Portal w rozbudowie, prosimy o wsparcie.
Uratujmy wspólnie polską tożsamość i pamięć o naszych przodkach.
Zbiórka przez Pomagam.pl

Powstanie Styczniowe - uczestnicy

Największa baza Powstańców Styczniowych.
Leksykon i katalog informacji źródłowej o osobach związanych z ruchem niepodległościowym w latach (1861) 1863-1865 (1866)

UWAGA
* Jedna osoba może mieć wiele podobnych rekordów (to są wypisy źródłowe)
* Rekordy mogą mieć błędy (źródłowe), ale literówki, lub błędy OCR należy zgłaszać do poprawy.
* Biogramy opracowane i zweryfikowane mają zielony znaczek GP

=> Powstanie 1863 - strona główna
=> Szlak 1863 - mapa mogił i miejsc
=> Bitwy Powstania Styczniowego
=> Pomoc - jak zredagować nowy wpis
=> Prosimy - przekaż wsparcie. Dziękujemy

Szukanie zaawansowane

Wyniki wyszukiwania. Ilość: 1030
Strona z 26 < Poprzednia Następna >
Izydor Karlsbad
Bp. Izydor Karlsbad. Wczoraj zmarł w naszem mieście (Lwowie, przyp. GP) uczestnik powstania narodowego b.p. Izydor Karlsbad. Był to szlachetny typ żyda-Polaka, który szczerze czuł się synem tej ziemi, na' której wyrósł i która przygarnęła go do swego łona. Żarliwy patriota dał uczuciom swoim wyraz, chwytając oręż, gdy Ojczyzna porwała się do rozpaczliwego odparcia przemocy. Polskość swą stwierdzał też dowodnie na każdym kroku, stwierdzał ją życiem całem, nieskalanem i w pracy pożytecznej strawionem. B. p. Karlsbad był Warszawianinem z rodu. Przyszedł na świat w r. 1844, liczył więc 72 lat w chwili zgonu. Jako młodzieniec, porwany gorączką czynu w przeczuciu wielkich zdarzeń, odbył studia wojskowe w Genui i Cuneo, a tak się przysposobiwszy, wstąpił jako zwykły żołnierz w szeregi powstańcze. Działalnością swą i zapałem, dawał Piękny przykład męstwa. Walczył na przemian pod wodzą Langiewicza, Czachowskiego. Chmielińskiego i Bosaka. Brał udział w bitwach pod Chrobrza, Grochowiskami, Grabowem, Stefankowem, Borją, Rzeczniowem, Rusinowem, Ratajami, Bliznem, Rudnikami, Iłżą, Obiechowem i Opatowem. W Litwie pod Opatowem został ranny. Po powstaniu osiadł w Galicji i wstąpił do Banku hipotecznego, tu lata długie pracując, doszedł w końcu stanowisko szefa jednego z oddziału bankowych. Człowiek niezmiernie cichy, pracowity, uczynny, gorliwie pełnił obowiązki obywatelskie, a w pracy zawodowej był wzorem sumienności. Powszechnym otoczony szacunkiem w wieńcu zasług odszedł z tej ziemi, której wiernym i dobrym był synem. Cześć jego pamięci!
Herszlik Kasztan
Jak Herszlik walczył o Polską. Żyd-staruszek brał czynny udział w powstaniu 1863 roku, jako dowódca oddziału kawalerji — Wielokrotnie ranny, nagradzany odznakami i medalami, utrzymywany jest obecnie przez chłopów okolicznych. Rozmowa żyda patrjoty z Marsz. Piłsudskim Herszlik Kasztan dowódca oddziału powstańców w r. 1863-im. Bohaterskie dzieje walk o niepodległość w roku 1863 stanowią jedną z najpiękniejszych kart w historji Polski. Powstanie nie ogarnęło wówczas całego kraju. Bojownicy o wolność napotykali na każdym kroku przeszkody, zmuszeni walczyć z wielokrotnie silniejszym nieprzyjacielem. Bez środków pieniężnych, niedostatecznie zaopatrzeni w broń, dokazywali wówczas cudów męstwa i waleczności. Niewielu pozostało przy życiu uczestników powstania 63 roku. Z pietyzmem i czcią spoglądamy dziś na tych starców w granatowych mundurach, którzy doczekali się ziszczenia ich marzeń. Ale wiele faktów pozostało dotąd niezbadanych. Wiele aktów pięknych zaginęło w okresie niewoli i nigdy już chyba nie wypłyną i nie uzupełnią historji. Tylko od czasu do czasu przypadek pozwala natknąć się na wspaniałe pamiątki z owych czasów. We wsi Krzeczów pod Wieluniem zamieszkiwał na dwóch morgach gruntu wiekowy staruszek — żyd staruszek — żyd Herszlik Kasztan, 95-letnI starzec od dłuższego już czasu cierpiał głód i nędzę. Chłopi, którzy otaczali go wielkim szacunkiem, opowiadali, jadąc do miasta, o tym starcu, który niegdyś był wielkim panem i właścicielem wielkiego majątku. Opowiadali również dziwne historie o jego przeszłości. Wieść szła dalej i oto w ubiegłym roku radca Grigoliński z Częstochowy, do którego dotarły te opowiadania, zainteresował się niemi tak dalece, że osobiście udał się do Krzeczowa i tam na miejscu stwierdził rzecz, napozór nieprawdopodobną. Starzec, który po dzień dzisiejszy nosi chałat i tradycyjną czapeczkę na głowie, okazał się jednym z powstańców 63 roku, nawet więcej, okazał się jednym z dowódców oddziałów powstańczych. Brzmiało to zgoła fantastycznie, gdy jednak zbadano dokumenty i odznaki, które posiadał p. Kasztan, gdy przesłuchano kilku wiekowych chłopów z tej wsi, okazało się, że historja jest prawdziwa.. Herszlik Kasztan, w 1863 roku, ożywiony gorącem uczuciem patrjotycznem zaciągnął się do oddziału powstańczego, dokazał cudów waleczności w czasie bojów o niepodległość, zaawansowany został przez Orłowskiego i Taczanowskiego, którzy w owym czasie dowodzili oddziałami powstańczei w Kieleckiem do stopnia oficera, a później do stopnia zastępcy komendanta oddziału kawalerji w sile 28S koni, przebył całą kampanię tego historycznego 63 roku. Kilkakrotnie ranny, kilkakrotnie odznaczany. po upadku powstania salwował się ucieczką zagranicę, a gdy po kilku latach udało mu się powrócić, włożył znów swój stary strój i żył spokojnie przez wiele lat nie ulegając się o zaszczyty, o tytuły i honory. Nie opowiadał nikomu o swei przeszłości, nie interesował się tem, że weterani otrzymują rentę, która pozwala im żyć w spokoju, sam cierpiąc wielką nędzę i żyjąc z datków, które otrzymywał