Portal w rozbudowie, prosimy o wsparcie.
Uratujmy wspólnie polską tożsamość i pamięć o naszych przodkach.
Zbiórka przez Pomagam.pl

Powstanie Styczniowe - uczestnicy

Największa baza Powstańców Styczniowych.
Leksykon i katalog informacji źródłowej o osobach związanych z ruchem niepodległościowym w latach (1861) 1863-1865 (1866)

UWAGA
* Jedna osoba może mieć wiele podobnych rekordów (to są wypisy źródłowe)
* Rekordy mogą mieć błędy (źródłowe), ale literówki, lub błędy OCR należy zgłaszać do poprawy.
* Biogramy opracowane i zweryfikowane mają zielony znaczek GP

=> Powstanie 1863 - strona główna
=> Szlak 1863 - mapa mogił i miejsc
=> Bitwy Powstania Styczniowego
=> Pomoc - jak zredagować nowy wpis
=> Prosimy - przekaż wsparcie. Dziękujemy

Szukanie zaawansowane

Wyniki wyszukiwania. Ilość: 1683
Strona z 43 < Poprzednia Następna >
Antoni Jawornicki
Właściciel dworu w miejscowości Kiełczyna. Przez okres powstania było to miejsce gdzie leczono rannych, organizowano pomoc, przerzucano materiały. ''Zmieniwszy parę razy konie, zajechaliśmy do pp. Antoniów Jawornickich w Kiełczynie, z którymi Eminowicz zaprzyjaźnił się poprzednio w czasach swego pobytu w tych stronach. Dom pp. Jawornickich był przykładem do jakiej biedy dochodziły pod koniec powstania zamożne rodziny obywatelskie. Na każdym kroku, z każdego kąta wyglądała tu ruina — tylko nie wiem, czy wszędzie było tyle ofiarności, tyle poświęcenia. Kiełczyna była ostoją rozbitków, szpitalem rannych i chorych, spiżarnią głodnych oddziałów, a cmentarz tamtejszy — miejscem spoczynku poległych lub zmarłych z ran wybitniejszych powstańców, sprowadzonych przez pp. Jawornickich i tu grzebanych. Niezwykle przyjazny w tych czasach stosunek z wsią ułatwiał pp. Jawornickim ich działalność — nie tylko nie obawiali się zdrady, co zresztą już się nie trafiało, lecz mieli wszelką pomoc od chłopów. Sołtysem był podoficer 4-go pułku piechoty b. wojska polskiego, starzec jeszcze czerstwy, który w chwilach krytycznych występował śmiało w charakterze urzędowym, z blachą na piersiach, i odwracał grożące niebezpieczeństwo. W Kiełczynie zastaliśmy prócz kilku innych rekonwalescentów, jednego z dawniejszych podkomendnych Eminowicza, Niemca Lengschmidta, wyleczonego świeżo z ran (...) We trzech ruszyliśmy do najbliższego oddziału Rembajły (...), obozującego u podnóża gór Ś-to-Krzyskich, w lasach Cisowskich. Przy rozstaniu, na pożegnanie otrzymaliśmy od pp. Jawornickich zapewnienie, że w razie niepowodzenia czeka nas w Kiełczynie dla żywych — przytułek, dla poległych cmentarz.''
