Portal w rozbudowie, prosimy o wsparcie.
Uratujmy wspólnie polską tożsamość i pamięć o naszych przodkach.
Zbiórka przez Pomagam.pl

Powstanie Styczniowe - uczestnicy

Największa baza Powstańców Styczniowych.
Leksykon i katalog informacji źródłowej o osobach związanych z ruchem niepodległościowym w latach (1861) 1863-1865 (1866)

UWAGA
* Jedna osoba może mieć wiele podobnych rekordów (to są wypisy źródłowe)
* Rekordy mogą mieć błędy (źródłowe), ale literówki, lub błędy OCR należy zgłaszać do poprawy.
* Biogramy opracowane i zweryfikowane mają zielony znaczek GP

=> Powstanie 1863 - strona główna
=> Szlak 1863 - mapa mogił i miejsc
=> Bitwy Powstania Styczniowego
=> Pomoc - jak zredagować nowy wpis
=> Prosimy - przekaż wsparcie. Dziękujemy

Szukanie zaawansowane

Wyniki wyszukiwania. Ilość: 2997
Strona z 75 < Poprzednia Następna >
Bronisław Zaleski
Herbu Lubicz. Ur. 9.6.1820 Raczkiewicze[9][10], pow. słucki, zm. 3.1.1880 Mentona (Francja)[1-6]. Syn Emiliana Ignacego Franciszka i Julii Czarnockiej h. Lis u Lecieszyna. Jego ojciec był porucznikiem armii napoleońskiej, ozdobiony krzyżem Legii Honorowej i medalem pamiątkowym Wyspy św. Heleny, zaś dziad Szymon (żonaty z Marią Jeleńską z Tuczy), uczestnikiem bitwy pod Zieleńcami 1792 pod komendą Poniatowskiego, odznaczony Virtuti Militari, uczestnik kampanii włoskiej Legionów i wojny moskiewskiej Napoleona.[12] Podstawowe wykształcenie odebrał prywatnie u wuja Karola Czarnockiego w Lecieszynie pod okiem Leonarda Chodźki. Wykazywał duże zdolności rysunkowe. Studiował na Uniwersytecie w Dorpacie lecz nie ukończył uczelni. Brał udział w ruchach niepodległościowych od lat 30-tych. Trzy lata przesiedział w Wilnie w więzieniu po czym w 1841 został wysłany pod przymusem do Czernihowa. Dopiero w 1844 ukończył studia w Charkowie. od 1845 pracował w Komisji Lustracyjnej dóbr Państwa Guberni Wileńskiej. Prawd. w tym czasie zawarł związek małżeński z Dziekońską, który jednak nie zakończył się szczęśliwie. W 1846 ponownie aresztowany w Wilnie przez władze i trzymany kolejne 2 lata w klasztorze dominikańskim w Wilnie. Przebywając tam dyktował "Psalmy Przyszłości" pukając szyfrem w ścianę, a inny więzień zapisywał je w piasku rozsypanym na stole, ucząc się na pamięć strof. Skazany na zsyłkę do kompanii orenburskiej, walczył razem z m.in. Tarasem Szewczenko, do którego pisał później listy po rusińsku. W końcu ułaskawiony. W 1850-1 wziął udział w wyprawie geologicznej. Z Kazachstanu wydał potem niezwykłe akwaforty. Po powrocie zasiadał w guberni mińskiej w Komitecie do spraw włościańskich. Otrzymał Order św. Anny. Z kraju wyjechał w 1860/61. Współpracownik Hotelu Lambert, przyjaciel domu Czartoryskich. Pisarz, literat, dziennikarz, rysownik. W czasie Powstania Styczniowego oprócz aktywnej działalności agitacyjnej i dziennikarskiej pełnił funkcję agenta zakupu broni w Dreźnie, Rzymie i Paryżu. Członek i bibliotekarz Towarzystwa Historyczno-Literackiego w Paryżu. Jedną z ciekawszych jego prac było dzieło "Z życia Litwinki". Jego znajduje się na cmentarzu w Montmorency pod Paryżem. Był niezwykle skromny, dobrotliwy i niezwykle szanowany przez wszystkich. Swoją postawą potrafił zjednywać sobie ludzi. Skromny zebrany fundusz 3000 franków zapisał ks. Kalince na jego prace historyczne. Rzeźbiony krucyfiks, dzieło dłuta Heleny Skirmunotwej ofiarował na Wawel. Zaś niedokończoną pracę "Biografię Adama Czartoryskiego" przekazał jego synowi Władysławowi. Zbiór 4000 książek, rysunków i sztychów (w tym np. cesarza Napoleona) przekazał do Raczkiewicz, gdzie zaginęły w czasie I Wojny Śwwiatowej[12]. Miał 8 rodzeństwa m.in. brata Karola ożenionego z Henryką Uzłowską[11], siostry Emilię, Marię, Justynę zamężną z A. Kiersnowskim, Florentynę zamężną z Janem Półjanowskim.[7]