od okolicznych chłopów. Radca Grigoliński natychmiast przesłał jego dokumenty do Warszawy. Wywołały one wielkie wrażenie. Kasztana sprowadzono do Warszawy, umieszczono go w hotelu sejmowym, zainteresowano się nim, pchnięto w ruch wszystkie sprężyny i ostatecznie zdecydowano, iż w całej pełni zasługuje na przyznanie mu praw weterana 63 roku, na przyznanie mu stopnia oficerskiego i renty wetęrańsklej za wszystkie lata, od chwili niepodległości Polski. P. Herszlik Kasztan w tych dniach przybył do Łodzi. Przyjechał tu w pewnej swej sprawie i zbiegiem okoliczności trafił do naszej redakcji. Siwiuteńki jak gołąbek, pięknie mówi po polsku, z chłopska. Na zapytania opowiada wiele ze swej przeszłości, nie zdając sobie zupełnie sprawy, dlaczego nagle tak się nim zainteresowano i co w tem nadzwyczajnego, że brał udział w powstaniu narodowem. 69 lat upłynęło od tych pamiętnych chwil, a 95-letni Herszlik Kasztan opowiada te dzieje tak dokładnie, jakby się to działo dopiero wczoraj. Rzetki jest jeszcze, mimo podeszłego wieku, pamięta dokładnie wszystkie potyczki, w których brał udział, wszystkich kolegów z powstania. I rzecz charakterystyczna dla starca — pamiętając tak dokładnie nazwiska z owych czasów, zapomina łatwo nazwisk z czasów dzisiejszych. Gdy go zabrano do Warszawy, m. in. zaprowadzono go również do Belwederu, gdzie długo rozmawiał z Marszałkiem Piłsudskim, opowiadając o tem, jak żyd dowodził oddziałem kawalerji w powstaniu, jak bił kozaków. Wiedział z kim rozmawia. A gdy nam dziś o tem opowiada, nie pamięta już nazwiska swego rozmówcy. — Ten nasz, największy, z wąsami... — tak określa Marszalka Piłsudskiego. Płynie piękna opowieść z ust tego wiekowego starca, trzymającego się tak godnie, z taką powagą. Minione dzieje wstają, jak żywe. — Urodziłem się we wsi Krzeczów, w powiecie wieluńskim, tam, gdzie mieszkam po dzień dzisiejszy. Ojciec mój, Aron, był bogatym człowiekiem, posiadał dwa młyny, papiernię i niewielki folwark, Broników. Dobrze mi było wtenczas. Gdy miałem lat 26 zaczęło się powstanie. Trzeba było walczyć z moskalami. Poszedłem. Ojciec mi nie pozwalał, bał się o mnie, ale ja bardzo kochałem Polskę. — Walczyłem początkowo pod Orłowskim, a później pod Taczanowskim. Pierwszy mój wielki bój był pod Parzymiechami. Tam zostałem ranny piką kozacką w rękę i w głowę. Ale mimo to walczyłem dalej. Napiłem się tylko okowity, bardzo lubialem okowitę. I własnoręcznie posłałem 5 kozaków na tamten świat. Generał Orłówski dał mi wówczas medal. Później była wielka bitwa w Lututowskim lesie. Zostaliśmy okrążeni przez kozaków. Orłowski lubiał mnie bardzo i pamiętam, jak dziś, powiedział do mnie: — Zginęlismy, Herszko, co ? Wówczas wpadłem na pomysł. Poradziłem, by rozpalono wielkie ognisko, a sam, znając dobrze te strony, pod osłoną nocy wyprowadziłem cały oddział. Kozacy zmyleni ogniskiem, rozpoczęli atak. Rozpoczęli go z dwóch przeciwległych stron i w ten sposób wytrzebili się wzajemnie. Za ten manewr dostałem drugi medal i awans na oficera. A później walczyliśmy w Popowie za Wieluniem, w Dąbrowie pod Wieluniem. Pod Krzeszowicami, a byłem już wówczas komendantem oddziału w sile 288 koni, ocaliłem życie jednemu księdzu. Znęcali się nad nim kozacy, ponieważ udzielił gościny powstańcom. Rozbiłem oddział kozacki, wziąłem księdza na swego konia i umieściłem go u chłopa w Krzeszowicach, Stanisława Orszulskiego. Ten to Orszulskl żyje jeszcze. I teraz pod przysięgą w kościele zeznawał, że to prawda, i że mnie zna, i ze byłem w powstaniu i przywiozłem do niego rannego księdza. Jak się ten ksiądz nazywał — nie wiem* Po powstaniu uciekłem zagranicę. Tam zachorowałem poważnie. Zaopiekował się mną pewien lekarz, który wystarał mi się o zaświadczenie, że od 5 lat przebywałem w Berlinie. Z tem zaświadczeniem odważyłem się wrócić. Następnego dnia po powrocie zaaresztowali mnie żandarmi, ale zaświadczenie uratowało mi życie. Moje papiery i medale schowałem w garnku, który zakopałem w polu. Teraz to wszystko już jest w Warszawie. W czasie wojny sprzedałem cały swój majątek, chciałem kupić wielkie gospodarstwo, 30 włók, by gospodarować na roli. Sprzedałem wszystko za 150-000 rubli, pozostawiając sobie tylko dwie morgi, na pamiątkę po ojcu. Ale po wojnie już nic nie zdążyłem kupić. I te 150.000 rubli mam do dnia dzisiejszego w swym kuferku. Już to nic nie jest warte- I tak żyłem z tego, co mi dobrzy ludzie dawali. Gdy mnie w zeszłym roku zabrali do Warszawy, wzięli mnie do pałacu, gdzie rozmawiałem z tym naszym, największym, z tymi wąsami... — Z Marszałkiem Piłsudskim? — podpowiadamy. — Tak, tak, z nim. Pyta mnie się o wszystko. Zapytał też, skąd miałem, ranny, tyle sił by dalej walczyć. Powiedziałem, że wypiłem trzy kwaterki okowity. — A teraz napilibyście się jeszcze, dziadku? — zapytał mnie Piłsudski. — Naturalnie — odpowiedziałem. I wówczas dali mi jeść i pić, kupili bilet na drogę powrotną i dali 30 złotych.Powiedzieli, że teraz dostanę 19 tysięcy złotych, za cały czas od powstania Polski i będę dostawał pensję aż do śmierci i że mi sprawią mundur weterana. Już pięć miesięcy od tego czasu upłynęło, ale ja czekam- Tymczasem to mi starosta z Wielunia daje od czasu do czasu na życie, póki przyjdą te pieniądze z Warszawy... Siwiuteńki, jak gołąbek, staruszek, skończył opowiadanie. Siedzi przez chwilę zadumany. Czy wspomina te dni, gdy jako młody chłopiec poszedł walczyć za Polskę? Poważnie żegna się i majestatycznym krokiem wychodzi. Żyd, dowódca oddziału powstańczego 63 roku.