Hipolit Jaworski
(pseud. Jan Drewnowski). Jaworski Hipolit, jeden z piętnastu tego imienia na wychodźtwie, urodził się w Opocznem, w Sandomierskiem 1812 r. Młodziutki, jeszcze przed wybuchem listopadowego powstania zaciągnął sic do wojska i odbył kampanią 1831 r., po czem z innymi wyszedł za granicę, znalazł sic na wyspie Jersey, gdzie miał pojedynek, wszedł później do legionu w Portugalii jako podporucznik, a gdy się tam wszystko skończyło, stęskniony do swoich, zdał się na łaskę i niełaskę i do kraju powrócił. Uwięziony w Warszawie. przebywszy tam kilkomiesięczne śledztwo, osądzonym został w sołdaty na Kaukaz i drogę tam piechota, etapami odbył. Przybywszy na miejsce w 1835 r.. przeznaczony do pułku Apszerońskiego, mającego stałe kwatery w twierdzy Temirchanszura zwanej, należał do rozmaitych tam wypraw przeciw Czerkiesom, ale długo nie awansował, bo chociaż w ogólności w stosunkach łatwy i do życia obozowego wdrożony, z przełożonymi chętnie zadzierał i tein sobie zazwyczaj szkodził, zaledwo w 1841 r. był podoficerem, kiedy w boju pod Sołtan-Andiwot, gdy oficerów nie stało, objąwszy dowództwo kompanii, taką przytomność umysłu i zimną krew przy szturmie okazał, że go nareszcie na oficera awansowano. Kpledzy co go w ogniu widzieli, mówili, że wśród strzałów w najlepszy wpadał humor i zdawał sic w swoim znajdować żywiole, teraz i awanse szły już raźniej, nie chciał jednak być całc życie żołnierzem, i skoro tylko nadarzyła się możność, wziął dymisją i w 1846 roku jako kapitan do kraju powrócił, objeżdżając z kolei dawnych towarzyszy, już także do domów wróconych. — Obdarzony był z natury tak nadzwyczajna pamięcią, że jadać z Kaukazu z jednym z kolegów, poznawał po drodze i po imieniu nazywał żołnierzy, którzy go przed dziesięciu latami prowadzili pod strażą od etapu do etapu. Towarzysz podróży wprawdzie dowodził nm wtenczas, że to nieszczęście być skazanym na noszenie w swej głowie wszystkiego co się tylko spotyka, ale nie mniej dla tego pamięć ta nieraz mu w życiu była pomocni, i on sam wcale się na to nieszczęście nie skarżył. — Osiadłszy w Warszawie, postrzegł prędko, że nie będzie miał czem zaspokoić swych potrzeb, skorzystał więc z bytności tani cesarza Mikołaja, i ze swym stanem służby poszedł prosto do niego, prosząc o kawałek chleba za długa na .Kaukazie wojaczkę, słuszna i wojskowa postawa Jaworskiego przy łatwem wysłowieniu, podobała się Mikołajowi, kazał mu dać tak zwane wtenczas miejsce bau-adjutanta, to jest dozorcy cesarskich pałaców w stolicy. Służba była łatwą, a zabezpieczała potrzeby, Jaworski jeszcze ożenił się prędko i życie zaczęło mu płynąć pogodnie, spokojnie i nawet wesoło. W 1858 r. w Gazecie warszawskiej drukował pod imieniem Mieczysława Terlicy "Wspomnienia moje o Kaukazie" /Wspomnienia Kaukazu/. Zerwała to wszystko burza 1863 roku. Od 1862 r. należał on do organizacji narodowej, a gdy wybuchło powstanie, i Rudzki, który był naczelnikiem wojennym województwa Kaliskiego, w chwili aresztowania go przez Moskali zastrzelił" się, Rząd narodowy dawnego wojaka kaukazkiego następcą jego mianował, przyznając mu stopień pułkownika. — Udał się Jaworski na miejsce swego przeznaczenia, nic jednak ważnego tym razem nie dokonawszy, przeszedł za granicę, ustępując swych obowiązków Taczanowskiemu. W Paryżu doszły go rozmaite smutki, pozostała w kraju żona protestantka zażądała rozwodu, niedostatek nieraz dokuczał, pierwsze przebolał, drugiemu bronił się przedsiębiorczością i tą łatwością zawierania stosunków jaką posiada zawsze, brał się za rozmaite przedsiębiorstwa, raz zdawało mu się nawet że wynalazł nowy, a niezawodny środek czernienia włosów i na tem nadzieje znacznej fortuny budował. Wśród niepowodzeń wszelkiego rodzaju pogodny umysł zachować umiał, niewyczerpana pamięć dostarczała coraz nowych do opowiadań przedmiotów i zawsze był mile widzianym, zwłaszcza w męzkich towarzystwach, biesiadnikiem i towarzyszem. W 1871 r. przeniósł się do Belgii, gdzie mu lepiej poszło — osiadł w Bruxelli, i tam należał do spółki składu win, W interesach tej spółki parę razy Galicyą nawet odwiedził. Zajechawszy w wycieczkach swoich do Poznania, zachęcony przez J. K. Żupańskiego, przygotował do druku dawne Wspomnienia Kaukazu, które rozszerzone teraz, w trzech częściach 1877 roku wyszły. Umarł nagle, tknięty apopleksyą dnia 2 grudnia 1877 r. w Bruxelli. Pogrzeb odbył przyjaciel jego, ksiądz Hilary Podgórski, wikaryusz kościoła na Schaerbeek.