Jan Zaleski
Urodził się na Wołyniu w Zozulińcach wsi położonej w konstantynowskim powiecie, w parę lat po upadku listopadowego powstania. Sprawa Szymona Konarskiego napełniająca patriotami więzienia, szubienice stawiane w Kijowie, męki i wygnanie nie jednego z ludzi szanowanych w rodzicielskim domu, to były pierwsze wrażenia któremi karmiła się dusza dziecięcia; przez całe też życie . gorąca miłość Polski była główną jego namiętnością. Wszedłszy do uniwersytetu w Kijowie, należał tam do nielicznego zrazu grona młodzieży, które cel narodowy za główną podstawę kształcenia się obrało, a które wzrastając ciągle, stanowczy wpływ w końcu na całą młodzież Rusi wywarło. Ukończywszy nauki medyczne w 1858 roku, osiadł jako lekarz na Wolyniu, i umiał w okolicy swojej zjednać miłość i szacunek. Wyjechawszy w rok poźniej za granicę dla dalszego kształcenia się w medycynie i zapobieżenia rozwijaniu się suchot, których zarody czuł w piersiach, wrócił stamtąd z sercem rozgrzaném nadziejami jakie budziła w imię narodowości prowadzona wojna włoska. Nastały wypadki 1861 roku, i szybko po nich rozwijająca się wewnętrzna narodowa organizacja ; oddał się Jan tym pracom wyłącznie, myśląc i marząc już tylko o przyszłej walce. Rozważniejszym co go wstrzymywać chcieli, powtarzał : "Eiada temu, kto daje Ojczyznie pół duszy" Z jego też strony było to oddanie się zupełnie bezinteresowném; chory i stan swój znający doskonale, niczego dla siebie nie chciał, nie szukał - resztki życia i sił oddając tam skąd wierzył że wyjdzie zbawienie ojczyzny. Na pierwszy odgłos wybuchu 1863 roku, choć coraz mocniej chory, pośpieszył do Krakowa, aby się jako lekarz do oddziału powstańczego zaciągnąć - siły go zawiodły, musiał pozostać w Krakowie, gdzie się stał jednym z najezynniejszych członków Rady lekarskiej. Lato całe zeszło mu na opatrywaniu rannych przybywających z pola walki. Z nadejściem jesieni choroba wzmagać się zaczęła, wyjechał więc do Konstantynopola, z wysyłanym tam wtenczas ajentem Rządu narodowego, myśląc, że spędzona na południu zima pozwoli mu na wiosnę wejść do legjonu który w księstwach naddunajskich spodziewano się sformować, przeznaczając go na Ruś. Nadzieje wszystkie zawiodły upadek sprawy, której był całą duszą oddany, strawił resztę sił. W Sierpniu 1864 roku już prawie umierający przybył do Florencji, ostatnie też tygodnie jakie tam spędził były tylko długiém boleśnem konaniem, ale duch jego prawdziwie wyanielał. Widząc zgon bliski i ze ścisłością lekarza oceniając postępy choroby, spokojnie i z uśmiechem patrzał w wieczność, coraz goręcej garnąc się do Boga. Miał koło siebie kilku przyjaciół, a dał mu Pan Bóg, że i niewieście polskie serca znalazły się przy jego łożu. Ostatnie dni były budujące dla wszystkich, pogodą, jasnością, podniesieniem religijném. Parę dni przed skonaniem opatrzony wszystkiemi sakramentami, gdy czuł już ostatnią zbliżającą się chwilę, prosił przytomnych aby głośno modlitwę za konających odmówić chcieli, i powtarzając ją za niemi, z wyrazem modlitwy na ustach ducha Bogu oddał, dnia 17 Pażdziernika 1864 roku w 31 roku życia. Należał do tych ludzi czynnych, a gotowość poświęcenia łączących z zupelném zaprzaniem się siebie, którzy czystością swego ducha opromienili ostatnie nieszczęśliwe usiłowania narodu.