Ignacy Kinel
Ur. 4.3.1844 Piotrków, zm. 2.1.1924, Lwów. Porucznik w Powstaniu Styczniowym, inżynier, porucznik weteran WP, Kawaler Virtuti. Po ukończeniu gimnazjum w Piotrkowie studiował w Instytucie Politechnicznym i Rolniczo-Leśnym w Puławach. W nocy z 22 na 23 stycznia 1863 roku, wraz z prawie wszystkimi studentami Instytutu Politechnicznego (około czterystu osób), po złożeniu w grocie przy świątyni Sybilli przysięgi braterstwa i walki z caratem na śmierć i życie, wstąpił do formującego się w wąwozach Kazimierza nad Wisłą oddziału powstańczego Leona Frankowskiego i Antoniego Zdanowicza, zwanego oddziałem lubelsko-puławskim. Wziął udział w bitwach pod Kazimierzem (23 stycznia 1863 r.), Kurowem (24 stycznia 1863 r.), Kazimierzem (2 lutego 1863 r.) i Zawichostem (2 lutego 1863 r.). Po rozbiciu 8 lutego 1863 roku partii Frankowskiego i Zdanowicza pod Słupczą koło Sandomierza, dotarł do oddziału podpułkownika Teodora Cieszkowskiego. Walczył pod Łazami (22 marca 1863 r.), Broszęcinem (10 kwietnia 1863 r.). Po śmierci podpułkownika Cieszkowskiego, dobitego przez Rosjan, po zranieniu pod Broszęcinem, dotarł do oddziału porucznika Józefa Oksińskiego, Naczelnika Sił Zbrojnych Powiatu Piotrkowskiego. Walczył w tym oddziale w Kaliskiem jako porucznik. Wziął udział w bitwach i potyczkach pod Rychłocicami (8 maja 1863 r.), Koniecpolem (25 maja 1863 r.), Kruszyną (27 maja 1863 r.), Przedborzem (27 czerwca 1863 r. z wojskami generała Czengierego), Trzepnicą (28 czerwca 1863 r.) i Skotnikami (29 czerwca 1863 r.), gdzie oddział został rozwiązany. Jesienią 1863 roku sformował pięćdziesięcioosobowy oddział strzelców w piotrkowskiem, który miał za zadanie podtrzymać powstanie w tej okolicy przez zimę z 1863 na 1864 rok. 28 października 1863 roku pod Dłutowem w Kaliskiem jego oddział został rozbity, a on sam ciężko ranny w lewe płuco i obojczyk. Mimo tych ran udało mu się dotrzeć do Krakowa. W 1864 roku został aresztowany przez władze austriackie w Krakowie. Wypuszczony na wolność za poręczeniem, wyemigrował do Francji. Studiował w Szkole Montparnasse. W 1867 roku ukończył Wojskową Szkołę Artylerii i Inżynierii w Metz. Przez rok służył w wojsku francuskim, po czym przybył do Galicji. Od 1870 roku pracował jako inżynier dróg krajowych w Wydziale Krajowym we Lwowie. W 1875 roku pracował przy budowie drogi kolejowej Żółkiew–Krystynopol, a następnie jako inżynier biura melioracyjnego przy regulacji Dniestru oraz przy budowie Kanału Zyblikiewicza, łączącego Dunajec z Wisłą. W 1884 roku został inżynierem okręgowym w oddziale techniczno-drogowym w ekspozyturze Wydziału Krajowego w Rzeszowie. Projektował i nadzorował budowę wielu rzeszowskich dróg i ulic. Reprezentował we wszystkich sprawach budowlanych rzeszowską Fundację Towarnickiego, która wznosiła budynki szkolne w Rzeszowie. W październiku 1884 roku wstąpił do Towarzystwa Politechnicznego we Lwowie. Był inicjatorem budowy pomnika Powstańców Styczniowych, odsłoniętego 17 czerwca 1886 roku na Starym Cmentarzu w Rzeszowie na mogile uczestników Powstania Styczniowego, którzy w wyniku odniesionych ran zmarli w rzeszowskim szpitalu. W kwietniu 1892 roku został wybrany członkiem Komitetu Wystawy Przemysłu Budowlanego we Lwowie. Uchwałą Sejmu Krajowego Galicyjskiego we Lwowie z 1 kwietnia 1893 roku, organizującą krajowe służby drogowe, został mianowany inżynierem I klasy dla okręgu w Rzeszowie. W 1893 roku był członkiem komisji kolaudacyjnej rozliczenia budowy gmachu Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” w Rzeszowie. W lutym 1897 roku został prezesem Komitetu Budowy Pomnika Tadeusza Kościuszki w Rzeszowie, który odsłonił 26 czerwca 1898 roku. 23 maja 1897 roku został członkiem władz Wydziału Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” w Rzeszowie i dyrektorem biura. W 1897 roku kierował budową budynku Seminarium Nauczycielskiego i internatu przy ul. Krakowskiej w Rzeszowie. W 1899 roku został starszym inżynierem w oddziale techniczno-drogowym Wydziału Krajowego we Lwowie. Z czasem uzyskał tytuł starszego radcy budownictwa. W 1914 roku przeszedł na emeryturę. Od 1888 roku był członkiem Towarzystwa Wzajemnej Pomocy Uczestników Powstania Polskiego 1863–64 we Lwowie. W dniach 26 i 27 lipca 1891 roku uczestniczył w zjeździe założycielskim filii tegoż Towarzystwa w Rzeszowie, gdzie został wybrany delegatem filii. W styczniu 1912 roku został członkiem Zarządu Towarzystwa Wzajemnej Pomocy Uczestnikom Powstania Polskiego 1863–64 we Lwowie, a w 1914 roku wiceprezesem. W 1903 roku był członkiem Komitetu Wydawniczego dzieła: W czterdziestą rocznicę Powstania Styczniowego 1863–1903, oraz ofiarodawcą tego wydawnictwa. Od 1907 roku był członkiem Towarzystwa dla Popierania Nauki Polskiej we Lwowie oraz darczyńcą tego towarzystwa. We Lwowie przeżył I wojnę światową, wojnę polsko-ukraińską i zagrożenie bolszewickie w 1920 roku. W niepodległej Ojczyźnie po przeprowadzonym postępowaniu kwalifikacyjnym otrzymał potwierdzenie posiadanego w Powstaniu Styczniowym stopnia porucznika i został wprowadzony do Imiennego Wykazu Weteranów Powstań Narodowych 1831, 1848 i 1863 roku – pozycja 773. Za bohaterstwo w Powstaniu Styczniowym został odznaczony Orderem Virtuti Militari V klasy numer 8710 (20 lipca 1922 r.). Zmarł 2 stycznia 1924 roku we Lwowie. Spoczywa na Cmentarzu Łyczakowskim, kw. 35 Żonaty z Wieńczesławą z d. Tłuchowska. Dzieci: Zygmunt (1884–1940), zamordowany przez funkcjonariuszy NKWD; Jan (1886–1950), profesor zoologii Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, Ignacy, inżynier, Janina, zm. w wieku 7 lat w 1885, oraz Bibiana Wacława, która wyszła za Józefa Ferdynanda Hawlička.
Edward Klebert
Urodził się w 1845 roku w Myślenicach. Kiedy w 1863 roku wybuchło powstanie styczniowe studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim. Mając zaledwie 18 lat przyłączył się do insurekcji. Wraz z wieloma ochotnikami z Galicji wstąpił do formującego się w Krakowie oddziału nad którym dowództwo objął kapitan Władysław Anastazy Mossakowski. 13 kwietnia 1863 roku jego oddział opuścił Kraków i 20 kwietnia wkroczył do Kongresówki. Klebert jako kosynier walczył w bitwie pod Golczewicami i pod Jaworznikiem koło Myszkowa. Po klęsce pod Jaworznikiem oddział Mossakowskiego poszedł w rozsypkę. Sam Klebert wraz z 3 towarzyszami poszli w kierunku Szczekocin. Wkrótce zostali pojmani przez Rosjan. Popędzono ich na Olkusz przez Pieskową Skałę do Michałowic. Po drodze dołączano następnych ujętych powstańców. Na trzy tygodnie osadzono ich w więzieniu w Miechowie, by przesłać później do Kielc. W więzieniu kieleckim Klebert przebywał od 23 maja do 19 czerwca 1863 r. Stąd wraz z 200 innymi więźniami odesłano go do Radomia, a następnie do Warszawy. Dwa tygodnie spędził w cytadeli, a następnie wraz z innymi powstańcami z Galicji przeniesiono go do ratusza. Po tygodniowym areszcie w ratuszu jako obywatel austriacki został odstawiony do granicy i oddany pod opiekę żandarmerii. Austriacy odtransportowali go do Krakowa. Po powstaniu powrócił do Myślenic. W rodzinnym mieście pracował jako urzędnik w administracji powiatowej. Następnie został sekretarzem rady powiatu. Stanowisko to piastował do 1911 roku. W latach 1912-1914 sprawował funkcję burmistrza Myślenic. Należał do szanowanych społeczników. Był współzałożycielem i prezesem Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. Oprócz pracy w administracji prowadził także skuteczną działalność gospodarczą. Z jego inicjatywy na początku XX wieku w Myślenicach otwarto pierwszą cegielnię i wytwórnię dachówek. Zmarł 17 kwietnia 1923 roku i został pochowany na cmentarzu w Myślenicach na Stradomiu.