Jan Jelski
Jan Jelski-Jodko. W okresie pow ­stania styczniowego był to już człowiek nie pierwszej młodości, lat około 40. W roku 1848 podczas węgierskiej kompanji zapoznał się on z Piotrem Pizanim, właścicielem Widzkiego Dworu. O baj byli oficerami armji rosyjskiej, — Jelski sztab-rotmistrzem, Pizani porucznikiem. Gdy ten ostatni zachorował na Węgrzech na złośliwą febrę i lekarze uznali go za beznadziejnego, Jelski, opiekując się chorym dnie i noce, uratował mu życie. Znajomość zamieniła się w tak gorącą przyjaźń, że Jelski porzucił rodzinne strony, by osiąść w pobliżu przyjaciela i wziął w dzierżawę poduchowny majątek Widzę Albrychtowkie. Jednak Jelski nie zwierzał się przyjacielowi ze swych aspiracyj politycznych, wiedząc o rezerwie, z jaką Pizani do idej powstań­czych się odnosił. G y wybuchło powstanie, Jelski niejednokrotnie powtarzał, że chciałby być pochowany obok przyjaciela. Wyruszył on z Widz na samym początku maja, widocznie po uprzedniem porozumieniu się z garstką powstańców brasławskich. 3 maja znajdujemy go już na czele partji z 30 osób w gminie dryświackiej koło Wojtkuszek 17, a 5 maja w Dryświatach, gdzie miano go spotkać uroczystem nabożeństwem. Gdy oddziałek Jelskiego przedzierał się na Opsę, został 6 maja napadnięty koło Ejdymianiszek przez tłum z 300 blisko włościan zło­żony. Sam Jelski i 10 jego towarzyszy zostali rozbrojeni i powiązani. Posłano po wojsko dla eskortowania jeńców 10. Nazajutrz 7-go maja zdążyła jednak nadbiec nowa partja powstańców pod wodzą dymisjonowanego kapitana artylerji, Franciszka Zahorskiego. Po krótkiej strzelaninie włościanie zostali rozproszeni, jednego z nich raniono w rękę. Jelskiego z towarzyszami uwolniono i powiększony oddział posuwał się dalej, wciąż wyczekując posiłków 20 i kierując się na Zamosze i Jody wobec obserwujących i ścigających go z oddala prystawów i chłopstwa. Partja zwolna się powiększała, zasilona kilkanastu włościanami z Belmontu; według raportu prystaw a z 11 maja wynosiła 200 osób. Prawdopodobnie jednak ilość ich nie przekraczała 60 — 70. Naoczny świadek, który podaje tę liczbę, opowiada też bliższe szczegóły: było tam 10 obozowych koni, tyleż fur, 12 koni kawaleryjskich, uzbrojeni wszyscy byli w dubeltówki myśliwskie i jednostajnie ubrani w szare płaszcze i burnusy. Oddział dzielił się na dwa plutony. Pierwszy, z 30 osób, widząc beznadziejność sytuacji i wrogie nastroje ludności, poszedł w rozsypkę, drugi zaś z 40 powstańców na czele z Jelskim dotarł do Kozian. Ścigająca oddział piechota rosyjska i kozacy pod wodzą pułkownika Bielawskiego odcięli Jelskiemu drogę do wielkiego lasu i przy przewadze liczebnej i lepszem uzbrojeniu napadli go 11 maja w rzadkim zagajniku. Zaledwie kilku zdążyło wymknąć się z osaczenia, 28 wzięto do niewoli, w tej liczbie ciężko rannych Kusznierewicza i Sawickiego; zabity został Edward Klimowicz, Jelski zaś, nie chcąc trafić do rąk kozackich, wystrzałem w skroń z pistoletu odebrał sobie życie. Straty Rosjan nie były znaczne, bodaj że żadne, — mogli oni wykorzystywać swe karabiny z odległości, której nie sięgały dubeltówki powstańców. Jelskiego i nieznanego nam drugiego poległego, widocznie Klimowicza, pochowano w niedalekim Twereczu.