Jan Żalplachta
pseud. Zapałowicz. Ur. 1834, syn Antoniego (nauczyciel prywatny z Moraw, syn. Marcina i Tekli Kotzian) i Elżbiety Szmerglewskiej (c. Walentego i Anny). Miał braci Adama i Ferdynanda i siostrę Filipinę (żonę Tytusa Wilda). Ukończył Akademię Wojskową w Ołomuńcu. Porucznik artylerii austriackiej. Powstaniec, dowódca oddziału. Mianowany majorem w oddziele Czechowskiego. Na czele oddziału 800 ludzi walczył - obok Wiśniewskiego i Czerwińskiego pod Tyszowcami a następnie pod Mołozowem (Stara Wieś). Zaaresztowany odsiedziała karę więzienia w Lwowie. Po powstaniu kupiec we Lwowie, gdzie wszedł do grona założycieli Sokoła. Ożenił się w 1866 w Brzozdowcach z Jadwigą Heleną Anną Neronowicz (c. Tobiasza i Justyny Chłopeckiej). Rok później urodził mu się syn - Jan (późniejszy lekarz, ukończył wydział medycyny we Wiedniu i dziennikarz). W 1876 osiadł w Rumunii w jako przedsiębiorca kolejowy i robót publicznych, a także w obszarze przemysłu naftowego. Prowadził tam ożywioną działalność w kołach polskich. Przez 2 lata był prezesem Koła Polskiego, które praktycznie stworzył na nowo. Prezes kasyna austro-węgierskiego w Rumunii (które bronił przed centralistami niemieckiemi). Wybrany prezesem towarzystwa słowiańskiego w Rumunii "Biesiada". Założył też towarzystwa Wzajemnej Bratniej Pomocy. Jego dom był otwarty dla uciekinierów politycznych z Polski. Zmarł gwałtownie w lipcu 1894 w Bukareszcie przebywając w hotelu. Służba okradła go, i nie zawiadomiła rodziny przez co został pochowany w grobie dla bezimiennych. Dopiero po interwencji policji ciało ekshumowano i złożono w grobowcu rodzinnym na miejscowym cmentarzu.
Hipolit Zawadzki
Ernest Hipolit Zawadzki. Ur. 10.1.1820 Suchedniów[2], zm. 7.5.1863 Kielce[3]. Syn Ludwika (s. Piotra i Marianna Lipskiej), zawiadowcy fryszerek i Marianny Krzyżanowskiej (c. Walentego i Julianny Prusińskiej). Członek Korpusu Górniczego w Królestwie Polskim. Pracował jako magazynier pudlingarni i walcowni w Hucie Bankowej w Henrykowie pod Niwką, a później w Zakładach Rządowo-Górniczych Okręgu Zachodniego. Wziął udział w wypadkach 1846 roku w ten sposób, że brał udział w pracach Związku Demokratycznego, agitował i wysyłał ochotników do Krakowa. Sprzeciwiał się też wysyłce rekrutów górniczych do Warszawy, za co został aresztowany i skazany, na karę chłosty 1000 kijów[10] i zsyłkę na Syberię. Szczęśliwie otrzymał przydział do badań górniczych w Kazachstanie. W 1850 za kontakty z Tarasem Szewczenką i posiadanie wypisów niedozwolonej książki[10] został zesłany na daleką Syberię do kopalni nerczyńskich. Pełnił też służbę w 14. Batalionie Syberyjskim stacjonującym w Szyłce za Bajkałem. Dosłużył się stopnia podoficera. Dymisję otrzymał w 1857 i w 1859 po 14 latach powrócił do kraju. Był jednak wydalony z pracy górniczej, dlatego objął stanowisko rządcy maj. Krasna koło Mniowa. W czasie Powstania zajął się formowaniem oddziału na uroczysku Ormanicha, pieczętując się stopniem majora. Udało mu się zebrać ok 400 osób w tym wielu fabrykantów z okolic Krasnej. Współpracował tu z Franciszkiem Bocheńskim, naczelnikiem cywilnym organizacji narodowej na powiat opoczyński, właścicielem Rudy Malenieckiej. Stamtąd docierało głównie zaopatrzenie oddziału: żywność, broń, amunicja, konie wierzchowe i pociągowe. Oddział dokonał kilku akcji likwidacji konfidentów, prowadził też akcję zaciągową wśród chłopstwa postępując tu dość zdecydowanie. To, oraz dość znaczna jawność działań doprowadziły do zdrady i denuncjacji - których dopuścił się mieszkaniec wsi Lipa i dróżnik drogi bitej Sielpia-Kielce z Czarnej[5]. 