Józef Kleczyński
Józef Kleczyński, h. {{Strzemię}}, ur. 1841 , pow. jampolski, zm. 21.9.1900 Zakopane. Syn Karola, właściciel majątku, i Marii Majewskiej. Miał brata Jana, pianistę i kompozytora. 7.11.1860–30.6.1861 Był więziony za działalność polityczną. Ukończył gimnazjum realne w Warszawie (matura 1861), następnie uczył się w szkjole przygotowawczej do Szkoły Głównej. Studiował jeden semestr 1862/63 w Szkole Głównej na Wydziale Prawa. Wziął udział w Powstaniu Styczniowym Po Powstaniu wyemigrował. 1864 studiował na Wydziale Prawa w École de Droit w Paryżu - jednocześnie pracując jako urzędnik kolejowy na trasie na trasie Paris–Lyon–Mediterrnee, 1865-7 na Wydziale Prawa na Uniwersytecie w Heidelbergu gdzie uzyskał absolutorium i obronił doktorat obojga praw. W latach 1869/70 był też studentem UJ a jednocześnie redaktorem "Czasu" krakowskiego. a 1880 uzyskał nostryfikację na Uniwersytecie Lwowskim osiągając tytuł docenta prywatnego statystyki. Od 1875-1881 pracował w Krajowy Biurze Statystycznym Wydziału Krajowego we Lwowie, następnie 1884-1900 w Biurze Statystycznym Miasta Krakowa. W 1887-199 pracował w katedrze statystyki i austriackiego prawa administracyjnego UJ - dziekan, rektor i prorektor. Założyciel i redaktor naczelny "Przeglądu Powszechnego", poseł na Sejm Krajowy, członek Towarzystwa Oświaty Ludowej, Centralnej Komisji Statystycznej, Międzynarodowego Instytutu Statystycznego Autor wielu prac z zakresu statystyki np. [list] [*] 1877 O zakresie prawa podatkowania się gmin, w: „Przegląd Sądowy i Administracyjny” [*] 1879 Stosunki propinacyjne w Galicji, w: „Wiadomości Statystyczne o Stosunkach Krajowych” [*] 1883 Organizacja statystyki w Austrii, 1883. [*] 1884 Miejskie biura statystyczne [*] 1888 Propinacja i szynkarstwo [*] 1892 Spisy ludności w Rzeczypospolitej Polskiej, [*] 1893 Pogłówne generalne w Polsce i oparte na nim popisy ludności [*] 1900 Wolna wola wobec statystyki, w: „Przegląd Sądowy i Administracyjny”. [/list] Zmarł w swojej wilii w Zakopanym na Bystrem. Został pochowany w Krakowie, na Rakowicach w kwaterze BA. Został zapamiętany jako prawy, głęboko wierzący, oddany sprawo społecznym obywatel. Prof. Zoll na pogrzebie powiedział m.in: "„"[6] Małżeństwa Władysława Ludwika Tekla Makowska, (ślub 1871 Kraków, ślubu udzielał bp. Albin Dunajewski) Dzieci - Józef - Władysław Karol (ur. 10.7.1872), dr praw UJ - Maria Tekla (ur. 22.10.1879 Lwów), mąż Jan Kazimierz Krasicki
Adolf Klesiewicz
Wspomnienie pośmiertne. W dniu 24. bm., pochowany został na Łyczakowskim cmentarzyku powstańców 1863-4 r„ jeden z tych, co to: "Powstali, bo rozpacz kazała. Bo nadto znęcały się katy, Bo wszelka się miara przebrała, Z kijami szli na armaty. Bez butów brodzili po śniegach. Bez dostatniego odzienia. Nieletnie chłopaki w szeregach. Walczyli jak lwy — bez wytchnienia." Ostatnie wiersze' szczególniej stosują się do śp. zmarłego Adolfa Klesiewicza, urodź, w Bursztynie w r. 1843. Rozpoczął karierę powstańczą jako szeregowiec, dosłużył się rangi oficerskiej iwalcząc w oddziałach Piaseckiego, Jeziorańskiego. Wysockiego, Wiśniewskiego, Alladara i Różyckiego, oraz pracując w 1864 r. w organizacji. Był w. bitwach pod Tomaszowem, Kobylanką, Hutą Krzeszowską, Radziwiłłowem, Korytnicą i pod Baraniemi Poretokami, pod któremi ranny kulą . w piersi, cięty kilkanaście razy szablami, dobijany kolbami, pozostawiony na placu boju jako nieżywy, znaleziony przez leśniczego miejscowego, i jego staraniami przywrócony do życia — po wyzdrowieniu oddany pod sąd, ułaskawiony na mocy amnestii. Po powstaniu -otrzymał, posadę poczt mistrza w Brzeżanach, na bardzo -skromnej emeryturze dożywał swych dni we Lwowie, dotknięty nieuleczalną chorobą utraty wzroku, mimo to, oddawał się pracom 'literackim, pisując do niektórych dzienników. Ostatnich lat trzy nie opuszczał łóżka, a mimo to pomagał sobie do utrzymania, wyrabiając tekturowe zabawki bardzo udatne dla dzieci.... Zasłużony pracownik na niwie Ojczyzny, nie sprzeniewierzył się swym ideałom młodości i nie raz w ciężkiej niedoli wytrwał do końca żywota, jak prawy, gorący patriota, w nadziei, że doczeka się lepszej przyszłości ukochanej ojczyzny. Inaczej mu było sądzone! T Skromny orszak pogrzebowy odprowadzi zwłoki na wieczny spoczynek, spoczął obok zasłużonego ostatniego przedstawiciela powstania 1831 r. ś. p. księdza Iwanickiego i u- stóp pomnika dla uczczenia pamięci, straconych, i poległych' w r. 1863/4, pod którym znajdują się zwłoki legendowego powstańca, a chorążego Tow. wz. ponr. ucz. pow. połsk. 1863/4, znanego pod nazwą Szymona Wizunasa, na wszystkich uroczystościach patryotycznych godnie noszącego sztandar z godłem orła, pogoni i archanioła. Ś. p. Adolf i Szymon wzajemnie kochali się i czcili, — przynajmniej jednaki, śnieżnej białości piasek, przyjął gościnnie te czyste dusze! Cześć ich pamięci! Kolega powstaniec.
Karol Kobrzyński
Ś.P. Ks. Szymon Kobrzyński, urodził się w roku 1835 w Lubelskiem. Po ukończeniu szkoły miejscowej, wstąpił do seminaryum duchownego w Lublinie, gdzie odebrał święcenia kapłańskie z rąk biskupa Pinkowskiego. Pierwszą Mszę św. odprawił w Częstochowie, dokąd towarzyszył mu ukochany brat jego Walenty, mieszkający obecnie w Chicago, w parafii św. Jadwigi. Ks. Szymon Kobrzyński przechodził także smutne chwile ostatniego powstania, w którem również wystawiony był na wiele niebezpieczeństw, chcąc dopomagać uciśnionej Ojczyźnie, o ile mógł. Rząd narodowy ówczesny polecił mu także, jak wielu innym, dostarczania broni. W tym też celu wyjechał ks. Szymon z innym towarzyszem do Galicyi, mając przy sobie 40 tysięcy rubli. W drodze jednak napadli ich kozacy. W ucieczce szukali ratunku, ale napróżno. Towarzysz jego zdołał ujść, ks. Szymon zaś dostał się w ręce kozaków. Zawiadomiony o tem oddział powstańców, podążył na pomoc i zdołał uwolnić ks. Szymona, i odstawił go do Ulanowa. Moskale dopominali się stanowczo o wydanie go, ale lud zebrany wymógł tyle na naczelniku miasta, że ten pozwolił mu ujść za granicę. Dokumenta jakie miał przy sobie od Rządu narodowego, upoważniające go do zbierania broni, zniszczył, i tym sposobem uratował pieniądze, jakie miał przy sobie. Jak wielu innych, tak i ks. Szymon Kobrzyński, opuścił więc granice kraju rodzinnego po nieszczęśliwem ostatniem powstaniu i podążył do Paryża. Tam zapoznał się z ks. Aleksandrem Jełowickim, Zmartwychwstańcem, przełożonym misyi polskiej, i który te słowa zanotował o ś. p. ks. Szymonie: “Pierwszym z tych kapłanów, po nieszczęśliwych wypadkach w naszej Ojczyźnie, był ks. K. Szymon Kobrzyński, który stanął przedemną zbroczony krwią swoją od cięcia w głowę przez Moskali. Postać jego łagodna i pobożna, zaniewoliła ku niemu serce moje i był mi zaraz miłym gościem, następnie współpracownikiem a w końcu bratem w Zgromadzeniu naszem. … “ Z Paryża udał się do Rzymu, gdzie odbywszy nowicyat, przeznaczony został na misyonarza do Bułgaryi. Wybierając się na Wschód, przyjął także obrządek wschodni, ażeby z większym pożytkiem pracować. Obrządek ten zachował przez cały czas swego pobytu w Bułgaryi, gdzie pracował około 20 lat. Następnie powołany został na przełożonego misyi Chicagoskiej, gdzie pracował gorliwie i z wielkim pożytkiem, o czem wszystkim wiadomo. Z misyi chicagoskiej powołany został znów do Rzymu, skąd powtórnie pojechał do Bułgaryi i tam w Starej Zagorze pełnił obowiązki misyonarza. Wreszcie powołany został do Rzymu, gdzie należał do rady generalnej w domu rzymskim. Tam też dokonał swego bogobojnego żywota, pełnego trudów i cierpień, jako wiemy żołnierz Chrystusowy. Był to pobożny i wzorowy kapłan, gorliwy i niestrudzony w pracy około dusz, powierzonych jego pieczy. Umarł dnia 5 stycznia 1905 roku. R. i. p. Nabożeństwo żałobne za duszę ś. p. Ojca Szymona odbędzie się w przyszłą sobotę, o godzinie 9 z rana, w kościele św. Stanisława Kostki.