Feliks Jerzmanowski
Jerzmanowski Feliks ( - 1897) - powstaniec 1848 r [1] i 1863 r [1] Emigrant, aresztowany przez Sasów w Dreźnie i wydany Moskalom, zesłany do robót w Syberii 1854 r. [5] ur. 1820 r [1], [3] w Opatowcu [3] w Kieleckiem [1] , [3] lub w Nieszawie [4] , a ojciec jego był urzędnikiem tamtejszej komory celnej. [4] "Do szkół uczęszczał w Krakowie, skąd udał się w szeregi wojska polskiego w Poznańskiem roku 1848 i odbył ówczesną kampanię pod dowództwem Mierosławskiego, [3] Brał udział w bitwach jako kawalerzysta tak w Poznańskiem jak i Badeńskim. Potem udał się z innymi do Włoch, skąd zmów pospieszył do legionu polskiego na Węgry, gdzie walczył pod dowództwem Dembińskiego i tam rannego wzięto do niewoli, a potem wydano moskalom. Po dłuższym śledztwie w cytadeli warszawskiej, wysłany na katorżne roboty na Sybir, gdzie przesiedział 9 lat, został uwolniony, W r. 1863 walczył w kilku bitwach pod dowództwem Taczanowskiego i Wierzbickiego. Sterawszy zdrowie, znalazł przytułek i opiekę w szpitalu im. Bilińskich, gdzie ostatnie trzy lata spędził i żywota dokonał" [3] Po powrocie z zagranicy [z Węgier} Feliks Jerzmanowski został uznany za wygnańca i osadzony w areszcie w Guberni Radomskiej, a następnie w Cytadeli Aleksandrowskiej i oddany pod Sąd Wojenny. W 1852 r , decyzją JO Xsięcia Namiestnika Królestwa, objawioną przez JW Sekretarza Stanu, z dnia 12 (24) stycznia 1852 r majątek Feliksa Jerzmanowskiego uległ konfiskacie. [4] Uczestnik bojów 1848 r w Poznańskim i w Badeńskiem pod Mierosławskim i r. 1849 na Węgrzech pod Dębińskim, wydany na Węgrzech Moskalom, przez lat dziewięć pozostawał na katordze na Sybirze ; w r. 1863 bił się pod Taczanowskim i Wierzbickim. Zmarł 31 maja [3] 1897 r [1], [2], [3] we Lwowie [1] , [2] , w zakładzie na nieuleczalnych im. Bilińskich [3] Rodzice: 1__Józef Jerzmanowski [3] 2__Joanna Ptyszkiewicz po mężu Jerzmanowska [3]
Rudolf Jordan
Nekrolog. (Nadesłano z Buku). Panuąca a groźna choroba, tyfus, od kilku tygodni za witała do miasta naszego, zabierając z sobą ofiary z wszystkich warstw spółeczności. Zacny a wielce szanowany nasz rodak dr. Rudolf Jordan kładł wprawdzie hamulec tej groźnej epidemii i ztąd nięjedna rodzina winna jemu podziękę za uratowanie drogich im osób. Jego wzniosłe i pełne litości napełnione serce, jego skora pomoc niesiona choroby złożonemu, datna ręka tegoż, gdzie potrzeba tego wymagała, przez trzyletni pobyt u nas tak miłością ku niemu napoiła serca mieszkańców, że uwielbianym był od starca i od dziecka, bogacza i nędzarza — w ogóle od wszystkich wyznań ludzi. Lecz niestety! Boga wyroki inaczej chciały! pogromca groźnej epidemii sam uległ tejże, i po óśmio-dziennej chorobie, opatrzony św. sakramentami, dnia 7 bm. o godzinie 3 z południa, Bogu