21.4. z Radomska został wysłany mjr. Obuchow, który zaatakował obóz. Hipolit Zawadzki zdołał ostrzec powstańców, gdyż wracał bryczką, a zobaczywszy moskali wystrzelił. Powstańcy walczyli 2 godziny i pokonali Moskali, w tym śmiertelnie został postrzelony major Obuchow.[8][9] Jednak tego samego jeszcze dnia zaatakował obóz drugi oddział gen. Czengerego z Kielc. Doprowadziło to do całkowitego rozproszenia oddziału. Zginęło od 4-19 powstańców, z których kilku zostało pojmanych i powieszonych. () Hipolit Zawadzki, ciężko ranny dostał się do niewoli[9] nie będąc rozpoznanym. Leczenie nie przyniosło skutku i zmarł w kieleckim szpitalu 7 maja. Pochowany pierwotnie został na cmentarzu kieleckim, lecz kilka lat później (prawdopodobnie już po 1918) przeniesiony do Koniecpola, do krypty kościelnej. Nie był żonaty. Miał siostry: Ludwika (ur. 1818), Waleria Elżbieta (ur. 1822, zam: Alojzy Paczkowski), Julia (ur. 1826, zam.: Józef Kwiatkowski), Brygida (ur. 1826), Konstancja Karolina Brygida (ur. 1832 Niekłań Wielki)
Władysław Zawadzki
Autor . 10.2. Brał udział w egzekucji kolonisty skazanego na rozstrzelanie. Uczestnik oddziału broniącego 11.2. klasztor i wzgórze od zachodu. Ranny w nogę. "[i]Tegoż dnia rano, stosownie do rozkazu, cały oddział w porządku wojskowym na placu egzekucji stanął jedną połową po stronie lewej a drugą na wprost skazanego, kawalerja zaś zajęła stronę tylko strona północna była wolną, ale tu wykopany był grób dla skazanego zbrodniarza. Bataljon majora Czachowskiego zajął stronę placu na wprost tego grobu. Do wykonania egzekucji wyznaczono pluton, w którym ja służyłem. Że zaś major nie wiedział, któremu z nas pod względem celności strzałów zaufaćby można, wy bór też dziesięciu strzelców nam samym zostawił. Zarządzenie to nie okazało się praktycznem, bo chociaż każdy był ochotnikiem powstania. przecież na ochotnika egzekucji nie tak nam łatwo zdecydować się było. Tem samem nikt nie odważył się pierwszy przed front z szeregu wystąpić, pomimo nalegań majora. Przez chwilę, przebywszy moralną walkę z niemiłem uczuciem własnem, wystąpiłem z szeregu, a po streszczeniu kolegom winy delikwenta i po przedstawieniu, że każdy z nas, będąc narodowym żołnierzem, nie może w podobnych wypadkach krępować się uczuciami, ale rozkazom swej władzy posłuszny być winien, a nadto przypomniawszy obozową przysięgę wykonaną w Wąchocku - rozstrzygnąłem chwiejność kolegów. Skutkiem czego niebawem i innych dziewięciu obok mnie stanęło. Wszyscy dziesięciu byliśmy dawni myśliwi, a więc jako strzelcy zawodowi umówiliśmy się o miejsca do jakiego każdy z nas ma mierzyć, żeby śmierć skazanego była pewną i szybką. Wprowadzonego kolonistę postawiono nad grobem, zwróconego piersiami ku nam. Komisja wojskowo-sądowa zajęła miejsce przed kawalerją. Porucznik Lionard wystąpiwszy naprzód, głosem donośnym i dźwięcznym odczytał streszczenie całej sprawy i wydany wyrok, poczem ks. kapelan oddziału ubrany w komżę i stułę podszedł do skazanego wysłuchał go spowiedzi, a przedstawiwszy, iż wkrótce na sądzie Bożym ma stanąć, do przyznania się do winy pobudzał. Zawzięty Niemiec wszystkie te przedstawienia kapłańskie i widok swego grobu, bez wrażenia przyjmował. Mimo tego szlachetny ksiądz-Polak o darowanie mu życia prosił, ale odmówił tej prośbie. Podczas zawiązywania białą chustką oczów klęczącego kolonisty, który jeszcze przed wprowadzeniem miał związane ręce w łokciach, oznajmiono nam, że za trzecim powiewem chustki przez por. Lionarda, wszyscy dziesięciu mamy jednocześnie strzelić. Za chwilę rozległ się odgłos dziewięciu wystrzałów i trup kolonisty w głębi swego rowu runął. Ja, chociaż innych zachęcałem do