Franciszek Ksawery Kolbuszowski
Wykonanie planu wojennego powstania w r. 1863, wymagało równoczesnego rozbrojenia załóg moskiewskich w miasteczkach powiatowych, aby potem połączonemi siłami uderzyć na miasta gubernialne i za jednym zamachem zgnieść całą siłę nieprzyjacielską załogującą na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej • polskiej. Plan ten zanadto skombinowany, oparty na niepewnych ilościach zebrać się mających sił zbrojnych, wymagał nadto w wykonaniu ludzi nadzwyczajnej energii i odwagi. Jednym z takich, zdolnych do najwyższego poświęcenia się, nadzwyczajnej odwagi i energii był Ksawery Kolbuszowski, zmarły przed kilku dniami w Zaborzu pod Rawą ruską. W pierwszych dniach powstania, wysłany z obozu z kilkoma towarzyszami na rekonesans, dotarł do Lubaru, gdzie dowiedział się, że magazyny i składy wojskowe otoczone murem, zajęła rota piechoty moskiewskiej i je fortyfikuje. Nie tracąc chwili czasu, ustawił swych podkomendnych w taki sposób, aby przez Moskali z daleka byli widziani, a sam, nie dobywając szabli, w obliczu załogi moskiewskiej objechał zabudowa nia i przez nienapravviany wyłom w murze przeszkoczył koniem na podwórzec, gdzie zdziwionym i przestraszonym Moskalom rozkazał złożyć broń w kozły. Nie czekając nawet skutku swego rozkazu oddał najbliższemu sałdatowi konia do potrzymania i w towarzystwie oficerów rosyjskich przejrzał składy, z których broń i amunicyę na zarekwirowanych przez Moskali furmankach odwiózł do obozu. Na trzeci dzień cały oddział pod wodzą Edmunda Różyckiego,, ale świeże siły moskiewskie obsadziły magazyny i składy, które zmieniły się w fortecę najeżoną tysiącem luf karabinowych. Jenerał Różycki, obawiając się znacznej straty w ludziach przy wzięciu szturmem ufortyfikowanej miejscowości, wezwał na ochotnika chętnych do wysadzenia głównej bramy. Z szeregów zaczęli się przed front wysuwać jeźdźcy, ale Ksawery Kolbuszowski powstrzymał wszystkich słowami „Pójdziecie wtenczas, gdy ja tam zostanę". Zsiadł z konia, odpasał szablę i z toporem w ręku prowadząc przed sobą pojmanego Moskala, dotarł pomimo gradu kul do bramy i ją wysadził, przez co umożliwił wejście powstańców i zabranie do niewoli całego batalionu piechoty moskiewskiej. Dwukrotne wzięcie Lubaru rzuciło tak silny postrach na Moskali, że oddział jenerała Różyckiego mógł stać obozem i organizować się przez cały tydzień w Połonnem, skąd wyszedł uzbrojony i umundurowany jako pierwszy pułk jazdy wołyńskiej, który pierwszy chrzest ognia i żelaza odbył pod Laszkami. Jako punkt zborny sił narodowych naznaczony był Miropol, gdzie zejść się miały z jazdą Różyckiego oddziały strzelców i kosynierów. W tym celu pułk Różyckiego forsownemi marszami przybył pod Miropol wieczorem i rozłożył się obozem. Obóz oddalony był od miasta wąską, ale długą na ćwierć mili groblą, wiodącą przez trzęsawiska. O świtaniu rzęsisty ogień rotowy w Miropolu niespodziewanie zapowiedział bitwę, a z pierwszym brzaskiem dnia pagórki po obu stronach grobli najeżyły się lufami strzelców finlandzkich. Jenerał Różycki rozkazał drugiemu szwadronowi z rozwiniętemi sztandarami sforsować przejście przez groblę, wpaść do miasta, dodać pomocy i otuchy walczącym tam powstańcom. Wśród gradu kul karabinowych szwadron, jak wicher, wleciał na groble, a chorąży Ksawery Kolbuszowski z szablą na temblaku, ze sztandarem w ręku, pierwszy wpadł na rynek miropolski, ale z szwadronu pozostał tylko wachmistrz. Na całej długości grobli ślad przejścia naznaczony był rannymi, trupami ludzi i koni. Na rynku miropolskim strzelcy i kosynierzy ginęli pod krzyżowym ogniem Moskali, ukrytych w domach i oszańcowanych na cmentarzu kościelnym. Wśród kurzawy i dymów, świstu kul, jęków rannych i ginących, wykwitł nagle amarantowy sztandar z białym orłem i wskrzesił nadzieję, ożywił ginących. Z okrzykiem „Do góry głowy!", „Formuj się", Ksawery Kolbuszowski po dwakroć tworzył kolumny do szturmu cmentarza, ale za każdym razem wzrastały tylko stosy rannych i trupów, a sztandar kule darły na strzępy. Odwrót przez śmiertelną groblę i ocalenie sztandaru było cudownym wypadkiem i jak wówczas mówiono: „Bóg tak chciał", że z pogromu ocalał znak narodowy i ten, któremu go powierzono. Po krwawej bitwie miropolskiej i rozbiciu oddziałów Cichockiego w lasach zasławskich, wszystkie siły moskiewskie zwróciły się przeciw pułkowi, który ratując się od osaczenia, odbywał ciągłe marsze i kontrmarsze w taki sposób, że po 48 godzin nie zsiadano z koni. Ludzie i konie stali się podobnemi do widm i jak widma przemykały się wśród lotnych kolumn wojsk rosyjskich. Pod Salichą pułk natknął się na znaczne siły moskiewskie i bitwa stała się nieuniknioną. Moskale uformowali trzy czworoboki, ziejące ogniem jak legendowe smoki. Na skrzydłach stanęli dragoni i Kozacy. Pułk w obliczu nieprzyjaciela rozwinął się w linię bojową, a trzy szwadrony otrzymały rozkaz uderzyć na czworoboki, gdy dwa ostatnie trzymały w szachu dragonów i Kozaków. Wśród piekielnego grzmotu ognia rotowego, z lancami złożonemi do pół ucha końskiego, runęły szwadrony na podobieństwo piorunów w kłęby dymów, zasłaniających Moskali, a gdy dymy uniosły się, nie było już groźnych czworoboków, tylko bezładne tłumy uciekających w popłochu Moskali. Był to jeden z najświetniejszych ataków jazdy w r. 1863, a zarazem ostatnia bitwa na ziemiach ruskich. Po tej bitwie dni pułku były już policzone. Dwadzieścia kilka tysięcy Moskali z liczną artyleryą zbliżało się, ścieśniając coraz więcej obwód koła, którego środkiem był pułk Różyckiego. Wobec takiego ogromu sił nieprzyjacielskich, przejście granicy stało się absolutną koniecznością. W Galicyi z jazdy wołyńskiej utworzono kadry dla czterech regularnych pułków ułanów, które rząd narodowy w przewidywaniu interwencyi obcych mocarstw rozkazał uniformować jako straż przednią połączonych armij. Ksawery Kolbuszowski przedzielony został do sztabu drugiego pułku ułanów, w formacyi którego wziął czynny i wybitny udział. Niestety — nadzieje na obcą interwencję spełzły na niczem. Uformowane pułki ;nie weszły na linię bojową. Ksawery Kolbuszowski zwyczajem ojców zamienił szablę na lemiesz, a towarzysze rozprószyli Się po szerokim świecie i wkrótce nikogo z nich między żyjącymi nie będzie.