wzniosłego ducha swego oddał. Głos dzwonów, zwiastujący nam zgon jego, przeraził mieszkańców i w tej chwili kirem żałoby miasto nasze odzianem zostało. Kto znał śp. dr. Rudolfa Jordana ze łzą w oku sprawdzić musi, jakim dotkliwym ciosem nawiedzone jest nasze miasto, żadne wyrazy nie są w stanie opisać smutku boleści, co miasto ucierpiało przez zgon tego męża. Śp. Rudolf pożegnał nas, lecz pamięć jego chociaż i po za grobem z serc naszych nie wygaśnie i z pokolenia na pokolenie przechodzić będzie. Drogi a kochany nasz lekarzu! w imieniu całego miasta bez różnicy wyznań, za wszystko, czem nas obdarzałeś, składamy ci ze łzą w oku pośmiertną podziękę i w dowód wdzięczności za twe dobrodziejstwa błagać będziem Stwórcę o spokój twym zwłokom i wieczny odpoczynek twej szlachetnej duszy.
Zygmunt Jordan
naczelnik wojenny krakowskiego i sandomierskiego województwa, stronnik Czartoryskich w Krakowie, potomek starożytnej rodziny, urodzony w 1824 r. w Warszawie. Ojciec jego Ludwik był dowódcą 13. Pułku Huzarów Księstwa Warszawskiego. Ukończywszy szkoły słuchał kursów filozoficznego wydziału na Uniwersytecie Krakowskim. Nie mogąc w kraju kształcić się w sztuce wojskowej udał się do Rosji, gdzie wstąpił do artylerii i w trzecim roku służby na oficera przedstawionym został, co mu dawało możność wejścia do akademii wojskowej. [W 1846] Wezwany przez starszego brata Władysława do Krakowa objął kierunek sprawy powstania w okręgu krakowskim i zebrawszy mały oddziałek pod Proszowicami zdejmował patrole rosyjskie stojące nad granicą, a objąwszy dowództwo nad oddziałem sformowanym z okolicy Chrzanowa ruszył na Kraków, który bez wystrzału powstańcy zajęli. Oddawszy się pod rozkazy Suchorzewskiego walczył pod Gdowem. Po rozproszeniu powstania udał się do Prus, gdzie w Koźlu został uwięziony. Po wypuszczeniu pojechał wraz z bratem do Paryża. Następnie walczył we wszystkich bitwach pod Dembińskim na Węgrzech oraz w wojnie krymskiej pełnił służbę jako zdolny oficer przy boku Selima Paszy. Wróciwszy do Paryża w 1862 r. objął przy księciu Władysławie Czartoryskim kierunek spraw politycznych. W 1863 r. przybywszy do Krakowa mianowany przez Rząd Narodowy generałem objął komendę nad dwoma województwami, lecz zaraz po wejściu do Królestwa Kongresowego, otoczony przeważającymi siłami, straciwszy najszlachetniejszych towarzyszy, a dowiódłszy w boju osobistej odwagi i przytomności, ścigany wszędzie i podupadłszy na zdrowiu zażądał urlopu i wrócił do Paryża. Cios zadany powstaniu, zawód na polu bitwy i nieszczęścia jakie zwaliły się na kraj sterały go do reszty jego siły. Umarł w Paryżu 15 czerwca 1866 r. Spoczywa na cmentarzu Montmartre. Zapytywani lekarze, z jakiej słabości umarł odpowiedzieli, że ze zgryzoty. Zabiła go niedola ojczyzny.