przyjęcia udziału w tej egzekucji, sam jednak nie strzeliłem. Z rozdrażnienia zapomniałem nawet odwieść kurków sztućca. (...) Tegoż dnia, na usilne przedstawienia wyż pomienionych członków rządu narodowego, ażeby większą baczność i ostrożność także od strony Kielc zarządzić, Langiewicz wysłał do klasztoru pół plutonu czyli 36 strzelców i tyleż kosynierjów, ale zarazem oznajmił, że załoga wysłaną została więcej dla pilnowania, ażeby nikt z obozu bez specjalnego pozwolenia w klasztorze nie bawił, aniżeli dla strzeżenia drogi przed przyjściem Moskali. Do załogi tej i ja należałem, a dowodził nią podporucznik Gudziński, były sekretarz administracji zakładu. (...) W nocy nagle budzi mnie gospodarz, mówiąc, że przyszedł chłop z wiadomością, iż moskale maszerują na klasztor i że są już blisko. Wiadomość ta wydała mi się z razu się prawdziwą, zerwawszy się jednak z posłania, podążyłem na odwach, a po krótkiem i pospiesznem porozumieniu się z kolegami, pobiegłem do pikiety. Zaledwie zbliżyłem się do niej, a strzelec nasz dał ognia do awangardy kozackiej. Kozacy, nie spodziewając się w tem miejscu powstańców, po odpowiedzeniu strzałami, szybko cofnęli się ku swoim, a my we dwóch do klasztoru wrócili. W obec grożącego niebezpieczeństwa por. Gudziński zajął się ukryciem swej rodziny. Ja zaś w chwilowem jego zastępstwie kazałem bezzwłocznie główne drzwi wchodowe zamknąć, a postawiwszy przy nich kosynjerów, poleciłem, nikogo ani wpuszczać, ani nie wypuszczać. Wyjątek tylko zrobiłem dla Uzłowskiego, który zażądał pozwolenie wyjścia celem zawiadomienia Langiewicza o nadejściu Moskali. Było to około godziny 6. rano, dnia 11. lutego 1863 r. (...) Po powrocie moim z pikietą do klasztoru, dobry kwadrans upłynął zanim piechota moskiewska kolumną wysunęła się z lasu i naprzeciw okien naszego odwachu stanęła. Dzieląca nas przestrzeń wynosiła 60 kroków. W tejże chwili strzelcy z dubeltówek po dwakroć dali do nich ognia, co zapewnie bezskutecznem nie było, bo Moskale zaraz po tem rozsypali się w tyraljerkę. Ja, podczas tych strzałów będąc w odwachu, byłem świadkiem, jak kula moskiewska rozbiła w kawałki refektarzowy zegar, wiszący poza głowami naszych strzelców. Gdyby Moskale wiedzieli, że nas w klasztorze tylko garstka była, to i przez drzwi na rozwież otwarte: a które z odwachu na plac bitwy wiodły, mogli się byli wprost do nas dostać. O zamknięciu tych drzwi zapomnieli wszyscy, gdy więc to spostrzegłem mimowolnie na ganeczek zewnątrz klasztoru wyszedłem, aby drzwi pierwsze od muru odczepić, a następnie i drzwi od wewnątrz na dwie zasuwy zamknąć. Moskale to widząc, nie skąpili kul do mnie, ale tylko drzwi w kilku miejscach przedziurawione zostały. W odwachu były trzy okna, a więc nasi w tyleż ustawiwszy się kupek, strzelali na przemian. Dość ciasno im było, przeto zabrawszy dwóch z karabinami, udałem się z nimi do miejscowej kuchni mającej dwa okna i ztąd znowu strzelaninę rozpocząłem. Za nami przyszło do tej kuchni jeszcze paru naszych, którzy żadnej broni nie mieli. Strzały padały bez przerwy, dwaj bowiem koledzy nabijali, a ja po kolei ze wszystkich trzech karabinów strzelałem. Jakkolwiek pruszący śnieg i cień lasu utrudniały mi celowanie, jednak mającemu wzrok dobry i wprawę myśliwską, zdaje się, dość pomyślnie mi się wiodło, skoro Moskale chroniąc się przed mojemi kulami zwinęli w tem miejscu front, a natomiast jeden za drugim „gęsiego" za drzewami stanęli. Ta ich ostrożność i moją taktykę zmieniła, bo odtąd strzelałem tylko, gdy się który z po za drzewa wychylił, lub też do krzaku z po za którego błysk, albo dym ich strzału spostrzegłem. Po długiem w ten