Walenty Koleczko
weteran 1863r. Uczestniczył w bitwie, pod dowództwem naczelnego wodza Kurowskiego, w mieście Miechowie 17lutego. Następnie pod wodzem Langiewiczem pod Piaskową Skałą, Sosnówką, Chrobrzem i Grochowiskami, gdzie w bitwach tych prawie wszędzie dopomagali żuawi śmierci, pod dowództwem Rochebruna Walczył następnie pod dowództwem Czachowskiego, pod Rybnicą i Jurkowicami.. Bitwa pod Stefanowem 20kwietnia ze znacznym sukcesem. Zabitych zostało moskali kilkudziesięciu - do niewoli wzięto12-tu, wraz z kapitanem Nikiforowem, który przez sąd wojenny, za rozboje, niewinne mordy i palenie miast, skazany został na powieszenie. Z powodu zwycięstwa tego, i powieszenia Nikiforowa moskale zorganizowali wspólną zaciętą akcję bojową przeciw Czachowskiemu, wysyłając coraz to świeże siły zbrojne, ze strony gen. Uszakowa z Radomia i Czengerego z Kielc, które nie dawały powstańcom możności odpoczynku, a nawet przygotowania strawy, że Czachowski wskutek podeszłego wieku był tak zmęczony i z sił wyczerpany, że zaledwie mógł na nogach stać. Postanowiła wtedy rada wojenna, wysłać Czachowskiego za granicę dla poratowania zdrowia, co niebawem się stało. Po nim objął komendę szef sztabu Eminowicz. Po wyjeździe Czachowskiego, co miało miejsce w ostatnich dniach czerwca, aby wyjść z tego gorącego piekła, Eminowicz postanowił ujść w strony Lubelskie, rozpuściwszy poprzednio znaczną część po tutejszych bojach, pozostałych sił zbrojnych i pozostawiwszy przy boku swoim tylko niektórych, w bojach więcej zaprawionych. Przeszli Wisłę, w Puławach i połączyli się z oddziałem Cwieka, pod Wąwolnicą, co pozwoliło pod Depułtyczami, koło Chełma, z moskalami stoczyć zwycięską bitwę. Po bitwie powracają w strony Sandomierskie. Utarczka pod lIżą, wsią Kowale, pod wsią Wirem. Koleczko zistał ciężko ranny koło Zabrodzia, pod Wolbromiem. Po wyzdrowieniu, koło Niegardowa, wysłany na wywiady, przez kozaków ujęty i zbity, a gdyby nie natychmiastowa pomoc ze strony oddziału Chmieleńskiego zostałby powieszony. Dnia 15 grudnia jako chory, wszelkich już sił pozbawiony, prosił pod Bodzichowem, wodza Chmieleńskiego o zwolnienie, co ten ze łzami w oczach, dając mu srebrny medalik na pamiątkę, uczynił.
Bolesław Kołyszko
Żył zaledwo lat 25; charakter miał gwałtowny, umysł bystry, przekonania chętnie ulegały wpływom doświadczeńszych. Był uczniem moskiewskiego uniwersytetu, gdzie słuchał prawa, a odznaczył się w czasie ruchów w r. 1862. Dał się wówczas poznać młodzieży z go rących mów do studentów Moskali w kwestji wspólnego działania i ze znakomitej ucieczki z więzienia policji, z twerskiego kwartału. Wkrótce po moskiewskich wypadkach opuścił uniwersytet i udał się za granicę, gdzie wstąpił do szkoły genueńskiej, opuścił zaś ją jeszcze przed jej rozwiązaniem. Szkoła ta jak kolwiek zaznajomiła go z wojskowością, nie mogła w tak krótkim czasie wykształcić jego talentu wojskowego, ani nawet dać mu kwalifikacji na dowódcę. Śmiały jednak umysł Kołyszki pokonywał trudności, a chwalebna przedsiębiorczość zawiodła go aż nad brzeg Dubisy, gdzie szukał pola do służenia narodowi na czele Zmudzinów. Pod koniec lutego przybył... w celu przyspieszenia wybuchu w tych okolicach. Podczas gdy się zajmował organizacją i zaopatrywał się w rzeczy niezbędne dla powstańców, zawiadomiono go, iż w pobliżu oczekuję nań oddział kowieńskiej młodzieży pod dowództwem Żardskiego (24 osoby). Łącznie Kołyszko miał już 70 osób. Wkrótce rozesłał rozkazy ogłoszenia manifestu 22 stycznia do proboszczów najbliższych parafii. Dopiero po zawiadomieniu ludu o narodowej wojnie, oddział jego zaczął się powiększać. Przybył więc b. kawalerzysta, oficer z wojska moskiewskiego z 60-ciu wieśniakami, którzy byli niemal całkiem bezbronni. Ochotnicy zjawiali się pojedynczo lub małymi oddziałkami, a po przybyciu księdza Antoniego Narwojsza z Poniewieżyka, zaczęli się zgromadzać liczniej bogobojni Żmudzini. Oddział doszedł wkrótce 400 osób, zawierał trzy bataljony pod dowództwem Żardskiego, B. i Rodowicza. (Notujemy, że w tej liczbie zawierała się zaledwo trzecia cześć włościan, reszta zaś, była to młodzież wykształcona, po większej części urzędnicy z biur rządowych i kilkunastu uczniów uniwersytetu, włączając w to masę miejscowej szlacheckiej młodzieży. Podajemy także do wiadomości, iż Kowno nie wysłało wówczas żadnego rzemieślnika, a nawet nikogo z właściwych mieszczan co się tłumaczy owym brakiem ludności miejskiej społecznie dojrzałej na Litwie.). W przeciągu 9-ciu dni organizowano się na jednem stanowisku. W tym czasie oprawiano kosy, a żołnierze uczyli się musztry i odbywali obozowe porządki. Kołyszko był zawiadomiony o bliskości Moskali, lecz nie przypuszczał, żeby nastąpił atak. Na skutek nieostrożności doprowadził do nieszczęśliwej potyczki. Tegoż dnia Kołyszko, wyruszył z pod Wysokiego Dworu ku miejscowości zwanej Łapkalnie. Z Łapkalń udał się pod Leńcze i Oźytany, gdzie zastał zgromadzone oddziały: Kuszłejki, Kilińskiego, Szulca i ks. Mackiewicza (łącznie było ich 1000 osób). Rozgorzała , która została zwycięska dzięki niespodziewanego nadejścia Dłuskiego, który zajął tyły Moskali. Oddział Kołyszki, uciekł w nieładzie, gdy powstańcy ratowali swe życie. Kilku załedwo nieodstępnych towarzyszy zostało przy wodzu, reszta zaś rozstrzelona po puszczy, zaledwo pojedynczo dała się zebrać. Straty powstańców wynosiły 4-ch zabitych, Moskwy padło kilkudziesięciu. Kołyszko w przeciągu nocy zebrał ze 150-ciu swoich i cofnął się z nimi