Franciszek Jundziłł
W tych dniach straciliśmy jednego z towarzyszy wygnania, ś. p. Franciszek Jundziłł dnia 13 t. m. prze niósł się do wieczności. Należał do zacnej i bardzo szanowanej na Litwie rodziny, urodzony w Słonimskim powiecie, w dziedzicznej wiosce Johalinie, młode lata poświęcił służbie wojskowej, którą opuścił w 1858 r. w stopniu rotmistrza kawalerji. Ostatnie powstanie zastało go zajętego rolą, bo powróciwszy do domu, oddał się był na rodzinnej skibie gospodarstwu, będącemu zawsze ulubionem zajęciem rycerskiego i rol niczego narodu. Na byłego oficera zwróciły się oczy tych, którzy powstanie w bezbronnym organizowali kraju, i odrazu wzywano go, aby objął dowództwo nad formującym się w słonimskim powiecie oddziałem. Ś. p. Franciszek krwi i życia dla ojczyzny nie szczędził, i kiedy inni za broń chwytali i on był gotów stanąć w szeregach, ale dowództwa przyjąć się wzbraniał, nie będąc pewien czy zadaniu podoła; naglony, przyjął je wreszcie, warując sobie,- iż przy znalezieniu innego oficera znowu podrzędne zajmie miejsce, a nowemu dowódcy znajomością miejscowości służyć i pomagać będzie. Dnia 8 maja 1863 r. był w obozie u ówczesnego naczelnika wojennego grodzieńskiego województwa, pułkownika Duchyńskiego, a 12-go w okolicach Mołowid, w swoim już własnym obozie, 80-ciu ochotników liczył. Liczba ich wkrótce urosła do 300 przeszło i pierwsze tygodnie zeszły na ćwiczeniu młodego żołnierza, ogłaszaniu włościanom ma nifestu Rządu Narodowego, kuciu kos i wojennych przygotowaniach. Kiedy w okolice Mołowid nadciągnęły oddziały grodzieński, wołkowyski i prużański, pod dowództwem Lenkiewicza, Jundziłł ze swoimi ludźmi -oddał się pod jego rozkazy, i najczynniejszy brał udział w bitwie pod Mołowidami dnia 3 czerwca, gdzie Moskale znaczne straty ponieśli. Kiedy po tej bitwie postanowiono się rozejść, aby walkę po całym rozszerzyć kraju, koło Jundzilła skupili się oprócz Słonimskich, jeszcze nowogrodcy ochotnicy i kilku dziesięciu ludzi z oddziału Lenkiewicza. Z nimi udał się on ku Myszance, i 7 czerwca zatrzymał się w miejscu Górą zwanem, gdzie miał znowu potyczkę; ztamtąd dążąc ku kanałowi Ogińskiego, dotarł do granic nowogrodzkiego powiatu, a spełniając ściśle dany sobie rozkaz, gdy nowogrodzkich powstańców miejscowemu powiatowemu naczelnikowi oddal, przez pińskie błota napo wrót do swojego powiatu podążył. Siły rosyjskie były już bardzo przeważne, i kilka tygodni zeszło Jundziłlowi na ciągłych po puszczach Słonimskich marszach, pełnych trudów i niebezpieczeństw. Wi dziano go kolejno w lasach Haninowickich, Boreckich, Wiackich, Tartackich, koło Albertyna, Mołczadzi, Mołowid, Bytenia, raz pod samym Słonimem na żydowskim obozował cmentarzu. Po rozbiciu Łukaszewicza potrafił resztki jego oddziału ocalić i około siebie zgromadzić. Dnia 14 sierpnia zdał dowództwo oddziału Kołłupajle, ale z nim razem podążył do Głębokiego-kąta, gdzie mieli spotkać wojennego naczelnika województwa