sposób wzajemnem strzelaniu, część Moskali znowu rozwinęła się frontem i skrzydłem lewem zaczęła się rozsuwać w łańcuch dla otoczenia klasztoru. Żeby to otaczanie utrudnić pobiegłem do celi zaraz po za kuchnią będącej, zkąd po kilku strzałach do celi następnej i tak aż do celi ostatniej zabiegając - strzelałem. Skoro Moskale już wszystkie okna minęli, bezzwłocznie do drzwi głównych się udałem, żeby wraz z kosynierami wejścia do klasztoru bronić. Byłem bowiem pewny, że już wkrótce dobywać się do nich zaczną, a tem samem, że dla nas wszystkich będących w klasztorze ostatnia chwila życia nadeszła. Przebiegając obok odwachu, słyszałem jak nasi strzelali bez przerwy, lecz zdaje się, że o działaniach moich żaden z nich nie wiedział, bo nie mieli czasu ich widzieć. Przy drzwiach zastałem kosynjerów w porządku. O spodziewanem dobijaniu się Moskali nie mówiąc, zapytałem tylko czy czasem kto nie puka. Po nadsłuchiwaniu doszedł nas odgłos strzałów i ze strony lewej czyli z cmentarza. Że zaś Moskale z prawej strony strzelali, więc zaczęliśmy odgadywać, że to chyba nasi z pomocą nam przybywają. Dla przekonania się o tem, kazałem drzwi otworzyć i rzeczywiście tak było. Z uciechy serdecznej pobiegłem powitać kolegów, bez uwagi nawet, że trzeba było pod strzałami stron obydwóch tę przestrzeń przebyć. Przede wszystkiem zażądali koledzy przyniesienia im z klasztoru ładunków, a gdy je przyniosłem, znowu o kapiszony prosili. Przy ponownen moim na cmentarz powrocie, zabrałem z sobą kolegę Lemego, inni zaś na swych stanowiskach zostali w klasztorze. (...) Przybyły na górę oddział, zajął cały cmentarz klasztorny, ale główną linją bitwy były okna klasztoru, oraz ta strona cmentarza, którą Czachowski zajmował. Ze strzelców na cmentarzu tylko dwa pierwsze szeregi czynne być mogły, następne zaś służyły tylko do zmiany. Ja stałem w trzecim szeregu, nie było mi więc wolno strzelać, koledzy bowiem przedemną stojący, tworzyli bardzo ściśnięty szereg. Gdy jednak podczas tego spostrzegłem Moskala, przesuwającego się od jednego drzewa ku drugiemu, bez namysłu wsunąłem karabin między głowy kolegów, stojących przedemną i do niego strzeliłem. Czy Moskal się przewrócił, nie wiem, ale strzał ten wzniecił między pierwszemi szeregami obawę, Czachowski zaś poradził mi, bym się udał do swego plutonu. Rada ta skutkowała o tyle, że, aby być zupełnie niezależnym i swobodnym w strzelaniu, a także i bliżej być Moskali, skierowałem swe kroki na dziedziniec. Czachowski, widząc niebezpieczeństwo, na jakie się narażam, zawołał głośno: „Nie idź tam, bo pamiętaj, że nie wrócisz“; lecz ja, odpowiedziawszy: „Kto ma wisieć nie utonie“, poszedłem naprzód, na razie zatrzymując się na rogu klasztoru, zkąd dość długo strzelałem. Następnie posunąłem się aż ku klasztornej stajni i wozowni, a dostawszy się tam, zaledwie 40 kroków miałem od siebie Moskali. Początkowo zadowolony byłem z tego miejsca, bliskość Moskali dawała mi bowiem możność tem celniejszych strzałów. Moskale za często jednak do mnie strzelali a konie na uzdzienicach rwały się z przerażenia. Czułem, że stanowisko to jest niebezpieczne, na wypadek bowiem otrzymania rany nietylko, iż nikt z kolegów nie przyszedłby mi w pomoc, ale i konie mogły mnie stratować. Znowu więc na dawne miejsce pod mur klasztorny wróciłem, a mając jeszcze w zapasie dość ładunków, nie oszczędzałem ich wcale. Skutkiem ciągłego strzelania karabin mój po kilkakroć chłodzić musiałem śniegiem. Í w chwili właśnie, gdy pewnego razu z pod muru dla wzięcia śniegu wysunąłem się, upadłem. Zrazu zdawało mi się, że się tylko pośliznąłem, niebawem atoli przekonałem się, i straciłem władzę w prawej nodze, że zostałem ranny. Leżąc wznak, kiwałem ręką, ażeby zwrócić na siebie uwagę kolegów, daremnie jednak, byli oni zajęci bitwą - lecz skoro Moskale w celu zabrania mnie poczęli się wysuwać pojedynczo z swych szeregów, wówczas Czachowski, spostrzegłszy mnie, kazał dać do Moskali ognia, a sam z kilku strzelcami podbiegłszy, zaniósł mnie do drzwi klasztornych. Oddano mnie w ręce kosynjerów, których rano przy tych drzwiach postawiłem na straży. Tak się zakończył mój czynny udział w 9godzinnej bitwie Śt .