w okolice Czekiszek. Mężny i bystry Kołyszko grzeszył często niepraktycznością. Przybywając w okolice Czekiszek, rozdzielił nieliczny oddział swój na dwie kolumny, z których jedną dowodził Żardski. Zdążali w kierunku wsi Misiuny, mając się połączyć w lasach Kajsarowej (moskiewki) w bagnach Garszpielkie. Zardski forsownym marszem robił krąg i uwodząc Moskwę psuł komunikacje, Kołyszko tymcza sem był już w lasach kajsarowskich, a o jego pobycie denuncjowano Moskwie do Rosień. Chłopi zdradzili Kołyszkę, ścieżynkami i śladem doprowadzili Moskwę do oddziału. Tym razem czaty były czujniejsze. Na strzał alarmowy powstańcy uszykowali się i zajęli pozycję. Kołyszko, mający 70 tylko ludzi nie mógł przyjmować potyczki. Wywołał więc 13 dzielnych i pod dowództwem R. wysłał dla zasłonięcia rejterady. Moskale w liczbie dwóch kompanji uderzyli na ową garstkę. Ochotnicy zasiedli w gęstej kniei, wysłanej odwiecznymi zawałami. Kierunek strzałów zdradził o ilości broniących się. Moskale zaczęli oskrzydlać, powstańcy widząc niebezpieczeństwo cofnęli się w głąb puszczy. Gęste zarosłe i zawały ułatwiły ucieczkę, uniemoźebnniając pogoń. Jeden tylko powstaniec nieszczęśliwemu uległ losowi potykając się o wykrot. Potyczka pod Misiunami miała miejsce 30 marca, w wielką sobotę. Zardski i Kołyszko zeszli się pod wieczór i wyruszyli w kierunku Pogawsencia W tych stronach przebyli święta wielkanocne i bezwątpienia ulegliby trzeciemu spotkaniu z Moskwą, gdyby zręcznym wybiegiem nie zdołali pożegnać ze światem policjanta z miasteczka Wielony. Kołyszko udając się w te strony zapewne miał za miar dążyć pod granicę pruską ku Eriagole. Moskale czatowali nań i nie bezpieczne zastawiali matnie. Kołyszko zręcznie manewrował, tak iż sami Moskale podziwiali jego dowcipy i przypisywali mu znakomity talent wojenny. Jeden z najlepszych jego manewrów miał właśnie miejsce w tym czasie. O wiorst parę od Eiragoły Kołyszko przed nocą został otoczony przez plądrujące kolumny moskiewskie. Niezawodnie nazajutrz powstańcy smutnemu ulegliby losowi. Kołyszko wysyła ośmiu jeźdców dla przedarcia się przez szeregi nieprzyjaciół i zaalarmowania załogi zostawionej w Eiragole. Nie roztropni Moskale na strzał alarmowy opuścili pozycję, zmierzając ku miastu, a Kołyszko szczęśliwie się wycofał. Po północy przeszedł w bród Dubisę i zniknął, zostawując zdziwioną Moskwę na koszu. Kołyszko otrzymał rozkaz stawienia się w okolice Łanczunowa dla widzenia się z Dołęgą. Gnany wciąż przez Moskwę, omija niebezpieczeństwa i staje w naznaczonem miejscu. Wkrótce przybył Dołęga ze sztabem, a za nim posypało się grono doborowej młodzieży. Dołęga przejrzał szeregi Kołyszki i serdeczną miał do nich przemowę. Na pochwalę dowódcy po wiedział: "gdybym was nie miał przed oczami, niewierzyłbym iż żyjecie, bo śród tylu niebezpieczeństw chyba wozem niebieskim przecisnąć się można" - Odtąd Kołyszko wszedł w skład oddziału Dołęgi i miał pod sobą dwa bataliony, zwane kołyszkowskimi. Pod rozkazami więc Dołęgi miał potyczkę pod Rogowem, gdzie stanowił prawe skrzydło, dowodził przytem jedną z kolumn zdążając pod Birze, odbył dwie bitwy birżańskie i na koniec wspólnie z Dołęgą 21-go kwietnia /9 maja pod / został jeńcem moskiewskim, a w połowie maja w Wilnie powieszony. Mężni jego żołnierze, już wypróbowani w po tyczkach, świadkowie tylu klęsk i niedoli, uratowali swą nietykalną chorągiew i pragnęli zachować nazwę swą i samodzielność. Kołyszko niezmiernie był lubiany przez żołnierzy. Z tego więc względu przez czas długi taili jego śmierć w obozie, ciesząc nadzieją rychłego powrotu dowódcy. Resztki pułku zostały przy Laskowskim i stanowiły pierwszy batalion pod dowództwem Rodowicza. Batalion ów z samych kołyszkowskich żołnierzy złożony egzystował do października, nim nadwątlone siły nie zapragnęły spoczynku po trudach.
Bolesław Kołyszko
Jeden z pierwszych dał hasło do powstania na Żmudzi. Powieszony został w Wilnie 9 czerwca 1863 r. Z zimną krwią słuchał odczytywanego mu wyroku i wezwany pod szubienicą do zdjęcia czapki rzekł do otaczających go oficerów rosyjskich oprócz siebie nikogo tu godniejszego nie widzę. Śmierć poniósł mężnie, choć go dwa razy wskutek zerwania się postronka wieszano. Urodził się w 1838 r. w powiecie lidzkim parafii nowodworskiej. Po ukończeniu gimnazjum w Wilnie wszedł do uniwersytetu moskiewskiego na wydział prawa, gdzie go zastały manifestacje w 1861 r. Należąc do manifestacji i sławnej bójki studentów z policją i wojskiem pod domem Isakowa, kuratora okręgu naukowego moskiewskiego, zaledwo uszedłszy z rąk policji, wyjechał do Włoch, gdzie zapisał się do szkoły polskiej w Genui, a następnie w Cuneo. Przybył do Krakowa przed samym wybuchem powstania i tu otrzymał polecenie udania się na Litwę i formowania tam oddziałów zbrojnych. W końcu lutego 1863 r. był już na Żmudzi i zebrał około siebie 400 ludzi, założywszy obóz w lasach około Wysokiego Dworu. 18 marca zaskoczony przez Moskali z trudnością zdołał się wycofać i połączyć z oddziałami Kuszłejki, Kilińskiego, Szuka i ks. Mackiewicza, a siły te wynosiły do 1000 ludzi, prawie zupełnie nie wyćwiczonych, którzy napadnięci przez cztery kompanie piechoty i 2 szwadrony dragonów 1 kwietnia poszedł zupełnie w rozsypkę, pomimo czterech tylko zabitych. Kołyszko zebrawszy swoich 150 odłączył się od reszty oddziałów i zdołał połączyć się z Sierakowskim i dzielił juz jego losy. Walczył pod Rogowem, Birżami i Hudyszkami, dostawszy się do niewoli wraz z Sierakowskim.
