Krakowskiego. Udzielał się na niwie patriotycznej, w poglądach bliski do Agatona Gillera, zwalczał jednak wpływy redakcyjne "Stańczyków". Do 1874 mieszkał w miejscowości Ostrów, par. Łowce - we dworze. Tam przyszła na świat trójka jego dzieci: Michalina Jadwiga (1865), Zdzisław Adam (1871) i Kazimiera Anna (1873). Następnie po zlicytowaniu Ostrowa przeniósł się do miejscowości Berehy Dolne (ob. Brzegi Dolne). Odwiedzali go tam serdeczni przyjaciele np. dr. Tadeusz Żuliński. W 1875 razem z Józefem Lenieckim otworzył spółkę naftową wraz z kopalnią w Berehach. Od 1881 do śmierci kierował nią razem z Józefem Walterem. Zmarł po krótkiej chorobie na skutek dawnych urazów. Pogrzeb odbył się 30. kwietnia i zgromadził rzesze duchowieństwa obu obrządków, liczne grono ziemian a nawet cudzoziemców pracujących w okolicy. Spółkę dalej prowadziła żona. Zmarła ona 19.2.1907 we Lwowie. Jedyny syn Zdzisław zmarł w 1891 w Ustrzykach. Ukochany przez podwładnych, czynny, rzutki i energiczny. Mąż silnej woli a łagodnego słowa - energiczny w czynie a pobłażliwy dla ludzi, dla siebie samego surowy dla innych względny, pozostawił po sobie przykład wiernego spełniania obowiązków i poświęcenia bez granic dla Ojczyzny. Znaną była jego prawość nieposzlakowana i czystość kryształowa charakteru. jego prawdomówność i wstręt de wszelkiego udawania i przesady, obok dokładnej znajomości ludzi i wszystkich stosunków. Wielka prawość i nieskazitelność jego charakteru, jego gorący patrjotyzm, ofiarność w sprawach publicznych, uczynność i gotowość niesienia zawsze wszelkiej pomocy i rady swej potrzebującym braciom, a przytem niezwykła słodycz i łagodność w obchodzeniu się z ludźmi i wielka dla wszystkich wyrozumiałość, przy całej surowości dla siebie, ciągnęły doń zewsząd ludzi i jednały mu powszechną miłość, prawdziwy szacunek i cześć, jako też uznanie wszystkich, którzy mieli szczęście zbliżyć się do tego zacnego człowieka. Winnicki miał serce pełne miłości, którą działał na ludzi. Ubogi jego, ciężko zapracowany chleb, był zawsze dla gości wystawiony a jedli go też losami i nieszczęściem złamani ludzie, którzy stale u niego zamieszkiwali, znalazłszy prawdziwie braterski przytułek. Jednem słowem, tak w życiu prywatnem jak w publicznem był to człowiek wzorowy, chwałę przynoszący Ojczyźnie, która go wydała.
Strona z 25 < Poprzednia Następna >