- Krzyskiej dnia 11. lutego 1863 roku we wtorek około godziny trzeciej po południu. (...) Dopiero po oddaniu mnie kosynierom przekonałem się, że rana moja była ciężką. Koledzy zanieśli mnie do pierwszej celi, a zastawszy tu księdza, który żegnając nas krzyczał „uciekajcie djabły“ i „vade satanas“, zostawili mnie, powracając sami na pole bitwy. Ksiądz pochwycił krucyfiks i ponawiając żegnania oraz wezwania, wsunął się ze żelazne łóżko i począł je sunąć, aby mnie do ucieczki zmusić. W tej dopiero chwili przypomniałem sobie obłąkanego, który nie chciał opuścić klasztoru. Z obawy, aby nie najechał na mnie łóżkiem, lub nie zabił, począłem wołać kosynierów celem przeniesienia mnie do innej celi, co się też nareszcie stało. Wkrótce odwiedził mnie p. Józef Janowski i major Leonard Lepkowicz celem udzielenia pierwszego ratunku. Że zaś dr. Uzłowski do klasztoru nie wrócił, a felczerzy nie wiedzieli co robić, więc major L. sam się zabrał do udzielenia mi pomocy. W czasie operacji straciłem przytomność a następnie zasnąłem i gdy w kilka godzin później obudziłem się, chociaż słyszałem dolatującą mnie rozmowę kolegów na korytarzu, nie siliłem się nawet na zdanie sobie sprawy z tego co zaszło. Ze niespodziewana wizyta dwóch Polek, ubranych po zakonnemu w towarzystwie majora Ł. i kolegę Zagrodzkiego, a że od dnia bitwy żadnych kobiet w obozie nie było, zdziwiłem się przeto ich widokiem nie mało. Po przywitaniu, oznajmiły, iż przybywają z Warszawy dla niesienia pomocy i pociechy rannym. Odświeżały mą twarz wodą kolońską. a pomarańczą łagodziły pragnienie, przy tem obdarzyły mnie szarpiami i bandażami, których u nas był brak zupełny. W kilka dni po tem zostawszy jako ranny, przewieziony do pewnego domu obywatelskiego, dowiedziałem się, że była to pani Mazaraki i panna Jadwiga N. z Warszawy, że do tegoż domu przybyły podczas naszej bitwy i że po przebraniu się w suknie zakonne, podążyły na górę bocznemi ścieżkami przez śnieżne zaspy celem niesienia ulgi cierpiącym. Odwiedziny te były mi przyjemne, bo serdeczne słowa pociechy pani M. i przypomnienie mi miasta rodzinnego, kochanej Warszawy, łagodziły cierpienia i bole. Po półgodzinnej rozmowie znowu samotny zostałem, ale już zająłem się myślą o przykrym losie. Po pewnym czasie powrócił Ł. z wiadomością, że oddział nasz klasztor opuszcza, że mnie zabrać z sobą nie może, więc mam pozostać. Oznajmienie to dotknęło mnie boleśnie, samo już bowiem rozdzielenie się z obozem, w którym żyć lub zginąć postanowiłem, obojętnem mi nie było. Z myślą samotnego pozostania w klasztorze także w żaden sposób pogodzić się nie mogłem, prosiłem tedy, aby mnie zastrzelono. Nie uwzględniono toli tej prośby i po naradzie z Langiewiczem przeniesiono mnie do Starej Słupi. Do przetransportowania mnie przeznaczył Langiewicz 12 strzelców i tyluż kosynierów oraz majora Czachowskiego. (...) Doszliśmy do Słupi. Tu opuszczono mnie i odtąd choć przestałem być żołnierzem oddziału, uczuciem i myślą towarzyszyłem mu wszędzie, serdecznie życząc osiągnięcia celu, w jakim dnia 22. stycznia 1863 roku zbrojnie wystąpiliśmy[/i]".