Walenty Konewko
Wspomnienie pośmiertne. Różne pisma tutejsze ogłosiły następujące wspomnienie po i śmiertne ze Syracuse, N. Y.: Ś. p. weteran Walenty Konewko. Dzień dzisiejszy będzie dniem,który pozostawi niezatartą pamięć między okoliczną polonią, po zgonie jednego z najzasłużeńszych weteranów z r. 1863 ś. p. Walentego Konewki. Złożyliśmy dziś bowiem na wieczny spoczynek zwłoki tego bohatera Wolności na polskim cmentarzu w Sugar Notch, Pa. S. p. Walenty Konewko urodził się dnia 14 lutego, 1832 r. w powiecie Sejneńskim gubernii suwalskiej w Królestwie Polskiem. Odziedziczywszy majątek po rodzicach Rutka-Pachucki, tam się ożenił i pracował na roli. Gdy wybuchło powstanie w roku 1863, śp. Walenty pierwszy rzucił się w „odmęt", o wszystkiem zapomniał i całą duszą oddał się sprawie narodowej! Ówczesny „Rząd Narodowy" oceniając jego niepospolitą pracę mianował go „żandarmem" na powiat sejneński. Nie wielu nas pozostało, co pamiętamy dzieje roku 2863go, my tylko wiemy, jaką odpowiedzialność przyjmował na siebie taki żandarm i co mu groziło. —Werbował on ochotników do powstania, wyznaczał miejsca zebrań i odprowadzał do organizujących się obozów. Wynajdywał on, jako najlepiej znający okolicę, najbezpieczniejsze schroniska dla obozów, a jednocześnie mylił drogę ścigającym powstańców Moskalom, jeżeli widział ich przeważającą siłę. Słowem „żandarm" musiał być wszędzie czujny i czynny, nie zważając na śmierć, która mu na każdym kroku grozi ła. Takim był śp. Walenty. Gdy pewnego razu, nieznaczny oddział powstańców ścigany przez dziesięćkroć przeważającą nawałę moskiewską, był w prawdziwie rozpaczliwem położeniu i zdawało się, że nie pozostaje mu nic, jak zginąć bohaterską śmiercią, wówczas jak duch opiekuńczy, zjawia się przed dowódcą ś.p. Walenty 1 woła:Panie Dowódco, proszę za mną, ja wam wskażę takie miejsce, gdzie was nie tylko Moskale, ale i sam dyabeł nie odnajdzie — spieszcie się tylko, bo Moskale tuż, tuż za nami! — Dowódca znając dzielnego ś.p. Walentego, zawrócił oddział i wpół godziny znalazł się w bezpiecznej pozycyi, gdzie jeden przeciwko dziesięcin mógł walczyć. Wówczas nieustraszony ś.p. Walenty, gdy mu dowódca dziękował, odparł spiesznie: Zostańcie z Bogiem! nie mam czasu, muszę jeszcze szukać Moskali i udał się wprost do swojej sadyby, gdzie zastał już całe mrowie Moskali. — Ci rzucili się na niego i powlekli przed oficera. — Gdzie miatieżniki? — krzyknął — wściekły oficer. — Albo ja wiem, odparł spokojnie śp. Walenty. — Ty nie znajesz, powiesit!— zakomederował. W tej chwili czterech sołdatów wprawnych do podobnej operacyi, pochwyciło biednego Walentego, a założywszy mu stryczek na szyję, poczęli go ciągnąć na najbliższej gałęzi do góry. Śp. Walenty ani jęknął, wzniósł oczy ku niebu, jakby wzywając pomsty na swych o prawców. — Apustit! (spuścić) — za brzmiał głos oficera. Gdy śp. Walenty przyszedł do przytomności, oficer grożąc mu pięściami, woła: — Skazy, gdiemiatieżniki! — Nie wiem — odpowiada z rezygnacyą śp. Walenty. — Powiesit! — zakomenderował znowu oficer. I znowu biedaka „hajstują" do góry. — Apustit! Spuszczają już na pół żywego, a ten zbój oficer (niestety Polak, Markiewicz czy Markow ski) woła zapieniony: jeżeli nie powiesz w którą stronę poszli „miatieżniki", to będziesz wisiał — W tamtą stronę poszło jakieś wojsko — rzecze śp. Walenty, wskazując ręką w przeciwną stronę, gdzie przed godziną odprowadzał obóz, — ale nie wiem, czy to byli Moskale czy miatieżniki. — Kogo ty nazywasz moskalami?! — woła oszalały oficer. — A no was, bo inaczej was tu nie nazywają — odparł spokojnie śp. Walenty. — Powiesić! — krzyknął zbójca i znowu oprawcy zabierają się do ostatecznej operacyi. — W tem główny dowódca oddziału, Moskal, przyglądając się z oddali tej barbarzyńskiej scenie, spojrząwszy z pogardą na kata Polaka: — Stój! — krzyknął — pustit jewo swobodno! — Szlachetne serce moskiewskie, lepiej potrafiło odczuć hart duszy śp. Walentego, który wolał ponieść śmierć męczeńską, niż zdradzić świętą sprawę. — Oto jeden z epizodów z życia śp. Walentego Konewki! Śp. Walenty, aż do upadku powstania nie ustawał w pracy, narażając się nieraz na największe niebezpieczeństwa. — Gdy już widział, że wszystko stracone i niema nadziei ratunku, zajął się gorliwie gospodarstwem i wychowaniem dzieci. — Gdy dzieci, a zwłaszcza synowie poczęli dorastać, aby nie zostali moskiewskimi „sołdatami" wysyłał ich do Ameryki; nareszcie i sam (będąc wciąż pod nadzorem policyi, jako „niebłagonadiożny") gdy począł podupadać na zdrowiu, przybył wraz z żoną i czworgiem dzieci do Ameryki w r. 1896. —Po stracie żony, zamieszkał śp. Walenty u najstarszego syna Kazimierza w Ashley, gdzie przez całą familię, aż do śmierci otaczany był najczulszą miłością i opieką. — Od pięciu lat śp. Walenty zupełnie zaniewidział, co pobudziło dzieci do tem czulszej nad nim opieki, od czterech zaś miesięcy nie podnosił się z łoża boleści i dnia 23 czerwca o godzinie 2:45 popołudniu rozstał się z tym światem, opatrzony św. Sakramentami. Zwłoki śp. Walentego odprowadzono z domu żałoby w Ashley o godzinie 10 dniu 27 czerwca do irlandzkiego kościoła w Sugar Notch (kościół polski zgorzał doszczętnie od uderzenia pioruna dnia 21 czerwca rb. o godzinie 3 rano), gdzie czcigodny miejscowy proboszcz ks. Dreier odprawił solenne żałobne nabożeństwo zaspokój duszy zmarłego w asystencvi dwóch innych księży. Następnie po wygłoszeniu dłuższej pożegnalnej mowy, w Której szanowny kapłan odzwierciedlił cały przebieg życia weterana, jego zasługi dla kraju, jego nieskazitelny długoletni żywot i tą bez graniczną miłość Ojczyzny, jaką do ostatniej chwili żywił zmarły, z powodzi wieńców i kwiatów i jarzących świec, nad któremi widniał krzyż, godło zbawienia, wyniesiono zwłoki nieodżałowanej pamięci śp. Walentego i odpro wadzono na wieczny odpoczynek. Zacny nasz ks. Dreier, wraz z asystującymi mu kapłanami aby oddać cześć zasłudze, piechotą, pomimo dokuczliwego gorąca i kurzu, odprowadzili zwłoki, na parę mil odległy cmentarz. Nad grobem wiel. ks. Dreier w krótkich, lecz rozrzewniających słowach, żegnając w imieniu zmarłego pozostałe dzieci, wnuki i prawnuczkę, krewnych i przyjaciół, ze łzami w oczach zakończył: Niech ta obca, choć nierodzima ziemia, którą śp. Walenty nadewszystko ukochał,lekką mu będzie! Cześć jego pamięci! I Tobie cześć zacny kapłanie patryoto! A teraz, żegnaj zacny druhu weteranie — spełniłeś swój obowiązek jak na prawego syna Ojczyzny przystało 1 Niech Cie Bóg przyjmie do swej chwały wiekuistej !
Strona z 26 < Poprzednia Następna >