grodzieńskiego]; w marszu tym miał jeszcze udział w utarczce 15 sierpnia. Obwiniony oto, iż potyczek z nieprzyjacielem unikał, po prześledzeniu wszystkich okoliczności zupełnie uniewinnionym został, a kiedy powstanie na Litwie upadać coraz bardziej zaczęło, podążył ku Królestwu. Dnia 8 października przeprawił się przez Bug, 20-go był już na granicy Galicji, w Borowej, a 29-go stanął w Krakowie. Tam, przez wojskowego organizatora Galicji, powołany dnia 9 grudnia do pełnienia obowiązków komendanta miasta, oddał się temu z całą gorliwością, a 20 stycznia 1864r. naznaczony został organizatorem wojskowym w okręgu krakowskim; dnia 12 lutego Rząd Narodowy przysłał mu nominację na podpułkownika wojsk powstańczych, na początku zas marrca z powodu zrujnowanego zupełnie zdrowia, otrzymał urlop nieograniczony i razem z wielu innymi do Francji pospieszył. Przybył do Paryża dnia 8 marca 1864 r. Złamany publicznemi i rozlicznemu nieszczęściami, bo familja jego także ciężko dotkniętą została, do sił już nie wrócił: cho roba piersiowa której zarodek może w lasach Słonimskich znojom życia partyzanckiego był winien, rozwinęła się szybko, i pozbawiony środków do życia, przyjętym został do szpitala paryzkiego Hótel-Dieu, gdzie opatrzony wszystkiemi Sakramentami w zgodzie z Bogiem i ludźmi duszę niebu oddał. U zmarłego znaleziono parę listów od rodziny o której zawśze z rozrzewnieniem mówił, rozmaite rozkazy i nominacje \yladz narodowych, a na drobnym kalendarzu kieszonkowym starannie zapisane wszystkie daty jego wojskowego i publicznego żywota, od chwili kiedy wstąpiwszy do oddziału, życie swe ojczyźnie poświęcił, aż do przybycia tu na tułactwo. Dalecy krewni, którzy go troskliwością otaczali, ostatnie słodząc chwile, sprawili mu pogrzeb, a uwiadomieni przez nich rodacy dnia 16 lutego odprowadzili zwłoki na cmentarz Pere Lachaise, gdzie czekać będą, aż Bóg miłosierny przenieść je pozwoli do wolnej już ojczyzny. Po żałobnem za duszę zmarłego nabożeństwie, jedna z przytomnych na niem, prawdziwie chrześcijańskich niewiast naszych, mówiąc o tym zgonie takim wczesnym, bo ś. p. Jundziłł zaledwo 40 lat liczył, i tak daleko od wszystkiego co kochał, zrobiła tę głęboką uwagę, iż umierając między ukochanymi, myśli się o tem co człowiek traci, w osamotnieniu zaś takiem i w takiej niedoli, o tem co zyskuje. Słowa te zapisujemy tutaj na pociechę przyjaciół a szczególniej krewnych zmarłego, gdyby się kiedy te kartki do rąk ich dostały
Stanisław Kądzielski
Brał udział w bitwie w w oddziale Horodyńskiego. Wcześniej ćwiczył w Olejowie i Nakwaszy. Po wejściu do miasta oddział wpadł w zasadzkę i większość dostała się niewoli. Niestety i ja dostałem się do niewoli. — Gdy nas gromadkę jeńców prowadzono około południa i zbliżyliśmy się ku moczarom leżącym po prawej stronie drogi, a więc po stronie granicy, puściłem się ku niej co mi tchu stało. Straż nie rzuciła się za mną, lecz strzeliła. Po drugim strzale padłem umyślnie