Władysław Zawadzki
"[i]Kiedy więc tak chodzę sobie, przypatrując się wszystkiemu usłyszałem bolesne jęki wychodzące z jednej celi. Pytam się więc najbliższego co to znaczy? Odpowiada mi, że tutaj złożeni są ranni. Wchodzę więc tam, chcąc zobaczyć, czy nie ma kogo ze znajomych. Na ziemi celi, na słomie, leżało dwóch rannych, a obydwa w nogi; leżący z prawej strony jakiś nieznajomy mi jęczał przeraźliwie, kiedy przeciwnie, ranny leżący z prawej strony niczym bólu swego nie zdradzał. Był to porucznik Zawadzki, dowódca załogi klasztornej. Rano dnia tego porucznik Zawadzki nie przeczuwając napadu Moskali żadnych nie przedsięwziął środków ostrożności i dopiero kiedy Moskale postępowali pod klasztor, mały chłopak zobaczywszy ich w lesie przybiegł do klasztoru i ostrzegł Zawadzkiego o bliskim niebezpieczeństwie. Natychmiast wszystko co żyło w klasztorze, rzuciło się do zamykania i zatarasowywania drzwi, a porucznik Zawadzki rozstawiwszy swoich strzelców w oknach pierwszego piętra, a kosynierów na dole przy wejściach, czekał tak przygotowany zbliżania się nieprzyjaciela. Wkrótce Moskale podstąpili pod klasztor, ale obawiając się nań uderzyć, z dość dalekiej odległości dali ognia do okien. Zawadzki, któremu chodziło tylko chwilowe wstrzymanie, kazał strzelać, nie zważając, że dubeltówki nic szkodzić nieprzyjacielowi nie mogą. Był bowiem pewnym, że usłyszawszy strzały przybędziemy mu zaraz na pomoc, a z drugiej strony dawał poznać Moskalom, że klasztor przygotowany jest do obrony. I istotnie powiodło mu się wszystko najpomyślniej, bo niezadługo doczekał się naszego przybycia. Kiedy jednak po naszym przybyciu otworzono furtę klasztorną, zawadzki wyszedłszy z tejże, kulą w udo ugodzony został. (Rana porucznika Zawadzkiego spowodowała odjęcie nogi. Porucznik Zawadzki znajduje się na emigracji).[/i]" Przypis red. (Anna Borkiewicz-Celińska): .
Aleksander Fortunat Zdanowicz
z zawodu publicysta, zamieszkały w Nicei we Francji, a od 4ch miesięcy w Krakowie przy ul. Szewskiej 25. Urodził się 26 lutego 1839 w Zdanówce pod Staszowem (woj. Sandomierskie). Stanu szlacheckiego. Wyznania katolickie. Stosunki z rodziną w Królestwie zerwał od roku 1880 z powodu publikacji w prasie francuskiej o organizacji Policji tajnej rosyjskiej we Francji i innych artykułów przeciwko Moskwie. Przed powstaniem podaje szkołę wojskową, w czasie powstania posiadał stopień porucznika Kosynierów, a następnie strzelców. W czasie powstania walczył w oddziale Cieszkowskiego, z Jeziorańskim i Langiewiczem pod Małogoszczem, z oddziałem Mierosławskiego pod Igołomią komenderował kompanią przeznaczoną dla zasłaniania odwrotu w zastępstwie kapitana Szeligiewicza poległego. W dwóch potyczkach w Hrubieszowskiem z oddziałem Alladara w okolicy Podladonia? i w Ciałuszy w Zamojskiem ze Swidzińskim. Został raniony kulą w ramię pod cmentarzem w Skale. Kulą w nogę pod Igołomią, i 22 ran od lanc i pałaszy pod Ciałuszą. Jego dokumenty z powstania pozostały w Nicei. Powołuje się na Stanisława Królikowskiego, lekarza towarzysza lat dziecinnych – Księdza Drohojewskiego, kolegi ze szkół gimn. W Lublinie –Stachurskiego, Uziębłę i Ludwińskiego kolegów z powstania – Adama Asnyka, znajomego jeszcze przed powstaniem z Heidelberga – Józefa Męcińskiego z Partyzna?, kolegi szkolnego – również na Amborskiego we Lwowie. Zadeklarował zapłatę wpisowego 1zł, oraz składkę roczną w wysokości 1 zł. Na oświadczeniu nie figuruje data ani podpis.
Strona z 75 < Poprzednia Następna >