w trzęsawicę, zatrzepałem kilka razy nogami i nie ruszyłem się więcej. Strzelono jeszcze kilka razy, lecz kule tylko pluskały po wodzie nie raniąc mnie wcale. Gdy się zupełnie uciszyło, obejrzałem się ostrożnie, a widząc, że nie było nikogo ni bliżej ni dalej, poszedłem chyłkiem aż do gęstego oczeretu, a ztąd do otwartego stawu głębokiego po ramiona. Nie będąc pewnym, czy dalej nie jest głębszym i chcąc nabrać sił, by go przejść lub przepłynąć, ponaginałem oczeret i na nim jakby na moście — mając pod sobą wodę, przeleżałem ze dwie godziny. Potem, to idąc wolno krok za krokiem, to płynąc dostałem się do drugiego brzegu stawu, a ztąd do wyrąbanego lasu, oddalonego o 3—4 kilometrów od drogi, z której umknąłem; — było już około godziny 5 wieczorem. W lesie zatrzymałem się znowu z godzinę, by się jako tako osuszvć, wodę z butów wylać i z błota się obmyć. Przytem rozpatrywałem się na wszystkie strony i mogłem dobrze rozpoznać graniczne budy objezdczyków, oddalone o 2 do 3 kilometrów. Nie widziałem jednak przez ten czas konnych objezdczyków, którzy zwykle graniczną drogę objeżdżają w pojedynkę. Nim jednak zapuściłem się do lasu, rozerwałem jeden z dwóch szkaplerzy, które mi dała matka i w których zaszyła po dwa półimperyały na czarną godzinę. Wyjąłem jednego i trzymając go wciąż w ręce, szedłem lasem wprost ku budzie objezdczyka, licząc na to, iż, gdy obaczy, że nie uciekam, tylko śmiało do budy kroczę, to nie strzeli i że, jak mu pokażę półimperyała, to go weźmie i cicho przepuści. Ale jakie było moje zdziwienie, gdy ani w budzie ani na drodze granicznej nie było nikogo. Przekroczyłem tedy swobodnie granicę i poszedłem do studni o kilka set kroków oddalonej, u której gospodarz poił bydło. Na pozdrowienie go moje słowy: „sława Isusu Chrystu" odpowiedział mi: „na wiki Bohu sława" i ostrzegł, bym się nie puszczał sam do wsi, bo mogę spotkać żołnierzy (austrjackich), a ci by mnie przytrzymali. Chcąc nie chcąc zaufałem mu, poszedłem razem do jego chałupy i przy ogniu osuszyłem ubranie zupełnie. Następnie powiedział mi ów gospodarz, że mnie zawiezie do gorzelni w Gajach Ditkowieckich, położonej na uboczu i niedaleko od Brodów, za cenę bardzo umiarkowaną. Zgodziłem się, a gdy się ściemniło, pożyczył mi świtki i odwiózł do gorzelni. Tu zastałem kilku powstańców, od których dowiedziałem się, że było ich w gorzelni więcej. Zawiadowca gorzelni ofiarował mi coś do zjedzenia, poprosiłem tylko o szklankę mleka i o kącik do przespania się, jako też o kupno lekkiego okrycia. Wypiwszy mleko, przespałem się kilkanaście godzin snem gorączkowym, obudziłem się niezdrów i uczułem kłucie w boku, tak że ledwie chodzić mogłem. Potem się przebrałem, a zawiadowca powiedział mi, do kogo mogę z zaufaniem udać się w Brodach. Tam się też wolnym krokiem dowlekłem i przeleżałem jeszcze tydzień, póki mi było o tyle lepiej, że mogłem odjechać na dalsze leczenie się do Stanisławowa.
Strona z 43 < Poprzednia Następna >